|
|
lipiec 2005
|
|
data |
dziennikczylinocnik
|
|
29 lipca
piątek
2005
gorąco uff! |
Dziś drugi dzień upałów - podobno
największych w tym roku. W cieniu ma być 37 stopni, wczoraj podobno
było 34, na słońcu podziałki się skończyły - klienci uciekli, a
złoty górnik co stoi na wprost Zapiecka tez dał drapaka. Tak więc i
ja przed 15 spakowałem swoje książeczki - pracowicie określane przez
inkasentów jako upominki. O 17 burza i gwałtowna ulewa - znów mi się
udało uciec w porę. Wieczorem żadne tam wernisaże, tylko masaże i to
niestety nie erotyczne. Żeby się rymowało to są to masaże praktyczne
bo na rozruszanie zwyrodnialca jednego, a właściwie kręgów podobno
jakiś, co to uciskają na coś tam i lewa łapa mi czasem drętwieje, a
łokieć boli. Już nie ma co człowiekowi drętwieć, pewnie przez to że
z usztywnionymi poglądami walczy, a łokieć też choroba narodowa, bo
wszyscy to mają od przepychania się w tłumie. Z tłumem nie walczę,
czasem proszę o zrozumienie niektóre urzędy, bo jak czytam jedno, a
słyszę drugie, poczucie humoru jakby mi zanika. Ale nie tak do
końca. Wszelkie starania doceniam, ale szanować nie musze, bo to już
przerabialiśmy dawno, a niektórzy wciąż odkrywają świat meandrów
urzędniczych na nowo. Korespondencja w sprawie moich dwóch metrów
kwadratowych trwa w najlepsze. Samorządowe Kolegium Odwoławcze
uchyliło decyzję przyznającą mi grunt (nie orny, a brukowy) bo
Zarząd tych terenów właśnie - dał zezwolenie niezgodnie z moim
wnioskiem, nie na taką powierzchnię i asortyment. I co? Ano
Zarząd ten antydatowanym (ale po co), pismem z przed 2 tygodni - a
wczoraj dostałem - prosi mnie o: "..sprecyzowanie swojego wniosku i
złożenie w tutejszym Zarządzie". Zupełnie jak by to całe Kolegium
Odwoławcze (potem już tylko sąd wojewódzki) nie uchyliło błędnej
decyzji z powodu naruszenia aż trzech paragrafów kodeksu cywilnego,
a uchyliło mój wniosek. Przysłano mi stosowny druk także, gdzie
jedną linijeczkę przeznaczono na termin zajęcia pasa drogi,
natomiast cztery linijki na określenie "wymiarów, powierzchni i
rodzaju zajętych elementów pasa drogi.." Ładne, prawda? Szykuję
odpowiedź, ale skoro w piątek i tak nikt tego nie będzie czytał -
złożę w poniedziałek. Wniosek mój leży od grudnia 2004 na cały 2005
rok i co ja tam znów mam pisać - może zmiękłem i teraz napiszę że
sprzedaję pamiątki, bo książka nawet o młodym Heglu i starym heblu
(stolarstwo) to też może być pamiątka. Czasem poważna, jak ktoś taki
tomem w ucho od rozsierdzonej małżonki dostanie. Od pond 20 lat
sprzedaję książki i choć czasem mają obrazki, to większość ma jednak
trochę tekstu też i dlatego na wodę mówimy że jest mokra, a nie
ciało w stanie płynnym, choć niby - też racja. W stanie płynnym inne
są napoje, co trenowali górnicy (okropne jednostki nie mające nic
wspólnego ze słuszną sprawą emerytur górniczych) pod Sejmem i nie
tylko. Ustawę im uchwalą nie dlatego, że ktoś tam się przepychanek
ulicznych przestraszył, ale w końcu wybory tuż tuż i głosy nawet z
podziemia też się liczą. Ale po co niektórzy poszukiwacze górniczych
emerytur urywali lusterka u samochodów na trasie powrotu do
autokaru, to nie wiem, dzieci i żony są niewinne, bo wiem. Widziałem
na spacerach byli na Starówce. Nawet niektóre rodziny kupiły sobie
po pocztówce na pamiątkę.
