maj 2004

      data 

                                              dziennikczylinocnik               
29 maja
2004
sobota

"Żałuję, że Cię znałam, żałuję, że kochałam.." śpiewa w Opolu Ewelina Flinta. Niestety satyryk prowadzący złośliwie nie zapowiedział, komu ta piosenka jest dedykowana. My tam swoje wiemy. To już ostatnie pożegnanie upadłej formacji, że o głównym bohaterze nie wspomnę.  Dla ułatwienia dodam tylko że to dobry znajmy Andrzeja L., są  na "ty" i wspierają się wzajemnie w głosowaniach sejmowych. Choć o byłym, a niedokończonym autorytecie (panie pośle; jest pan zerem) powinniśmy myśleć już dawno w czasie przeszłym, to jednak dzielne serce rwie dalej, a to do jakiejś tam Komisji Europejskiej a to do jedynej prawdy ustalonej z posłanką B. Naczelny "Wyborczej" skonstatował, że człek ów z dołów się wywodzi, ale cóż z tego skoro tam nie powraca? Chciał dobrze, a wyszło jak zawsze - z rządu placek (jaki? - ciepły jeszcze), z komisji - nici, a jedyny słuszny raport komisji śledczej w sprawie Rywina - jakby do dwóch zer sprowadzony. Dzielni przywódcy, jedynie słusznej kiedyś partii, a dziś odrodzeni w bzdurze - zafundowali nam wczoraj w Sejmie spektakl równie wesoły jak i pouczający. Według wszelkich badań raport Pani B. uważało za słuszny i prawdziwy 2% respondentów, a partia "rozpadnięta" już nieco - łapie się ledwo, ledwo na następne wybory. Tymczasem zamiast wybić się jakoś z tego dna, plama  za plamą. Przefajnowane i przekombinowane kolejne głosowania po których jak królik z kapelusza wyskoczył raport posła Ziobro. I co? Jest to raport przyjęty bezwzględną większością głosów, co oznacza że Sejm przyjął to właśnie sprawozdanie. A to bardzo marszałkowi i w brew było, i w czystość czoła. Skoro najpierw stwierdza, że raport posła Z. uzyskał bezwzględną większość, a potem zaraz naprawia ten błąd stwierdzeniem, że trzeba jeszcze raz głosować, bo jeden z posłów płacze, że nie mógł się wstrzymać (od głosu oczywiście). A w ogóle całe to głosowanie to tylko żeby wszystkie odrzucić, bo jedynie słuszny mamy już dawno z posłem Kuczyńskim ustalone. Na początku posiedzenia skoro ruszyło gładko - 30 posłów SLD pojechało na zieloną trawkę, bo i tak miało być jak zawsze, ale wyszło pokracznie i stad ta bezwzględna większość.
Nie ma juz audycji w TVN "Ale plama", a dotkliwą tą pustkę lewica wypełnia sumiennie. Wspominam z nostalgią niekompetencję i naiwność niektórych polityków byłych, przeciwko ironicznemu cwaniactwu następnych byłych. W sumie system partyjny sprawdza się w Polsce o tyle, że gwałtownie maleje chęć kogokolwiek, aby głosować na jakiegokolwiek. Teraz może jaśniej panowie i panie spójrzcie w przyszłość zasiłku "po sejmowego" i śmielej zróbcie ten krok, stojąc nad przepaścią. Może czas powrócić do kodeksu Napoleona, albo nawet Hammurabiego, a może po prostu warto przerobić niektóre rzymskie maksymy skoro już wartością samą w sobie są matury uzyskane bez czytania czegokolwiek (nie dotyczy napisu - spuść wodę).
Uzyskaliśmy zupełnie nową metodę okrężnego obiegu pieniądza mojego i Twojego. Metoda ta, to dofinansowywanie niektórych biznesmenów, tak obficie wszelkimi kontraktami, przetargami żeby i partia była cała i szef uśmiech mniej blady. Ale skoro każą ustąpić to jak się taki biznesmen podzieli? Nie ma już żadnego interesu, a jeszcze zacznie sypać, a to dla zachowania kontraktu, autostrady czy parku o walorach budowlanych w centrum miasta.
Intelektualiści wystąpili z apelem m.in. o samorozwiązanie Sejmu, utworzenie kompetentnego rządu, wykorzystanie funduszy europejskich i tak dalej i tak dalej.. wołanie na puszczy.. Ale czy na pewno? A jak tak - wszyscy zawołamy... WON. Warto Obronić ...Nas!

Nadzieja na mądrych  rządzących jak 10 milionów w totolotka. Ale zagrałem systemem i mam pięć trójek i jedną na boku (zupełnie jak w szkole). W końcu od czegoś trzeba zacząć, powoli, a systematycznie. Jedno mnie cieszy, w Opolu "Czerwony łeb" nie wystąpił i zamiast tych troje mamy "Łzy". "Uczę się Ciebie na pamięć" śpiewa Anita Błochowiak czytając raport posła Ziobro. Na wszelki wypadek wyłączę telewizor wcześniej bo może ten "czerwony łeb" jeszcze gdzie wyskoczy niespodzianie. A jak by kto chciał zajrzeć za kilka lat ze starej ekipy - "ŁZY" zaśpiewają - "Agnieszka już tutaj nie mieszka".

