lipiec 2004 

      data 

                                              dziennikczylinocnik               
27 lipca
2004
wtorek

Równy tydzień temu szykowałem się do wyjazdu. Już jestem w domu - zajęło mi to 5 dni raptem - w tym czasie przejechałem 1.745 km. W środę 21 lipca rano wystartowaliśmy po dokładnym upchaniu wszelkich bagaży; łącznie z małym telewizorem (na szczęście do zostawienia na miejscu) i dużym worem słoików dla babci Stefanii (oczywiście słoiki wkrótce wrócą - napełnione przeróżnymi przetworami i soczkami). Na początek kierunek - Lublin - Zamość. Pogoda sympatyczna, w Zamościu jesteśmy nieco po 9 rano. Turystów mało, piękna architektura małych kamienic i domków z podcieniami. przed wejściem na Rynek - informacja turystyczna - z ciekawą wystawą przedwojennego plakatu. Rynek, zwany Wielkim ze wspaniałym Ratuszem. Jak się doczytałem w przewodniku, kamienic z podcieniami jest w Rynku 55, a sam Rynek ma 100 na 100 metrów. Wieża zegarowa Ratusza ma 52 metry wysokości, ale do hejnału nie doczekaliśmy - upał ogromny. Na Rynku miły woźnica zachęca do wycieczki odkrytym powozem - 20 minut po Zamościu za 40 zł. Dwa razy dłużej i dwa razy taniej jak w Warszawie, ale nie korzystamy - za gorąco. W tym upale ktoś pracowicie przygotowuje jakąś artystyczną instalację - wysoki las suchych gałęzi na niewielkiej powierzchni placu. Ochłodę znaleźliśmy w starej budowli obronnej zapewne, przerobionej na halę targową z klimatyzacją. W samochodzie też już działa, więc jedziemy dalej. Najpierw Szczebrzeszyn. Szukamy chrząszcza, co brzmi w trzcinie. Znajdujemy go nad źródełkiem czystej i zimnej wody. Niestety jacyś wandale urwali mu kawałek smyczka, ale on i tak gra dla tych, co chcą go usłyszeć. Jak informuje tablica obok, w ciągu minuty wypływa ty 36 litrów wody o temperaturze 9 stopni. Po drugiej stronie drogi - młyn zbożowy nad Wieprzem. Ruszamy dalej w kierunku Zwierzyńca gdzie zwierzyniec swój w XVII wieku zakładał Jan Zamoyski, teraz to spore miasto. Za Zwierzyńcem zaczyna się Roztoczański Park Narodowy - na parkingu można zostawić samochód i przesiąść się na rower z wypożyczalni. Nikt nie chce wysiadać -  za gorąco na jazdę rowerem. Mama studiuje mapę - Jedziemy do Janowa obejrzeć koniki. Jedziemy - faktycznie Janów na trasie, ale jest to Janów Lubelski, gdzie są jakieś 3 koniki za miastem, ale ze słynnym Janowem i jego stadninami nie ma nic wspólnego. O konikach janowskich co ich nie zobaczymy, opowiada nam miła pani w sklepie odzieżowym, gdzie dziewczyny oglądają spodnie plażowe, a chłopaki z zainteresowaniem kontemplują piękny profil ....
Mamy zarezerwowany nocleg na Roztoczu, ale trzeba się cofnąć kilkanaście kilometrów. Kiedy znajdujemy drogowskaz - Rzeszów 80 km, nikt juz nie chce wracać. Już głodni nieco, szukamy małego zajazdu, wiejskiej gospody, żeby coś było dobre, miejscowe i tanie. W lasach janowskich znajdujemy "Zajazd Przy Kominku". Kiedy podjeżdżamy, na klika samochodów policyjnych ładuje się duża grupa uzbrojonych funkcjonariuszy w kamizelkach kuloodpornych. Natychmiast chcemy wiać, ale ciekawość zwycięża. Czy to jakaś akcja antyterrorystyczna, aresztowanie członków gangu, czy co innego? Okazuje się że to akcja "GOLONKA", którą tu właśnie podają z rusztu i jest to specjał ulubiony prawdziwych mężczyzn właśnie. W dzień gorący, golonka i żeberka z rusztu jakoś nas nie pobudziły do