Ciepło, ciepło, gorąco. W niedzielę o poranku ulewy maja być okropne
nad ranem do Warszawy dojdą. I spadek temperatury do 10 stopni.
Patrzę na ta mapę pogody z
http://meteo.icm.edu.pl/
i oczom nie wierzę, patrzę na to pismo z Zarządu terenów
starówkowych i też nie wierzę - czyżby juz mnie proszono o wniosek
na rok przyszły? A może jednak kochają książki, tylko ja marudzę...
Jak by co - to życzę wszystkim "Wesołych Świąt", a jak nie ma, to
nie szkodzi - kiedyś będą. Zupełnie jak w mojej korespondencji. |
|
23 lipca
sobota |
Dzień pracowity inaczej. Od rana
odrabiam zaległości w prowadzeniu portalu noclegowego. Jak się
okazało potwór ten urósł do ponad 800 stron. Nie wiem jak to
możliwe, a wydaje mi się że jestem w połowie roboty. Chyba nadejdzie
dzień kiedy po prostu to rzucę. A jednak pracowało mi się
przyjemnie, zawsze mnie cieszy jak coś przybywa, ale i cholera
bierze, że tego jeszcze tyle do zrobienia. Deszcz spadł ok. 17 jakby
dla usprawiedliwienia mojej nieobecności na Zapiecku. Nic to, jutro
ruszam znowu. Od jutra w sprzedaży przewodnik Pascala ("Przewodnik
kieszonkowy - Warszawa") z moimi czterema zdjęciami. Niby nic, a
cieszy. Również sprzedawca kwiatów uwieczniony na Świętojańskiej -
ucieszył się. W zasadzie wszedł do historii. Oczywiście, we
wszystkich albumach i przewodnikach królują dorożkarze. Widocznie
jakaś nostalgia w ich oczekiwaniu, za końskim zadkiem.
Skoro o koniu mowa, to dziś w Teleexpresie pokazano czarnego konia
na wyborczej konwencji PSL-u. Ma on symbolizować ukryte szanse tej
chłopskiej partii z ul. Grzybowskiej. Tylko inni, zmotoryzowani
pojechali samochodami, a nie konno, no może jeden ciężarówką wolniej
nieco, ale to podobno demokrata.
Nie entuzjazmuję się wyścigiem, ani rankingami - kto zdobył
przewagę, a komu ubyło. Prezydent musi być wybrany, ale jakoś bez
mojego entuzjazmu. Chyba w ogóle nie ciekawią mnie zmagania
jakichkolwiek partyjek; ich programy drogi do kasy, czy też naszej
do nikąd. Ech, nostalgicznie to brzmi i smutno, a tu entuzjazm
potrzebny - tylko ...znów główna wygrana przeszła koło nosa - no bo
w środę w Warszawie właśnie ktoś wygrał 6 milionów. I nie zmienię
samochodu, jeszcze mam trochę do spłacenia, jeszcze trochę minusów
do zsumowania. Ale może tak około 15 sierpnia jeśli będzie pogoda
handlowa weselej się zrobi na duszy. Z tego co widzę na ulicach,
sprowadzono jednak tego złomu sporo. Modele dawno nie widziane,
wyklepane i wyczyszczone próbują ruszyć gwałtownie, ale mój choć ma
9 lat, nie lubi jakoś tak marudzić. Oglądałem dziś na DVD "Dzień
Świra" Marka Koterskiego z Markiem Kondratem w roli głównej - no i
cała prawda o nas w tym filmie - jeśli się śmiejemy to z siebie, jak
ja tutaj. Oczywiście to wszystko było przerysowane, ale ile takich
sytuacji jak w filmie zdarza nam się prawie codziennie. Niby
denerwujące, niby śmieszne, niby nudne. No i niby nas nie dotyczy,
ale ...zdarza się i jest. Drobne natręctwa, życie jak w szufladce,
te same powiedzenia i "mądrości życiowe", zmęczenie codziennością i
brak dobrej odpowiedzi na proste pytanie. Jak żyć? W zasadzie
jest pewna recepta, też nudna może, a może czasem trudna w