23 maja
2004
poniedziałek

5 stopni ciepła dziś o 5:30 rano, na domowym termometrze za oknem. Wczoraj śnieg w Zakopanem, Beskidach i Szklarskiej Porębie i - 6,6 stopnia mrozu na Kasprowym Wierchu. Jak na koniec maja to okropieństwo jakieś, czyżby coś Sejm czy rząd? Na to wygląda.. W Warszawie wczoraj padało na przemian z lodowatymi podmuchami wiatru - nawet nie spojrzałem się w kierunku Starówki. Wystarczy ze wymarzłem nieźle w sobotę. Tylko piątek jeszcze pogodowo miły do pracy, ale jak na cały tydzień to trochę mało. Piękną jesień mamy tej wiosny. No i jak tu robić interesy? Aj, waj...
Na ukojenie nerwów dziewczyny moje zabrały mnie na wycieczkę do supermarketu Blue City - nowo otwarty w Alejach Jerozolimskich. Dojazd w ulewnym deszczu, ale na sucho dotarliśmy, bo przez ciekawy tunel pod jezdnią i wjazd na parking z obsługą, która kieruje ruchem. W zasadzie skrzyżowanie "Panoramy" z "Galerią Mokotów" tylko nieco większe. Na piętra się nie wspinałem, ze wstępnej orientacji wynika, że szereg artykułów znacznie taniej kupić można w "Wola Park-u". Dziewczyny utknęły przy wyborze bluzki, a ja znudzony wielce pomaszerowałem na stoisko z akcesoriami motoryzacyjnymi w sklepie "Piotr i Paweł". Niedawno czytałem o sieci tych sklepów utworzonych przez dzielnych chłopaków z Poznania. Okazuje się, że wszystko prawda. Czysto elegancko i bardzo przemyślanie poukładany towar. Łatwe dojście, bardzo różnorodny asortyment, wszystko łatwo znaleźć w najróżniejszych odmianach i rodzajach. Skończyło się na tym, że kupiłem gaśnicę do samochodu - jak zajrzałem pod siedzenie mojego autka, to zobaczyłem datę 2002. A najbardziej podobało mi się stoisko z herbatami. To jest to.

W piątek chyba, podszedł do mojego stoiska miły Pan i przywitał się ze mną - mówi że chciał mi uścisnąć rękę, bo jako ten zapieckowy Lef - przyczyniłem się nieco do poszerzenia wiedzy o Starym Mieście. Miły mój rozmówca jest nauczycielem i przyjechał z wycieczką szkolną. No jakoś tak głupio mi się zrobiło, że nawet nie zapytałem z jakiej szkoły ta wycieczka i z jakiego pięknego miejsca. Dziękuję pozdrawiam serdecznie i wierzę, że ministerium edukacyjne pójdzie po rozum do głowy też, wracając powoli do dawno sprawdzonych koncepcji. Kadra może nie wytrzymać dalszych eksperymentów, choć dzieci muszą. Teraz eksperymentuje się w Policji w ciągu roku chyba już 3-go ministra mamy. Dawno można by Panom policjantom płacić jakieś normalne pieniądze, gdyby nie kolejne reformy reorganizacje i usprawnienia, które jak wszędzie dotyczą tylko reformy "pod stołek" czy człowieka znanego i zapoznanego tu i ówdzie, a nie pod zadania jakie stoją przed, albo leżą za. Obywatel szary wiadomo; w tle jako ciemna masa występuje. W Warszawie ograniczono prędkość podróżowania samochodzikami do 50 km na godzinę. Przepis wydano i już. Ani mądry, ani skuteczny. Nikt go nie przestrzega, a i policja nie egzekwuje. Było 60, a i tak jechało się jak ja w sobotę; niby ruchu na mieście nie było a na pokonanie tunelu pod Wybrzeżem Kościuszkowskim to prawie 15 minut zeszło. Okazało się, że jezdnia juz na powierzchni - ograniczona z trzech pasów do jednego, ale jakoś nie widać żeby tam ktoś pracował. No i szybkość do 10 km/godz. w porywach, albo jako przeciętna. Za to chciałbym zobaczyć minę policjanta, który przy zgaszonych światłach kieruje ruchem, jak mu "praworządny" kierowca pokonuje skrzyżowanie z prędkością przepisową - korek murowany. We wszystkim należało by się kierować rozsądkiem, w końcu prawo to nie wiosenne uczucie, gdzie rozsądek przydaje się, ale po kilku latach.
Miłej pani co mi tu opowiada ze w dzienniku-nocniku żółć wylewam, uprzejmie donoszę, że żółte strony bardziej rumiankowo i kwietnie mi się kojarzą jak produktem jakim ubocznym organizmów naszych. Ale jeśli w ton jaki smutny popadam pisząc o głupotach naszych codziennych, to tylko stan mej patriotycznej duszy oddaje, za co oczywiście przepraszam i wesoło głupotę codzienną teraz ścigać będę. Nie zawsze człowiekowi do śmiechu ale.. Przychodzi do mnie Pan pewien - mieszkaniec Starówki i w  wielkiej tajemnicy (konfidencji znaczy się) - zapodaje; - Panu powiem, ale proszę to zachować dla siebie. Mogę zrobić ogromne pieniądze. To polega na udostępnieniu informacji. Ja tylko wiem, kto naprawdę tą Europą rządzi. Połową rządzą Arabowie np. w Hiszpanii czy Belgii, a połową Europy Żydzi. Taką informację mogę przekazać rządowi, bo oni o tym nie wiedzą. A to co wojsku to nawet Panu nie powiem bo to tajne.
Nie śmiejemy - się współczujemy.
Ulotki roznoszono po Starówce w sobotę, z jakaś buzią kandydata młodego bardzo, a chętnego, z listy drogowej do parlamentu Europejskiego. Dama pewna co to marszałka jeszcze widziała jak wrócił z Sulejówka, demonstracyjnie podarła ten wizerunek i "nadepła" rozcierając buźkę biednego co się nie mógł "samoobronić".
Nie śmiejemy się - współczujemy obu stronom.
A i wróżka miła na Zapiecek wróciła - Wiola ma na imię i na Ty ze mną cichaczem przeszła. Lepiej mieć sympatię tarota, niż antypatię Urzędu od metrów mojego stoiska.
Jak zwykle poprosiłem o jedna kartę. Była to "Cesarzowa". Znaczenie ma to być takie; zmiany ale bez wojennej ścieżki, konsekwencja i dyplomacja, podjecie właściwej decyzji, wdrażanie nowych planów. Nie walczyć w spokoju przyjąć co niesie los.
Nie śmiejemy się - wierzymy. W środę kolejna kumulacja w toto-lotku, a my spokojnie...

