|
|
listopad
2004 |
|
data
|
dziennikczylinocnik
|
29
listopada
2004
poniedziałek |
Jak
tylko ktoś powie, że już na pewno to się nie wydarzy, los zawsze wykręci nam
niespodziankę. Byłem przekonany na 120%, że w tym roku, a w listopadzie to
już absolutnie nigdzie nie pojadę i żadne wycieczki mi nie grożą. Kiedy mój
poznański przyjaciel przybył do stolicy po jakiś towar, zażartowałem na
naszym krótkim spotkaniu, że chętnie bym się razem z nim zabrał do Poznania,
a wrócił pociągiem. Okazało się, że jego fiacik jest juz taki ciężarowy, że
nawet tylnych siedzeń nie ma. Potraktowaliśmy to jako żart prawie
kurtuazyjno - sentymentalny. A tymczasem... Tego samego dnia po południu
odbieram telefon od kumpla, który mówi: - przyjedź do hurtowni przedstawię
Cię komuś. Jako ciekawy z natury, jadę, a tam szef sympatyczny i przystojny
wielce pyta czy mogę następnego dnia jechać do Poznania, bo za mało towaru
dowieźli i koleś mój tylko część zabierze. Zgodziłem się od razu, nieśmiało
tylko napomykając o jakiejś rekompensacie za zużyte paliwo. W ten sposób w
czwartek wieczorem po długim oczekiwaniu na ten tajemniczy towar (i tak nie
zdradzę ..na razie), w końcu jest posortowany i zapakowany. W moje biedne
autko wchodzi kilkanaście kartonów, ale nie jest to zbyt ciężkie. Za to
ciężkie myślenie nachodzi mnie za moment i trzyma czas jakiś, kiedy Szef tu
wyżej wspomniany wręcza mi 150 zł na paliwo. Im więcej liczę i im więcej się
zastanawiam, to na ok. 650 km (tam i z powrotem) jakoś mi nie starcza. Ale
co tam, ahoj przygodo, jadę. Jest 1930 kiedy ruszam, pada deszcz
zamarzający dość szkliście w tej nadwiślańskiej hurtowni. Na szczęście im
dalej na zachód, tym droga lepsza, choć do połowy trasy deszczyk pada co
parę minut. No i w końcu ściągam duszę z ramienia, a po jakiś 100
kilometrach nawet przyzwyczajam się, do tej nocnej jazdy, oślepiających
świateł, nawet dwa razy wyprzedzam jakiś okropnych maruderów. Kiedy wjeżdżam
na autostradę - telefon. Żona przyjaciela pyta kiedy dojadę na kolację. -
A.. jak wjeżdżasz na autostradę to będziesz już szybko. W nocy gorzej widać
i pod obciążeniem nie jadę szybciej jak 150, bo tylko do tej kreski jeszcze
radio słychać. Za to widzę jak powoli opada znowu wskaźnik paliwa.
Autostrada płatna oczywiście dwa razy po 11 zł. Nawierzchni po nocy nie
widać, ale wiele razy jakieś nierówności pomagają zmienić odtwarzaną
piosenkę z płyty w dudniący rap. Nawet moje zimowe opony jakby bardziej
skoczne. O północy dojeżdżam na miejsce.
Następnego dnia mam już wracać, ale to piątek. Jest piękny słoneczny dzień,
a jak sobie sam tłumaczę i już mam prawie pewność, że w taki dzień to i tłok
na drogach większy, i dłuższa jazda murowana. No więc postanowione że wracam
w sobotę rankiem, no bo komu się chce w taki dzień pchać do stolicy. Całe
przedpołudnie poświęciłem na sentymentalny spacer po Jeżycach. Od teatru
Nowego - ul. Dąbrowskiego po rynek Jeżycki i okolice. Niby wszystko blisko,
ale w każdą uliczkę trzeba zajrzeć, poszukać dobrego miejsca na złapanie
słoneczka (światło do zdjęcia) no i jeszcze zakupy na powrót.