realizacji. Wiem po sobie, muszę mieć co robić, muszę coś planować
dokądś dążyć, ciekawić się czymś, interesować, mieć jakieś marzenia
i plany. No ale to jest to - i tak nie zdążę jak z tym portalem
turystycznym. Ale czy nie fajnie i miło pojechać gdzieś, gdzie domek
jakiś ładny, trochę zieleni i jakaś Pani jeszcze w tle.. robi
kolację oczywiście. Porobić
zdjęć trochę, potem zamieścić w jakimś przewodniku i juz życie
wydaje się weselsze. Co do kobiet - to znów w PSL-u w mniejszości,
na listach wyborczych do Sejmu ma ich być tylko 18 procent. Jasne,
czy kto widział, żeby na wsi ktoś miejscowy witał się z kobietą? No
chyba że jaki odprawiony szef koncernu za kilkaset tysięcy czy
milionów parę, powita gospodynię jak się gdzie zaplącze w swych
posiadłościach. A poza tym chłopy do polityki i ustaw, baby i tak
wydoją. Tylko one wiedzą jak to robić, a oni ....uczą się. Będzie
groźnie - bo będą poprawiać. Szybko do pracy, trzeba się jakoś
zabezpieczyć.. |
|
17 lipca
niedziela
2005 |
Upały minęły uff. W sobotę zatem
zrobiłem sobie wagary po tylu dniach pracy bez przerwy, po 12 godzin
dziennie. Opady przelotne to dostateczny pretekst, w końcu ile można
się grzać na tym upale. Mimo upałów ruch jest, turyści przybywają
szkoda tylko że nieznane jest u nas pojęcie sjesty od 14 do 17 można
by spokojnie cały interes nakryć szmata ozdobna sztuk jeden i udać
się na zasłużony odpoczynek i prysznic. Tylko pamiętajmy w jakim
kraju żyjemy - przecież powiedzenie znane mówi: "..prysznic i tyż
nic". Może czego innego dotyczy to powiedzenie, ale powszechnie jest
już przyjęte, że im dalej się oddalasz tym mniej zastajesz po
powrocie.
Na Starym Mieście, bez zmian czyli -
kolejna akcja. Życie bez akcji to kolejna niemożliwa rzecz do
osiągnięcia na ziemi ojczystej naszej. Tym razem Straż Miejska
zasadza się na ul. Piekarskiej róg Podwala i kontroluje wszelkie
pojazdy usiłujące wjechać. Pracują od 9 do 15. Na ogół oczywiście.
Sam zostałem złapany - mimo że posiadam stosowny dokument
uprawniający do ..wjazdu i rozładunku lub załadunku. Okazałem to co
leży na przedniej szybie, a Pan strażnik mówi: - spokojnie, kolejka.
Faktycznie, przede mną spowiadał się faktury pokazując - dostawczy
jakiś. Odczekałem z 10 minut - jednak siła psychologii - powoli
wściekłość mi minęła i zostałem poproszony o dowód tożsamości. Może
się zdarzyć, jak mnie poinformowano, że ktoś komuś udostępni
dokument wjazdu. Zaczęło się więc pracowite przepisywanie, tego co
mam na plastikowej kartce dowodu - do notesu. To już przesada. W końcu
dokument na wjazd nie tylko do mnie przypisany ale i do numeru
rejestracyjnego samochodu. Wytłumaczyłem sobie, że Panowie strażnicy
sami tego idiotyzmu nie wymyślili. W końcu są na służbie i rozkazy
jakieś dostają - łącznie z tym wpisywaniem do notesu. A za to po
południu hulaj dusza - wjeżdża kto chce, całkiem prywatnie i wesoło.
Dostawy do sklepów już zakończone - ciekaw jestem tylko po co były
te narady z kupcami, że do 13 każdy z fakturą wjedzie. Tak więc
kontrole wykażą, że dostawy do sklepów są. Ale na kawę czy spacer
wieczorkiem bez problemów.
