październik 2005

      data 

  dziennikczylinocnik                   

30 październik
2005
niedziela

Dla odprężenia, aby też nie przemęczać się czytaniem - zapraszam tych co jeszcze zegarów nie cofnęli do oglądania zdjęć. Dziś Zamek Królewski od strony Wisły na stronach kupców staromiejskich oraz zdjęcia ciekawostki - z 2005 roku. Te drugie na stronach zapieckowych. Nie naśmiewam się z nikogo, czasem tylko uśmiecham się do zdarzeń czy sytuacji - życie nie toczy się tylko w Sejmie i na partyjnych salonach. Na ulicy jest znacznie weselej i życzliwiej. Słoneczka nam nie brakowało, zachowajmy je też na zimowe godziny, bo i czas już taki dziś mamy. Miałeś cofnąć o godzinę Heniu.., nie naprzód, nie - haseł się naczytał.

27 październik
2005
czwartek

Serdecznie dziękuję za wyrazy ....różne. Wyrazy współczucia, (bo kaszel + rady syropowe, bo rząd, bo sejm, bo senat i inne) wyrazy żartobliwe i mało przystojne (bo przytyki, wykrzykniki i prześmiewcze wierszyki, bo PiS, bo bracia, bo sejm, bo senat). Proszę nie kształtować mojej opinii żadnymi miłymi listami, bogato ilustrowanymi często, bo mi się skrzynka zapycha. Nie moją winą jest, że jest jak jest i że tragicznie śmieszne rzeczy opowiada nam tak wielu polityków ze śmiertelna powagą.
Dziwnym mi się zdaje, że wszyscy chcą ode mnie pieniędzy - w jednych listach wprost, w innych działaniach pośrednio. Po działaniach partii koalicyjnych, które nigdy koalicją być nie miały - zadłużenie nasze wzrosło podobno o 6 mld złotych. Bo tak spadła złotówka w stosunku do innych walut. Więc kabaret polityczny ma jakiś wpływ na rynek, ale to zabawa o kasę więc trzeba się jakoś ustawić by zgarnąć maksymalnie wiele - takie wrażenie odnoszę z życzliwych komentarzy przyjaciół. Czyli pośrednio chcą jednak moich pieniędzy.

