|
Jerzy Duda - Gracz o
artyście
Z Grzegorzem Bialikiem łączy mnie zażyłość i dobre wspomnienia jeszcze z okresu Jego studiów i mojej pracy w Akademii Sztuk Pięknych. Zaczynam od tej uwagi, aby uzasadnić, dlaczego próbuję napisać wstęp do katalogu Jego wystawy, oraz w celu publicznego zasygnalizowania wszelkich możliwych nieszczęść, jakie mogą spaść na głowę Grzegorza, jako mojego ex-pupila, a obecnie Kolegi, którego twórczość szanuję i cenię. Grzegorz Bialik jest artystą świadomym swojej odrębności i czasu w którym żyje, czyli tego, że Jego twórczość nie zmierza główną drogą współczesnej sztuki, po której może chodzić każdy, względy pokoleniowe, zbiorowe manifestacje sztuki nowej oraz tzw. znaki naszego czasu są mu najzupełniej obojętne i niedawną głośną wystawę "dzikich" magistrów sztuki w Muzeum Narodowym w Warszawie skwitował krótko, że jest to "udawanie nowego". Postawa taka nie wynika z jakiegoś artystycznego oportunizmu, ale z osobowości Grzegorza Bialika, który w czasie studiów akademickich również nie przepadał za kolektywizacją i wspólnotą działań artystycznych pracowni, w związku z czym zwalniałem Go z zajęć, aby pracował w domu. Jego sztuka po prostu wymaga spokoju, refleksji, czasu, bo jest mądra i perfekcyjna. Słowo, zdaniem Grzegorza, jest banałem wobec obrazu i jego wieloznaczności. Jego obrazy są "kartkami z pamiętnika wewnętrznego"; z tego, co w człowieku ulega niedostrzegalnej, ale nieubłaganej metamorfozie; z upływu czasu i przemijania. Jest to świat, który może się kojarzyć ze znanymi już sposobami formułowania w polskiej sztuce, ale są to tylko pozory. Grzegorz Bialik nie myśli o podobieństwie do Z. Beksińskiego, czy też H. Wańka, a kiedy pokazałem Mu reprodukcje obrazów radzieckiego malarza Walerego Bałabanowa, również z kręgu "poetyckiej metafory"- nazwał to "świerszczykowym malarstwem ". Mimo, że Grzegorz mówi niewiele i cicho, fascynuje mnie surowością i powagą z jaką traktuje sztukę, on po prostu wierzy i wie swoje. Przebywając poza krajem w Londynie - nie oszalał, nie rzucił się w wir artystycznej kontestacji, mając autentyczne warunki do jej uprawiania a nie krajowe " udawanie Europy" w naszym zabiedzonym grajdole. Grzegorz nie wymienia też dziesiątków tradycyjnych obrazów, jako wzorców spędzających mu sen z powiek, ale wymienia jeden: "Małżeństwo Arnolfini", jako dzieło najwyższej próby. Jestże więc Grzegorz Bialik epigonem, zaplątanym w tę rzeczywistość Don Kichotem, czy zbuntowanym na współczesną sztukę jak "Tercet Nadęty" - malarskim arogantem? Nie, bo jak się rzekło, jest świadomy swojej odrębności, ale i tego, że tylko czas a nie wygląd zdecyduje o ostatecznej weryfikacji dzieła. Precyzja obrazu, jego mozolne dojrzewanie nie wystarcza mu. (Wiadomo, że dzisiaj często umiejętności czy znajomość warsztatu stoją pod zarzutem prymitywizmu czy amatorszczyzny - taki czas głupi, lub tacy krytycy). Grzegorz pamiętając o formalnej ewolucji sztuki, mówi jednak, ze warsztat razem z warstwą intelektualną i świadomością po co - że dopiero te trzy elementy razem, dają pełny obraz. Pełny obraz; zamknięte dzieło. A manualność, perfekcjonizm - oczywiście mają sens w erze komputerów. Grzegorz Bialik wierzy w ludzką wrażliwość, w kontakt z odbiorcą. Zależy Mu na tym kontakcie, szanuje widza twierdząc (z doświadczenia), że przeciętny brytyjski odbiorca sztuki wcale nie jest mądrzejszy i bardziej wrażliwy niż polski, chociaż wylano litry atramentowych łez, nad rzekomą głupotą polskiej publiczności "kochającej Matejkę i Kossaka ". Grzegorz jest przeciwny jednoznacznym ocenom. Mimo to, jednoznacznie uważam Jego sztukę za niezwykłą, mądrą i piękną. Jeśli starczy Mu wytrwałości, droga, której nawet nie wybierał bo zawsze była Jego drogą, poprowadzi Go w rejony tego, co w sztuce odrębne, suwerenne i co najważniejsze - własne. Myślę, że Grzegorz Bialik wyraża czas przełomu naszego i przyszłego stulecia w sposób wyjątkowy, bo w epoce pośpiechu, dużej częstotliwości faktów i szybkości przemijania, kreuje swoją sztukę precyzyjnie, spokojnie i powoli. JERZY DUDA-GRACZ LUTY 1988 |