Inna wielka akcja to "walka z nielegalnym handlem" - prawie
codziennie w lokalnym dodatku czyli stołecznej "wyborczej" Pani
redaktor zmaga się z tym tematem. Inna sprawa, że w rozpędzie
opublikowano zdjęcia legalnie działających sklepów, a tak przy
okazji wypomniano, że ksiązki na Zapiecku są. Dziwne tylko, że
relacje z "pola walki" prowadzone bez żadnych rozmów z
zainteresowanymi, a tylko punkt widzenia władzy ważny. Pewnie stąd
ton tych relacji nieco przypomina dawne mowy urzędowe zza stołu
prezydialnego. Kto kogo słucha takie melodie nuci. W sumie dobrze.
Liczne patrole już i w święta i soboty nękają walizkową brać i
słusznie. A co do wykonania i zdarzających się aroganckich odruchów,
to kwestia czasu. Nawet urzędnik zrozumie, że może być przyjazny i
przydatny. Inna sprawa, że jak już się wdroży, to i tak zwycięska
partia go zmiecie. Nowe wybory to i nowe zasady i nowi ludzie, tylko
reszta milcząco ma się przyzwyczajać.
Dla relaksu i odpoczynku od
warszawskich wrażeń (z alarmami bombowymi włącznie) - sobotni wyjazd
w kierunku Płońska, Ciechanowa i okolic. Pogoda burzowa, ale jakoś
deszczu uniknąłem. Zaraz za Łomiankami korek. Miejscowy rowerzysta
usiłował przeciąć trasę szybkiego ruchu na Gdańsk, być może ze
świadomością tradycyjnie zakłóconą. No i oglądał ten bałagan choć
jeszcze zamglonym wzrokiem ale już z góry. Przez kilka minut wszyscy
jadą wolniej, a potem już normalnie. Ja 110-120 a i tak mijam tylko
maluchy reszta pozostawia mnie w tyle. I dobrze. Po drodze
wypatrujemy gospodę "Malinowy Bzyk" - prawda że ładne? W
miejscowości Daranówek przed Płońskiem. Dla wzmocnienia żurek w
chlebie. Okazuje się że to niebo w gębie, żurek pyszny na białej
kiełbasce zapieczony w chlebku razowym. Pokrywka chlebkowa chrupiąca
- zjadłem też. Kusiły mnie jeszcze żeberka duszone w cebuli, kaczka
w sosie żurawinowym i kilka innych specjałów. Ale to już następnym
razem - koszt żurku to tylko 10 zł a starczy za niezły obiad. Potem
nareszcie wymarzona pascha w Płońsku (ser ucierany z rodzynkami, z
brzoskwinią, w polewie czekoladowej i na zimno). A na deser -
zwiedzanie muzeum romantyzmu w Opinogórze. Zdjęcia wkrótce. Wagary i
wakacje - sama radość. Już nieco chłodniej, czas do pracy. |
|
8 lipca
piątek
450 |
Z ostatniej chwili ...
czyli podziękowania za korespondencję.
Przed wyjazdem na "wielkopolskie tourne" nie odebrałem listu
poleconego no bo musiał bym czekać do poniedziałku, a tu już silnik
się grzał. Odebrałem po powrocie bardzo ważne urzędowe pismo, na
które czekałem dość długo. Samorządowe Kolegium Odwoławcze
nierychliwe, ale sprawiedliwe. Uchylono w całości decyzję - na mocy
której nie mogłem niby sprzedawać książek, a tylko foldery, albumy i
pocztówki, bowiem urząd (wiadomo jaki) - tak tylko przy okazji
naruszył aż trzy paragrafy kodeksu cywilnego. Tym samym mój list
otwarty do prezydenta miasta o zakazie sprzedaży książek stał się
nieaktualny i zdjąłem to moje wołanie na puszczy z pierwszej strony
Zapiecka. Amen. Niby miałem rację, że skoro proszę o zgodę na
sprzedaż klasyki polskiej i obcej antykwarycznej nieco, to albo
dostaje odmowę (uzasadnioną) albo zgodnie z wnioskiem, a nie wg.
widzi mi się.
Ale i tak dostaję "w kuchnię" jak pisał Pan Wiechecki. Obroty spadły
mi o połowę, bo nie kupowałem nowych rzeczy, a opróżniałem
sukcesywnie magazyn. O powierzchni stoiska już nie wspomnę bo jak
proszę o cztery dają dwa metry, więc strach pisać o dwa bo dadzą ..?