Wprost - mojej kasy żąda, za tą śmieszną "zapieckową" witrynkę - jakiś Polski (?) Rejestr Internetowy z siedzibą w Hamburgu i to w wysokości 858 euro rocznie. I jak tylko im podpiszę stosowne zlecenie, to już co roku przez trzy lata mogę im płacić, a jak nie wypowiem na trzy miesiące wstecz, to naliczają dalej. Paranoja totalna. Ponieważ mogę za te pieniądze podać do rejestru trzy słowa kluczowe - poproszę o nie - zapewne jednego z Senatorów, który umie je ładnie sformułować (szczególnie w piosence, ale tu mam na myśli tylko prozę) i zapewne je wypowie, jak tylko PiS wejdzie w koalicję z Samoobroną. Inna firma na kopercie informuje, że mi pomoże, jasne - da mi pożyczkę bez zgody współmałżonka, teściowej i wspólnoty mieszkaniowej. Mam tylko zadzwonić, ale potem ...spłacać bardzo dogodnie, tylko nie podano czy 300 czy 500%.
Brak w tej korespondencji i elegancji, i finezji. O wiele bardziej obiecująco, choć równie baśniowo brzmią oferty nigeryjskich biznesmenów, którzy chcieli by podjąć jakieś miliony dolarów, ale bez mojej pomocy nie dadzą rady. Korespondencja odzwierciedla życie, więc nie dziwota że, jedna partia robi drugą - jak mi podano "w kukułę" (kiedyś mówiło się - w konia). Dziś dowiedziałem się że senator Niesiołowski, nie może być akceptowany przez PiS i sprawiedliwym było by, aby kto inny zastąpił tego jastrzębia. Dopiero co słyszałem że to prawicowiec okropny, a teraz że na prawo od niego jeszcze coś się tam rozciąga. Gubię się w tym całkiem, bo wkrótce się okaże, że partia Pana Olejniczaka wraca do gry śmiało, co zawdzięcza upadkowi IV Rzeczpospolitej, która jeszcze nie powstała. Napisałem kilka dni temu nieprawdę, że rządu nie ma. Okazuje się że jeszcze jest, tylko cichutki jakiś, bo premier Belka w delegację pojechał jeszcze. A tu w poniedziałek premier Marcinkiewicz przedstawi nowy rząd. I będzie kontynuacja, choć dzielić ich będzie tylko akcja "znicz", która jutro ma się zacząć. Będzie bezpieczniej na drogach, choć pijani i tak dogi do cmentarza szukać będą. Zupełnie jak w polityce.
Denerwują mnie i męczą dowcipy o ptasiej grypie, pływaniu w stawie i analogiach do niechcianego prezydenta, którego jakiś malarz zastrzelił. Tu normalny kraj, a nie przedwojenny, wychowanie mamy jeszcze socjalistyczne i takie numery nie przejdą.
Do szatni Prezydenta już nie pretenduję bo wiem, że godniejszych musi wyznaczyć zwycięska partia. No bo po co wygrała wybory, przecież tak głosowałaś polska damo. Jaka jesteś nocą i kto ukradł ten płaszcz (beret?). Mówiła o Tobie piosenka, ale dawno.
Podział ministerstw w toku, ja bym tokował jednak za ministerstwem zdrowia. Chętnie obejmę, przytulę i obiecam. Tyle służby pięknej i kształtnej w aptekach, dyżurkach i rejestracyjnych pakamerach. I Ty O! Pani Doktór, co pierwsza mnie zbada. Dreszcze i co tam jeszcze. I PO nie chce? A ja chcę; przed, po i w trakcie. Tylko proszę, zabierzcie ten kaftan. No co, no co... rękawy wiąże się dokoła człowieka?