życia - jedziemy dalej. Pilnie wypatrujemy następnej jadłodajni. Po kilku kilometrach głodna mama wyraźnie się buntuje - w najbliższym miasteczku idziemy do pierwszej napotkanej restauracji. Dojeżdżamy do Sokołowa Małopolskiego. Zdesperowani znajdujemy restaurację "Kasztelanka". Przez pomyłkę wchodzimy do miejscowej mordowni zwanej piwiarnią, dopiero w sąsiednim  sklepie z farbami objaśniają nam, że trzeba się wdrapać na 1 piętro. Pierwsze wrażenie - typowa knajpa okresu - wczesny Gierek. Stoliki i krzesła pamiętają ten okres znakomicie. Zacieki na suficie i brudne ściany mogą być nieco późniejsze. Przeglądamy kartę dań, tradycyjnie napisana na maszynie, w folii nieco paluszkiem kucharza naznaczonej. Nie czepiamy się, bo w karcie cud prawdziwy - kotlet schabowy - 4 zł 90 gr.  Zamawiamy. Po kilku chwilach wjeżdżają 4 kotlety, chrupiące, pachnące, aj waj, cud miód. Do tego ziemniaczki, pomidorki, mizeria, dwa barszcze w szklankach, piwo dla synka, dwie wody dla ochłody. Za to wszystko rachunek ledwo przekracza 30 zł. Dziękujemy wylewnie Pani podającej z pozdrowieniami dla kucharki.
Nasyceni, ruszamy w ostatni etap podróży do Strzyżowa nad Wisłokiem i potem do Niewodnej. Podjazd pod górę do babci Stefanii nieco utrudniony, po ostatnich deszczach, które w tym rejonie drogi podgórskie regulują. We wsi asfalt jest, ale już na zbocza sąsiednie, wjeżdża się po kamieniach i glinie, gdy gospodarz niezbyt zapobiegliwy.
Na miejscu od razu ruszamy w pola i ogrody. Maliny są, porzeczki też, a czarna z cudownym aromatem, agrest i ..bób. Dla urozmaicenia nieoceniony szwagier proponuje kanapkę z ..rzepą - naprawdę niezłe. Trochę większa rzodkiew jakby. Na drugi dzień, odwiedziny dzieciny najmniejszej i najpiękniejszej w całej rodzinie, bo jak się ma 13 miesięcy i na imię Gabrysia, to nie może być inaczej. A tak niedawno - Anetce, mamusi tej dzieciny robiłem zdjęcia na I komunii. Koniec świata, na szczęście nie ma takiego zwyczaju żeby na "młodego" człowieka jeszcze (duchem) wołać "wujek-dziadek". Szwagier nieoceniony, stary samochodziarz, w pierwszej wolnej chwili - pod maskę mojego autka zagląda, kołami rusza i pyta co było robione ostatnio. Okazuje się że luz za duży w pierwszym lewym kole i zawieszenie coś kiepsko trzyma. Ha, śruba się kręci w kółko, zamiast tkwić nieruchomo. Jedziemy do warsztatu w sąsiedniej wsi Wiśniowa. Samochód na podnośnik - diagnoza - śruba do wymiany, gwint poszedł. Gdzie poszedł nie wiadomo, ale za chwilę nowa śruba założona dokręcona na mur. Koszt tej naprawy 10 zł. Koniec świata, w Warszawie za włączenie podnośnika, pewnie zapłacił bym 50. Jak już zacząłem naprawiać, to jedziemy dalej do Frysztaka, gdzie w magazynie GS-u funkcjonuje sympatyczny naprawca radiowych i telewizyjnych odbiorników. Moje samochodowe radio, działało głównie jako odtwarzacz płyt, bo "coś nie łapie". Okazało się, że znany mi pewien montażysta renomowany, uciął sobie kabel anteny w jakimś tam miejscu i raz grało, raz nie. Zalutowanie, oprawa przewodu w plastik i pomiary wszelkie kosztowały 15 zł. Aby ten szok cenowy dopełnić dodam jeszcze, że kiedy mi świeżo naprawiona szyba boczna wpadła w szczelinę drzwi, poznański fachowiec wziął za naprawę zł 30 (trzydzieści) - cena w Warszawie - 120. Tam widocznie biorą za faktyczne usterki, a u nas za opis tego, jak się zmęczyli przygotowując śrubokręt do ruchu skrętnego.

