|
|
sierpień 2004 |
|
data
|
dziennikczylinocnik
|
29 sierpnia
2004
niedziela |
"Wiadomości o chorobie pacjenta są nieprawdzie, właśnie umarł." Takie zdanie
chyba wkrótce zamieszczę na moich stronach zapieckowych, bo wszystko
wskazuje na to, że komuś bardzo zależy, żeby moje miejsce na Starówce szybko
opróżnić. "Jak psa chce się uderzyć kij się szybko znajdzie" - coś mnie
naszło na aforyzmy smutnawe. Tak więc jeśli inkasenci, chodzący z rzadka po
Starówce, mają zakaz przyjmowania ode mnie opłat targowych w kwocie
mniejszej jak 90 zł dziennie, to zaraz okaże się, że jest podstawa do
rozwiązania wszelkich umów, wezwania straży miejskiej - wywiezienia książek
itp. itd.
Niestety aby podporządkować się wizji kulturalnej Warszawy jaką prezentuje
Zarząd Terenów Publicznych musze się poddać woli urzędu i książki usunąć jak
to tajemniczo określa Pan Kołodziejski - specjalista główny. Zostawię zatem
od 1 września "foldery" - tylko co to jest do cholery?
Jak pisałem niżej folder to druk reklamowy, składany i daję się go do łapy,
zamiast innych wartości. Ale skoro nowomowa współczesna wspomnianego urzędu
określa, że folder to - to, to, no wie Pan ..o Warszawie, wystawię na
stoisku jedynie wielojęzyczne przewodniki po naszej stolicy, plany i mapy,
te są składane na szczęście. Niestety książka Państwa Szypowskich na
przykład, to pięknie wydany album o Starym Mieście (dwujęzyczny), ale w
twardej oprawie i to już nie będzie folder niestety, ale może drobna
pamiątka? Bez interpretacji uczonych z 5 piętra ul. Jezuickiej 1/3,
ani rusz. Inny kłopot polega na tym, że Pan Budrewicz szuka własnych
książek, które dawno znikły z rynku, tak jak i miły sąsiad z Bednarskiej Pan
Głowacki, co to na muchy polował. Ci co czytają co nieco czasem, zrozumieją,
że chodzi o podróżnika-pisarza i znanego pisarza-dramaturga. A jak mnie
złapią na tym, że pod ladą mam schowane książki trzy - Pani Pruszkowskiej -
o tej wariackiej rodzinie, co tylko czyta i czyta i cytatami gada. Klient
zamówił och dawno, dawno i książki są, i czekają, ale pod ladą pewnie i
nielegalnie.
"O pieniądzach się nie mówi - pieniądze się ma" cytowałem kiedyś mojej mamy
przyjaciółkę dentystkę, przed która wiałem bo AAAAA kazała mówić. Ale
pieniądze miastu uciekają, choć tyle dróg, mostów i nawet tunel pod Starówką
się remontuje. Warszawiacy cieszą się i radują, że nareszcie po latach
ruszyło to z wielkim impetem, ale wiadomo że to kosztuje - czas i pieniądze.
Tymczasem w realizacji - choćby zbierania podatków lokalnych - klapa. Jak
legalny handlarz uliczny (to ja, to ja) co miesiąc, w ząbkach zanosił opłatę
targową do kasy urzędu dzielnicowego, to był to mały ale stały dopływ. Teraz
zatrudniono inkasentów na stała pensję i oni chodzą, na Starówce do 12
tylko. Pewnie chodzą gdzieś dalej też. Ale juz po 12, nikt od nikogo żadnych
opłat, poza mandatami, nie zbiera (podobno jakiś zbiera pod katedrą, od tych
co tak trochę nieformalnie przyszli pohandlować). W sobotę i niedzielę -
opłat nie pobiera się wcale, a jest ich 8 w miesiącu. Ja jestem rano, od 9
nawet czasem, jak słoneczko wyjrzy. Ale innych stoisk brak, tak więc tylko
ja im zostałem do codziennego rytuału. - Odmawia Pan zapłaty? Piszemy
protokół. Ja zaś odpowiadam: - Deklaruję opłatę w wysokości 15 zł.
Dziękujemy, uśmiechamy się i miłego dnia.
Podobno duża rzeka powstaje z wielu małych strumieni, ale jak się je
poodcina to ...najwyżej się weźmie kredyt, wtedy spłaci innym podatkiem i
tak w końcu na mieszkańca spadnie, a nie na tego, co płacić powinien.
