|
|
luty |
|
data |
dziennikczylinocnik
|
|
28 luty
2005
poniedziałek |
Żyjemy coraz szybciej, choć już nogi
nie nadążają. Jeszcze trochę, a będę się poruszał nad ziemia w
pozycji horyzontalnej, albo jak mówią piloci - lotem koszącym. Życie
nas goni, czy tylko my tak boimy się na coś spóźnić, co może nam
uciec.. W ramach ferii szkolnych mazowieckich (bo każde województwo
ma inny termin) dziewczyny moje domowe pojechały szaleć na
zimowe stoki do Szczawnicy. Jako słomiany wdowiec przeliczyłem braki
w kasie i pojechałem do ..Poznania - wiadomo. Zima jakaś taka
śnieżna się zrobiła (z zaskoczenia jak zwykle), więc pociągiem
pojechałem, smutny samochodzik zostawiając pod białą kołderką.
Dziwne to wrażenie, tak się gwałtownie przesiąść w autobus, czy tramwaj, po kilku latach nie jeżdżenia.
Wagony do Poznania jakby niebieskie w tonie, za to komplet
pasażerów, głównie studentów. Ja tez student prawie, no badacz
powiedzmy, o socjologicznym zacięciu. Czyli dusz ludzkich i zachowań
ciekawy. Bilet tani wydał mi się bo 42 złote, dopiero w czasie jazdy
wyjaśniło się, że to pośpieszny jakiś nowoczesny, co staje i w
Łowiczu i Wrześni. Jak siadłem to wstać nie mogłem bo pod łokciem
miałem półeczkę składaną, co zardzewiała troszkę i ni cholery nie
dała się złożyć. Usiąść wężowym ruchem dało się łatwo, wstać gorzej.
Przed samym wyjazdem pośpiesznie ładując papiery i skarpety usiadłem
zbyt gwałtownie, przez co telefon wyskoczył jak pestka ze śliwki i
bęc na ziemię, obok dywanu złośliwie. Oczywiście ekran jak węgierki
barwa ciemno grantowy prawie, tak więc juz na samym wstępie odciąłem
się od kilku osób, które miałem zawiadomić, że jak już będę, to się
spotkam, doręczę, a nawet kawę wypiję. O odczytywaniu kto dzwoni i
kto pisze mowy nie ma. Sms-y dostaje tajne, co też ma swój urok, bo
nie odpisuje bezczelnie. Oczywiście naprawa wyświetlacza w Poznaniu
na dworcu kosztuje 60 zł (nie zdążyłem), w Warszawie w Hali
Mirowskiej 100. Papiery też zabrałem do rozliczania z przyjacielem
wspólnikiem - nie te co trzeba, dosyłać mam faksując. Tak więc
spokojnie mogłem oddać się kontemplacji, miłym pogwarkom i rozmowom
o życiu ciekawym, a urozmaiconym przy ogniu kominka, na drewno
naturalne oczywiście. Zeszło nam tak dni parę na załatwianiu spraw
do połowy, bo ..dokumenty doślę. Nic to. Poznałem i zimowy Poznań, i
mokry, i zimny. I komunikacje miejską dziwną bardzo. Kupowałem wg
rad przyjaciół bilety 10 minutowe i w tym czasie dojechałem z
Ogrodów do dworca - z dworca na Winogrady, z powrotem na Ogrody i
zgodnie z tabliczką w tramwaju, czy autobusie (podają ku mojemu
zaskoczeniu, czasy przejazdów pomiędzy przystankami). W sumie
sympatycznie i miło nawet w zimie. Drożdżówki bez zmian doskonałe,
"z glancem", nie to co na warszawskiej ulicy, gdzie ciasto świeże,
ale nadmiernie "e-lastyczne".