Teatr NOWY im. Łomnickiego, bo tu właśnie na deskach zmarł ten wielki aktor.
Restauracja w budynku także i ZAPADNIA się nazywa. Wzdłuż ulicy jakże
zmienionej w ciągu ostatnich kilku lat - co raz więcej odnowionych
wspaniałych kamienic secesyjnych z początków XX wieku. Zaraz na przeciwko
teatru może bliżej Kochanowskiego, szukam tabliczki fotografa, nie ma już.
Pracownia przestała istnieć, inne firmy tam prosperują. Na rogu
Kochanowskiego też znany budynek, do dziś pamiętam błysk w oku ciotki, kiedy
opowiadała jak z niego w czerwcu 1956 zrzucano urządzenia służące do
zagłuszania radia Wolna Europa. Na przeciwległym rogu pamiątkowy kamień i
dwie tablice poświęcone tym, którzy wtedy zginęli. Na pierwszym miejscu
nazwisko Romka Strzałkowskiego. Jakże tamte wydarzenia kojarzą się z tym, co
dziś dzieje się, ale spokojniej - na Ukrainie.
Za pamiątkowymi tablicami, stary dom pamiętający chyba jeszcze cesarza
Wilhelma. Byłem tam kiedyś w środku jako dziecko. Babcia pracowała tam
wśród szkła, próbówek - to było coś związanego z badaniem nasion, roślin
chyba - tak to pamiętam. Niby brzydki i czarny, a jednak sympatyczny. Drugi
taki podobny nieco dalej. Skręcam w ul. Mylną, teraz Strzałkowskiego. Na
rogu Dąbrowskiego i mylnej była jakaś knajpa chyba raczej niskiej kategorii.
Tylko kino RIALTO jakby znów mniejsze, zapada się czy co? Schodząc w dół do
Poznańskiej mijam stary dom, do dziś na jego froncie jeszcze widać resztki
dawnej reklamy - wytwórni figur gipsowych. Schodzę w dół ulicy jeszcze
kawałek aby podejrzeć stare kamienice od strony podwórek, nie da się, garaże
jakieś nadbudówki, firmy. Za ceglanym murem rosła tu marchew i chyba parę
jabłoni też było. Idę potem Poznańską w stronę Kościelnej. Dawna kamienica,
gdzie mieszkałem u babci ma wymienione okna, sklep na dole znów zmienia
właścicieli. Na starym przedwojennym zdjęciu był tu zakład fryzjerski. Ja
pamiętam sklep PSS-u, gdzie pieczywo przywoził wóz konny. Obok był sklep,
gdzie nie wiem co sprzedawano, bo zapamiętałem tylko powiązane słomianymi
powrósłami szczapy drewna na podpałkę. W mieszkaniach były wtedy piece
kaflowe.
Na Kościelnej juz któryś raz z rzędu robię zdjęcie kościoła św. Floriana.
Odnowiony front pięknie błyszczy w słońcu. Jeszcze tylko spacer w kierunku
Słowackiego, gdzie dawna szkoła i powrót na rynek Jeżycki. Po obrzeżach
dominują ciuchy, ale kwiaty i świeże warzywa trzymają się dzielnie. Do dziś
pamiętam takie zdanie ciotki Frani, która zabierała mnie na zakupy na Rynek.
- Pani, a pół funta, to wiele uczyni? W tłumaczeniu współczesnym - zapytała
ile będzie kosztować 25 deko (chyba sera). Na straganach wszelki dostatek, a
najbardziej zdziwiła i rozśmieszyła mnie odmiana "pyrów" zwana MYSZKI.
W sobotę tuż przed wyjazdem do domu, wracam jeszcze raz na Rynek. Kupuję
pyszne jabłka, a na przeciwko przy Kraszewskiego zaopatruję się w rogale "marcińskie"
- potem okaże się, że kupiłem tylko 5, a trzeba było dwa razy tyle. W
bagażniku pachnie "leberka", dla nie znających tego specjału podpowiem, ze
to coś między pasztetową, a wątrobianką, ale o niebo lepsze. No i podstawowy
zakup to ser smażony z Nowego Tomyśla, oczywiście wyłącznie z kminkiem.