Pogoda załamała się dopiero, kiedy ruszyłem w dalszą drogę Niewodna - Poznań. W Jaśle dopadła mnie o 6 rano burza z piorunami, kiedy tankowałem samochód. Schowałem się gdzieś za stacją i siedząc wśród walących piorunów pomyślałem, że zaraz mogę się szybko znaleźć z powrotem na górkach wsi Niewodna.  Po drodze już w promieniach porannego słoneczka zwiedzam muzeum pszczelarstwa w Stróżach. Choć sklep miodowy zamknięty jeszcze, piękny park obok, ciekawe rzeźby i ...hodowla strusi, które zaciekawione podchodzą do wysokich ogrodzeń. Stamtąd jadę na Tarnów, zabieram po drodze miła panienkę, która akurat dojeżdża na kurs prawa jazdy. Zwraca mi uwagę, że przy zakrętach nie powinny piszczeć opony, a  kierunkowskaz nie zawsze wyłączony po skręcie. No, ta dziewczynka musi zdać. Za Tarnowem coraz wolniej, bo do Krakowa - droga w budowie. Skręcam po krótkim koreczku w kierunku Oświęcimia, aby zrobić trochę zdjęć. Po drodze zatrzymuję się w Skawinie. Tam na rynku zaciekawiła mnie ciekawa architektura jakiegoś domu z wieżą zegarową, obok siedziby władz miejskich. Zrobiłem ledwo 2-3 zdjęcia, zadzwonił telefon i upuściłem swój aparacik cyfrowy. Łapię nogą ale.. mało chwytny. Koniec, elektronika siadła, po wymianie baterii - nic się nie dzieje. Załamany nieco wracam do Krakowa. Stamtąd po małym śniadanku kawowym na Kazimierzu ruszam w kierunku Katowic, aby drogą nr 1 - na Łódź wydostać się w kierunku autostrady poznańskiej. Niby dalej, ale drogi dwupasmowe i szybkie (tak mi się zadawało). Po przejechaniu kilkunastu kilometrów - wszystko zwalnia, potem staje. Korek gigant. Przydługi postój przetykany jazdą na pierwszym biegu nasuwa mi taką refleksję. Jest piątek, popołudnie wczesne jeszcze, ale samochody ze Śląska jadą właśnie nad morze. No i jakikolwiek wypadek w takim ruchu korkuje skutecznie i na długo. A ja stoję w Koziegłowach jak ten baran. Udaje mi się zawrócić, ruszam zatem na Tarnowskie Góry. Wkrótce radość napełnia moje serce - pierwszy drogowskaz kieruje mnie na Poznań. Dojeżdżam wieczorem zmęczony i ślepy prawie. Długi czas jadę z zachodzącym słońcem tuż nad szosą, okulary przeciwsłoneczne, osłona nad oknem - nic nie pomaga. Jakoś w końcu dojeżdżam i  dokładnie nie wiem gdzie jestem. Dopiero kilka telefonów do przyjaciół doprowadza mnie do miejsca przeznaczenia.  W pięknym słoneczku odwiedzam też stary cmentarz Jeżycki i Ogród Botaniczny. Byłem tam ostatnio - na początku ogólniaka, czyli bardzo dawno. Na cmentarzu Jeżyckim pochowano mojego braciszka (dziecko zmarło zaraz po porodzie), tu był też kiedyś grób mojej babci. Niestety nie znalazłem, a w święto nie było kogo zapytać. Późnym popołudniem  przyjaciółmi na spacerze po starym Poznaniu, lody u Gruszeckiego, wyprawa nad Wartę. Piękne stare kamienice - wiele odnowionych, mieszkałem kiedyś w takiej na ul. Poznańskiej i może chciałbym jeszcze kiedy pomieszkać -  pod wysokim sufitem. Najbardziej ucieszył mnie widok kamienic na Dąbrowskiego wspaniałe i dostojne, choć nie wszystkie jeszcze odnowione. I moje dawne kino "Rialto" działa i róże tak samo piękne jak dawniej, na Rynku Jeżyckim.