18 maja
2004
wtorek

Matury, czas wiosennego stresu, który jednak zawsze przynosił ulgę i nowe perspektywy, marzenia i nadzieje. Zdaliśmy, nie było tak źle. Tak do tej pory mówiły kolejne roczniki zdających ten  (może tylko tradycją uświęcony) egzamin. Może nawet zbędny całkiem, skoro nie wszystkie drzwi uczelniane otwiera. W tym roku Państwo z wysokości swej niekompetencji i idiotycznego prawa, nakazało ustami swego edukacyjnego urzędnika, powtórzenie matur dla 11.000 młodych ludzi. Na stronie internetowej "ściągi" podano temat z jęz. polskiego może po raz pierwszy trafnie, może dzięki "życzliwości" innego urzędnika. Ile razy juz dziesiątki tematów podawano jako "prawie" pewne. Obawiam się że te tematy jako absolutne pewniaki - znała tylko wąska grupka ludzi, ale co to stanowi Ministrowi Edukacji - każe powtórzyć egzamin i koniec. Nikt za niekompetencję i głupotę nie odpowiada, tylko ten młody człowiek który po prostu musi w końcu zdać maturę, żeby myśleć o dalszej nauce. Kolejny bezsens, jakby nikt w tym całym śmiesznym ministerstwie nie wiedział, ze nauczyciele i tak pomogą. Przecież ich uczniowie i tak zdać w końcu muszą, bo to też jakaś wizytówka szkoły. Ministerstwo zajmuje się akceptacją podręczników, więc co szkoła to inne, drukarnie zarobią, autorzy np. 13 elementarzy też i wszelkich innych podręczników. Od lat wiadomo, ze dyrektorzy szkół też zarobią bo na przykład ułatwią uczniom zakup podręczników. Przyjedzie miły pan samochodzikiem i wszystko dostarczy takie jak trzeba. Zatwierdzone, zaakceptowane i obowiązujące. Dyrekcja skasuje za uprzejmość, bo jak nie ten pośrednik, to inny się zgłosi. Podobno tylko w Łodzi trzeba się zaopatrywać w księgarniach (to takie sklepy gdzie wystawia się jeszcze ksiązki do oglądania). Cały system korupcyjny tworzy się gdzieś tam na szczeblu.. Po co kilkanaście podręczników do jednego przedmiotu - czy autor kolejnej historii czy przyrody załatwia to jakoś w ministerstwie? Wybór podręcznika przez nauczyciela (cha, cha..) zależy może od Pani dyrektor, czy też od życzliwego wskazania przez kuratorium? Jak widać wszystkiemu winien internet, a nie chory system upadającej formacji.
Do edukacyjnego ogródka, czyli jak kształcić etycznie młodzież - kolejny kamyczek. Opowiadał mi jeden z moich młodych klientów jak na jego "prywatnej" uczelni zdaje się egzaminy. Podręczników czy notatek nikt nie wymaga, wystarczy czasem się pokazać choćby dla tej wiedzy - jak wygląda Pan profesor co na egzaminie pomęczy. Oj nie pomęczy, nie pomęczy - wystarczy zrzutka. Zależy od znaczenia czyli wagi przedmiotu. Podstawowa stawka za zdany egzamin to 30 zł. Pomnożymy to przez uczestników tej edukacyjnej zmowy i mała sumka zasila kieszeń edukując etycznie w jakim kraju żyjemy i co się w dalszym życiu przyda. Oczywiście im wyższe szczeble tej edukacyjnej zmowy to i stawki wyższe - do wypisania dyplomu włącznie. No i czy nie jest wtedy autentyczny? Jak zatem kogokolwiek może dziwić kupowanie ustawy w Sejmie, czy też ustawianie prawa pod grupkę trzymająca kasę.

Dla zmiany ministerium co dno kolejne osiąga w schedzie po słynnym Łapińskim - służba zdrowia bije na alarm - zadłużenia gigantyczne - szpitale zamykać trzeba. Jakoś nikt nie zada pytania, kto ustanowił takie prawo, że zadłużanie się jest tak przyjemne i łatwe. I co to za system, że nie płaci się ludziom, a dostawcom leków lepszych i maszyn nowocześniejszych. Postęp jest konieczny, ale jakże często miły dla kieszeni czy wrażeń urzędniczych z mórz południowych. Dziś w telewizji w którymś dzienniku pacjent opowiadał jak wzrok sobie ratował. Zapłacił ponad 20 tysięcy i operacja się udała. A że 40 lat płacił składki na ten fundusz co go nie ma. Powie najwyżej dziecku - przejrzałem na oczy dzięki temu że miałem czym zapłacić, a Ty dziecko jak zdasz maturę to jedź do pracy za granicę, bo tu i za etat w łapę będzie trzeba.