Spotkań o połowę mniej jak zaplanowałem z powodów telefonicznych,
ale jedno niezmiernie ciekawe z zakresu obyczajowości prawnej. Po
raz pierwszy w życiu miałem okazję przeczytać pozew - który do sądu kieruje ojciec ...przeciwko swoim córkom o
zmniejszenie alimentów. Ludzie różne głupoty piszą, urzędy jeszcze
większe (teź tam jacyś ludzie są podobno). A tu kancelaria adwokacka
w imieniu powoda pisze do sądu o zmniejszenie alimentów ojcu z 150
na dziecko uczące się do 40 zł miesięcznie. Ponieważ bilet
miesięczny, sieciowy i szkolny (na tramwaj czy autobus) kosztuje w Poznaniu 36
złotych, to dziecko może sobie kupić za takie alimenty i bilet, i
baton "Leon". Bo już niezwykłych trzeba sił prawniczych, aby
takie brednie pisać w pozwach do sądu na papierze firmowym
kancelarii adwokackiej z podpisem członka palestry. A może to
członek ale orkiestry dętej, co się tam zaplątał i pisze brednie,
albo ma wykształcenie dęte (nic nie ujmując orkiestrze), a nie
prawnicze. W każdym razie jak tylko się dowiem jaka to kancelaria
dokładnie to opiszemy. Jasne że zapisałem zaraz, ale gdzie ta
kartka?
Wracałem w te pędy bo praca czeka;
podobno już za tydzień być może, zacznę zapieckowe dni książki i
..przepychanek z władzami. Zaraz po powrocie do Warszawy - telefon.
Młoda dama wielce ze mną zaprzyjaźniona, zawiadamia mnie że bierze
ślub w sobotę i mnie zaprasza. Poleciałem oczywiście, śnieżyca
okrutna akurat, a to i sobota, i wieczorna godzina w Pałacu Ślubów.
O 19 się zaczęło, po 15 minutach skończyło. Bez muzyki, bo ta tylko
na żądanie i za specjalna opłatą. Organy 50, skrzypek 50 a jak nie
to nie. Młodzi jak zwykle piękni i z nadzieją na lepszą przyszłość
może nie widzieli przez łzy radości, przygarbionego pana, co
nogę na nogę zakładając prowadził rutynowy obrządek. Może to ten
łańcuch państwowy tak ciążył, ale głosu też brakło, bo w dalszych
rzędach mimo ciszy skupionej, już nikt nie słyszał zbyt wiele.
Jestem krytyk i maruda, ale chwila doniosła i pamiętna ma być taka
właśnie, a nie tradycyjnie odwalona formułka, bo to ostatni w tym
dniu klienci i jeszcze zarobić nie dali.
Wiosna podobno nadchodzi powoli, bo za
oknem dziś - 120 C tylko, więc zamiast o miłości czystej,
rozpisałem się dziś o urzędowych niejako aspektach tych uczuć.
Młodym życzmy szczęścia, radości i
pieniędzy, urzędnikom rozwagi i mądrości, aby tym szczęściem
urzędowym, też dzielili sercem, nie skręconym w paragraf.
ps. dopisek popołudniowy:
Nurtowała mnie sprawa braku muzyki na
ślubie wyżej opisanym - i cóż się dowiadujemy w "tem" temacie; Pałac
Ślubów w Warszawie obok Zamku Królewskiego na ul. Jezuickiej -
czasem puszcza muzykę mechaniczną w swoich dostojnych wnętrzach. Ale
tylko na wyraźne życzenie gości, ponieważ sprzęt posiadają z epoki
wczesnego Gierka. Muzyka może nie przypominać utworów znanych i
uznanych za okolicznościowe, z uwagi na zmęczenie materiału. Do
dyspozycji miłych zapewne gości, pozostają dwaj muzycy jeden gra na
instrumentach klawiszowych, drugi na skrzypcach. Dyplomowani i
zweryfikowani biorą 50 zł za granie każdy. Można wynająć jednego
tylko, albo dwóch - jak kogo stać. Nie zapytałem się tylko, czy jak
jaki szwagier zgrabną poleczkę, albo znajomy Cygan czardasza to też
można? Pewnie nie, bo Urząd nie zdąży zweryfikować. O dywanie i
świecach nie wspominałem - nie to miejsce chyba. KOMPROMITACJA.