Wracam omijając autostradę droga krajową numer 2. Taki jest numer do
Wrześni, potem 92 do Konina. Żadnych bramek i opłat, ruch spokojny
nawierzchnia do Wrześni bez zarzutu. Ha, "mam do przodu" 22 zł.
Tak,
biznesmen to może nie jestem, ale przynajmniej poznańska kolacja była na
warszawskim stole.
W Warszawie juz wszystko normalnie. Wzywam fachowca do naprawy zmywarki
przez słynny usługowy "żółty telefon" - nie tylko polecą odpowiedni zakład,
ale jeszcze połączą. Poprosiłem o taki bliski zakład z dzielnicy Wola.
Panienka połączyła, Pan zlecenie przyjął i powiedział, ze serwisant uprzedzi
telefonicznie o wizycie i wpadnie prawdopodobnie jutro. Nie uprzedził, wpadł
po 1600 niespodzianie. Niespodzianie też zmywarka okazała się
świnia, bo żadnego uszkodzenia nie ma i warczy, i chlupie wesoło. A ja tu
dopiero pełen zlewozmywak - ręcznie. Sympatyczny Pan serwisant słuchał długo
jak szumi, potem długo wypełniał papiery. Podglądam i widzę, że jakieś
kilometry nalicza, kazał podpisać w jakiejś rubryce niby nic nie zrobił, ale
dojechał. Podpisałem. Okazało się że liczy kilometry z Rembertowa i wyszło
mu chyba ponad 25. Tylko właściciel nazywa się Wolski, dla zmylenia
oczywiście panienki z bardzo "żółtego telefonu". Miły człowiek po dłuższych
obliczeniach orzekł że z dojazdem będę winien coś niecoś ponad 100 zł.
Odmówiłem zapłaty. No dałbym te 30 - 40, za posłuchanie jak woda w maszynie
szumi, ale 100 za dojazd nie dam. Sam pojechałem za niewiele więcej, ale o
wiele dalej. Wiadomo stolica. Czekam na tych z pałami, windykację, sąd i tym
podobne. Jak to pisał Boy? Że czasem nas biednych ludzi, rzeczywistość ze
snu budzi? W d.... mam taką rzeczywistość. Może jeszcze zadzwoni ten z
hurtowni i powie, że niewiele dokładając znów mogę jechać gdzieś.. Aby do
wiosny..
P.S. ostatnie zdjęcia z Jeżyc na stronie:
http://www.123noclegi.info/wielkopolskie/jezyce.html |
18
listopada
2004
środa |
Ostatnia zapewne podróż tego lata choć o jesiennej porze, a mnie się nie
chce pisać, bo ...przedłużył bym tą śliczną pogodę ostatniego weekendu na
jeszcze trochę. Przejdą deszcze i przyjdą lepsze dni jeszcze (!) - w końcu
tylko dzieci się starzeją, nam tylko czas jakoś za szybko upływa.
Zatrzymałem te słoneczne dni na swoich fotografiach, których najwięcej
zrobiłem właśnie na rzeszowskiej wsi. Zapraszam na strony:
www.zapiecek.com/Niewodna/niewodna_2004.html
.
Podróż rodzinną zaczęliśmy w poprzednią środę chcąc uniknąć dużego
ruchu, a jak się okazało nie tylko ja mam jakieś pomysły unikalne, ale sporo
innych osób zmotoryzowanych. Okazało się też, że najkrótsza droga na
Rzeszów (Radom - Tarnobrzeg) remontowana jest często i z zapałem. To cieszy,
ale nie w momencie oczekiwania na przejazd w wielo-samochodowej kolejce,
kiedy dla ułatwienia przejazdu wprowadza się ruch wahadłowy. Jakoś miałem
szczęścia na same "czerwone" przejazdy i ponad godzinę spędziliśmy w różnych
mało ciekawych miejscach. W drodze powrotnej pojechałem z Rzeszowa na Lublin
i dopiero potem w kierunku Warszawy. Droga piękna i już po sezonie
remontowym.
