|
|
wrzesień 2004 |
|
data
|
dziennikczylinocnik
|
30 września
2004
czwartek |
Kończy
się wrzesień i cóż.. zamykam swój zapieckowy sezon. Trudno liczyć na jakiś
handel w deszczowe październikowe dni, choć może jeszcze słoneczko zaświeci.
Jeśli tak, to w najbliższe soboty i niedziele jeszcze spróbuję przewietrzyć
swoje książki. Sezon tegoroczny można by zaliczyć do udanych, na tej samej
zasadzie co ozdrowieńca wychodzącego ze szpitala można zaliczyć do zdrowych.
No, nie popadam w jakiś skrajny pesymizm, ale wiosna deszczowa i wietrzna, a
jak już "..witałem się z gąską", czyli radość z powodu większego ruchu
turystów - to znów szarpaniny biurokratyczne. Niby wszystko wróciło do
normy, bo pismo dostałem (do wiadomości), że płacić mam jak dawniej, a nie
sześć razy więcej. Tylko po co to było ...można by się zastanowić. Nic nie
dzieje się bez przyczyny, szczególnie gdy w grę wchodzą pieniądze lub
możliwość interpretacji przepisów w zależności od potrzeby załatwienia
czegoś dla kogoś.
Piszę, że niby wszystko wraca do normy, ale nie tak do końca. Główny
Księgowy dzielnicy Śródmieście - prowadzi postępowanie w sprawie ustalenia
opłat targowych za miesiąc sierpień!!! Właśnie dostałem kolejne pismo, że
mogę się zapoznać z dokumentami. No i po co mam się zapoznawać? Skoro jakiś
młody prawnik - interpretator twierdzi w tym Biurze Budżetowym, że
powinienem płacić za stoisko 90 zł dziennie. List otwarty był, w internecie
dotąd wisi jak miecz Damoklesa, żeby każdy mógł sobie wyrobić zdanie. Pismo
wykazujące jaka mnie stawka obowiązuje - jest. Tylko spory kompetencyjne
trwają, ambicyjki jakieś biurowe, bo wykładnię przepisu dało biuro
sąsiednie, a konkretnie Biuro Działalności Gospodarczej i Zezwoleń. Ale
jednak nie był to Sąd Najwyższy. Sam Pan Naczelnik Biura Budżetowego -
człowiek miły i inteligentny, księgę Hioba mi udatnie cytował, nawet
usiłowaliśmy ustalić czy ten cytat to tłumaczenie Miłosza. Ale cóż wynika z
miłej rozmowy - nic. Postępowanie trwa. Choć i ja i Pan Naczelnik w świetle
tego dalszego brnięcia w zaparte i wyjaśniania już wiadomego, wiemy dobrze,
że zanoszenie pieniędzy miastu jest idiotyzmem, głupotą i może rodzić
podejrzenia co do kondycji psychicznej "pomiotu" gospodarczego. Skoro
inkasenci przestali przychodzić w połowie września, bo jakoś ich odwołano,
sam z nieprzymuszonej woli policzyłem wszystkie dni pracy, wymnożyłem przez
metry i złotówki, i zaniosłem do kasy urzędu dzielnicy. Przecież nie każą
płacić, to się nie płaci, bo nikt nie zawiadomił co dalej. W końcu najlepiej
sprzedawać wszystko nielegalnie, straży da się w łapę, ostrzegą kiedy
kontrola, miejsce dogodne wskażą i co tam jakieś opłaty, kasy czy paragrafy.
Dziesiątki ludzi żyje w ten sposób. I nie jest to ich wina że szara strefa,
jasna jak dzień wiosenny. Wina to tych rozlicznych, a uczonych wielce
twórców kulawego prawa, jeszcze liczniejszych interpretatorów i tych, którzy
przy tym śmierdzącym kotle własne pichcą interesy.