Zdesperowany wielce - napisałem list otwarty (zamieszczam go w internecie
http://www.stare-miasto.com/ksiazki_wyrzucic.html)
do wiceprezydenta miasta, burmistrza Śródmieścia i jeszcze paru osób.
Zrobiłem tak m.in. z tego powodu, żeby każdemu z osobna nie wyjaśniać od
nowa co miał urząd na myśli, niech każdy sam sobie poczyta.
Poinformowali mnie również "życzliwi", że żaden wysoki urzędnik nie
przeczyta wcale, tylko parafuje - "według właściwości". I tak moje 3 pisma
takie same, mogą trafić na biurko tej samej Pani inspektor, która biedna
musi teraz zgodnie z wytycznymi kierownictwa, tak odpowiedzieć zręcznie,
żeby było i dyplomatycznie i zniechęcająco.
Uproszczeniem pewnym, było by pisanie tylko do Pani inspektor, ale jakoś
inaczej się przyjęło.
Zapraszam zatem do szarej strefy, życie ponoć tam wcale nie jest szare.
Opisze jej aspekty liczne, a jak ktoś wyciągnie wnioski, zawsze powiemy, że
to tylko żarty jak z tymi folderami choćby.
Niniejszym donoszę władzom wszelkim, że pocztówki też są nielegalne. Nie są
"folderami" i powinny byś ścigane tak jak książki. Nie składają się. Ale
kalosze też nie są legalne, chyba że zatwierdzi urząd, że tylko są
okolicznościowe - do piosenki o listonoszach.
Dwa dni
temu zaproszono mnie jak zwykle, na kolejne posiedzenie zarządu
stowarzyszenia kupców (SPPWTK) i dowiedziałem się, że wśród strażników
miejskich trwa rywalizacja, kto więcej zbierze mandatów. Dlatego od rana,
patrole czuwają pod delikatesami na Piwnej, no podjedzie jakiś wozik
dostawczy, a nie ma identyfikatora (kartonik na którym pisze, że można
wjechać na Starówkę, ale bez prawa postoju) i ciach - mandacik. Jeden z
dostawców przywiózł jakieś faszerowane specjały za 48 zł, w atestowanym
pojemniku oczywiście (Sanepid) i zapłacił mandat 200. No nie mógł wziąć pod
pachę, przez te wymogi sanitarne. "Porzundek, zaś ale, być musi" mawiała
moja kochana ciocia Frania z Poznania, ale kupcy mieli kiedyś uzgodnione, że
towar nietrwały może być dostarczony szybko na podstawie faktury, byle przed
12 czy 13, o czym znak przy wjeździe na Piekarską informował. Ale to było
dawno i już nikt nie pamięta. |
20 sierpnia
2004
piątek |
Upał za
oknem, w domu nieco chłodniej. Po wyjściu na ulicę czujemy się jak w miłym
piecyku, co to babcia w nim placek upiekła. Wczoraj chyba tylko dzięki
wielkiej determinacji poszedłem do pracy. Utarg prawie żaden, spożycie
napojów na poziomie 3 butelek litrowych i parowanie mózgowia prawie. Z tym
ostatnim jest coś "na rzeczy" bo właśnie wczoraj w Stołecznej Wyborczej
ukazało się moje zdjęcie, a ja wyglądam tam jak natchniony jaki, co to do
nieba ręce wznosi z wołaniem o ...myślenie.
Cała przygoda z podchodami Zarządu Terenów Publicznych trwa w najlepsze. Co
jakiś czas w godzinach porannych dopadają mnie inkasenci i zaczyna się
piosenka "wojsku polskiemu tak miła"; - Płaci Pan? - Płacę! Ile? - Za 3
metry 90 zł, - A nie, ja płacę 15 zł za 3 metry dziennie. - To my - śpiewają
inkasenci - nie bierzemy. Mamy zakaz przyjmowania pieniędzy od Pana w kwocie
niższej jak 30 za jeden metr.
W środę odbył się na Zapiecku cyrk osobliwy, jak się okazało z udziałem
dziennikarzy Gazety Wyborczej. Znany nam przyjaciel książek Pan
Kołodziejski, przyprowadził cała wieloosobową ekipę przed moje stoisko i
rozpoczął się znany dialog;
- Płaci Pan?, - Płacę! Ile?, 30 zł za metr - To nie płacę - nie będę płacił
stawek ustalanych "na gębę".