Jak na razie to wybory do Parlamentu Europejskiego zupełnie mnie nie interesują. Nic jak na razie nie zachęciło mnie do uczestnictwa w głosowaniu (13 czerwca) na ludzi którzy chce tam znaleźć wygodne posadki i po europejsku "ustawić się". Nie widzę żeby ktoś mnie próbował przekonywać, zachęcać czy nawet mamić jakimś programem, wizją czy choćby cieniem nadziei. Wiec nie będę przykładał ręki do czyjegoś .....,  co ma na stołku posadzić. No jeśli to nawet ponętny tyłeczek, to też nie wypada o czym przekonali się już niektórzy działacze. Nieodparte wrażenie mam takie, że jednak znów mam komuś pomóc w karierze. A może by tak jaki europejski poseł oprócz buraków czy kabzy miał inną wizję przydatną tym co go wybrali? Mrzonki, mrożonki i bajki dla pingwinów. Dlaczego. Bo i tak daleko i tak nie zrozumieją - zupełnie jak my - po co tam się pchasz pośle co nie potrafisz mnie przekonać bo to Ci po prostu wisi. Jest system taki że komitet wyborczy zgłasza. Może trzeba było założyć jakie stowarzyszenie "Wolne Żarna" co by trochę zmieliły niektóre dobre ziarna na nowy chleb. Istnieje tylko obawa, ech pewność prawie, że to ziarno i tak zgnije w magazynie, bo na czas nie zostanie wydobyte na światło dzienne. Tu metafora wybitnie z życiem zgodna, bo kolejny raz okazuje się, że komuś zależy na wysokiej cenie zboża i rezerwy, które zgromadzono może jednak przepić, bo sprzedać już się nie da. Umowy międzynarodowe też traktuje się jak krajowe - jakoś to będzie, zapomną za rok, dwa i zrobimy po swojemu. A ta reszta co stanowi 80 % milczącej mniejszości niech się cieszy, jeśli już ma maturę, nie choruje wcale i polityką się nie zajmuje. Wtedy mnoga być weseli, etyczni i  praktyczni. Amen.

13 maja
2004
czwartek

Dziś leje, albo tylko mży-mży czyli dzień techniczny. Kazali przykryć stoisko z książkami to przykryję. Myślałem że tylko od deszczu, ale wymóg jest taki że sukno ciemnozielone, albo jaki bistor nawet, rzucić na stół, aby zwisał i zasłaniał owłosione łydy sprzedawcy. No i jak "któren" tam ma cos schować, to sobie schowa i będzie miał schowane. W hurtowni tkanin, panie ucieszyły się bardzo, że jakieś przecenione i zapomniane zielenie nareszcie znajdą nabywcę. No przecież nie będę kupował sukna jak na stół prezydialny, bo po pierwsze cena, a po drugie chłonie to wodę jak gąbka i przy  jakimkolwiek deszczyku książeczki pływają.