Panie Prezydencie kochany! Daj
zezwolenie tym Cywilnym Urzędnikom co ręce ludziom wiążą na
kawał życia, na jaki zakup niewielki. Niech choć radyjko z
odtwarzaczem i płytę puszczą z marszem stosownym; czy to Mendelssohn
czy Wagner Rysio. Można i w przerwie wiadomości posłuchać, przy
kanapce w papierku, co żona dała temu Panu z łańcuchem ciężkim. A
tak przy okazji wspomnę, że jaki 30-to latek przystojny by się
przydał do noszenia tego łańcucha z orłem. Pannie młodej oko nie
błyśnie może, bo zajęta chwilowo, ale ciotkom radość wielka.
Wezwany zostałem dziś przed oblicze
urzędu co ma mi wydać zezwolenie na pracę na Zapiecku, bo moje
podanie z grudnia 2004, jest i leży ale wydano specjalne druczki do
których stosuje się opłatę 5 zł i muszę wypełnić z dzisiejszą datą.
Sugerowano mi żeby nie pisać o książkach, bo nikt nie dostanie zgody
na uliczną sprzedaż książek w Warszawie. A słowo "varsaviana" lepiej
pominąć, bo nie wszyscy wiedzą co ono znaczy. Napisałem więc ze
chodzi mi o książki antykwaryczne, ale i klasykę, bo w niej też o
Warszawie bywa, a albumy o sztuce, Warszawy też dotyczyć mogą. Czyli
nie o książkach mowa, a o szpargałach jakiś.
Oj czuję, że znowu będą mnie kochać za moje pisanie. Rozumie wróć. |
|
15 luty
2005
wtorek |
Chyba jestem świnka, w każdym razie
jakaś tam zwierzyna bez serca. Ubliżam szyneczce i golonce, a sam
winien. Wczoraj były "walentynki" czyli jak to powszechnie uznano -
dzień zakochanych. Dostałem kilkanaście żartobliwych życzeń, co
traktuję jako sympatyczną obecność na czyjejś liście adresowej. Sam,
i tu się kajam, nie wysłałem nic prawie. Po pierwsze nie kocham się
od święta, a permanentnie i bezustannie, choćby w samym marzeniu
tylko. Po drugie obchodzenie czegokolwiek wprawia mnie w
zakłopotanie i choć nie zamurowuje mnie w kącie i nogi nie trzęsą mi
się nadmiernie, trochę czuję się dziwacznie. Może przez jakąś
podświadomą chęć uniknięcia nieszczerości zdawkowych życzeń. Czepiam
się pewnie i próbuję usprawiedliwić. Nie napisałem, nie pozdrowiłem
wesoło. Ale przecież cały rok coś piszę, z kimś rozmawiam i do
większości się uśmiecham. Uśmiech, nawet stary pysk co w lustrze
widzę, jakoś jeszcze usprawiedliwia. A może czasem rozbawia -
wybaczcie mi miłe korespondentki. Panów nie przepraszam, przecież do
kilku kumpli i paru facetów, co czasem mnie obrugają, nie będę z
okazji walentynek pisał.
Dostałem kilka linków jak co roku, do
stron prawie ślicznych, artystycznych-pseudo i "zaserconych".