Jak wspomniałem w ekipie ZTP znalazło się dwoje reporterów Gazety
sporządzając materiał o handlarzach ulicznych, legalnych i nielegalnych oraz
różnych wesołych handlowo-urzędowych przygodach. Powitałem miłych gości z
radością, bo sam jeszcze na to nie wpadłem, żeby dowolną interpretacją
przepisów zainteresować prasę. Ale skoro przybyli, to poinformowałem jak to
wygląda od strony podatnika, któremu sugeruje się, że jak tylko książki
przestanie sprzedawać, to już może sobie spokojnie stać na rogu, a choćby z
jakim folderem, pamiątkową małpą, czy innym podstołecznym gadżetem.
Mili, młodzi ludzie w tej gazecie pracują i inteligentni owszem, bo opisali
wszystko rzetelnie, nawet z przesłaniem takim, że może nielegalny handel
trzebić należy, ale tych co stale i ku pokrzepieniu dusz - może zostawić w
spokoju. Jasne, że egoistycznie i z własnego punktu bym to inaczej
naświetlił, ale chodziło o problem z myśleniem jaki mają zarówno twórcy
naszego prawa jak i ci co usiłują je stosować wg swojego "widzi mi się".
Jeszcze w środę coś tak przeczuwałem, że moja okropna gęba okrasi ten
zwierzyniec zakręconych o których piszą czasem na 4 stronie stołecznego
dodatku. No i musiałem jakoś skwitować ten najazd wieloosobowy i pokazowy,
choć zapewne nie o to chodziło urzędnikom, bo jakoś potępienia nie doczekały
moje dzieła klasyczne; jak wspomniano ze Słowackim i Platonem na czele.
Poprosiłem zatem pisemnie Panią dyrektor urzędu z Jezuickiej (ZTP) o wydanie
mi informacji na piśmie - jaką stawkę i za co mam płacić, bo "na gębę", to
się już jutro znowu może zmienić. No i ciekaw jestem tego polecenia
pisemnego o usunięcie książek, a pozostawienie folderów - to będzie taniej.
Ha, pół Polski na to czeka. Że o prasie radiu i telewizji nie wspomnę.
Czekając w napięciu na nową interpretację starego prawa, dałem moje pisemko
do wiadomości Panu Wiceprezydentowi i Panu Przewodniczącemu Rady Warszawy.
Było mi przykro i głupio że wysokiemu (również wzrostem) funkcjonariuszowi
publicznej służby daję do wiadomości, zamiast cały memoriał wprost
przedstawić. Ale po co nudzić takimi "narożnymi" zapieckowymi sprawami.
Wystarczy, że obaj Panowie dowiedzą się jak podległe służby ładnie sprawy
rozwiążą. Miły Przewodniczący Staromiejskich Kupców pocieszył mnie, że nie
mój protest jedyny i jakieś spotkania w poniedziałek organizuje żeby
zakończyć te żenujące podchody. Ciekawostka taka mała może z tego całego
zamieszania wyniknąć. Może się okazać, że wszystkiemu tu są winni
...inkasenci-studenci (!?). Mają stawkę od pobranych opłat więc chcieli jak
najwięcej. Ale cóż, my jak stare słonie pamiętamy, ale urazy nie chowamy, o
ile ktoś z tej śmieszności i głupstwa zechce się wycofać.
Dla ilustracji - jak handel w niedzielę wygląda na ul. Świętojańskiej -
zamieściłem na stronach Staromiejskich kilka zdjęć. Od razu widać jak
pracują i inkasenci, i służby co nie lubią książek, ale stare berety owszem:
http://www.stare-miasto.com/2004/handeluliczny_1508.html
Dla
dopełnienia wesołych wiadomości, co jednak nerwy szarpią i w nocy
lunatykować każą, jest i taka - samochodzik zdechł. Jechałem sobie z
synkiem, z hurtowni, z towarem nowym o Warszawie właśnie, a tu nagle coś
postukało, zamruczało i ..cisza. Samochodzik trzeba było holować do
warsztatu całkiem nieznanego (160 zł), a poleconego przez Pana od ciągnięcia
samochodów. Fachowcy poodkręcali co trzeba i mówią - rozrząd padł, zawory
poszły. Nie mówili gdzie poszły, ale oczami duszy już widziałem szeleszczące
banknoty. No i niestety rozrząd niedawno był "fachowo" zrobiony, ale jakiejś
części czy rolki nie uwzględniono w wymianie. Ech życie, życie. Ale są
i dobre wiadomości. W totka wygrałem 20 zł, opłaciłem należny podatek i
dowiedziałem się że do samochodów Opel - Zafira montuje się fabrycznie
instalacje gazową, żeby było taniej w eksploatacji. Ot tak, zapytałem dla
odprężenia tylko, przechodząc obok salonu, ale zaraz mi się humor poprawił.