Powrót do codzienności czyli do Warszawy - dziś rano o 8 pobudka - idziemy synek do pracy.. Patrzy dziwnie, nic nie mówi, wyjeżdżamy samochodem - już kropi, pada.. leje do tej pory. Jutro ma być lepiej.

Zrobiłem kilka zdjęć, wkrótce w zapieckowych podróżach zamieszczę..

Ps. Już po napisaniu tej przydługiej nieco relacji przypomniały mi się dwa wesołe zdarzenia. Pierwsze - to kłopot z aparatem moim choć leciwym, ale cyfrowym jeszcze i przydatnym niezwykle. Zmartwiony upadkiem i swoim gapiostwem opowiedziałem znajomym o moim kłopocie. Na to usłyszałem, że jest rada - nieco wyżej, w tym samym domu mieszka młody elektronik, co ma złote rączki. Po 10 minutach chłopak młody miał mój aparat w rękach - po kilku ruchach i krótkim przemówieniu o niedopasowaniu baterii - wszystko działa bez zarzutu - stąd moje dalsze zdjęcia z Poznania na tych stronach. Ja majstrowałem przy bateriach, wymieniałem i nic. A tu złota rączka bez stresu.
Drugie wesołe zdarzenie związane jest z imieninami Anny. Przyjaciele moi wybierali się na imieniny do sąsiadki Anny, która słynie z przepysznych wypieków i kulinarnych cudów. Ja jako stary łasuch zostałem też zaproszony. Spóźniłem się nieco, więc pędzę pod podany mi adres, pukam i dzwonię, bo jeszcze nie dopuszczą do tych specjałów Pani Anny. Otwierają się drzwi - wchodzę - składam życzenia miłej solenizantce i nagle..
Któraś z pań będących w przedpokoju, wykonuje nagle gwałtowny ruch ręką w kierunku mojego ..zamka błyskawicznego, jaki na ogół noszą panowie. Wykonałem gwałtowny skok do tyłu, broniąc się odruchowo przed jakimś ciosem, czy zamachem w te okolice wrażliwe nieco. Usłyszałem okrzyk - "BIEDRONKA". Oniemiałem, gwałtownie sprawdzając czy wszystko w porządku z moim odzieniem. Okazało się, że dama owa, gwałtowna nieco miłośniczka przyrody - zobaczyła na moich spodniach biedronkę, która mogła biedna doznać jakiejś krzywdy od brutala, co jedną ręką zmiecie. A Ona w obronie zwierzątka, chciała złapać.. i uratować? Nie trudno się domyśleć, że większość wieczoru upłynęło na dywagacjach - co tak naprawdę ta miła miłośniczka zwierząt  mogła zrobić i czy na pewno słowo biedronka jest używane właściwie.  Dopiero obfitość tortów, dań gorących, drobiu faszerowanego, wędlin i innych specjałów odwróciła nieco uwagę od tego zdarzenia, ale co kto sobie przypomniał - biedronka - i salwa śmiechu. Biedronka - psiakrew.

20 lipca
2004
wtorek

Zmiana planów. Juz nie jedziemy w Beskid Bialski, a na Roztocze - tez pięknie. Synek wrócił wcześniej z pracowitych wakacji, więc nie ma go jak odwiedzać. Kiedyś po powrocie z targów turystycznych w Poznaniu, objuczony folderami licznymi - podrzuciłem rodzince myśl taką: jadąc do babci Stefanii pod Krosno można zboczyć nieco i zobaczyć krainę, gdzie ten Rogaś ze szkolnej lektury. No i myśl poparta opowieściami przyjaciela ze Stanów - ciałem się staje. Jutro ok. 6 jak dobrze pójdzie start w kierunku Lublina i Zamościa. Zwiedzamy Zamość, potem Zwierzyniec i oczywiście Szczebrzeszyn - bo tam ten chrząszcz w trzcinie. Nocleg zamówiony na wszelki wypadek - agroturystyczny. Potem Strzyżów i Niewodna.

Dziś dzień miły szczególnie, bo odwiedziny znamienite i nareszcie w perspektywie moje ukochane wagary. Pierwszy gość - to miły starszy siwy Pan, który zapytał o leżący na wierzchu egzemplarz "Baedekera warszawskiego" Olgierda Budrewicza. Oczywiście zacząłem zachwalać, że to 3 wydanie, najszersze i stanowi uzupełnienie i kontynuację poprzednich. Pan z uśmiechem wysłuchał i powiada: - Chyba dobrze pan to określił, bo jestem autorem tej książki. Ha - okazało się ze właśnie rozmawiam ze sławnym podróżnikiem i pisarzem. Obaj uśmialiśmy się z zabawnej sytuacji - a o ile pamięć mnie nie myli - poznaliśmy się już kiedyś na Mokotowie.
Drugi gość miły, to ksiądz Peszkowski, prałat - opiekun rodzin katyńskich. Jak zwykle woła - witaj przyjacielu, co wywołuje zawsze dużą radość. Trzyma się nieźle - oby tak dalej Panowie. Ogromnie budujące te wizyty, pełne uśmiechu i życzliwości.  Od razu inny nastrój - ale i tak się cieszę że jadę. Rodzinkę odstawię i sam skieruje się może nawet do Poznania. A co - znalazłem tam taniego providera - może coś wymyślimy nowego. Relacja wkrótce, zdjęcia też. Na Zapiecku mnie nie ma, ale wracam wkrótce, w końcu sezon w pełni. A za dni parę, pewnie znów pewnie gdzieś ucieknę.

