ja


Kilka miesięcy temu na swoją ZAPIECKOWĄ STRONĘ zaprosił mnie Marek. Zaproszenie przyjęłam. To wielki zaszczyt mieć witrynkę na Starówce w samym sercu WARSZAWY. Układ moich kartek, dobór materiału to od początku do końca dzieło Marka i niech tak będzie. Wiem, że nic złego mnie nie spotka, bo LEW to wielki przyjaciel artystów. Na Jego "złotych kartkach" mogę rozgościć się pod jednym wszak warunkiem. Mam napisać kilka słów o sobie. No, niech Ci będzie Marku! 

JA O SOBIE. Urodziłam się ponad trzydzieści lat temu w najpiękniejszym zakątku świata. Kto zna Szczecinek wie, że nie mijam się z prawdą? Wszystko tu ładne. Jak sądzę nie jest to bez znaczenia, na co do chwili ukształtowania naszej wrażliwości estetycznej przychodzi nam patrzyć? Kipiące zielenią miasto okala malownicze jezioro Trzesiecko. Świetne założenie urbanistyczne i dużo ciekawej architektury sprawiają, że Szczecinek to miejsce magiczne.


życiorys własny
ilustrowany
pod zdjęciem 
schowany

W domu było nas troje. Jak to zwykle bywa, obserwuje to u swoich dzieci, wśród rodzeństwa autorytet związany jest ze starszeństwem. Czy tylko, dlatego mój starszy o półtora roku brat był dla mnie niedościgłym wzorem? Mirek imponował mi tym, że wszystko robił z pasją. Z konsekwencją i uporem realizował swe rozliczne zainteresowania - także artystyczne. Podglądałam Go i w czym mogłam naśladowałam. Zatem jeśli On do Liceum Księżnej Elżbiety to ja też.. Mirek pięknie śpiewał... tak(!), to z całą pewnością po Rodzicach druga osoba, która w pewnym sensie kształtowała moją osobowość. Bratu nie udało się zostać śpiewakiem. Tata mu na to nie pozwolił: "Mężczyzna musi utrzymać rodzinę. Śpiewak to kapryśny zawód". Stwierdził TATA zamykając wszelką dyskusję. Mirek został lekarzem. Jest doktorem nauk medycznych, chirurgiem w jednej z warszawskich klinik. Kiedy na mnie przyszła kolej wyboru uczelni Tata też miał obiekcje, ale ja byłam dziewczyną. Mogłam podjąć naukę zawodu "dużego ryzyka", do których Tata zalicza wszystkie artystyczne fachy.

Jak sądzę, Rodzice nie bardzo wierzyli, że ja dziewczyna z prowincji, bez przygotowania i stosownych rodzinnych tradycji zdołam przekroczyć próg tak elitarnej uczelni, jaką była i jest Akademia Sztuk Pięknych w Poznaniu(dawniej PWSSP). Liczyli, zatem na samoistne rozwiązanie problemu. Ja jednak, sprawiłam IM psikusa i po trosze radość, bo do Szkoły się dostałam. Dalej poszło po Bożemu. Dyplom na 5 w pracowni rzeźby u prof. Józefa Kopczyńskiego w terminie zrobiłam. Wydałam się z chłopaka z Mazowsza, ale także mocno związanego z moim kochanym Szczecinkiem. Tak oto znalazłam się w Warszawie. Jak sobie tu radzę? Nie najgorzej zważywszy, że trójka małych dzieci nie sprzyjać takiej jak moja pracy. Cieszę się, że udało się pogodzić "ogień z wodą". Dzieci i rzeźbę. Miłość i pasję. Obie bardzo ważne, każda inaczej. Odkąd są na świecie najbardziej lubię rzeźbić właśnie dzieci. Czy to, co robię może się podobać? Proszę oceńcie to sami wędrując po stronach Markowej Galerii!

DZIECI

Kamil Zosia Staś

Mam trójke małych dzieci. Moja milość połyka je co dnia - rano i wieczorem. Nie potrafię się oprzeć. Nie umiem okiełznać instynktu. Łykam je. Dzieci smakują jak konfitura mojej babci, jak szklanka mleka z miodem i masłem, które dawno, dawno temu podsuwała mi pod nos mama. Są bardziej beztroskie niż wieczory pogaduszek w rodzinnym domu - tego ze wspomnień. Są cieplejsze od promieni letniego poranka, które niegdyś szczypaly mnie w lydki, ramiona i szyję. Są też wielką ucztą nadziei. Nie potrafię smaku moich dzieci przedstawić w mowie aluzyjnej. Nie umiem uczucia rozciagnać ani wzdluż, ani wszerz. Kocham je zwyczajnie.

Dorota Dziekiewicz - Pilich

Komorów * czerwiec * 2002 rok.