25
październik
2005
wtorek

WRÓCIŁEM. Ledwo, ledwo można powiedzieć. Jeszcze nigdy nie była tak męcząca, i nigdy tak nie dłużyła mi się droga z Poznania do Warszawy. Jechałem samochodzikiem te 300 km i długo prześladowała mnie myśl, że najlepiej by było położyć głowę na kierownicy i zasnąć błogo. Dlatego też po przejechaniu pierwszego "myta" na autostradzie, zjechałem na parking, rozłożyłem fotel i wyciągnąłem się na 15 minutowa drzemkę. Potem jeszcze dwa krótkie postoje i jakoś dojechałem, myśląc tylko czy nie zadzwonić do domu, żeby poprosić o pościelenie mojego "wyrka". Przyjechałem, rzuciłem bagaże i do łóżka. Grypa. Wiadomo, pracowało się wściekle do końca bo pogoda sprzyjała, potem wyjazd choć zakatarzony i kaszlący, więc w końcu musiało mnie dopaść. Czasem człowiek czuje "że go łóżko ciągnie" jak mawiała moja ciotka, teraz odczułem to baaardzo wyraźnie. Jeden postój miałem prawie techniczny, bo coś mi zaczęło stukać zawieszenie, a ponieważ wahacz świeżo po wymianie to jestem uczulony. Okazało się że to grypowe omamy, bo po prostu jezdnia była nieco podrapana i kiedy zjeżdżałem na oprawy pas musiało podejrzanie stukać. Jechałem też żeby w niedzielę głosować, ale o wyjściu z domu mowy nie było, a gorączka i tak pozwoliła przespać dzień cały, przez co pewnie niektóre emocje mnie ominęły. Nauczka jest taka, że grypowo to można przejechać ze 20 kilometrów a nie 300. Zawsze jak wyjadę to się coś narobi. tym razem zdążyłem na wieści takie, ze mamy nowego prezydenta. Wbrew notowaniom sondaży, (bo nie patrzyliśmy na trendy wzrostowo-spadkowe) wygrał prezydent Warszawy Lech Kaczyński. I mamy dwóch prezydentów w ciele jednym. Prezydent elekt złoży rezygnacje z warszawskiego stolca i będzie komisarz na rok. Na przemówienie po ogłoszeniu wstępnych wyników już nieco przejaśniał mi "odbiór" i ..podobało mi się. Jak żona dba o słowo podziękowania dla wszystkich co się przyczynili. Pierwsza dama elekcyjna podpowiadała mężowi godnemu, zachowując trzeźwe spojrzenie w tak gorączkowym momencie. Nie dziwota zatem, że Prezydent elekt, podziękowania swe zaczął od mamy i żony. W końcu jak mama nie wykarmi, a żona krawata nie poprawi, to żaden chłop nie wie jak ma chodzić. Podlizuję się tu nieco teściowej, ale niech i tak będzie, bo dzień bez podlizywania się to dzień stracony, jak mawiał mój szef dawny.
Mój niedoszły klient, a przyszły wicepremier dzielnie rząd tworzy i aż 9 komisji powołano do ścierania poglądów. W łazience ichniej powinni pumeks wyłożyć - "dorąkmycia". Muszą dużo dokumentów rozpatrywać, bo premier o młodym wyglądzie nawet okularów do czytania nie zdejmuje, choć z kartki mało co mówi. Jak będzie zobaczymy, z nadzieją na wygraną w totolotka też. Ekonomia w świetle telewizyjnych zapewnień, wydaje się nauką humanistyczną, ba nawet kierunkiem literackim. I to dopiero będzie myślenie jak te miłe dla ucha strofy w tabelki i matematyczne "słupki" przetworzyć. Bilans jak zwykle od czasów Gomułki musi być ujemny, więc nie dajmy się zwieść jakimś tam statystykom.
Polska to piękny kraj, a im dalej się jedzie, tym więcej się widzi, może na tej zasadzie że pod latarnią najciemniej. Pojechałem na Dolny Śląsk, trochę przez opolskie, potem Poznań. Zabytkowe zamki, kościoły, kamieniczki, rzeźby czy nawet detale pieczołowicie restaurowane zachwycają. Sam nie wiedziałem co fotografować i gdzie pojechać mając tak mało czasu i ..grypę w biegu. Żeby nie pomoc złodziejaszków co mi przegrzebali chatkę, pewnie z tydzień urlopu, tylko na zwiedzanie i fotografowanie bym sobie zrobił. A tak .. mogę tylko przeprosić, bo nawet jak gdzieś przejeżdżałem nie było po co przyjaciołom głowy zawracać, że jestem, ale nie mogę, bo jadę dalej i z tym kaszlem okropnym ech... Przepraszam. Poprawię się, ...w następnej kadencji. Zdjęć nie przeglądałem jeszcze "zamglonem" wzrokiem telewizyjne wieści śledząc. Ale juz wkrótce będą.

W tej malignie chwilowej przyszła mi do głowy myśl taka, że wielu pochlebców ma każdy nowy władca, ale gdyby tak i jakiego błazna (Stańczyka) czasem zatrudnić. Nieodpartą mam chęć podawania płaszczy w prezydenckim pałacu, widać z tych czworaków coś człowiek wyniósł. Tak to bywa czasem, że nie ten blisko władcy stoi, co do ucha mu szepce, a ten co dostąpi zaszczytu wysłuchania królewskiej skargi. Za to i głowę ucinali, albo i jaki kopniak poniżej pleców się trafił, ale ....czapkę błazeńską już mam, do koszuli nocnej - szlafmycę zgrabną dodali dla żartu - tylko małe dzwoneczki przyszyć. Chyba jeszcze mam trochę gorączki.