18 lipca
2004
niedziela

Upał. Długo oczekiwany i zaskakujący. Korki przy wyjeździe z miasta - ale wyłącznie w kierunku północnym. Wszyscy wracają nad morze, skąd uciekli dopiero kilka dni temu. W sumie o pogodzie rozmawia się wtedy, gdy nie ma  o czym - ja mam o czym, z prostej przyczyny, że książeczki nie lubią deszczu. Moi nieco starsi rozmówcy wspominają, że dawniej nie było takich anomalii, że lato to lato, a zima .. zgadnijcie. Ha, przecież ogólnie wiadomo, że w czasach naszej młodości pogoda była zawsze super i nic nam w zasadzie nie przeszkadzało, poza rodzicami oczywiście. Jak powiedział dziś w telewizji Pan profesor klimatolog - rok jest ze wszech miar przeciętny. I wszystko jasne - rok jest przeciętny - to my jesteśmy wyjątkowi.
Pani oczywiście, szczególnie - nie mówiłem jeszcze?
Dla mnie aura była dobra, bo kiedy niezbyt ciepło i deszczyk tylko malutki przeleci, wtedy wycieczek więcej, wypraw rodzinnych i chętnych do spacerów. Cieszą się zatem wszyscy handlowcy, choć narzekają na potęgę, ale to już taki styl polskiego kamuflażu. Z moich staromiejskich obserwacji wynika, że wycieczek i turystów zdecydowanie więcej, bo podobno u nas jeszcze tanio, a granic w uciążliwym sensie, już nie ma.  Czy na Starówce tanio? Tu bym polemizował, szczególnie w odniesieniu do dań restauracyjnych i wyrobów "ludowych" ze srebra łączonego z bursztynem. Dorożki też wielogwiazdkowe, taksówki na okolicznych postojach "z cena umowną" często. Ale ogólnie i tak jest lepiej i już. Sam to widzę ...wstępując na ...łazienkowa wagę.
Ci co narzekają, najczęściej zmieniają samochody, to ogólnie przyjęte i w tym kraju normalne. Sprzedając wiele lat, częściej się spotykam z ogromnym problemem i zamartwieniem moich klientów, które da się streścić w dość niby zaskakującym pytaniu - Jak pan na tym wychodzi? Nie wychodzę, a wyjeżdżam samochodem, bo choć ma 8 latek to i tak mnie cieszy - tylko nie wiem czemu mi dziś sprzęgło skrzypi. Jeśli mim, który udaje srebrnego człowieka z metalu, potrafi w ciągu godziny zarobić swobodnie 30 zł, a z kilograma cukru można ukręcić co najmniej 50 duuużych wat cukrowych po 3 złote sztuka - to co tu narzekać.

A w ogóle rozgadałem się o pracy tylko z tej prostej przyczyny, że i ja ją rzucam nareszcie, na dni parę. Achoj, przygodo...
Ruszam w środę. Oczywiście dziewczyny nie dadzą się wyciągnąć bladym świtem, jak ja to lubię najbardziej, ale sądzę że o 5 uda mi się już wywabić je z domu pod pozorem, że upał będzie potem. Ha, może zapomną, że klimatyzacja naprawiona i można już jeździć z chrypką, jak kto lubi. A więc ruszamy najpierw odwiedzić synka, co pracowicie staż ochotniczy i prywatny odbywa, a to obsługując gości w schronisku, a to w żywieniu jakim na południe od Bielska-Białej. Tam nocleg, na jakiejś górce zapewne, potem południem na kremówki papieskie, przez Rabkę, Muszynę i Jasło, aby znów na północ skręcić na Strzyżów. Do Niewodnej, do babci Stefanii dziewczyny dowożę, a tam jak za nogę mnie nie przybiją, to w piątek albo w sobotę ruszam dalej - może uda się do Poznania dojechać na dzień czy dwa, bo przyjaciel z lat dawnych, ma ciekawe propozycje współpracy internetowej. Negocjować trzeba, bo każda pora na zarobek dobra, jeśli zimą książeczki tylko magazyn okupują. Na benzynę zarobię jeszcze, ale na nowy aparat jeszcze nie. A co tam, cel się liczy, a nie jakieś tam rachunki, czynsze i opłaty. No i pędzę zaraz z powrotem do Warszawy, bo przecież sezon w pełni. Turyści czekają, wagarować za długo się nie da. No a poza tym - słomiany wdowiec - zawsze to miła odmiana, choć po kilku dniach fasola po bretońsku ze słoiczka jakby mniej atrakcyjna.

Za powodu wyjazdu Annom miłym, życzeń osobiście nie złożę, choć jak wiadomo i tak zapominam kiedy to dokładnie. Więć kochane moje, (z córką najstarszą na czele) zawsze niech Wam pogoda sprzyja, tak - ta "pogoda ducha" właśnie. Uśmiech niech wam towarzyszy i zadowolenie zabarwione lekka ironią. A to zagadkowe "coś" niech męczy i intryguje płeć przeciwną.
Aniom i wszystkim Paniom w wakacyjnym nastroju - fragment wiersza:
"...Cisza w sercu. Jakże ją łatwo
spłoszyć lub zatruć.
Weź tę chwilę w dłonie, jak światło,
osłoń od wiatru."

Kto zgadnie czyj to wiersz? Odpowiedź jak zwykle w następnym odcinku...