|
16 sierpnia
2004
poniedziałek |
Dziś
wielka przeprowadzka. Zmieniam firmę obsługującą moje strony - Zapiecek ma
zyskać na szybkości i pojemności. Szczegóły wkrótce, jak wszystko zacznie
działać. Na razie spokój, w poniedziałki urzędy pracują wolniej - bo dłużej.
Jeszcze sezon urlopowy - inkasenci co maja pobierać opłaty, nie pojawili się
trzeci dzień. W niedzielę rekordowa sprzedaż - portfeli, czapek,
wężów-zabawek, lusterek, świecidełek, wiatraków, zabawek, kamyczków lekko
szlachetnych, okularów itp. Nikt zezwolenia na handel nie posiada - stoiska
wielometrowe wzdłuż całej Świętojańskiej. Wkrótce zdjęcia. Straży miejskiej
brak od godz. 11. Dziś za to handlarzy tylko kilku, straży całe mrowie, na
rowerach, samochodowo i pieszo. Wiadomo poniedziałek. |
14 sierpnia
2004
sobota |
Dziękuję. Dziękuję miłym korespondentom moim, którzy dobrym słowem wspomogą
i na bezsilną złość - uśmiech poślą. Dziś nic od siebie - dziś bez wiedzy
autorki, ale za domyślnym przyzwoleniem - cytuję;
......W Krakowie jednak
bardziej kochają książki. Kochają tych, którzy ksiązki piszą, kochają tych,
którzy czytają i tych, którzy to czytanie umożliwiają. Tych, którzy podsuną
coś ciekawego, podpowiedzą, spod ziemi wyciągną pożądany egzemplarz. Kraków
kocha artystów.
Jest w Krakowie dużo różnej głupoty, ale nawet ona ma swoje granice. Może to
są granice dawnej cesarsko-królewskiej Galicji i ta bezdenna głupota
urzędników aż tu nie sięga. Żeby tylko nie zapeszyć: może na razie nie
sięga.
Zapraszamy więc do nas Panie Marku. Miejsce w okolicy Rynku się znajdzie.
Są tu życzliwe kwiaciarki, dorożkarze (zdarzają się zaczarowani) i czarujące
krakowianki.
Z pozdrowieniami galicyjskimi.
Dziękuję. Już mi weselej.
ps. widmo jakieś czy licho krąży jednak nade mną, bo dziś chcąc odwiedzić
stronę, co dla kupców staromiejskich prowadzę:
www.stare-miasto.com - wyświetla się Zapiecek? Jak twierdzi
pracownik firmy OGICOM, co tą stronę trzyma, coś przestawiano na serwerach i
wyszło jak widać. Zamiast Starówki, dwa zapiecki - no i kto by się tym
zajmował w weekend. A my już Panom podziękujemy.
Są
ważniejsze sprawy.
Zmarł Czesław Miłosz. Nie zawsze rozumieliśmy jego wiersze, nie zawsze ten
nastrój, ale i do Norwida musieliśmy dorosnąć. Nie nagrody i panteon jest
ważny, ale to co nami w tej poezji poruszy. Kiedy chwila będzie właściwa,
każdy wiersz będzie prosty, jasny i ..mój. |
13 sierpnia
2004
piątek |
"Mamy
prawo do szczęścia, ale nie mamy szczęścia do prawa". Podpatrzone u kogoś
motto - w pełni oddaje sytuację wielu obywateli nieświadomych, że prawo jest
dla urzędu, a nie dla jakiegoś tam no...
Od 6
sierpnia sytuacja patowa; urząd - obywatel; (ha - tu obecny), trwa.
Na Zapiecku zgodnie z interpretacją przepisów jaką usiłuje forsować Zarząd
Terenów Publicznych - obowiązuje ZAKAZ SPRZEDAŻY
KSIĄŻEK. (!!!).