Widać
rządzącym łatwiej jest wtedy, gdy prawo można dowolnie interpretować, gdy
istnieje pewna dowolność, albo jeszcze lepiej uznaniowość. Czy to są
czynniki korupcjogenne zastanawia się pewien uczony w piśmie, w jednym
czasopiśmie. "Ano", jak mawiają bracia Czesi. Warunki do sprzedania
określonej usługi urzędowej były i są, i są nadal tworzone. Tylko teraz
jakby troszkę trudniej się zrobiło bo narodek gazety czyta, telewizję
interwencyjną ogląda, po Konstytucję nawet sięga. Do tego doszło. Tak to już
jest Panowie, że nadzieja raz obudzona wielki może przynieść urodzaj.
Już nie ma ciszy w eterze, już szpalty pełne informacji o lewych kasach,
łapówkach i powiązaniach. Jeszcze tylko o głupocie niewiele się pisze, ale i
o tym będzie. Jak taka bezinteresowna i szczera może zniszczyć coś
pożytecznego i dobrego. Ja nie boję się "postępowania" w mojej
sprawie, niech śmieszności obawiają się Ci, którzy upór i widzimisię jest
ważniejsze od tego co można jeszcze nazwać "interesem społecznym". No bo jak
dosłownie potraktujemy ten tzw. "interes społeczny", to żaden urzędas nie
będzie miał już interesu.
Za rok wybory. Miotła historii zmiecie - tych co wiecie, a ja rozumiem.
Przyjdzie kolejna ekipa i będzie się uczyć i doświadczać. Pozostaje
nadzieja, ze zostaną kompetentni, mądrzy i myślący strategicznie, a nie
zależni od wyboru kolejnej kanapowej partyjki. Przecież to wszystko, co w
jakiejkolwiek partii się mieści to - malutka, ot tycia, (że zacytuję
przyjaciela dziennikarza) grupeczka na zdrowym zakończeniu pleców naszego
kochanego społecznego jestestwa.
Pożegnania jesienne z głupotą i nerwami - mam nadzieję dokonane. Jeśli nie,
- będziemy pisać, cytować w internecie i pokazywać światu.
Dla uspokojenia nastroju - dwa zdania o ludziach wielkich, a nam tak
bliskich. O aktorach tu myślę, o poetach, o autorach, o tych, którzy
nas porywali, bawili i ..którzy czasem odchodzą. Jak Jeremi Przybora czy
Zbigniew Lengren. Moi sąsiedzi ze Starego Miasta. Dlatego cieszę się zawsze,
kiedy przebiega szybkim krokiem, na nic nie mając czasu, pani Danusia
Szaflarska, kiedy przejdą obok; Henryk Boukołowski, czy Ignacy Gogolewski. Z
młodym Boryną, czyli Antkiem rozmawialiśmy nie dalej jak dwa dni temu o tym
jak dobrze zmieniać coś w życiu, choćby miejsce zamieszkania. Poprawiać swą
dolę, a nie narzekać.
Dość
smutków jesiennych, co od lata się ciągną. Weźmy zatem jaką Jagnę do tańca,
choćby potem cała wieś miała nas wziąć na języki. |
21 września
2004
wtorek |
Dziś
pierwszy dzień jesieni za oknem, trochę kropi, trochę pada i bardzo wieje.
Dzień wielu zdarzeń, że o trzęsieniu ziemi nie wspomnę (Gdańsk, Olsztyn,
Suwałki).