Przesłodzonych, "zamisionych", aż do gęsiej skórki. Jest w
amerykańskiej sztuce graficznej i nie tylko tamtej kierunek
osobliwy, bo niby artystyczny, a duszę mi zjeża. Krótko mówiąc
patriotycznie hołubię jelenia na makatce, ale serca w fiolecie w
cudnej poświacie księżyca "nie zniesę". Nasi rodzimi komputerowi
graficy tym się nie zajmują na szczęście, ale całe rzesze
nawiedzonych "pozytywnie" amatorów, uparcie tę szmirę kopiuje i
przedstawia jako swoje głębokie przeżycie. Oczywiście koronki
przeplatane różami przy zachodzie słońca mają wyznać coś głębokiego
i leczyć duszę zranioną. Ujmę to trywialnie zapewne, ale obrazowo.
Koronka ma swoje miejsce nie tylko w technice dentystycznej, ale
przy miłej dla oka, duszy i ciała - bieliźnie. I choć zdrowe zęby
nastrajają optymistycznie, to piękne majteczki z koronką
entuzjastycznie. I życzenie mi tu krótkie i jasne się jawi - miłe
damy. Miejcie i szczęście, i radość z majteczek tych właśnie, bo
stać was na nie i ukochany uległym jak jedwab się stanie. (Da się
ładnie ułożyć, jak i psy myśliwskie się układa czyli szkoli).
Jak pisze jedna Pani w swoich felietonach, tekst mój nosi wiadome
znamiona i może być uznany za molestowanie w miejscu pracy. Racja, a
kto ma czas w domu, na czytanie moich bieliźnianych przemyśleń?
Konkludując; Kobieta tak, szmira pod pretekstem święta nie. Jak kto
lubi to i do cyrku chodzi.
W domowym ładzie informacyjnym
nastąpił krach z powodów technicznych. Są dwa telewizory, a
właściwie były, czyli ostał się tylko największy, pod którym ja
sypiam czujnie, żeby nie wynieśli. Damy domowe mają swój, który
odmówił posłuszeństwa i zaczęły okresową okupację mojego azylu.
Okazało się, że oglądają programy dziwne i czasem okropne wielce,
które nastrajają mnie sympatią do wszelkich ucieczek, wycieczek i
wagarów. Nie zawsze da się uciec, i nie zawsze wyłączyć z życia, w
szumie łazienkowych doznań. Programów mamy jak się okazało wiele,
ale takich, że śmiać się trzeba na sygnał, bo inaczej smutek i
zgroza. Jeden starczy, a to idzie całymi seriami. Trochę śmieszne
jak anglik mówi po polsku, ale tragiczne jak ja po angielsku.
Programy typu "Ciao Darwin" zaliczam spokojnie do omawianego wyżej
tematu "tłuczone szkło" i tu rodzina jest zgodna. Pozwala mi - nie
oglądać. Znalazło się dziś całkiem proste wyjście z telewizyjnego
dylematu. Wypożyczyłem Marcie jakiś "dziewczyński" film na dvd i sam
do telewizora. Odtwarzacz dvd jest jakoś przypadkiem w obudowie
komputera i na monitorze widać świetnie. Dziewczyny zajęte, ja
słuchawki na uszy i spokojnie trzy dzienniki zaliczyłem - na tydzień
mi starczy. Potem był jakiś teleturniej okropny, bo choć pytania
fajne, prowadząca z wadą wymowy i zalotnym zezem starała się
zdołować miłego chłopaka. I jak się tu nie zdenerwować? Żadna
solidarność męska, tylko szowinistyczna, okropna seksistka
molestowała negatywnie. Aż się biedak "zapłonił cały", tak mu
wchodziła na ambicję.
Luty miesiąc krótki, marzec ma już być przedwiośniem prawie, w
kwietniu upał - tak bają w telewizorze. Niech się więc stanie, bo
już mam dosyć marudzenia w domu i pora do pracy. Nie mam żadnej
misji do spełnienia, niech choć trochę na benzynkę zarobię bo kraj
piękny i autko pod domem czeka. Z tej zimowej wilgoci dostało zaćmy
lekkiej na jeden reflektor i oświetlenie tablicy tylnej. Mnie to nie
przeszkadza, ale jakby jaki Pan w mundurku znajomym się trafił może
mieć krytyczne spojrzenie. Piszę wyżej nieco o tej misji, bo co
czytam ofertę jakieś firmy, to opisują jaką to mają misję do
spełnienia. Chodzi oczywiście o misę, a nie o misję. Misa ma być
pełna, i dlatego jedna firma (JoCiDom) pisze do mnie żebym zapłacił
za usługę przetrzymywania mojej pisaniny na ich serwerach, choć
przeniosłem się do innych (bez misji) już w sierpniu zeszłego roku.