17 październik
2005
poniedziałek
jeszcze ciemno

Ciemno jeszcze za oknem, deszcz bębni o parapet, a ja już mam wakacje... Bardzo śmieszne, równie dobrze mógłbym je zaczynać w listopadzie. Ale tak to jest z pracą sezonową. Wczoraj pracowałem, a raczej usiłowałem coś tam sprzedawać po raz ostatni wg tak ciężko wywalczonego zezwolenia na to moje nieszczęsne stoisko bukinistyczne. Wiało okropnie choć słoneczka było też sporo. Dopiero wczoraj, wbrew kalendarzowi miałem pożegnanie lata. Dlatego pewnie pytano mnie; co Pan tak lata wokół stoiska? A ja zamykałem to co wiatr otwierał, przygniatałem i usiłowałem przytrzymać zielone (!) nakrycia stolików. Nawet pocztówki chciały mi odlecieć do ciepłych krajów, ale życzliwi przechodnie połapali wszystkie. Książki są jednak ciężkie, więc stołów mi nie poprzestawiało, ale ok. 14 miałem juz serdecznie dosyć. Drobny deszczyk potwierdził - koniec pracy czas na wakacje .... To ostatnia niedziela, jak mówi piosenka, ale dzisiaj się nie rozstaniemy, oj nie. Leży mój wniosek i dojrzewa od początku sierpnia u władz stosownych, a wnioskuję tym razem o handel niedzielny. A co? Mało to się w zimie "naserfowałem" ubiegłymi laty, ciecia z deską od śniegu udając. No bo jakby jaka miła i słoneczna niedziela, to czemu nie popracować, jakoś ten czas przymusowych wakacji przetrzymać trzeba. Dzień choć wietrzny, to świąteczny - rocznica początku pontyfikatu Jana Pawła II, koncerty, imprezy i handlarze obrazkami. Znajoma hurtownia przywiozła sama uprzejmie kilka książek o Papieżu, ale po 1400 odebrali - pewnie Pan już nie ustoi dłużej - stwierdzili słusznie. Najlepiej w ostatnim dniu sprzedawały się dowcipy; dwa tomiki to dowcip z PRL-u i jeden - humor żydowski. Jedna 8 zł, a wszystkie trzy 15. To się nazywa obniżka i matematyczna sztuczka. W domu też drobne święto. Marta upiekła wspaniałe ciasto, a właściwie blachę ciastek z jakąś czekoladowo-konfiturową polewą. Po trzecim musiałem się juz opanować nieco, bo program utrzymania wagi trwa. Urodzin nie obchodzę w zasadzie, ale blaszki ciastek nie sposób się oprzeć. Urodziny 20 i 30-te to rozumiem, potem to już same jubileusze i benefisy. A że za seniora się nie uważam, to i obchodów brak. A poza tym tradycja trwa w narodzie, jak obchody to napić się trzeba, a jakiś taki ..bezalkoholowy - żeby nie porównywać się do ...makaronu.

Książki do magazynu, te o Warszawie do domu, może w zimie będę potrzebne do budowy stron staro i nowo-miejskich. Zatankowałem do pełna, dziś ostatni przegląd spalonych żarówek, poziom oleju i kasy też do sprawdzenia. A jutro, a najdalej pojutrze.. na Dolny Śląsk. Odwożę kolegę co już jest wystarczającym pretekstem do dalekiej jazdy. Słoneczko ma czasem wyglądać więc aparat zabieram. Mój główny cel, to targi turystyczne w Poznaniu, które się w środę zaczynają. Próbuję z "baaardzo" umiarkowanym powodzeniem prowadzić witrynę turystyczną, ale czasem stan konta gdzie te kwoty mają wpływać wskazuje, że koszty są wyższe od przychodów. Biznes ma szanse rozwoju mimo konkurencji, ale... co to za biznes... I ile trzeba dołożyć, żeby nie stracić?
Za tydzień niecały znowu do urn. Oddam głos jak zdążę wrócić. Pomylono się w sondażach nieco publikując pierwsze wyniki, bo przewaga Prezydenta Tuska nad Prezydentem Kaczyńskim (jak mówią mi bilbordy) była nieco mniejsza. Podobno teraz przewaga rośnie, nawet jeden kandydat do drugiego zwraca się; - Panie Prezydencie.
Pewnie na samej tej zasadzie co do mnie mówią: Panie kierowniku - pożycz Pan złotówkę, bo mi do chleba, biletu, napoju na wyprostowanie - zabrakło. O żadnych pożyczkach mowy nie ma, bo albo trzeba się pomodlić o lepsze jutro, albo samemu założyć jakiś biznes. W sumie najlepiej to jedno i drugie. Przychylność opatrzności bywa czasem pewniejsza jak urzędu, ale i im trzeba dać szansę, tylko wskazać odpowiednie paragrafy. To już czasem pozwolą działać...  tak na odczepnego.
Jak wrócę to napiszę (odkrywczo), że wróciłem. A potem policzę straty i może znowu gdzieś pojadę.. Ech piękny kraj i ludzie życzliwi, tylko czemu mnie na to nie stać.. Przyjdzie liberalna polityka gospodarcza i pozwoli czasem miastu oddać jakieś opłaty, wiec mam nadzieję, że zechcą przyjąć za te trzy metry kwadratowe jak "drzewiej" bywało, a nie dwa, psiakrew. I tym radosnym okrzykiem udaję się do Pana mechanika celem sprawdzenia jak stary samochód trudy podróży znieść może, trzeba troszkę posmarować, żarówkę wymienić, żeby panów w niebieskich polonezach nie stresować.  Do miłego...