Ale wracam do ostatniej niedzieli, bo udało mi się ją zilustrować
fotograficznie. Zapraszam na stronę:
www.zapiecek.com/zapiecek/zapiecek19092004
. Jak wynika z wściekłych zeznań sąsiadów moich ze
Świętojańskiej i Zapiecka, to o bladym świcie w niedzielę zrobiono im
pobudkę słuszną, bo kto to widział spać do południa jak tu pracowicie "trza"
barierki ustawiać, żeby się nie pchali na biegających w niedzielnym
maratonie. Czasem wydaje mi się, że może zarządca dzielnicy, jak dawniej
król jaki, powinien w przebraniu rankiem rzucić okiem na gospodarstwo, bo
wtedy widać i słychać i czuć. Maraton na sto, no może nieco więcej osób,
skutecznie zablokował kawał miasta. Trzeba było posłuchać komentarzy
mieszkańców; ani wydostać się bo objazdy, ani zaparkować, ani przejść. Na
szczęście skończył się ok. 13:30 więc okoliczni restauratorzy nie zdążyli
odnotować strat wielkich. Oczywiście, że takie bieganie to fajna sprawa, a
jednocześnie święto dla wielu. Podziwialiśmy jak na wózkach pędzą inwalidzi
i nie poddają się ani losowi, ani stołecznym brukom. Tylko przy okazji
zamiast wydatków, budzenia strasznych mieszczan itp., mogło by miasto
zarobić też, gdyby to zrobić w formie festynu. Uczestników nie było tak
wielu żeby blokować pół Śródmieścia. A gdyby tak pobiegli trasą rowerową od
Żoliborza po Wilanów - są spore fragmenty ładne. Można by na "tą
okoliczność" wydzierżawić terenu trochę na napoje, waty cukrowe, jakieś
atrakcje dla dzieci czy występy artystów przybrzeżnych. I kupcy by zarobili,
kasa miasta też by coś miała. Z opłat, podatków,
mandatów i innych radosnych rachunków.
Orkiestra z Chmielnej, która nie mogła doczekać się zdjęcia szlabanów -
zagrała biegnącym, którzy ochoczo machali do tej warszawskiej muzyki. Przy
okazji paru pijaczkom tańców się zachciało, bo akurat osiągnęli stan
upojenia - rozrywkowy. Osobliwy to był widok skrzętnie odnotowany kamerami i
aparatami licznych turystów. Kiedy spragniony, przechyliłem butlę z napojem
owocowym, od razu z holenderskiej wycieczki, siwy młodzian zakrzyknął po
angielsku dla zmylenia - pijesz wódkę, czy piwo? Odkrzyknąłem że tylko wino
i to bezalkoholowe. Uśmiechnęli się znacząco że wiedzą swoje.. Straż miejska
spokojnie zabezpieczała inne rejony, więc trzeba było spokojnie czekać, aż
pijaczki się zmęczą, co nastąpiło wkrótce.
Inna scena śmieszna wielce, to gdy dziadek z panią niosą tablice do
odśnieżania z naklejonym napisem przeciwko wstąpieniu do Unii Europejskiej.
Pomyślałem że jacyś zapóźnieni nieco w rozwoju, ale okazało się że napisy
służą do wielokrotnego użycia. Tylko datę się zmienia w specjalnym okienku.
A to nie protest tylko wezwanie do prawyborów. Tylko nie wiem jakie to
prawybory, ale jakoś nikt nie chciał wiedzieć.
Już pod
koniec maratonu - z niedowierzaniem patrzę jaki to miły klient na dzieła
przebrane spogląda. A to Pan Jan Maria Rokita z Małżonką zaszczycił moje
stoisko. Zdziwił się mile że jakieś dobre ksiązki tu leżą, więc mile
pogadaliśmy o klasyce, którą sprzedaję. Omówiliśmy krótko, na przykładzie
jednego tomiku twórczości Piaseckiego Sergiusza, co to go Wańkowicz
wylansował. I już po wizycie. Było z uśmiechem i na wesoło, i bez dystansu.
Zdjęcie okolicznościowe jest - zaraz będzie w dziale przyjaciół książek.
Cenię poczucie humoru Pana posła, a do polityki się nie mieszam.
Jeszcze nie ha ha.
Jutro
kalendarzowa jesień - czas na porządki, Mnie czeka pani w fartuchu białym i
ze świdrem okropnym. Tylko głęboki dekolt dentystki może mnie znieczulić na
tyle, że nie zapytam zaraz - za ile?