Mało tego, nie jest to żadne upomnienie, a ostateczne wezwanie do
zapłaty za usługę, której nie świadczą od dawna wcale.
Ostatecznie misję mamy jedną. Niech
będzie nawet walentynkowa i nie musi służyć zachowaniu gatunku.
Jaką? Kiedyś na osobności wyjaśnię. Wtedy już nie będzie czasu na
przynudzanie długim wywodem. Idę, wiosna blisko, a ja znów od
rzeczy, wiadomo maruda. |
|
7 luty 2005
poniedziałek |
Dobrze wziąć pieniądze w poniedziałek,
choć lepiej każdego dnia, przez cały tydzień. Zgodnie z polskimi
zasadami w poniedziałek biorę zaliczkę i nic nie robię. A jutro?
Zobaczy się, bo reszta kasy pewnie dopiero w piątek. Zupełnie
jak z planem Hausnera. Najpierw czytam, że wspierają plan Hausnera
drobni przedsiębiorcy - no oni mogą bo od nich i tak nic nie zależy.
Tylko jakieś 75 procent wnoszą do gospodarki (gdzieś podali), reszta
wynosi. Ale drobni, to się nikt ich nie pyta, tylko planem wspiera.
Potem czytam, że plan okrojony, a zaraz potem, że nie do przyjęcia.
Wpiszcie sobie w Google to hasełko "plan Hausnera", to tak właśnie
wyjdzie. Śmiesznie. Ale Pan wicepremier nie będzie już oczami za
lewicę świecił i zrezygnował z "członkowania" w SLD. Jaki koń jest,
każdy widzi i kopać się z nim nie ma po co.
To samo z listą Wildstejna. Poszedł nagrał, bo ktoś podpowiedział z
obsługi (?), i teraz szukają szpiegów, tajnych współpracowników i
tych co mają dwa zera w życiorysie. To narodowy symbol przecież,
związany z całym procesem narodowego trawienia. Jak ktoś dwóch zer
nie posiada znaczy za stodółkę chadza. Z jednym zerem najwięcej, bo
to ze szkoły wyniesione, a mniej niż zero to albo umarł, albo
rehabilitowany. Mnie ta lista interesuje umiarkowanie, bom w
bibliotekach zasiedziały; list różnych, spisów, "inwentarzów"
napatrzyłem się dosyć. Ciotka prześlicznej urody była w rodzinie i
czytelnictwo kwitło w tej dzielnicy niebywale, a ona wprowadzała w
arkana tych bibliograficznych zawiłości cierpliwie tak, że nie
zdążyła wyjść za mąż wcale. Do dziś wszelkie służby biblioteczne
uważam za nawiedzone nieco, a damski personel za romantyczny
niezwykle. No i dlatego mają te dziewczyny w maju święto! Lista W.
przydała się do zwrócenia uwagi na młodego, zdolnego i ambitnego,
który już zaraz nie będzie młody, a resztą zajmie się komisja
prześmiewcza. Znalazłem na tej liście czterech takich jak ja. "Znak
czterech"?
A tak po prawdzie i bez śmiechów, to
znalazłem nazwiska ...oficerów rozstrzelanych w latach
50-tych, kiedy ten sowiecki syn - Bierut podpisywał stosowne listy.