Nie ma się co śmiać sam miewam pomysły przednie, ale już na własny rachunek. Tak więc podbudowany rodzinnym wojażem, chciałem znowu ruszyć w Polskę przysłużyć się nieco reklamie turystycznej, której oddaje się zimową porą. Ruszyłem zatem w zeszłym tygodniu do Wrocławia na targi turystyczne aby zareklamować firmę "RELAX", co ochoczo na stronach swoich prezentuje "coś tam" - czyli gdzie spać pod drzewem bo adres nieaktualny. Żarty, żartami - sam tam stukam po nocach zimowych i dorabiam na boku (lewym).  Jak wyjechałem ochoczo tak i zajechałem w 4 godziny. Jak na 370 km to całkiem niezły wynik. Jakoś spokojnie było na drodze, a tych co lecą nad jezdnią lotem koszącym, chyba radary  nie wychwytują. Dojechałem i oniemiałem. Jezdnie w mieście nie dość, że szerokie i wielopasmowe to jeszcze nad każdym pasem światło się świeci i często nad sąsiednimi inne. Nagle okazuje się że jakimś łukiem jadę pod most, a potem pod ziemie albo gdzieś nad. No i cały plan dojazdu do hotelu nie wypalił. Zjeżdżam na bok, okulary, plan  miasta książkowy i szukam. Już wiem dwa razy w lewo wzdłuż Odry potem w prawo i znów w lewo. Jadę, ale jakoś nic mi nie pasuje, bo chyba jadę w kółko. Znów zjazd w krzaki najbliższe, okulary, plan miasta książkowy. W końcu udaje mi się zlokalizować mniej więcej okolice, dojazdu do ul. Bystrzyckiej. Po drodze pytam jeszcze w jakimś warsztacie samochodowym i docieram w końcu. Hotel ma pozycję horyzontalną i okazuje się barakiem długodystansowym. Ma to być nomen, omen - "Relax" - patrzę, a tu pisze "Abax" . No w końcu ile ma być tych Relaxów, pewnie zmienili i już. Pytam o pokój (znajomi rezerwowali) - ależ jest wolny miła panienka prowadzi - może Pan wybrać z dużym łóżkiem i mniejszym telewizorem albo odwrotnie - tu jest ekran większy, ale za to sedes też. Wybieram, płacę za jedna noc i wychodzę do samochodu po rzeczy. Rozglądam się ciekawie po okolicy, a tu i sklep spożywczy wielki, i jakieś potrawy ciekawe, a orientalne obok, i myjnia samochodowa, zieleni sporo - może być. Nagle wzrok mój pada, na szyld sąsiedni - a tam widzę jakieś litery znajome z oddali. Relax? No tak, widzę że za płotkiem drzwi następne i znajomy napis. Rzucam ciuchy i zachodzę zapytać czy ktoś czasem nie rezerwował noclegu na nazwisko wiadome.. No oczywiście na Pana nazwisko mamy pokoik ładny, ale może Pan wybrać, bo łóżko szerokie i telewizorek mniejszy, albo obok zaraz ale bez sedesiku. Prysznic jest. Instaluję się od nowa - jeszcze tylko w poprzednim miejscu wyrywam biednej panience opłatę przedwcześnie wniesioną. Ledwo opryskałem twarz trochę, już piękna Pani nadchodzi, żeby drogę na targi mi wskazać. Jedziemy szukamy, jest ul. Wystawowa nawet, jest "Iglica" słynna i Wytwórnia Filmowa, tylko jakoś zgiełku młotków i szumu flag czy plakatów licznych nie widzę. Jeden napis tylko głosi, że tu będą targi turystyczne od - do. No i co się okazuje targi odwołano - ha, ha, już wiem jak zaśmieje się żona i wspólnik? A może trzeba było wcześniej zadzwonić? Ale taka jest siła przekonywania internetu że można i pół Polski przelecieć. Reklamowe druki dostarczam gdzie trzeba, przyjaciół żegnam juz telefonicznie i lecę dalej. Zdążyłem jeszcze tylko odwiedzić rynek staromiejski szukając jak zwykle porównań z warszawskim. Jak na razie w moim prywatnym rankingu Poznań prowadzi. Uciekałem szybko bo chmura naszła jakaś okropna i grzmiało i lało nieźle. Dzień dość ciepły, więc turniej mokrej bluzeczki byłby jak najbardziej na miejscu. Ciekawie zaparkowałem bo z duszą na ramieniu. Przy dojeździe do rynku chciałem gdzieś bezpiecznie i praworządnie postawić autko - jakaż moja radość kiedy znaki odpowiednie niebieskie widzę i w końcu napis "Parking". Napis ten nad bramą, więc wjeżdżam, a tu nagle wszyscy jadą jak na wesołym miasteczku ślimakiem w górę i wcale nie tak wolno - domyślać się zaczynam, że to jakaś wielopiętrowa pułapka. W końcu udaje mi się uskoczyć w bok i po krótkim manewrowaniu wepchnąć mój samochodzik miedzy dwa inne. Okazuje się że jestem w jakimś domu towarowym, lody włoskie, bielizna włoska, brunetki - przystojne.. Jednak nadal Wrocław - jako nie tubylec z trudem odnalazłem wyjście i popędziłem w stronę rynku. Powracałem równie chyżo poganiany deszczem, ale już wiedziałem że tak łatwo samochodzik się nie znajdzie. W końcu jednak po wjechaniu dwa razy schodami w górę i kilku zakrętach - jakoś dotarłem - jeszcze tylko szalony zjazd w dół - prawie korkociąg na szczęście wg strzałek. Ufff.. udało się, pędem do hotelowego apartamentu. Zmawiam obiadokolację - cena szokująca zaiste - 8 zł 70 gr. Z sąsiedniego lokalu orientalnego przyniesione; mięsko siekane czy cięte z frytkami i surówką - porcji całej nie dałem rady. Rano pobudka o 5 i jazda do Poznania, żeby powrót inną trasą, zresztą opady zapowiadają i trzeba trochę wolniej. Przed trasą skręcam na stację "Orlenu" - czyli dawnego CPN-u po benzynkę. Cena szok 4 zł 20 gr. za litr. Poważnie zastanawiam się nad powrotem do mniejszej liczby oktanów. Na szczęście sprzedawca przemiły osładza mi rachunek informacją, ze ponieważ wlałem ponad 20 litrów (raczej bak pełen), to należy mi się rabat. Kłaniam się z uśmiechem, a jednak potrafią zachęcić klienta i pocieszyć też.. Na trasie zatrzymuję się, w celach ogólnie koniecznych i tak dla ciekawości wkładam okulary, żeby ten kwitek z rabatem benzynowym  poczytać. Faktycznie rabat jest - na całą kwotę - 1 złoty 69 groszy. No i jak tu się nie uśmiać? Ech życie, życie - cóż warte bez tego rabatu..
Może na nich też tą narzutę zarzucić, ciemno -zieloną. Teraz rząd obraduje jak akcyzę zmniejszyć - żeby nie było drożej i jaką rezerwę rzucić na rynek. Ale ja wiem swoje - rabacik dostanę i tak - przy opłacie 1.400 zł będzie to pewnie 1 zł 60 gr.

Dla poprawy nastroju zaraz po powrocie kolejne dwa wernisaże zaliczyłem, skąd sprawozdania fotograficzne juz w sieci. Jeden rzeźby, drugi fotografii damskiej. Rzeźba na Zapiecku łatwa do znalezienia, a ta fotograficzna na stronach www.stare-miasto.com . Lubię tam chodzić bo zawsze miła właścicielka dopadnie mnie z szarlotką na ciepło, lodami na zimo i polane to dla większej sklerozy odpowiednią ilością bitej śmietany. Sprawozdanie fotograficzne z wojaży rodzinnych już wkrótce. A jutro do zobaczenia na Zapiecku, książki spod sukna sprzedaję..