Nikt do mnie nie pisze, korespondencji koniec, nawet inkasenci od zeszłej
środy niewidziani i nie słyszani na mieście (zbieracze opłat targowych od
takich jak ja). Może to juz koniec sezonu. A mnie znów szkoda lata, choć
początek zmarnowały mi deszcze, a część dalszą wojna osobliwa jaką toczył ze
mną urząd pewien, a właściwie jego światły przedstawiciel. Jak komuś się
jeszcze chce to sobie znajdzie i poczyta.
Jesienne barwy są ciepłe, sercu miłe - jak komu smutno niech ucieka w góry,
bo to czas kiedy lasy różne barwy mają, na każdej górce inne. Lepiej
nastroje przyrody obserwować jak sąsiada czy tej Pani z telewizora, co mnie
chyba nie lubi bo strasznie krzyczy na rozmówców i na mnie. Ja tez ucieknę,
może mnie jaka nimfa leśna zawoła. Dziadku ,,Ahoj" ci .. jak to zwykle w
mowie naszej codzinnej. |
15 września
2004
środa |
Jak
liście z drzew tak i z pomnika listek czasem opadnie, widok nie zawsze
pożądany ukazując. Wszystko wszak w rękach artysty i losu. W odniesieniu do
naszego codziennego życia każdy symbolicznie opadły liść to kolejna i
niezbyt wesoła kompromitacja. Kompromitują się ludzie, którzy chcą
reprezentować urzędy - przyjazne przecież w założeniu obecnego ustroju.
Zawstydzają nas swym brakiem wiedzy (a szczególnie prawnej), bądź jakże
dziwnym nie rozumieniem słów, których na co dzień używamy. Stajemy wtedy
bezradni, nie wobec potęgi Urzędu, ale wobec czystej nieskalanej niewiedzy.
Brak jasności co dane słowo znaczy pozwala na dowolną interpretację i
wymuszanie sytuacji powiedzmy ..dziwnych. No ale po co ta cała teoria?
-
Koniec wieńczy dzieło !!!!
Dziś rano deszcz, a więc jak w piosence dawnej - listonosz przyszedł - list
przyniósł. A pismo to krótkie i treściwe. (zobacz)
Zawiera jednoznaczną interpretację uchwały Rady Warszawy, jakie opłaty
targowe należy pobierać od tych co mają umowy na dzierżawę terenu. A ja mam
i to ważną do końca października. I wszystko nagle stało się jasne i
oczywiste - dlatego też od 2 dni inkasenci żądali opłat za stoisko z
książkami - w wysokości 5 zł za m2. Jak wynika z ich relacji
dyrekcja była niezadowolona wielce, prawie się gotuje. Dość to osobliwe,
więc po co komentować. Przecież to tylko jedna agenda urzędu miasta
stołecznego. Gdyby tak wszystkie biura podchodziły emocjonalnie... do miłych
przecież petentów, może trzeba by tych namolnych jakoś zasiekami i w karby..
Bój o
pozostawienie książek na Zapiecku trwał od 6 sierpnia. Ile straconych
nerwów, kilka nocy nieprzespanych, pism, zawracania głowy wielu ludziom na
różnych szczeblach, prasa i wstyd, i żal. O odwołanych zakupach,
wstrzymywanych transakcjach wobec niepewności jutra co mam wspominać? I tak
nikt nie powie - przepraszam.
Poszuka się innej drogi zapewne, aby miejsce pod Galerią "Zapiecek"
zaoferować komuś w innym terminie.
Powiem
ja zatem - DZIĘKUJĘ. A dziękuję tym wszystkim miły klientom, którzy
wspierali mnie, a jak się okazało nawet bardzo skutecznie w postaci krytyki
prasowej. Wiele osób przeczytało otrzymywane przeze mnie pisma dzięki
internetowi i wielu poruszył felieton Pana Żulińskiego w Aneksie.
Przyjaciele nie zawiedli, książki jeszcze trochę będą przed zimową
zawieruchą. Życzmy sobie zatem jeszcze tej pięknej polskiej jesieni choć
trochę.