Ale wróćmy na wieś na chwilę - przy polnej drodze 11 listopada kwitły jakieś
kwiatki, muszę córkę zapytać (zna się lepiej) - podobno stokrotki, w ogródku
wysokie róże, a nawet sfotografowałem dla pamięci kwiat poziomki. No i
zupełny szok dla mnie łasucha, na krzakach malin, owoce dorodne i słodkie.
Może to jakaś późna odmiana, ale pora roku raczej mało malinowa. Dostałem
też buzi kilka razy od ślicznej brunetki. Nie dość że wesoła, to choć
spotkaliśmy się po raz pierwszy, ucieszyła się gdy wziąłem ją na ręce. Była
by to zapewne miłość od pierwszego wejrzenia jej czarnych oczu, gdybym
został na dłużej. Płeć wiadomo, futerko miłe, uszka śmieszne, a
...ogonek wiecznie w ruchu. Chodziła za mną krok w krok, ale może to nie
tylko miłość, a zapach wiejskiej kiełbaski, co jakoś snuł się za mną. Sunia
niewielka, czarna w białym szaliczku i białych skarpetkach, a radości na
całe gospodarstwo babci Stefanii.
Spacer po polach, a potem wyprawa na rodzinne groby, a ja zdejmowałem
kurtkę, sweter, - w koszuli już kazali zostać, to był pamiętny dzień. I tam
właśnie, był jak najbardziej świąteczny, daleki od oficjalnych parad,
przemarszów i przemówień o których jeszcze wspominają, ze nie trzeba było
tego mówić, a może tamto podkreślić. Daleko od polityki, komisji różnych,
księgowego co jeszcze prowadzi jakieś postępowanie wyjaśniające w sprawia
moich opłat targowych i innych takich "rozrywek" codziennych - to był
prawdziwy Dzień Niepodległości (zawsze lepiej brzmi, jak rocznica
odzyskania).
Rozochocony pogodą słoneczną, wybrałem się do Sanoka, a potem nad Solinę.
Niestety już na spotkaniu w Sanoku z miłą Panią Ewą (reklama + projekty
architektoniczne) zaczęło padać. Potem mżawka na spacerze po pustych
ośrodkach, deszcz większy na zaporze w Myczkowcach, a ulewa w drodze
powrotnej. Rodzina zyskała za to miłą znajomość i ..zaproszenie w Bieszczady
przy lepszej pogodzie, do własnego domku. No jasne, możemy kupić (w zasadzie
tak - jak mawiał Jacek Fedorowicz). Projekty śliczne, ale po co kotwica -
jeszcze tyle miejsc pięknych do zobaczenia. W Lesku wspaniała cukiernia,
ciastka typu "niebo w gębie", trzy razy wracałem do lady, żeby dokupić, a to
jeszcze mały torcik a to pączki na wynos. Piękna pani właścicielka
(szefowa?) zręcznie wymieniała tace na pełne nowych i świeżych specjałów,
jedynie jedno ciastko było jakieś w nazwie wątpliwie - "cycki murzynki".
Może "dupa górala", było by bardziej na miejscu, i może mniej słodko, ale
też "radośnie".
Na wsi
żarówki słabe, po 1500 już ciemnawo. Pora dziennika
telewizyjnego, a wszyscy ziewają, no to o 2100 spać. Ale jak?
Normalnie człowiek "miastowy" do północy często marudzi, ratując się potem
poranną kawą, a tu powieki opadają nad wczorajszą gazetą. Wyspałem się za
wszystkie czasy, ale jak zawsze - własne łóżko i gorący prysznic w domu to
tez radość. Nie ma jak w domu, ...zawsze można zacząć planować
następny wyjazd. |
6
listopada
2004
sobota |
Zamykam i zamykam ten sezon, a tu temperatury kwietniowe. Jeszcze nie
słyszałem żeby na początku listopada temperatura dochodziła do 20 stopni.