Serdecznie dziękuję wszystkim przyjaciołom książek za wsparcie,
dobre słowo i wiele listów, a nawet czarownicę na miotle jaką
dostałem ze świętokrzyskiej ziemi, żeby nieco pozamiatać w tej
Warszawie. Od Arizony, przez Poznań, Kraków, Podlasie, Francję, RPA
i takie tam różne przyjaciół miejsca pobytu, pisaliście do mnie, a
może i nie tylko do mnie skoro władza czyta czasem odpowiednie
paragrafy. Dziękuję i do ziemi się kłaniam. Książki są więc legalne
jakby znowu. Czemu piszę w takim dziwnym trybie? A bo to tak do
końca - nie wiadomo co jeszcze wymyślą. Żyje się na tej ziemi
trochę.
Drugi list jaki otrzymałem, śmieszny i
bez sensu to od partii demokraci.pl. Pisze do mnie Pan Frasyniuk
jako do "bywszego" sympatyka o wsparcie finansowe i przywołując
obowiązujące prawo daje możliwość wpłaty na kampanię wyborcza do 12
tyś. złotych, a jak bym bardzo chciał to i na partię tą nową także
12 tyś. Nie wpłacę nawet 1 zł 20 gr., żeby mi się to zaliczało czy
odliczało do "grzechów odpuszczenia". Jak ktoś ciekawy to w
dzienniczku znajdzie parę lat wstecz moje wspomnienie, że na ciekawe
spotkania z mądrymi ludźmi pochodziłem trochę, ale to nie powód,
żeby pisać do każdego kto otarł się tylko o Unię Wolności. No i
polityczne wyczucie ma przewodniczący "demokratów" wielkie, oj
wielkie. Prosi o pieniądze zamiast sam w kampanii wyborczej jakąś
kiełbaskę obiecać, no choćby parówki cielęce na ciepło. Teraz wiesz
kochany dlaczego zająłem się swoją pracą - na polityce się nie znam
i w dodatku czasem mnie śmieszy. Dlatego też chwilowo kandydaci na
Prezydenta kraju mają u mnie zaledwie 5 procent poparcia. Czyli nie
wchodzą w moim rankingu do niczego. Nie udzielam też rad w tym
względzie żadnych, sam nie kandyduję bo .. ja się sam z siebie
śmieję - tak bezpieczniej. |
|
4-6 lipca
2005
dziś
środa |
W czerwcu pisałem (przypadek
oczywiście) wyłącznie w soboty - rozpoczynam lipiec - w środę, co
też jest czystym przypadkiem. Wszystko pewnie jest przypadkiem i
dzieje się często z naszym minimalnym udziałem, ale jak już mamy na
coś wpływ to ..wpływajmy. Portal turystyczny, który prowadzę przy
pomocy poznańskiej spółki i dzięki udziałowi przyjaciela znawcy
tajemnic fakturowanych - jakoś ostatnio kuleje. Znaczy to, że albo
za mało czasu mu poświęcamy, albo namnożyło się tego typu portali co nie miara i
trzeba dać sobie spokój. Znam przynajmniej dwa, które beż żenady
kopiują wszelkie dane ile wlezie. Praca wydaje się ciekawa - wystarczy mieć
jakieś niewielkie zasoby żeby to prowadzić, nie licząc na żadne
profity. Ale jak już ma się dokładać, to czas na głębsze
przemyślenia. To był jeden z powodów moje podróży - pierwszej,
wakacyjnej prawie. Intensywnej, a krótkiej. Powód drugi -
przyjaciele nie zapominają, a troszczą się. Co będę zimą bąki zbijał
i tył nieopatrznie. Do pracy zachęcają mnie ciekawej, nawet za wynagrodzeniem. Tak więc w niedzielę 3 lipca
wyruszyłem przed 4 rano, dziś (środa) wróciłem ok. 11:30 - na
liczniku zaliczone - 1239 kilometrów.
Pierwszy etap do Poznania - trasa
znana - wyjazd z Warszawy okropny, wiadomo wakacyjne wykopki,
przeróbki i prostowanie krzywej drogi na zachód. Na miejscu byłem
kilka minut po 7 rano. Poznaniacy naród twardy ale i obdarzony
humorem, skoro o takiej porze dobijam się do przyjaciół dopytując co
będzie na śniadanie. Wytrzymali, śniadanie było i jazda dalej.