Liście
niech opadają z drzew, jak przyjemnie wtedy iść przez park. A liść na
pomniku niech tam zostanie, bo co w domyśle - zawsze piękniejsze, niż w
realnym życiu. |
12 września
2004
niedziela |
Jesień
idzie przez Zapiecek, liście niesie z Podwala. Kurteczki, bluzeczki i
sweterki, a choć słoneczko przygrzeje w południe to już nieco chłodniej.
Atmosfera też chłodniejsza jakby, inkasenci coraz rzadziej się pokazują,
rzucając znanym pytaniem i sami sobie odpowiadając odchodzą. Zupełnie jak
ten Bronek z harmonijką, co gra i pędzi naprzód z wyciągniętą ręką. Wczoraj
luz i spokój koniec akcji wszelkich - straż śpi snem jesiennym, już wszystko
wróciło do normy. Tylko ten szał kontroli ulicznej od 15 sierpnia pewnie
spowodował szef jakiś, co wrócił z urlopu za wcześnie. Najbardziej wesołym
akcentem tego lata było wywożenie popcornu i waty cukrowej. 4 samochody
stosownie do wagi problemu. Potem prawie przepraszali, bez opłat mandatów
itp., ot takie gierki uliczne. Dość piękne zdanie jednego ze stróżów
miejskich, musze odnotować... - Przy handlu obwoźnym watę powinno się
sprzedawać jadąc wózkiem (!). Wyobraźmy sobie te płynne ruchy rąk i nóg
sprzedawcy. I kto tu jest cyrkowiec?
W
piątkowej "Trybunie" a właściwie jego kulturalnym dodatku "ANEKS" - ukazał
się felieton Pana Leszka Żulińskiego p.t. "Zapiecek i zadupie". Pan Leszek
opisuje "...jak władza lokalna, malutka, tycia-tycia psuje w Warszawie
kulturę". Dotyczy ten cytat oczywiście zamiaru likwidacji mojego stoiska z
książkami, metodą znana i sprawdzoną czyli zastosowaniem opłat "nie do
przełknięcia". Pana Leszka nie znam niestety, choć podobno kiedyś cos
nieopatrznie u mnie nabył. Serdecznie dziękuję. Może ten kamyczek w ogródku
miejskim pozwoli na czytanie prawa ze zrozumieniem - od konstytucji
poczynając. Wszystkie podchody i nieformalne działania wokół, zmuszają nas
do czytania różnych przepisów i okazuje się , ze życie sobie przepisy sobie,
a liczą się tylko te co najniższy szczebel administracji wyprodukował. Tak
więc ubiegając się kiedyś o kolejne zezwolenie na sprzedaż książek -
dopisałem w podaniu pocztówki - reprodukcje obrazów o tematyce
staromiejskiej. Niestety dostałem ustna odmowę, bo inni juz sprzedają, a to
że poczta mało kiedy czynna (soboty i niedziele) w centrum ruchu
turystycznego to nie ważne. Na razie wypada mi czekać na reakcję władz
miasta, choć jesień i wiatry z północy same ten problem rozwiążą. A w
przyszłym roku w nowym segregatorku nie będzie już miejsca na stare papiery.
W
ramach ukojenia nerwów i zmiany atmosfery pojechałem na dwa dni do Poznania.