Pan Główny Specjalista (nie naczelnik, nie - przepraszam zwracam honor)
Mirosław Kołodziejski zakazał młodym inkasentom przyjmowania ode mnie
pieniędzy, jeśli nie zapłacę 30 zł za metr kwadratowy. Tzw. dzienna opłata
targowa może wynieść nawet 120 zł dziennie, jak jeszcze doliczą
parasol albo stołek.
Sytuacja jest o tyle osobliwa, że każdej chwili zarzucą mi, że
złośliwie nie płacę, a tego co z kolei ja chcę wpłacić - czyli te 15-20 zł
dziennie nikt nie chce przyjąć. Niby urząd jest przychylny, niby chce pomóc,
ale ma tylko jedną radę; do czasu aż wymyśli się jakąś interpretację nową -
mogę sprzedawać foldery i płacić te 20 czy 15 zł dziennie.
W ten prosty sposób za brak wiedzy jak tworzyć prawo lokalne - ma odpowiadać
haha - nie ten co je tworzy, ale ten którego dotyczy. Bo jakie to prawo, co
dopuszcza sprzedaż folderów, a już niżej wyjaśniłem z mistrzem Kopalińskim,
że folder to druk reklamowy, a nie sprzedażny i składa się go kilka razy.
Miła Pani Maria Szypowska autorka wielu książek, przewodników, podręczników
- jako pierwsza podjęła się ochotniczo wyjaśnienia tej dziwnej sytuacji.
Jako człowiek kultury doskonale rozumie, że książek się nie wyrzuca, ani nie
usuwa. Człowieka można, ale książek moje pokolenie nie traktuje jako artykuł
przemysłowy, no bo po co zwalniano je z podatku VAT?
Będzie dziwnie, może śmiesznie, a może tragicznie - kiedy w rubrykach
ciekawostki z warszawskich urzędów - pojawi się informacja o tym jak
wyrzucano ksiązki z Zapiecka, bo nie mieściły się w uchwale Rady Warszawy.
Dla jednego urzędnika było jasne jaką stawkę stosować, bo do lipca
nikt mnie nie szarpał, a dla drugiego - nowe pole do popisu.
Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że miasto nie chce w sumie moich
pieniędzy.
Od ponad 10 lat co roku standartowy wniosek okraszałem jakimiś tam zasługami
dla ojczyzny żeby czytający nie umarł z nudów i co roku prosiłem o zgodę na
handel na 3 metrach. Ponieważ zawsze róg ksiązki może trochę wystawać, a
jeszcze czasem usiądę na krześle - poprosiłem o metry 4. W odpowiedzi
przyznano mi metry dwa (!).
Odwołałem się, mocny poparciem szefowej od Publicznych Terenów i zastępcy
burmistrza dzielnicy. Ale to było tylko ustne zgodzenie się z moja
argumentacją - na zebraniu kupców i się nie liczy. Co innego mówimy do
zebranych, a co innego wprowadzamy w życie. No można przymknąć oko na ten
jeden metr w tą czy w tamtą, ale .. niech no tylko .. zaraz wrócimy do tych
danych. Tak to już u nas jest, zamiast jasno określić co i jak zostawimy
furteczkę, a potem dziwimy się że jakieś dowody wdzięczności petent nosi.
W ostatnią niedzielę policzyłem liczbę "dzikich" stoisk na ul.
Świętojańskiej. Ok 17 po stronie parzystej było ich 15. Po nieparzystej 4.
Nikt ich nie zaczepia, nikt nie niepokoi. Inkasenci powołani specjalną
uchwałą - pojawili się u mnie 4 krotnie - raz tylko przyjmując opłatę, potem
im zakazano. A przepracowałem tych dni na pewno 11, dawniej zapłacił bym z
góry w kasie. Inkasenci pobierają tylko do 11:30 może potem gdzie indziej,
ale nie na Starym Mieście. Chyba miasto nie chce jednak pieniędzy ma uchwałę
i to powinno wystarczyć.
Dziś święto Starówki, obchodów wiele -
wszelkie informacje na stronach stołecznych więc ja już nie powielałem.
Deszcz leje od południa więc niestety wszystkie uroczystości w skróconym
wymiarze pewnie będą. Straż miejska pytała się, gdzie składają kwiaty, bo
miało być o 12, a to już prawie 13 była. Więc znów coś nie wypaliło pewnie,
albo zły obieg informacji. Na ul. Nowomiejskiej oburzony człowiek zaczepił
mnie i pokazuje na wielkie plansze ze zdjęciami powstańców warszawskich.