Zamki, posiadłości ziemskie z pokojami i końmi pod wierzch i inne
takie - na ważną naradę wybieramy. Najpierw Baborówko. Niby wieś, a
niby małe osiedle, czyste i schludne. Na jego obrzeżach, a w
okolicach słynnego miasta Szamotuły - posiadłość piękna, powoli
powracająca do dawnej świetności. Wnętrza XIX wiecznego pałacu
stylowe, dostojne i piękne każdym szczegółem, detalem - przy
zupełnie nowoczesnych i nieskazitelnie czystych łazienkach. Piękne
schody, kominek, sala jadalna, obrazy, ryciny itp. - atmosfera
spokoju, dostojności i elegancji ale takiej domowej, swojskiej.
Wystarczy otworzyć okno na piękny park, posłuchać ptaków, rozmowy
drzew. Obok, a jednak nie wadząc zapachem i widokiem - stajnie,
tereny dla rekreacji konnej, padok pod dachem. Kiedy podano
śniadanie po pierwszej spokojnie przespanej nocy, zadziwiła mnie
ilość sztućców, półmisków i detali porcelanowych, aby obfitość
potraw miała oparcie w każdym naczyniu. Piękne, efektowne, smaczne - od
chrupiących bułek poznańskich do 4 herbat i 3 kaw do wyboru. Po
śniadaniu i pierwszych naradach - wyprawa do Szamotuł. Piękne małe
miasteczko, gdzie uroczy rynek, dostojna kolegiata i ...więzienie
górujące nad bazarem. Z ciekawostek: WFM-ka oryginalna nieco
stodolnym kurzem omszała (motocykl był kiedyś taki), obok oferta
Syreny Bosto. Księgarnia dobrze zaopatrzona, nawet znaleziono mi
przewodnik po ziemi szamotulskiej z 1993 roku za 5 zł 20 gr. Brawo!
W Szamotułach kolegiata ogromna - piękny kościół z XV w. -
najbardziej dostojny gotyk Wielkopolski. Obok cmentarz z
monumentalnymi grobowcami rodzinnymi. Szukałem grobu swojej ciotki -
nie znalazłem, nie znałem daty śmierci, a na odwiedzenie dalszej
rodziny już nie było czasu. Odnalazłem chałupinę, gdzie 50 lat temu
byłem u cioci na wakacjach - przy rozdzielni prądu - droga na
Oborniki. Uprzejmy starszy Pan powspominał ze mną jakie to były
generatory prądu stałego i jak to pół Szamotuł prądu nie miało.
W okolicy zwiedzam i na zdjęciach uwieczniam - Pałac w Kobylnikach -
również i tu możliwe wakacje w siodle, jak sama nazwa wskazuje. W
dodatku siedziba Rotary Club. Podobno wzniesiony ze skromnej renty.
Czego i sobie życzę.
Kolejne miasto mojej wycieczki to Wronki. Smutne niesławnym
więzieniem, słynne zakładami AMICA - lodówki itp. W oddziale PKO SA
miłe spotkanie z Panem kasjerem, który wspominał swój udany pobyt w
Warszawie, a drugie mniej miłe - pewnie z byłym strażnikiem. Ten
gruby i zły bardzo nawarczał na mnie na ulicy że "tego" obiektu nie
wolno fotografować (murów więzienia) - nie tłumaczyłem mu że i tu
bywałem jako uczeń pierwszej klasy na widzeniach z ojcem. Od kogoś
innego dowiedziałem się, że niedawno właśnie we Wronkach był zjazd
skazanych więźniów politycznych, na które przyjeżdżają żyjące dzieci
dawnych więźniów. Mój groźny rozmówca postraszył mnie komórką - że
zaraz zadzwoni po policję. Ale jakoś zrezygnował, widocznie taka
mentalność - jak krzyczy i nikt się nie boi, to lepiej udać, że nic
się nie stało.