Zaprosił mnie mój przyjaciel z dzieciństwa jeszcze, co to razem z niejednej
piaskownicy jedliśmy. Towarzyszyłem mu, kiedy musiał w swoim urzędzie
dzielnicowym dokonać nowego wpisu w dokument, który nazywa się potocznie
zaświadczeniem o działalności gospodarczej. Pani spojrzała na kilkanaście
symboli (teraz tak oznacza się każde handlowo-przedsiębiorcze działanie),
poprosiła o wpłacenie 50 zł i zaprosiła po odbiór ...za godzinę!!! Przeżyłem
szok drugi, gdy okazało się ze dowód wpłaty do banku źle był wypełniony.. -
ta sama miła Pani - poprosiła o kartę bankomatową, wczytała do maszynki,
postukała i ..zapłacone. Ha, ha - okazuje się, że to prawda - w Poznaniu
można w jeden dzień firmę złożyć. W Warszawie nie do pomyślenia. W moim
urzędzie - ta sama czynność wpisu, (bardzo uprzejmie oczywiście) trwa ok. 2
tygodni. Kiedyś naiwnie chciałem podatek zapłacić kartą z banku w stosownym
urzędzie i dowiedziałem się, że na terenie urzędu ...bankomatów nie ma. Tak
więc nie dziwmy się - po prostu stolica. Tu się rządzi i włada, tam
pracuje. Podoba mi się dzielnica "Ogrody" w tym Poznaniu, podobno prestiżowa
jak pisze "Wprost", a ja tam lubię bywać od czasów gdy jeszcze mały osiołek
chodził po jeżyckim cmentarzu, a ja w białych podkolanówkach pokonywałem
jakieś hałdy żwiru, ku uciesze mamusi. Teraz sam robię za osiołka, a
białych podkolanówek nadal nie cierpię.
|
Podziękowania
Piszę i piszę, a o nie podziękuję ładnie, kiedy trzeba
szczególnie - dlatego te ramki.
Dziękuję dziś Panom: - Leszkowi Żulińskiemu za felieton o
książkach,
- Panu Ryszardowi Zającowi wybitnemu malarzowi za grafikę -
kościoły rzymskie, na którą nie zasłużyłem, wklejając tylko
trochę zdjęć z Jego wernisażu na stronach zaprzyjaźnionej
Galerii "Zapiecek",
- Panu Michałowi Wysockiemu za książkę z dedykacją o Grzesiu
Przemyku. Pan Wysocki był sanitariuszem pogotowia oskarżonym
niesłusznie w tamtych latach,
- Panu Czesławowi Gagajkowi za jego książkę z dedykacją, o
losach polskich lotników związanych ze szkołą w Dęblinie.
Pani, proszę Pani - nie dziękuję -
do nóg padam.. że o namiętnym całowaniu ...kraju szaty nie
wspomnę. |
|
2 września
2004
czwartek |
Wojna trwa. Urząd kontra książki. Jakże zgodna jest opinia kolegów kupców,
dziwnie jednym głosem twierdzą, że jestem do odstrzelenia, a najłatwiej
kogoś wykończyć żądając nierealnych opłat. Tak więc koniec bliski - do końca
września według umowy (o dzierżawę terenu) mam pracować codziennie, w
październiku soboty i niedziele. Jeśli Pan burmistrz czy Zastępca Prezydenta
Miasta nic nie poradzą - będzie za rok jak znalazł miejsce na nowy knajpiany
ogródek. Może jesienią będzie grzane piwko zamiast literatury, wiadomo
dochód lepszy i łatwiej się wdzięcznie ktoś podzieli. Żeby było weselej
kilku kolegów z kupieckiego stowarzyszenia dokładnie informowało mnie
"życzliwie", która to knajpa o moje miejsce się ubiega. Inna plotka głosi,
że miejsce na Starówce kosztuje ok. 5.000 zł. Tylko kto bierze? Trzeba
zapytać pewnego detektywa angielskiego, kto ma w tym interes. No, jakaś
jednostka jestem, aspołeczna całkiem. Ani wdzięczności nie umiem okazać
właściwie, ani nie czytam przepisów wnikliwie. Jakoś zawsze pozostaje mi
niesmak wątpliwości.., co do jedynie słusznej stawki i dowolnej
interpretacji, która teraz właśnie znalazła się jak na zamówienie. A
dlaczego nie w lipcu albo czerwcu pozostanie słodka tajemnicą Zarządu
Terenów przydrożnych.