13 lipca
2004
wtorek

Lipiec miesiąc letni podobno, a w nocy 8 stopni przy gruncie. Grunt - to się nie przejmować,  w końcu przestanie lać i słońce wyjdzie. Dziś lało równo co godzinę, o 1000, 1100 i o 1200 też ciemno, więc do pracy ani, ani. Ale już jutro może pod parasolem. Dziecko wielce szczęśliwe wróciło z kolonii. A tu domek jakby mniejszy, tata jakby szerszy. Kolonie w Bukowinie - pycha, twierdzi Martusia; pokoiki 2-3 osobowe z telewizorami, dyskoteki do 1 w nocy, wycieczki wspaniałe, pogoda super. No i dlaczego nie ma koloni dla mamusiów i tatusiów - ja się zapytowywuję. W ramach oczekiwanie na przybycie dzieciny, co już wzrostem mamę dogania, poszliśmy z koleżanką małżonką do kina, na "Shreka 2" oczywiście. Dlaczego oczywiście? Czy można liczyć, że dzieci jeszcze zabierają rodziców na jakieś tam filmy? No, przecież każde uśmieje się zaraz.
Chyba w ramach jakiś dawno zapomnianych wrażeń sprzedano nam bilety do ostatniego rzędu. A może chodziło o to, że bez dziecka - to na koniec. W każdym razie okazało się że widać nawet nieźle, bez udziału głów i kapeluszy siedzących niżej. Tylko znów "jak zwykle" koleżanka małżonka miała rację. Śmiało można było poczekać na wersję kasetową i obejrzeć w domu. Jeśli mamy jakieś dzieło 5 tomowe i zdejmiemy z półki n.p. tom drugi, to tak jest akurat z tym filmem. Typowa dokrętka, jako nieoceniony ciąg dalszy i podobno wstęp do dalszej całości. Szalone ochy i achy w prasie nie uzasadnione za bardzo. Może za wysoko podniesiono poprzeczkę w pierwszym "Shreku" i teraz oczekuję niewiadomo jakich wrażeń. Przyjmijmy, że fajny ciąg dalszy i koniec - w końcu to nie film dla taty i mamy. Ale jednak trochę mniej śmieszny, mniej akcji, mniej wrażeń. Ale nadal warto ...kupić do domowej filmoteki. Jak tylko się ukaże.

Dziś zabrałem się za porządki zapieckowe i wkleiłem kilka zdjęć, które zrobiłem całkiem przypadkowo w zeszłym tygodniu. Akurat trafił się dzień słoneczny, co w tegorocznym lecie jest podobno ewenementem http://www.zapiecek.com/zapiecek/zapiecek_lipiec2004.html Przy okazji odkryłem że stoisko zapieckowe nawet na urzędowych stołecznych stronach jest uwzględnione. Na stronie; http://um.warszawa.pl/v_syrenka/miasto/unesco.htm są zdjęcia liczne, które można oglądać "obrotowo". I właśnie środkowe w 1 rzędzie uwzględnia i balony i książki. Miła ciekawostka, choć trzeba mieć dobre łącze bo wczytuje się to dość długo.
Za 8-9 dni - kolejna podróż - do babci Stefanii na południe. No i niech tylko to słoneczko poświeci trochę, bo na beznzynkę nie starczy. A tu jeszcze mili dostawcy jakieś sugestie maja takie, że może, ewentualnie jakieś rozliczonko przed wakacyjne - zupełnie jak bym wybierał się na krokodyle, a nie do teściowej.
Odwiedzają mnie znajomi, żeby pogadać. Ale niektórzy również uparli się, że muszą mi przedstawić swoje wybranki. Mówię tu o dwu panach - obaj pisarze i obaj na towarzyszki dalszego życia wybrali dziewczyny co najmniej o 20 lat młodsze. Jeden nawet się ożenił i wózek pcha już pracowicie, co zaowocuje mu niechybnie pytaniem - ...jaka ładna wnusia, czy podobna do dziadziusia? Drugi o żeniaczce jakby nie napomyka, a o związku dusz gada. Dziecinka wpatrzona jak w obraz, choć włos wybranka przerzedzony nieco. A właściwie, nie moja sprawa, choć można to odebrać też jako dowód zaufania i konfidencji niejakiej. Życie i kieszeń wam pokaże, drodzy Panowie, drugie dno każdej sprawy. Chyba że doznacie chłopaki szczęścia, o jakim tylko w książkach piszą. Tylko dlaczego piszą, bo nie mają? Ja po prostu jednak odwołam się do innego filmu, który też rysunkowy - wkrótce na ekranach.  "GARFIELD" czyli kot - jego hobby to jedzenie i spanie, a motto; "podobno można oczekiwać więcej od życia, ale ja nie mam zamiaru".  Czy to zdziecinnienie, czy podchwytliwe podszepty filmowych producentów, że film dla dzieci podteksty ma "dorosłe". Ech, kochanie buzi ... bo po co nam ten bilet do ostatniego rzędu.