9 październik
2005
niedziela

 

Niecałą godzinę temu, podano wstępne wyniki wyborów prezydenckich. Prawie 6% przewagi osiągnął Donald Tusk nad Lechem Kaczyńskim. Prezydent Warszawy zwyciężył w 5 województwach, wschodnich i południowo-wschodnich. Po wypowiedziach i minach w sztabach wyborczych widać, że dopiero trzeba będzie przekonać wyborców, co to jest ten liberalizm, a co to, ta solidarność. W zasadzie wiadomo, ale kampania wymaga aby w stare słowa włożyć nowe treści. Wydaje mi się jednak, że uśmiechnięta kampania ma więcej szans, niż wyciąganie błędów i skakanie sobie do gardeł. Wszyscy wołają o programy, a to chyba nie w tej kampanii. Prezydent ma małe uprawnienia i programy partii desygnujących kandydatów, nie są tu pierwszoplanowe. Apelować trzeba chyba o większe poczucie humoru i mniej groźnych min.
Sam zrobiłem głupia minę czytając prymitywna ulotkę naklejoną na rynnę, przy biurze "Orbisu" na Świętojańskiej. Rymem częstochowskim, w nieco naiwnej formie autor chciał dopiec wszystkim, którzy zdecydowali się głosować na lidera Platformy Obywatelskiej. Nie dało się to paskudztwo zerwać (przecież cisza wyborcza) - poprosiłem przechodzący patrol straży miejskiej - kilka minut po 1100 o zainteresowanie się, czy na innych rynnach ta głupia akcja ma miejsce. Uprzejmie podziękowali, bo właśnie z okazji wyborów na Stare Miasto ich oddelegowano, i ..poszli do zadań. Zapomniałem o sprawie i kiedy po 1800 kończyłem pracę, przypomniałem sobie dopiero o tej ulotce. Oczywiście nadal była na miejscu. Ludzie nie zwracali chyba uwagi, ale głupio - ktoś powinien. Straż widać ma ważniejsze zadania. Patrole wielokrotnie przejeżdżały obok, pracownicy Zarządu Terenów, zawracali uwagę na handlujących, wybory jakoś zeszły na plan dalszy.
Jak by co, to dowód w postaci zdjęcia posiadam, numeru strażnika nie odnotowałem. Nie zdziwię się jak w poniedziałek rano, jeszcze będzie ten dziecinny druczek. Bo jak to idzie drogą urzędową od szefa straży do dozorcy to chwilę potrwa. Sprawa mniej skomplikowana więc .. do dwóch tygodni się zmieszczą.
Dyskusje były gorące i moi rozmówcy zamiast skupić się na oferowanych książkach i albumach odpytywali mnie zajadle. Jeden mało gardła mi nie przegryzł państwowym uzębieniem, kiedy okazało się, że nie mam literatury patriotyczno-narodowej, ani ukazującej naród wybrany w świetle utworów Pana Pająka. Diety Kwaśniewskiego też nie miałem. Nie udało mi się wykpić Konopnicką (zamówiona) i Słowackim. Pytano mnie tylko o Instytut Słowacki (jest na Krzywym Kole), nie o wieszcza. Wszystko przez tą kampanię. Chyba wolałem jednak kampanię napoleońską, bo sporo dobrze sprzedającej się literatury przez nią powstało. Po tej obecnej, może jaki kabaret dostanie odrobinę natchnienia. Rozmówcy moi z powodu wyborów to: jeden pisarz znany, felietonista zapoznany, muzyk jeden, siostry dwie (nie bliźniaczki), jeden alkoholik czynny, jeden alkoholik niepijący, trzech handlarzy, kupców trzech, gawiedzi niedzielnej rzesza, panie sprzedawczynie z sąsiedztwa i "fartowny" dziadek. Omawiać nie będę, co komu z kandydatów naród ów ma do powiedzenia. Dla ułatwienia dodam, że "fartowny" dziadek, to taki, co każdego ranka miedziany grosz na stół rzuca, żeby się książki dobrze sprzedawały. U mnie na ogół działa.
Zatem nich każdy z kandydatów (pretendentów) na prezydencki stołek - pomyśli, że warto mieć takiego fartownego dziadka, czy Panie sprzedawczynie, albo choćby i  niepijącego alkoholika po swojej stronie, trzeba im tylko rzucić też ten grosz. Dać nadzieję.