Oczywiście jak zwykle, nie w Warszawie, a nieco na południe, albo na zachód
- czyli tam dobrze i ciepło, gdzie nas nie ma. Kolejna podróż i kolejne
wahanie, zakładać zimowe opony czy nie. Prognozy mówią, że będzie zimno, ale
nie mroźnie, czyli nareszcie dostąpię tej przyjemnej jazdy po gliniastym
zboczu, "o czym marzy dziewczyna, gdy dojrzewać zaczyna?". Tak, w środę
najbliższą udaję się na południe - kierunek: Rzeszów - Niewodna. Wody tam
faktycznie mało, strumyk tylko, ale jak popada to miło się zjeżdża -
najbezpieczniej na portkach własnych.
W ostatnich dniach października ruch już na Starówce prawie zamierający ale
..krajowy, natomiast wycieczki zagraniczne - proszę bardzo, tak jakby było
coś jeszcze do sfotografowania i obejrzenia. Najlepszy interes robi "złoty"
- mim oczywiście, ale jak zobaczy że zbliża się niebezpiecznie do pierwszej
"stówy", to maszeruje na porządną przerwę, albo do domu, żeby średniej
krajowej nie zawyżać. No i kto to widział, żeby ci turyści tak się pchali,
ogródki ostatnie dwa na rynku przeżywały okres oblężenia z braku
konkurencji, sprzedawcy łańcuszków prawie-srebrnych i pałaców kultury w
ramkach też mieli swoje kilka minut prosperity. Nie jesteśmy przygotowani na
takie anomalie pogodowe, bo jak listopad to ma lać i koniec - albo chociaż
deszcz ze śniegiem w te konkurencję niech sypie. Jedyna pociecha dla
wytrawnych handlowców i życzliwych w swej wzajemnej dobroci, że może w
przyszłym roku nie wszyscy dostaną zezwolenia, a może który dostanie mniej
metrów na ogródek czy jakie tam stoisko.
Straż miejska jedynie z ulgą spogląda w niebo, bo już władza żadna nie szlaja
się na piechotę i nie zakłóca normalnego rytmu pracy. Czyli nie trzeba już
nikogo straszyć czy sprawdzać, mądry handlowiec wie jak i kiedy się
podzielić. A tak a propos' dzielenia. Byłem ostatnio uczestnikiem niemym (!)
pewnej zabawnej dyskusji. Kilka Pań przy stoliku sąsiednim informowało
się wzajemnie, jak płacić mniej policji za przewinienia drogowe. Oczywiście
nie chodzi tu o żadne tam odejmowanie punktów, czy wypisywanie mandatów, ale
o wysokość tradycyjnej opłaty czyli myta naszego powszedniego. Żadna z Pań
nie pamiętała (5-6), kiedy zapłaciła jakiś mandat i serwowano jakieś
punkty, poza tymi za pochodzenie z czasów PRL-u. Ile? To jest to dręczące
pytanie i uzależnione nie od dwukrotnego przekroczenia dozwolonej prędkości,
czy przejechaniu na czerwonym świetle. Ile? - to zależy od marki samochodu,
jego rocznika, stroju Pani, czyli ogólnie wzrokowej oceny możliwości
płatniczych. Większość Pań stosuje metodę zagadania z ewentualną sporą
domieszką kokieterii, ponieważ metoda na chorą matkę czy męża w szpitalu
zdecydowanie się nie sprawdza. Stawki opłat tradycyjnych dla Pań, a
przeznaczonych na potrzeby własne Panów w mundurach, prawie nigdy nie
przekraczają 100 zł. W skrajnym przypadku dama pewna przysięgała się, że
więcej nie ma i pokazała portmonetkę z 30 złotymi w dwóch banknotach
oczywiście. Na zasadzie samoobsługi 20 zł powędrowało do Pana upominającego,