7 lipca
2004
środa

Od 20 czerwca cisza zapadła w dzienniczku-nocniczku. Liczne reklamacje, listy ponaglające i wymysły przechodzące w groźby, piszą moi przyjaciele - w większości korespondencyjni. Co tak zmarłem i czy mi co wyschło albo może mnie w końcu zalało?
A ja stoję na Zapiecku i moknę, wiatr łapie i patyny nabieram. Nawet babcia z przeciwka z 1 piętra zauważyła - ładnie się panu główka opaliła. Nie żadna główka, owłosienie posiadam, a babcia okularów "na dal" nie zakłada. Łysi też chodzą i to znacznie młodsi ode mnie. No..
A teraz co tam na Starówce. Zmiany są, a pogoda taka, że łeb do góry i śledzenie chmur czy jaka wody nie wiezie do podlania moich książeczek. Wiatry nachalne wiec poranny sweter i kurtka, to w tegorocznym lipcu codzienność. Zmiana na Starówce pierwsza - to znów zaklejono "do imentu" Muzeum Historyczne. 5 kamienic po stronie Dekerta zawieszono reklamą "Na spotkanie ze świeżością TIC TAC". Na gigantycznej płachcie od dachu po chodnik namalowano jakieś okienka, co maja pozorować, że niby mury ładnie takie będą po odnowieniu. Młoda para na ławeczce, On kusi cukierkiem co miętowo niesie tylko 3 kalorie, a Ona pochyla się z wdziękiem uczennicy co za ciężki tornister nosiła. Stąd pewnie to skrzywienie kręgosłupa widoczne dla wszystkich rodziców i znawców tematu - oświata Twoja przeszłość. Reklama jak reklama - lepsza niż ta co wisiała dwa lata temu, po niej właśnie lubieżne staruszki pisały liczne reklamacje do władz, że im się to ssanie czy lizanie loda Magnum .. nie podoba. Muzeum podobno zbierało fundusze na renowację, ale renowacji nie widać - pewnie wewnętrzna była..

Na Zapiecku kaszel mnie dusi, ale nie od wiatrów i deszczów, a od spalin okrutnych. Wielkie "kamazy" wywożą z Pl. Zamkowego piasek,  a przywożą z powrotem piasek i rury. No i jak taki potwór, obok mnie zakręca to gaz naciśnie i z rury prosto w literaturę kłęby sine walą. Ale kto by tam dbał o jakieś środowisko, w końcu jest Fundusz Ochrony Środowiska niech on się martwi. Lewica czyli ta sama partia co zawsze, ale w nowszych gaciach, właśnie pompowała z tego funduszu lewą kasę. No w końcu jaką miała pompować jak to wszystko "na lewo". Od ideologii do pierdla, gdzie siedzi jakiś tam i sypie kolesiów. Ale miało być o Starówce a ja znów zbaczam.
Ludzie co raz lepsi, ładniejsi i bardziej uśmiechnięci. A to m. in. za sprawą takiego chłopaka jak Robert. Codziennie rano przychodzi do mnie się przywitać, życzy miłego dnia i mnie podszkala. Na szerokim pasie nie nosi żadnej ładownicy, ani torby, ale piękny kosz, pełen róż. Codziennie inne, codziennie świeże. Poranna lekcja - to informacja jak pachnące róże ma dziś w sprzedaży, jak się nazywają i jak zachowują. Tak, róża dojrzewa, rozkwita i zmienia barwę, często na przykład na ciemniejszą. Czy nie przyjemne takie poranne rozmowy o kwiatach zamiast o polityce?. Robercik z elegancją zaczepia młode pary, nieco drażniąc męski honor. Panowie zaś bez względu na wiek i poglądy kupują kwiat cięty swoim Paniom, bo jest okazja, bo nie pomyśleli wcześniej i po prostu tanio. Jeden ze spacerujących o kształcie czaszki wskazującej na kontakt z kaloryferem (kark się skraca) i barach wskazujących na odwiedzanie barów w różnych celach zawodowych - tak się zafascynował "bajerem" naszego kwiaciarza, że zamiast jak zwykle "dać w trąbę" to zamiast 3 zł dał 20.- za kwiatek. Kochajcie chłopaki swoje dziewczyny, kupujcie kwiaty u Roberta - bo choć szybko się przemieszcza, to łatwy do wykrycia i wszystko wie o swoich kwiatach. Jak się okazuje o psychologii także co nieco. Ja jestem stary wygodnicki i zamiast miłe Panie kwiatami obsypywać, opowiadam im wieczorami, że .. już taki jestem zmęczony, że klawiszy nie widzę i po 12 godzinach na świeżym (załóżmy) lufcie, z radością odczołgam się na swoje posłanko.