3 październik
poniedziałek
2005

Poniedziałkowy wieczór zaczyna się już jesiennie - od osiemnastej. Poranek za to z wielką dawką adrenaliny, niepotrzebnymi nerwami i ..znaczkiem za 5 zł. Dziś o godzinie 10 z wybiciem zegara na staromiejskiej poczcie i zgodnie z kolejnością na "liście kolejkowej", zaczęto przyjmowanie wniosków na stoiska handlowe na Starówce. Baaardzo mi to wydało się dziwne, więc o wyznaczonej godzinie stawiłem się ale ... z podaniem o rozpatrzenie wniosku dawno już złożonego. Szukałem, szukałem i nie znalazłem jakiegokolwiek przepisu ograniczającego prawa obywateli do składania pism, podań wniosków i donosów wszelkich też. Odwrotnie - obywatel, a i ty moja Panno, obywatelko wielce zdziwiona, mamy pewne prawa konstytucyjnie zagwarantowane i od piór, tfu - długopisów, czy klawiszy nie oderwie nas żadna siła niewiedzy urzędniczej.
Urząd terenów staromiejskich wezwał internetem a i ogłoszeniami "różnemi" http://www.ztp.waw.pl/pasdrogi.html do składania wniosków o zajęcie pasa drogi od 1 października, niestety sobota była, więc wywieszono nowe ogłoszenia już zapraszające od poniedziałku. O 930 była już grupka kilkunastu osób, dość zdenerwowanych ale solidarnych w tym nieszczęściu zbiorowym. Jedni informowali drugich gdzie kupić znaczek, a i zapisywali się na listę kolejno. Nikt się nie wdarł, choć przyszła jedna Pani artystka, co to nie musi z handlarzami podań składać.. Widać sama w nerwach. Moje podanie malutkie nie znalazło uznania i mało brakowało, żeby nie zostało w ogóle przyjęte. Ale chyba jakieś opamiętanie przyszło po naradach wewnętrznych i telefonicznych, bo pieczątkę dostałem i podpis a także... UWAGA - podano godzinę złożenia podania. Ha, ha albo i cha cha jak ma być weselej. Pieczątka należy do: Biura Obsługi Mieszkańców ZTP, a godzina historyczna to 1013. Ponieważ wnioski mają być rozpatrywane wg kolejności złożenia (!) idiotycznym było wpisywanie się na listę kolejkową, a jeszcze głupsze nie przybycie o 5 rano. Takie głosy podnoszono w kuluarach. Zaśmierdziało komuną okropnie; z nieukrywaną pychą i władczym stosunkiem do "handlarzy" , którzy tak subordynowani stawili się karnie. No ale jak na te kilkanaście podań ktoś ma o kilkanaście minut późniejszą godzinę to leży, czy nie leży? - oto jest pytanie! Nie wiem komu to potrzebne i po co. Warszawska, śródmiejska, urzędnicza brać, wystawiona została na pośmiewisko. Dzięki kilku nieprzemyślanym posunięciom, autorytet tej firmy podupadł znacznie. A jeszcze ciekawszym i niespotykanym nigdzie w Warszawie jest zabezpieczenie się przed petentami. Do każdego korytarza prowadzą drzwi metalowe, zabezpieczone zamkami firmy Gerda i domofonami. Pracownik wejdzie jak wczyta kartę, petent jak dzwonkiem wydzwoni właściwą osobę. Może to i dobre i dla Pań tam pracujących bezpieczne, ale wrażenie robi fatalne.