10 zostało Pani "na życie". Największy jednak aplauz i szczere wybuchy
śmiechu wzbudziło opowiadanie tej Damy, co wioząc małoletnie dzieciny
została zatrzymana "za przekroczenie...". Oczywiście, dowodu rejestracyjnego
też zapomniała, więc z rozpaczą i premedytacją powoli zaczęła opróżniać
przepastne głębiny podręcznej torebki. Flakonik, pieluchy, smoczki dwa,
jedna butelka niebieska, chusteczka, puderniczka, dwie pary kluczy,
portfelik na drobne, miś mały sztuk 1, rajstopy nowe, kosmetyczka, kwit
jakiś, dwa listy i .... w tym momencie decyzję ostateczną policjanta -
wzmocniły dwa bachory solidarnym rykiem. Nie ma takiego mężczyzny, co na
widok nieszczęścia, nie pomoże kobiecie. Sam uciec nie mógł ze skrzyżowania,
więc ruch zatrzymał i kazał jechać; szybko, szybko - jakoś nie
wspominając o opłatach czy karach. Drugie miejsce w rankingu kar śmiesznych
otrzymał małżonek, jednej z Pań, który gotówki nie posiadał, zdradził
natomiast że ma gorzałę w bagażniku i się podzieli. Jego błaganie zostało
wysłuchane i kiedy już zabierał się żeby bagażnik otwierać i wręczać -
usłyszał: O nie kochany! - Widzisz pan te górkę i tą kupę liści na poboczu
dalej? - No, to tam pan zostaw, a my sobie znajdziemy. Jak kazali tak
zrobił, potem opowiadał żonie, że mu jakoś głupio tak do liści dawać.
Dziwne, przecież jesień, w zimie można pod bałwana schować, albo w zaspę,
zawsze to chłodzenie wymagane jest. No i nie wiem z kogo się śmiały, ale
stawka wyszła mu najniższa.
Wystarczy usiąść gdzieś blisko, a życie samo podsunie nam właściwe
rozwiązania. Bo przecież, gdyby tym ludziom płacono godziwie, to o wiele
milej było by im pouczać nas i napominać, a nie straszyć piekłem powtórnych
jazd manewrowych i uszczupleniem zasobów skromnych. Ale to już
polityka. Pisał do mnie właśnie Pan miły, ze o komisji co badała filmowca
Rywina pisałem często i chętnie, natomiast o tej co chce "Orlenowskiemu"
orłu pedicure robić - ani mru-mru. Odpowiedź moja może być tylko taka
jak byłego premiera Millera; mam prawo się spotykać z kim chcę we własnej
kancelarii (jak mam), a nie potajemnie w lesie czy na łące. A skoro Pań w
tej komisji brak, to na żadne spotkania nie liczę. A relacje i reakcje Panów
mało mnie wzruszają, bo jeden mówi językiem soczystym, a drugi mistycznym. A
ja wolę jak miłej kobietki blask przyćmiewa jej oponentów, a siła argumentów
dorównuje mężnemu sercu w kształtnej piersi. I nie chcę juz słuchać jaki
szpieg czy dzielny funkcjonariusz służb tajnych, jakiego biznesmena
czy polityka namawiał na jakieś tam energetyczne ekscesy. U nas już tak być
musi, że jak chłop jaki się weźmie do interesów, to zaraz muszą go
aresztować, immunitet podważać, albo leczyć gdzieś za granicą. Rząd powołał
znajoma mi Panią, żeby to jakoś wyrównać, ale czy to pozwolą? Przecież Dzień
Kobiet dopiero w marcu.
Odpoczywam jadąc daleko, tylko dlaczego nie do Hiszpanii? A taki doby miałem
horoskop. Zamiast Sewilli - Sanok, ale co tam. W żadnej zagranicy nie jest
tak wesoło. |
do góry, do
góry...
|