Po głowie mi chodzi ta drobna
przedsiębiorczość, bo moi kupcy staromiejscy cos ostatnio werwy
nabrali i szeregi zwierają. Gadają jak jubiler z cukiernikiem i
restaurator z galernicą (szefową galerii, to jasne). W ramach tej
troski o polskie rzemiosło, mały zakładzik na Nowomiejskiej dostał
podwyżkę czynszu o 300%. Ja dostałem w zeszłym roku 600% więc mnie
nie przeskoczyli. Tylko ja walczyłem o 3 metry, a pracownia pewna o
40. A powód tej podwyżki? Komisja "w składzie ...." znalazła w tym
składzie - bukiet kwiatów - sztucznych. Aaaaaa.. powiedziała komisja
i ciach zdjęcie aparatem szpiegowskim.
- Handluje Pani kwieciem, a nie rzemiosłem się trudni? - no to ryp i
łup. Kobieta dzielna wywalczyła, że podwyżka będzie, ale tylko o
100%, więc na kupców padł strach blady - bo jak tak każdemu się
dobiorą do ...lady. Straż miejska ma otrzymać uprawnienia znów
rozszerzone, bo do broni prawo. Będzie lufą straszyć koło
zablokowane, czy tę babinę co po lesie chabry zbiera. Znalazłem
wyjaśnienie urzędowe; straż miejska ma najwięcej ujęć ściganych
listami gończymi. Tak, tak, tylko do statystyki dodano ...doręczenia
wezwań przed oblicza sprawiedliwości jakiejś, a to do sądu a to do
biura i tak dalej. Lufa niezbędna, ale może tradycyjna "seta" byłaby
bezpieczniejsza. Bo tylko przez perspektywę "sety" można z uśmiechem
patrzeć jak nam stolica marnieje. Ani stylu, ani wizji, tylko co
działkę po parkingu ktoś wywęszył to ..lu -wieżowiec, biurowiec,
supermarket albo inny koszmarek zwolniony od podatku na lat parę. I
to pod hasłem "damy większe zatrudnienie ciężarnym biedronkom". Z
małości funduszy to i policja się modlić zaczyna i po kolędzie ma
chodzić. Inspiracją ksiądz właśnie, co po wiernych latem lata, tyle
ma ich w obchodzie. Teraz dzielnicowy pomoże, jak nie pokropi
to choć od papierów się oderwie na trochę. Akcja jak zwykle zastąpi
rutynowe działania, a potem się skończy jak plan Hausnera i lista
Wildstejna pod dwoma zerami. Rok wyborów, rok pomysłów genialnych
na zostanie w azylu sejmowym.
Czy można z uśmiechem o śmierci?
Można. Śmiała się zawsze, pogodzona z losem i chorobą Michalina
Wisłocka. Miła starsza Pani z Rycerskiej, która w nieodłącznej
chuścinie na głowie, wędrowała coraz wolniej po Starówce.
Zatrzymywała się, co raz częściej, przy stoisku z książkami. - Daj
mi krzesło na trochę i załóż coś na głowę chłopie - mawiała do mnie.
- Głowę chroń zawsze, masz jedną. Tak, już nie przyjdzie, nie pomarudzi wesoło. Zmarła dwa dni temu pod Warszawą, w jakimś ośrodku
czyli przytułku po prostu. Sama mówiła, mieszkanie niech młodzi
mają, ja już pójdę odpocząć. Sztuka kochania, to nie tylko sztuka
pieszczoty, dotyku, drżenia i ..rżenia. To sztuka dawania i
oddawania się uczuciom wielkim, pięknym i wzniosłym. Technika nie
uczyni stolarza mistrzem, jeśli serca nie ma w jego rzemiośle.
Wisłocką czytaliśmy jak pierwszy podręcznik kochania i takim on był
i pozostanie - podręcznikiem umiejętności okazywania uczuć.
Pieniądze nawet brane przy
poniedziałku nie dadzą tyle, co ..jeden Twój uśmiech Pani.
|
do góry, do
góry...
|