9 maja
2004
niedziela

Wróciłem po raz wtóry z kolejnego wojażu, tym razem - błyskawicznego - Wrocław - Poznań - Warszawa, a dziś rano pędem jeszcze do Mińska Maz. bo w tym mieście właśnie I komunia odbywa się o 7:30. Dość ciekawa pora dla dzieci i dorosłych co z dalszych okolic pędzą, może po południu jakiś brydżyk wyjazdowy - księżowski, albo taka tradycja tam właśnie poranna. Ciąg dalszy dziennika podróżnego będzie jednym ciągiem poniżej, żeby logiczniej się czytało. Niestety chwilę potrwa naprawa, a raczej reanimacja całego systemu. Po powrocie dialer złośliwy wykrył się ładnie, plik "svhost.exe" nie do usunięcia. Podobno to jakiś podrzutek robaka internetowego MydoomI. Nie ważne co to jest, ale jedyna rada system zwalić. Januszek fachowiec miły, może pomoże, bo mnie to 2 dni by zajęło. Poczta odbiera się ładnie bo same nagłówki czytam, a treści brak, program antywirusowy zablokowany. Do tego nie wszystkie strony się wyświetlają bo "java script" nie działa, komunikatory tylko czasem i nie wiem od czego to zależy. Same radości, ale jedyny ratunek - format C. Lecę, zimo, deszcz zapowiadają, może popracuję parę godzin.

3 maja
2004
poniedziałek

Wróciłem. Licznik samochodzikowy wskazuje 1350 km przejechanych od wtorku 27 kwietnia do wczoraj - czyli 2 maja. Zdjęć zrobiłem ponad 300 z czego jakiś reportażyk w wolnej chwili da się wykroić, a i materiał do nowej wersji stron "malarskich" Grzesia Bialika też już jest. Ale od początku...

Przymuszani przez władze udaliśmy się ku uciesze dziatwy w Polskę. Rodzinnie i przyjacielsko - w odwiedziny. Sądząc po opustoszałej stolicy nie my jedyni, a kilkadziesiąt tysięcy ludzi także. Skład wycieczki: mama, Michał i Marta oraz tata w charakterze pirata drogowego. Start we wtorek, 27 kwietnia o 6:20 rano - trasa katowicka. Pierwszy etap podróży to Częstochowa. Po drodze widzimy długie na 20 i więcej samochodów - kolumny policji pędzące na dyskotekę do miasta stołecznego. Początkowo liczymy, potem dajemy spokój, jeszcze kto zapamięta i będzie zdrada jakiej ważnej tajemnicy. Nasza strona drogi to trasa bardzo szybkiego ruchu, żadnych kontroli, patroli itp. Za to po drugiej stronie prawie na każdych rogatkach widzimy białe otoki z lizakami (żeby tak na dzień dziecka). Sporo przed 9 jesteśmy juz w Częstochowie. Spokojny podjazd na najbliższy parking Jasnej Góry. Sporo wycieczek szkolnych, ale ogólny luz i spokój. Mamy szczęście trafić na odsłonięty cudowny obraz Matki Boskiej - msza po francusku, celebrowana przez dwóch księży. Znak pokoju przekazują wiernym wchodząc między nich i podając ręce. Zwiedzamy Skarbiec, Salę Rycerską, i co tylko było na trasie. Ruch zwiedzających nie za duży, a organizacja doskonała, wszystko czytelnie i prosto oznakowane. Po krótkim łasowaniu w barze przy parkingu - rogal francuski - wielkości średniego bumerangu - ruszamy w stronę Katowic. Z przyjaciółmi umówiliśmy się, że dojedziemy do sklepu Ikei przed Katowicami i zameldujemy swoją obecność. Samochód jechał jakoś tak w dół mapy, że wylądowaliśmy 2 godziny za wcześnie. No to zwiedzamy sklep koncernu Ikea. Skończyło się na nabyciu - kompletu wieszaków do ubrań, (bardzo eleganckich podobno), 2 piłek dla Marty o ledwie tenisowej wielkości oraz żółtego parasola bo taki tani. Przy kasie okazało się że parasol kosztuje 2 x tyle co na kartce, bo niska cena obowiązuje tylko w dni deszczowe. Jak zwykle przeczytaliśmy tą korzystniejszą stronę informacji cenowej, więc przy kasie juz nie wypadało się wycofać.. Mając jeszcze nieco czasu, skutecznie zniechęciliśmy przyjaciół Bialików do odbierania nas i pojechaliśmy wg planu miasta na Chorzów. Po drodze wpadliśmy w jakieś wykopy pod "Spodkiem", na szczęście nie dosłownie. Po krótkiej jeździe okazało się, że można wjechać do parku Kultury i Wypoczynku - po drodze mijaliśmy dość dziwne UFO-osiedla - blokowiska, o nieco dziwnej architekturze. Sam park raczej dość pusty tego przedpołudnia. Tylko nad mętną wodą siedzą wędkarze wpatrzeni w nieruchome spławiki. Obok majestatycznie kołysały się opróżnione butelki po napojach popularnych. Górą kolejka krzesełkowa i mimo usilnych namów, żaden z Panów nie potwierdził chęci przejechania się choćby kawałek.
Po parkowym oddechu - długa trasa przez miasto do Katowic - Podlesia. Dawniej wioski pod Katowicami, dziś dzielnicy - sypialni, ale bez blokowisk, a z wieloma uroczymi domkami. Michał sprawdził się jako pilot bezbłędnie prowadząc do  celu wg  miejscowego atlasu..

Ciąg dalszy dziennika podróży nastąpi - dziś pierwszy dzień  pracy, więc oczy się już same zamykają, szczególnie na widok kartki z utargiem.. do jutra..