Skoro o nieszczęściach mowa, to bój o prezydenturę schodzi na plan dalszy wobec serii wypadków drogowych. Tragedia dzieci białostockich w spalonym autokarze i głupota mistrzyni dojrzałej do pływania, a nie do prowadzenia zbyt szybkich samochodów. Drogi nasze są wąskie, wielopasmowe bywają tylko ..wypowiedzi. Wyprzedzamy więc, bo jakże to, zawsze jakaś łajza czy ciężarówa przed nami. Ale nie tylko my tak myślimy, ten co jedzie z przeciwka myśli podobnie i szybkości nasze przy zderzeniu dodają się nieubłaganie - wynik odczytujemy na ..cmentarzu. Psychologowie roztaczają opiekę, ale po wypadku. Gdyby Pani blondynka, nad która płaczą teraz komentatorzy, miała jakiekolwiek psychologiczne wsparcie - może by miała chwilę na przeanalizowanie sytuacji, czy warto wyprzedzać kolumnę aut? Po tragedii, wszyscy mądrzy, a dziewczyna nie była psychologicznie gotowa na te szybkie samochody, wspaniałe reklamy i "złoty deszcz" sponsorów.
Skoro o nieszczęściach mowa, to jedyny naprawdę nieszczęsny by narzeczony Aurelii z noweli Marka Twaina. W tym miejscu, mam na myśli nieszczęsnego kandydata o którym wspominałem pod koniec września. Dla ułatwienia dodam, że ma popularność gwarantowaną w okolicach 1% i nam wyraźnie nie zagraża. Jednak niektórym chyba tak, bo "jakieś nawiedzone" w niedzielę na Świętojańskiej pouczały spacerowiczów, że pochodzenie Prezydenta ustępującego jak i kandydatów, mocno podejrzane. Nikt ich nie chciał słuchać, tylko kobietka miła krzyknęła wesoło: - kto Ci za to płaci faszysto? Pod zegarem pocztowym nawracał amerykański sekciarz, ale do niego nikt nie krzyknął nawet - sam zapłać, bo Bóg nie ma czasu, żeby mu tak głowę zawracać. Nawet o cudzołożnikach nikogo już nie ciekawi, bo cudze łoże i tak pokażą w telewizji zaraz po dzienniku i to bez złej polszczyzny z amerykańskim akcentem.
Na zakończenie podam prognozę pogody za telewizją - ma nie padać, do przyszłej niedzieli. Tak więc pora na zaopatrzenie się w nowe sukno zielone, bo jak urząd się przychyli to i całą jesień i zimę książki, tfu - wydawnictwa, na Zapiecku będą, ale tylko w niedziele. Synek, nie rób nieszczęśliwej miny - czytanie nie jest obowiązkowe, po skończeniu jakiejkolwiek edukacji. Ale jak zechcesz zostać prawnikiem, to jest firma co takich potrzebuje, czytających prawo i to ze zrozumieniem.

do góry, do góry... 


Strona główna    Zapiecek    Antykwariat   Galeria Zapiecek  Przyjaciele książek   Dziennik
Stare Miasto   Rynek    Plac Zamkowy    Pomniki
Artyści: Wiesława Kwiatkowska,     Grzegorz Bialik,    Joanna Sierko,
Poeci: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska,    Bolesław Leśmian