Porzućmy smutki, życie nie kończy się na Zapiecku, czasem zaczyna nowe i
niespodziewane. Zawsze będę miał sentyment do tego miejsca i zapieckowych
stron nie zamknę, a o naszej Starówce jeszcze napiszę nieraz. Już dziś
Galeria "Zapiecek" zamówiła mnie z aparatem na kolejne dwa wernisaże -
najbliższy w poniedziałek.
Dnia 1
września roku pamiętnego..... Nie, nie będę teraz śpiewał znanej piosenki,
ale wczoraj właśnie znalazłem się całkiem niespodziewanie na spotkaniu nieco
tajemniczym, co ciekawym z punktu widzenia ha ...może socjologicznego?
Koleś mój serdeczny, prosił pójdź może duże pieniądze Cię czekają? Ale ja
nie jestem od dużych pieniędzy, mam nadzieję, że i od małych kłopotów
tylko. Spotkanie zorganizowała firma, kontynuatorka słynnej finansowej
choinki BTC - czyli FMG. Chodzi o indywidualne konta emerytalne.
1 września zatem, w języku niemieckim zaczęto do mnie przemawiać, ustami
jednego Austriaka co za mulata robi - taki opalony. Jeden Austriak, nie
wymawiając, też w 1939 defiladę odbierał, ale to analogia tylko przypadkowa,
z datą związana, na szczęście. W każdym razie tańczył ten mój współczesny
żwawo, czyli typowy pokaz języka ciała, biel zęba i tłumaczka co już tekst
miała w małym paluszku. Potem jeszcze dwóch dyrektorów olśniewało i
zachwycało jakie to pieniądze ogromne można zarobić. Sala "warszawska"
w Pałacu Kultury wypełniona prawie dokładnie - 15 rzędów po 30 miejsc.
Zapowiadano, że na kolejne spotkania można się nie dopchać. Ja w każdym
razie zwalniam miejsce - a ze z lekka nadwagą, to dwie szczupłe dziewczyny
się zmieszczą. Na starcie chętny wchodzi za 500 zł, potem werbuje 4 osoby -
może więcej, one tez po 500, potem oni werbują następnych i tak do
wyczerpania populacji kandydującej do przyszłych apanaży emerytalnych. Tylko
nic nie mówiono jaka to będzie emerytura, ale jak dopaść tych pieniędzy, co
przez najbliższe miesiące będą do podziału. Jestem mało przekonywujący i
zadaję za dużo pytań wnikliwych. Nie nadaję się zatem, a innym polecam
lekturę teczki, która nabyć można za 3 zł 50 gr. Wchodzisz w ten interes, o
nic nie pytasz, za wszystko odpowiadasz, a firma co Cię tak uszczęśliwi
niebanalną prowizją zastrzega sobie.. Nie dla mnie marketing finansowy, ani
przekonywanie nachalne z uśmiechem solarium podmiejskiego. Szmira i tyle. Na
co dzień widzę, jak na Starówce chłopczyna z pastą do zębów męczy się
wielce. Jak czytam GROUP, International s.a. i takie tam - wychodzę do
bufetu, karta menu z musztardą po obiedzie - bardziej mnie porusza. Ale
naród wierzy, ufa i stadny jest. Marketing jak wiele innych zjawisk mili -
też nie zwalnia od myślenia. Tylko nie zawsze myślę - ile wyszarpię kasy.
Dziś
urodziny 90-te Pani Stefanii Grodzieńskiej - na tą okoliczność z zaskoczenia
o dwa słowa i życzenia dla dostojnej Jubilatki - poprosiła mnie telewizja
regionalna czyli trójka. I było w kurierze kilka sekund ulotnej sławy, ale w
jakże miłym celu. Pani Stefanii humor ironiczny nieco posiada, wielce mi on
odpowiadał zawsze. W jej słowie pisanym, mówionym czy śpiewanym i tańczonym.
Więc - dość smutków i urzędowych bredzeń - niech żyje dobry nastrój, humor i
uśmiech - w każdej jesieni jakże potrzebny. A w jesieni życia -
niezbędny. |
do góry, do
góry...
|