Kolejny dzień - następna wyprawa. Okolice Bornego Sulinowa. Najpierw
Wałcz, miasteczko ciekawe nad trzema jeziorami położone, tam
spotykam się z przyjacielem, który dalej holuje mnie na swoją
wiejska posiadłość. Oczywiście sam bym nigdy nie trafił, kilometry
całe gonię go swoim samochodzikiem, po drogach cudownie gładkich w
szpalerach zieleni i drzew. Zaplecze poligonów wojskowych co do
Drawska się ciągną, stąd i pustki dookoła, a lasy grzybów i
zwierzyny pełne. Chałupa szachulcowa wiekowa dosyć, podobno setka
jej juz dawno stuknęła - w małej wiosce z kościółkiem, gdzie msza
tylko raz w miesiącu, bo we wsi raptem osiem numerów. Okolice
piękne, cudny las mieszany - dęby ogromne, przewaga sosny jednak.
Jedziemy razem do Bornego Sulinowa, po drodze mijamy kolumny
rowerzystów, którzy maja tu swoje trasy turystyczne. Przy wjeździe
do miasta dwa bunkry dla strażników w dali widok ogromnego bloku -
całkowicie bez okien, ram - puste oczodoły - wrażenie wręcz
surrealistyczne. Potem wiele takich domów spotkam jeszcze z
wydartymi instalacjami, podłogami, ramami okien. Na dachach i we
wnętrzach samosiejki rosną, smutek i kompletna dewastacja. Zaraz
obok kontrast ogromny. Domy odnowione, śliczna poczta, ośrodek
sportowy, piękny ratusz - siedziba władz miejskich, bloki w
kwiatach, park, ośrodki wypoczynkowe. Dwa światy - jeden porzucony i
zdewastowany, drugi jak odradzające się życie. Dawny Gross Born,
gdzie Hitler z jakiegoś okna do wojska przemawiał, a po II wojnie
baza Północnej Grupy Wojsk żołnierzy radzieckich, którzy wyjechali
stad dopiero w 1992 roku.
Za miastem cmentarz żołnierzy radzieckich - na większości grobów -
napisy na trójkątnych tabliczkach: "nieizwiestnyj" = nieznany. Obok
groby dzieci rosyjskich, pewnie rodzin oficerskich. Przed wejściem
na cmentarz grób z pomnikiem - pepesza w wystającej z grobu ręce,
jak koszmarny kiczowaty sen. Wieczorem spacer po wsi i okolicach,
odwiedzamy żeremia bobrowe, drzewa zaostrzone jak ołówki do budowy
bobrzych tam. Gdzie niegdzie, ślady fundamentów, dawnych domów. Duża
wieś zanikła prawie, ale nie całkiem. W pewnym ogródku pieli grządki
gospodyni co ma ..bagatela 21 dzieci. Jakaś szczupła taka, tyłem do
drogi pieliła.
Rano zaspałem, dopiero o 530 wyjazd. Drogi wspaniałe i
puste, ale oznakowane tak sobie. Jadę na Jastrów, potem Złotów,
Więcbork i Nakło nad Notecią. Jak się nie wie jakie kolejne
miasteczko - to trzeba pytać, która droga na Bydgoszcz, bo na żadnym
słupie nie ma. Widocznie miejscowi daleko nie jadą, może i nie ma po
co. Na odpoczynek zatrzymuję się w Sierpcu - muzeum wsi mazowieckiej
czyli skansen. Kasa czynna od 1000 więc nie wpuszczą -
zwiedzanie na piechotę co najmniej godzinę. Bilet 10 zł ulgowy 8 -
rezygnuję - jadę do Płońska po słynną paschę. "Kaskada" słynna jest,
pascha podobno nadal też jest - ale dopiero od 1200
otwierają więc w miłej cukierni na ulicy Płockiej kupuję zastępczo
jagodzianki i do domu. Nie ma jak wracać z Poznania od północnej
strony. Szeroko, wygodnie i szybko. Na znakach już tylko 70
km/godz., wszyscy pędzą 90 - 130. Wiadomo już jestem w
Warszawie. Nie przepuszczą, ale pogonić można. Jutro do pracy.
Zdjęcia wkrótce, zrobiłem ich ponad setkę. Będą na stronach podróży
bez celu, ale pod pretekstem..
www.zapiecek.com/podroze/wycieczki_2005 |
do góry, do
góry...
|