 

cd. wrażeń kwietniowo-majowych z podróży "dookoła Wojtek"

Jesteśmy zatem w Podlesiu z wizyta u Grzesia Bialika - uczta duchowa i dzięki pięknej Pani domu - przy stole też. Robię zdjęcia jego wspaniałych obrazów - wkrótce do obejrzenia na zapieckowych stronach Grzesia. Po wrażeniach duchowych i smakowych spacer po Podlesiu - napisy ostrzegają o szkodach górniczych. Pod ulicami i domami w głębi ziemi - chodniki wyrobisk górniczych z pobliskiej kopalni. Podobno tylko teren pod kościołem z 1920 roku oszczędzono. Domy pękają, osiadają, jezdnie falują jak nad morzem. Kopalnia płaci odszkodowania, remontuje, ale gdzie mają się przeprowadzić mieszkańcy i za co? W miejscowym kościółku na ścianach bocznych ołtarza dwa ogromne obrazy naszego artysty - "Golgota" i "Zmartwychwstanie". To robi wrażenie.
Na horyzoncie las widać więc i nazwa Podlesie uzasadniona jeszcze. W czasie spaceru znajdujemy domy z początku wieku, na kilku płotach ciekawe napisy z portretem czworonożnego ulubieńca; "Uwaga - dobry pies - gryzie" oraz "Dobiegam do furtki w 3 sekundy, a Ty?". Wieczorem gospodarz urządza prywatny wernisaż pokazując nam swoje najnowsze prace. Rano o 9 wyjazd do sąsiedniego Mikołowa - rodzinnej miejscowości naszych gospodarzy. Przed dawnym więzieniem armata, uroczy rynek z fontannami, odrestaurowane pięknie stare kamienice. Czysto i sympatycznie. Jedziemy wszyscy dalej na południe w kierunku Cieszyna - do Pszczyny. Tu przepiękny zamek rodziny von Pless, siedziba cesarza Wilhelma II (1914-1917). Gigantyczne i wspaniałe wszystko, warszawski Wilanów wydaje się przy tym ogromie wnętrz - wiejską rezydencja. Wjazd do zamku dla karet i powozów wykładany drewnem, żeby sobie koniki nie kaleczyły kopyt. Sala Lustrzana o niezwykłej podobno akustyce wysoka i piękna; w kryształowych lustrach z balkonami, służy na potrzeby ucha (koncerty) i ducha (bankiety). Trofea myśliwskie, dostojne i piękne obrazy. Ogromny doskonale zagospodarowany park, drewniane mostki. To robi wrażenie i zobaczyć trzeba koniecznie.

Żegnamy się z uroczymi gospodarzami i ruszamy na północ w kierunku Poznania. W drodze po ziemi śląskiej powstaje dylemat - jechać na Opole i Wrocław i potem skręcać na Poznań czy drogą krajową nr 11 od razu na Poznań. Wybieram to drugie rozwiązanie. jak się okazuje krócej nie oznacza szybciej. Dla uspokojenia nastrojów - zatrzymuję się pod przydrożną restauracją myśliwską. Skórzana oprawa menu sprowadza nas szybko na parking - po przejechaniu kilku kilometrów zaledwie - "Swojskie jadło" - bar z cenami bardzo umiarkowanymi, za to porcje niezwykłej wielkości. Martusia zamawia kotlet z kurczaka i dostaje półmisek jaki tylko w święta widuje na rodzinnym stole - oczy za to ma już jak spodki i zmartwienie nowe, bo pewnie zje to za dwa dni. Pomagamy dziecku pakując połowę na dalsze wojaże. Degustujemy zapiekaną golonkę oraz zrazy zawijane. Golonka przyzwoita - zrazy nieprzyzwoicie smakowite w ostrym sosie z kluseczkami śląskimi. Choć ruch nie duży początkowo, to po wjeździe do Wielkopolski zaczyna się wyścig z TIR-ami. W Ostrowie Wielkopolskim pierwszy korek - stoimy za ciężarówką przed przejazdem kolejowym. Obok z budynku nastawni czy dróżniczego wychodzi grupa napakowanych osiłków z tatuażami licznym i miną poważną wskazująca na stan niedopicia porannego. Jeden - ofiara sztangi i gwoździa - sika z dużej butli na szyby i zaczyna je pracowicie pucować. Na okrzyki ze dopiero na postoju myte - nie reaguje. 5 zł uspokaja atmosferę - wycieraczki wracają na swoje miejsce. Od razu samochód rusza szybciej. Druga przygoda w Środzie Wielkopolskiej. Korek już całkiem nieprzyzwoity. Początkowo jedziemy na wolniutko parę minut, potem stop na amen. Po kilkunastominutowym oczekiwaniu, korek ani drgnie. Odważna decyzja - odjazd w prawo o objazd przez Wrześnię. Jak się okazało nadłożyliśmy drogi spory kawał, bo trzeba było uciekać na Śrem, a tam niestety też zakręt był zakorkowany. Lądujemy w Poznaniu po 19 choć planowaliśmy przyjazd na wczesne popołudnie. Nocleg w Poznaniu. Następnego dnia czwartek od rana - spacer po Rynku, zwiedzanie Jeżyc i obiad u Cioci na Grunwaldzkiej.