Pomysł świetny, ale dwuznaczny podpis firmy reklamowej, co wykonała te
plansze - rzuca na kolana. Napis ten wielki głosi - "ALE OKAZJA MEDIA".
Można się nazywać nawet "wesołe muchomorki", tylko zdjęcia tych co życie
oddali - okraszone podpisem - ale okazja (!) ciężkie do strawienia.
Myślenie ma wielką przyszłość, ale podobno jest to proces męczący. Jak
na feralny piątek wystarczy już tych gorzkich tekstów. Czekam na spotkanie z
Panią Dyrektor Zarządu Terenów - zapisałem się w sekretariacie w zeszły
piątek. Za poprzedniej szefowej składałem nawet uzasadnienie na piśmie, o
czym chcę rozmawiać, jakieś spotkania z pisarzami mi się roiły na Zapiecku -
ale nikt nawet nie splunął w słuchawkę - że nie ma czasu na pierdoły. Amen. |
9 sierpnia
2004
poniedziałek |
Warszawskie Zoo wzbogaciło się o dwie słonice. Czyli jak informuje
warszawska prasa - chów słoni rozpoczęty. Słoń ma czaszkę sporą, więc
rzeczywistość miejsca urodzenia przyszłych słoniątek może będzie do objęcia
przez mózgi trochę większe od naszych. Wiem, że nie w wielkości sprawa i to
mnie pociesza. Słoń, a sprawa polska - ot co.
Ale co tam, słoń myśli raczej powoli, a urazę długo pamięta. Sądzę zatem, że
i ja mam coś słoniowatego na umyśle, bo pewnych spraw i procedur mimo upływu
lat - nie pojmuję.
Po
licznych wojażach po kraju związanych z odbiorem moich dziewczyn ze
zmokniętego Podkarpacia - zastałem w stolicy sytuacje nową i osobliwą.
Jako "stara sprzedawca" branży książkowej, dowiedziałem się, że wśród
licznych opłat jakie wnoszę tu i ówdzie - tzw. "opłata targowa" jest
aktualnie pobierana przez "inkasentów" czyli studentów "na zleceniu".
Wiadomo stolica to jedno wielkie targowisko (czy próżności także?).
Słyszałem o tych planach dawno, a teraz wcielono je w życie. Dotychczas -
raz w miesiącu wpłacałem do kasy urzędu dzielnicowego stosowna sumkę za
określony miesiąc, teraz ma być lepiej, bo bez mojej fatygi - zapłacę przy
stole. Ale tu zaczynają się schody. Opłaty z kasy miasta - w ramach jakiejś
nowej wolty organizacyjnej - przejął Zarząd Terenów Publicznych, który
właśnie zatrudnił studentów - inkasentów. Na pierwszym spotkaniu ulicznym z
dwoma młodymi Panami dowiedziałem się, że za postój przy moich książkach mam
zapłacić 30 zł za jeden metr kwadratowy dziennie (!). Ha - krzyknąłem pełnym
zdaniem - zdumiony. Wszak do lipca włącznie płaciłem 5 zł od każdego metra
handlu. Okazało się, że uchwała Rady Miasta o opłatach targowych
obowiązująca od lutego - zyskała nową interpretację wykonawczą, jak tylko
przeszły te opłaty w nowe rączki. Sześciokrotna podwyżka skutecznie
likwiduje moje handlowanie i antykwaryczne ambicje narożne. Okazało się, że
to nowe brzmienie działającej już uchwały, jest dziełem Pana, co w tym
Zarządzie Terenów targowiskami zarządza. Pan naczelnik Kołodziejski nie
znalazł w cytowanym przepisie słowa "książki", a więc wiedziony czystą
litością nad zbolałym handlowcem - poradził tak:
- Jest w uchwale słowo "foldery", a za sprzedaż takowych stawka - 5 zł za
jeden kwadratowy meterek. No więc zostawić foldery, reszta (nie, nie kazał
wyrzucić, ale usunąć!!!) do piwnicy. I w ten światły i twórczy sposób
osiągnęliśmy dość ciekawy efekt. Folderki i drobne pamiątki tak, książki
antykwaryczne, klasyka polska, sztuka czy jakieś tam humanistyczne wydumki -
precz. A jeśli odmówię, tak "pomocnej dłoni" to albo płacę 30 za metr w
kwadracie, albo sporządzi się protokół i do sądu grodzkiego odstawi.