W ramach walki o przyjazne środowisko "mimy" co stoją na Zapiecku (ostatnio złoty robotnik ze złotym kilofem), gonią wszelkich grajków, co by okoliczni kupcy tylko Straży Miejskiej nie wzywali, bo handel kaczorkami pływającymi i tasiemkami imiennymi podupada. Nawet właściciel sklepu z kryształami, z domu "Pod Lwem", powiesił nad swoim oknem wystawowym tabliczkę, gdzie obok przekreślonego saksofonu widnieje napis "zakaz gry na instrumentach". Dziś pod zegarem pocztowym przysiadła grupka należąca do formacji sznurkowo-szmacianej, ze swoim fałszowanym hymnem Grechuty. Zegarmistrz światła purpurowy zdusiłem w zarodku wskakując szarpiącemu struny rzeczoną powyżej tabliczkę. Ja słusznie zauważył mój rozmówca, nie ma tam gitary tylko saksofon przekreślony więc grać może. Jednak widmo legitymowania się i tłumaczenia przed Strażą jakoś zmodyfikowało plany leżących juz pokotem śpiewaków, więc przenieśli się na róg Piwnej i Piekarskiej. Zablokowali to malutkie skrzyżowanko zaczepiając każdego przechodnia czapką jaka pozostała po kupowaniu ziemniaczków w berecik. Nie koniec muzycznych ekscesów, bo za chwilę z podobną czapeczką - oczywiście już bezpośrednio na Rynku i to pod samym sklepem Pana co tabliczkę kazał wieszać - rozwinęły swe talenty dwie bębniary. Waliły  mocno i wściekle w bębny chyba jakieś sygnałowe bo podobno niedźwiedzie słyszą po drugiej stronie Wisły i przestają dbać o przyszłe potomstwo. Nie pijam napojów powodujących łomot w skroniach, ale czułem się jak by mi ktoś walił młotem w wiadro na głowie. Panienki w strojach włóczkowych, a wyciągniętych już nieco - usłyszały jednak moje wołanie, wspomagane ciągnięciem ich do tej zbawiennej tabliczki. O dziwo - przeczytały ze zrozumieniem i rozeszły się szybko. Może by tak pod Sejm, albo Senat posłać one panienki. Rozejdą się i będzie spokój już nic głupiego nie uchwalą.

Miłym i kochanym korespondentom/tkom  moim uprzejmie donoszę, że pozdrawiam je i ich gorąco, mimo całkiem letniej pory. Czuję się świetnie, inaczej już nie mogę, bo szpitale limity przyjęć wyczerpały i funduszy brak na leczenie. A mamy lipiec, a nie koniec listopada. Czas więc może sięgnąć do tej lewej kasy partii dawno przebrzmiałej i lewicowej tylko od miejsca na sali sejmowej i dać choć na Centrum Zdrowia Dziecka - odsyłanego do domu - z powodu braku środków. Do pierdla czas panowie - tak określano właśnie miejsce odosobnienia słowem obraźliwym wielce. Jak na razie sadzają "alimenciarzy", bo i tak Fundusz Alimentacyjny zlikwidowany. No i tak dobrnęliśmy znów do polityki czyli do nowej propozycji ludu zniecierpliwionego miast i wsi. Nowa inicjatywa w ulotkach wielu się rozprzestrzenia i w internecie też. Żeby już te partyjki przestały się bawić naszym kosztem i zaczęły za własne środki bić pianę jaka im tam pasuje. Najlepiej gaśnicza. Czyli co ma być? Wybory jednomandatowe. Jeden okręg wyborczy jeden kandydat jaki lud wybierze. Może to i dobre było by, tylko trzeba przypilnować czy jakieś nowe lewicowe albo też prawicowe treści nie zechcą zasilić nowej inicjatywy. A potem mają się z tego wykluć najwyżej dwie siły.. No zobaczymy, ale jak się ma co wykluć to chyba już nie w tym kraju. Jaja idą w górę, bo kury już wyjechały do Unii. Tam mają lepiej. I są doceniane.

do góry, do góry... 


Strona główna    Zapiecek    Antykwariat   Galeria Zapiecek  Przyjaciele książek   Dziennik
Stare Miasto   Rynek    Plac Zamkowy    Pomniki
Artyści: Wiesława Kwiatkowska,     Grzegorz Bialik,    Joanna Sierko,
Poeci: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska,    Bolesław Leśmian