Z Poznania do Wolsztyna po krótkim koreczku za miastem, piękna i gładka droga. Znajdujemy rodzinkę dość łatwo po moich zeszłorocznych poszukiwaniach. Brat jeszcze za granicą ale 1 maja wraca, wiec od razu razem w Europie się znajdziemy. Kuchnia wyborna, gościnność przysłowiowa, cóż rodzina i basta. Okazuje się że dzieci starzeją się szybciej od nas co juz dawno stwierdziłem. A zdarza się w najprzyzwoitszej rodzinie, że dzieci też mają dzieci i nagle okazuje się że młody człowiek w moim wieku jest już dziadkiem i do tego szczęśliwym wielce. Wolsztyna opisywać nie muszę, bo miasteczko to urocze powinien każdy sam zobaczyć, a i obkupić się też można i rozlicznych usług skorzystać. Miasto powiatowe, a 64 zakłady fryzjerskie posiada - wszystkie czynne. Sklepy przestronne - okna wystawowe takie, że samochód dostawczy wjedzie, a i klient od razu wie co tam w środku ciekawego oferują. Zachowane oryginalne dawne i zabytkowe i po remoncie, ale nikt tu nie płacze, że zabytek to okno mam być wąskie i drzwi niewygodne. Tu widać troskę o klienta. Trafiliśmy na święto - Dni Wolsztyna, a więc pokazy lokomotyw i ich umiejętności (europejski zlot) - wybory miss - wielkopolskie piękności, wielki festyn kilkudniowy. W dniu największych zabaw - młodzież walczy przy hip-hopie, w rynku zespół gra melodie greckie, a niedaleko ...znajomy rock lat 60-tych, 70-tych - najlepsze utwory prezentuje człowiek orkiestra - gitara + akompaniament. od 30-tki do nieskończoności - wszyscy się bawią, tańczą, piwko popijają przy długich stołach - żadnego bałaganu, porozrzucanych kubków itp. Od lat nie widziane obrazki. A jednak tak tez można, wesoło, kulturalnie i przyjemnie.
W trakcie wizyty w gościnnym Wolsztynie - skok na jeden dzień do Nowego Tomyśla - tam święto wikliny z okazji wejścia do Unii. Nawet trabant wiklinowy, a i miejsce w księdze Guinnesa za kosz co go 3 doby pleciono.
Z Wolsztyna do Poznania tylko przejazdem i to jakoś bokiem, bo już autostrada A-2 nas połyka. Samochodzik rusza żwawo, opłata skasowana - z podatkiem VAT. No to jedziemy okresowo 170, ale z coraz marniejszą miną patrzę jak wskaźnik zasobów benzynowych zjeżdża na dół. Po drugiej opłacie autostradowej mina rzednie jeszcze bardziej, bo kilka minut po opłaceniu nie ma dalszego jechania - wraca normalna jazda starą drogą. Zbaczamy zatem do Lichenia po drodze. Oznakowanie takie, że miejscowi tylko wiedzą jak jechać, więc pytamy i w końcu trafiamy. Tłumy nieprzebrane - 2 maja. parkingi zorganizowane doskonale, noclegów moc cała i ...bazar na każdym kroku. Nieustanny odpust kramarzy na wydzielonych placach ale i na chodnikach, i gdzie tylko można. Piękny stary kościół - nie możemy wejść - za długie czekanie. W końcu przyjechaliśmy zobaczyć ogrom Bazyliki. Krążymy po ogrodach, aby w końcu wyjść na otwartą przestrzeń - wrażenie niesamowite. ogrom, gigant jakby największy pałac czy budowlę nagle otwarto na pustkowiu. Docieramy do wielkich schodów - robimy zdjęcia jak wszyscy - poślemy babci Stefanii. Wchodzimy do środka - ogrom, przepych rozmach - złoto - światło i ta niesamowita przestrzeń. jednak niema tu żadnej atmosfery świątyni. To nie jest kościół a pałac i tak zwiedzający go traktują. Kilka osób rozmawia przez komórki, grupy ludzi przemieszczają się swobodnie we wszystkich kierunkach, pod ścianami rusztowania z wielkimi reklamami firm budowlanych, stoisko z pamiątkami, dewocjonaliami itp. Jeszcze w trakcie wykańczania, nie pytamy zatem o koszty. Przy wyjściu jeszcze spojrzenie w górę na strzelistą wieżę - człowiek malutkim pyłkiem w tym ogromie. Podobno gdzieś tu jest cudowny obraz Matki Boskiej - zginął w tym ogromie - jakże inne wrażenia z dostojnej Częstochowy.
Wracamy zahaczając po drodze o Mac Donalda w Kutnie czy Kole? Nie pomnę. Wrażenie okropne - łazienki zalane - trzy skrzydełka, to jak dla starszego dziecka na przystawkę - więcej nie zamawiałem, uznałem że nie wypada.

Następnego dnia po powrocie biegiem na Stare Miasto - chacha  - okazuje się, ze antyglobaliści zagrażali Syrence. Postument jest - Syrenki - brak. Dowcipna blondynka wdrapuje się na cokół, przyjmuję pozę kobiety-ryby, ręka wzniesiona jak z mieczem, uśmiech szelmowski. Wszyscy robią zdjęcia, a ja nie utrwaliłem takiej wiekopomnej chwili. Pierwsze wracają kosze na śmieci, można już wystawić z galerii - donice z kwiatami. Uff. Koniec wycieczki, kolejny stan zwariowania za nami.

do góry, do góry... 


Strona główna    Zapiecek    Antykwariat   Galeria Zapiecek  Przyjaciele książek   Dziennik
Stare Miasto   Rynek    Plac Zamkowy    Pomniki
Artyści: Wiesława Kwiatkowska,     Grzegorz Bialik,    Joanna Sierko,
Poeci: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska,    Bolesław Leśmian