Czyli Gombrowicz precz, Tuwim won, Dostojewski do piwnicy, nawet Prus w 6
tomach się nie ostanie. Ale gdybym chciał drewniane orzełki albo plastikowe
syrenki sprzedawać - to nie ma przeszkód. A co na to Mrożek? Coś pisał
przecie o słoniach? Ale i on się nie ostanie.
Dziś właśnie przybyli do mnie przed samym południem - dwaj wysłannicy Pana
naczelnika, żeby sprawdzić czy foldery są. A są, a do tego horror czysty -
jeszcze te okropne książki, albumy, które tylko wysokiej stawki wymagają.
Nie zapłacisz sprzedawco, intelektualnej makulatury 30 zł za metr, to
piszemy protokół. Poszli pisać, ja usiadłem zbolały i już mi ani do śmiechu,
ani do płaczu. Tylko słoni żal.
Odwołałem się, a jakże - bo chyba nie może być tak, że za miesiące
wcześniejsze już pod rządami nowej "uchwały" - płacę 5 zł za metr dziennie,
a tu nagle ktoś na nowo stawkę ustala i to pomnożoną sześciokrotnie.
Teoria spiskowa pewnej babci sąsiadki mówi, że nie wszyscy muszą
książki czytać, za to napić się muszą prawie wszyscy. Tak więc wiedziony
interesem społecznym zapewne, może Pan Naczelnik miejsce po książkach
przydzielić na piwo kuflowe - na przykład. Ja tam w te ploty nie wierzę, bo
tylko życzliwość czysta - Pana Naczelnika, spowodowała radę - taką, żeby się
skupić na sprzedaży folderów wyłącznie i będzie spokój.
Spokoju nie będzie z dwóch powodów. Ja się też władzy tłumaczę, i jak
odpowiem panu wiceprezydentowi Warszawy, co u mnie biografie sławnych ludzi
kupował, że już nie ma i nie będzie? Jak odpowiem znanemu reżyserowi, co
sztuki na "brodwajach" wystawia, że "Polowania na muchy" już nie odkupi?
A sprawa druga. Zacznę sprzedawać foldery (w domyśle - to te dla turystów o
Warszawie) i będzie spokój. Ale za dwa, trzy tygodnie, ktoś wpadnie i
krzyknie - won foldery. A dlaczego? Bo słowo "folder" cóż oznacza? Według
Władysława Kopalińskiego co słownik wyrazów obcych opracował, folder to
..."druk reklamowy, propagandowy, informacyjny, prospekt złożony w kilkoro,
drukowany obustronnie, na którym kolumny stronic mieszczą się między
zagięciami". A słowo fold to po angielsku: złożyć, zagiąć.
Łeb mam jak słoń, złożyłem się jak ten folder - skoro się tak na mnie
zagięli.
Ciąg dalszy tej historii zapewne nastąpi.
A ja pędzę dalej wołając jak przestraszony Prosiaczek; "słoniocy, słoniocy".
Nie pierwszy raz zresztą - w tym nocniczku-dzienniczku. |
1 sierpnia
2004
niedziela |
Idzie
dorożkarz i kuleje. - Co Panu? - pytam. Nic, koń mnie kopnął.
To zdarzenie zwyczajne, a jednak uśmiechamy się bezwiednie, pamiętając
natychmiast powiedzenie obecnego premiera, kiedy odszedł z rządu niejakiego
M. bo jak powiedział - nie będzie się kopał z koniem. A Ty nasz przyjacielu
staromiejski, coś mu wlazł w owies..
Rocznica 60-ta wybuchu powstania. O uroczystych obchodach, mszach, apelach i
przemarszach wiadomo było od paru tygodni co najmniej. Wszystko odbywa się
uroczyście i w zasadzie sprawnie. "Najlepsi" przyjaciele Prezydenta Warszawy
zacierali ręce, że na Muzeum Powstania on pierwszy polegnie. I co się
okazało? Że choć nie całe, ale przygotowane jest wspaniale i służy już dziś
swojemu celowi, w dodatku wbrew tym, co lata całe trawili na dyskusjach,
komisjach i projektach. Komuchom nawróconym tylko wstyd, a Prezydent
Kaczyński dostał brawa. O godzinie 17 jak mi relacjonował synek zatrzymał
się tramwaj, stanęły wszystkie samochody, a nawet z samochodów powysiadali
kierowcy, aby stanąć obok nich i uczcić czyn powstańczy. W tramwaju też nikt
nie siedział. Po raz pierwszy widziałem, że był tym mój chłopak poruszony i
była to pewnie pierwsza poważna lekcja patriotyzmu jaka otrzymał w swoim
20-to paro letnim życiu. Rozkazy zostały wydane, ruch zatrzymany syreny
wyły, na Starym Mieście bił dzwon katedry. Staliśmy dłuższą chwilę,
przyglądając się idiotycznemu sprzątaczowi, co nie przerwał zamiatania
petów. Kolejny kretyn z warstwy innej finansowo, ale umysłowo zbliżonej,
wjechał w tłum swoim srebrnym mercedesem trąbiąc lekko, bo niezbyt chyżo mu
ustępowano. Ale to margines, bo nawet jak damy pewne ruszyły już
zniecierpliwione (jak na czerwonym świetle zwykle), to zaraz zatrzymały się
w miejscu, bo ktoś filmował tłum. Pięknie było, bo i z wycieczki
zagranicznej też stanęli, ciekawie przyglądali się, słuchali dzwonów i
dalekich syren.
Zainteresowanie książkami o tematyce powstańczej ogromne, jak nigdy dotąd, a
z 10 rocznic już obchodziłem na Starówce. Kilkanaście albumików o powstaniu,
w dwujęzycznej wersji angielsko-polskiej zniknęło dziś do 14. O tej właśnie
godzinie pojawił się znajomy bukinista z Żoliborza. Pytam czy ma jakieś
stare albumy o powstaniu i walczącej Warszawie, bo ja swoje już wczoraj
sprzedałem. I co się okazuje, po godzinie przywozi mi wszystkie 5 albumów
jakie miał na składzie mimo, że w niedziele nie pracuje i firma zamknięta.
Do wieczora 3 sprzedane. Na rocznicę Powstania miała zostać wydana ksiązka
Normana Daviesa "Powstanie' 1944". Wydana została, ale mądre wydawnictwo
"Znak", albo raczej jego decydenci, też zostali kopnięci przez jakiegoś
konia, jak mój znajomy dorożkarz. W piątek w żadnej hurtowni książki nie ma,
bo będzie ale ..dopiero w poniedziałek. Dziś była w sprzedaży, ale tylko w
Muzeum Powstania, gdzie autor podpisywał swoja książkę, podobno tłumy były
nieprzebrane. Tak więc w prosty sposób zaprzepaszczono szansę sprzedania
pewnie z połowy nakładu w ciągu 2-3 dni, a przede wszystkim w weekend.
Dawniej wszystko otwierano, albo uruchamiano np. 22 lipca, pewnie stąd to
końskie myślenie wydawców. O książkę Daviesa pytano mnie co najmniej 30
razy, a komentarze były od zdziwionych, po wściekłe. Jutro będzie wszędzie,
ale już po obchodach - cena detaliczna 88 zł. Entuzjazm opadnie, większość
pomyśli, że może później, że cena spadnie może, tym bardziej że samo
wydawnictwo informuje o rabatach na inne dzieła tego znanego autora.
A co klienci? Widziałem trzy osoby z wielka planszą o walczących
powstańcach, a nieśli tablice - przecz z Unią. No chyba zaspali albo przez
kanał jaki przeszli, myślowy. Inna dama walnięta też przez konia zapewne,
pyta - czy taką książkę, to nie mógł Polak napisać, bo autor to pewnie Żyd
jaki co na naszej historii kasę tłucze. No cóż jej odpowiedzieć - sam się
przyznałem natychmiast - jam Żyd narożny. Baba ona, zdążyła rzucić tylko, że
ona nie ma nic przeciwko Żydom i uciekła. Stan zidiocenia mamy jak każdy
widzi, stad te końskie wstawki w tak ważnym dniu musiały się znaleźć.
Ale i
tak jest dobrze. Nareszcie szum i rwetes wokół dzieła pisanego. Znów coś
kupią, jak nie to, to inne i tańsze. A ja cóż. Od tego jestem, żeby mieć i
zaproponować, bez względu na konia i datę. |
do góry, do
góry...
|