|
|
sierpień 2005 |
|
data |
dziennikczylinocnik
|
|
29 sierpnia
poniedziałek
5 rano
z groszami |
Całkiem sympatyczna pora na
sprawdzanie czy samochodzik załadowany prawie po dach stoi jeszcze
pod domem. Ponieważ mieszkam od Starówki dwa przystanki to i czasem
nie mam ochoty jechać do magazynu na druga stronę Wisły. Wraca
codzienna rutyna i gimnastyka załadunków i wyładunków. Zapewne ma to
wpływ na zachowanie wagi, która po Martusinych eksperymentach z
ciastem jest nieco zagrożona. Dziecko kochane ma jeszcze ostatnie
chwile wakacji i eksperymentuje w kuchni wcale udatnie.
Poniedziałek - pierwsze kroki na pocztę - znów jakiś list polecony.
Już mnie te różne "wesołe" pisma urzędów walczących z moim stoiskiem
tak nadenerwowały (szczególnie dostarczane w okresach
przedświątecznych), że teraz mam regularne uczulenie na wszelkie
pocztowe wezwania.
W piątek wezwała mnie Pani do urzędu "terenu miejskiego", gdzie
wydają zezwolenia na "zajęcie pasa drogi". I wydano mi znów całkiem
nowe, bo poprawione, zamiast tego od którego odwołałem się w marcu.
No i nareszcie wpisano mi treść tą wrogą: "..stoisko bukinistyczne
(sprzedaż wydawnictw z zakresu historii, sztuki, kultury i nauk
humanistycznych ze szczególnym uwzględnieniem varsavianów oraz
wydawnictw krajoznawczych) oraz pocztówek i map". Uff - chciało by
się powiedzieć i odetchnąć z ulgą, ale nie da się. To kompromis na
który sam poszedłem - uniknąłem tak wrogiego słowa "książki".
Myślenie w kategoriach rozporządzenia burmistrza, czy zarządu
jakiegokolwiek co oczywiście żadnym prawem nie jest, ale jakąś tam
ichnią regulacją wewnętrzną pokutuje nadal. Powiedziano mi że nie
przewidziano książek. Ha, dziesiątki innych rzeczy nie przewidziano
i dlatego wyglądamy tak właśnie. Decyzję nowa podpisałem i czekam na
..wezwanie do zapłaty. Już jedno przyszło w czerwcu choć zapłaciłem
w marcu. No a teraz skoro ktoś poczyta, że decyzja jakby nowa to i
wezwie mnie do płacenia dawno zapłaconych należności. Rutyna.
Oczywiście do dawniej zajmowanej powierzchni 3 metrów wrócić nie
mogę, bo "zarządzenie nie przewiduje" i występuje w tym miejscu duży
ruch pieszy. Ha, 10 lat dawano mi 3 metry zachęcając czasem nawet do
zwiększenia, bo są to metry kwadratowe. Ale widać przegrana z
Kolegium Odwoławczym tak boli, że choć przy tej bzdurze upierać się
trzeba. Nie chce miasto dzięki swoim światłym urzędnikom moich
pieniędzy to ich nie dostanie. I tak przeciekają im przez palce
opłaty targowe. Dawniej musiałem wpłacać do kasy urzędu i to bez
względu na pogodę, a teraz chodzą inkasenci, więc w niedzielę i
sobotę mają wolne. A nawet jakbym przyszedł na 13 to i tak ich już
nie będzie i kto mi udowodni że pracowałem? Jak małych strumyczków
nie ma to i rzeka zamiera, podobnie z finansami. Sezon powoli się
kończy, przyjdzie jesień, deszcze i chłody i ostygną emocje.
Mam czasem zastępstwo chwilowe przy stoisku z książkami (tfu,
..wydawnictwami - bo nam się wydaje że jeszcze sprzedajemy). Mim
złoty, z szat odarty z radością rzucił się w wir sprzedaży pocztówek
i ..czyni to wielokroć skuteczniej niż dotychczasowy rutyniarz. Nie
tylko pokazuje co lepsze, ale i harmonijki-składanki rozwija, piękno
obrazkowe stolicy prezentując. Ja wolny czasem na minut parę,
oddaliłem się celem zrobienia zdjęć nowym ruchomym schodom, ale nie
doszedłem. Zatrzymali mnie znajomi malarze na rynku. Od strony
Fukiera, sprzedano wczoraj za rekordową cenę kopię malarstwa
holenderskiego, a i zaliczka spora spowodowała nabycie u mnie kilku
książeczek artystycznych. I tak się nakręca rynek właśnie. W
zawiązku z tym zachęciłem od razu parę osób do reklamy swoich
obrazów nie tylko na Rynku ale i w internecie. Może i ja jakiś
kontrakt na małą reklamę zdobędę - jeden prawie, prawie.. Mimy nowe
i postacie krążą po rynku. Od paru dni rycerz rzymski z piórami
czerwonymi i hełmem typu "zakuty łeb" do zdjęć zachęca, a i "Shrek"
pojawił się wczoraj, żeby pamiątkowe zdjęcia robić. Żebractwo
tylko nachalne ogromnie, całe rodziny rumuńskich cyganów szarpią za
ubrania, kubki podstawiają siedzącym w ogródkach i zaczepiają
wchodzących do katedry. Nasi rodzimi handlarze wyplenić się nie
dają, co straż z horyzontu zniknie, to rozsiadają się z piwkiem w
torebkach dla niepoznaki, dzieciarami w wózkach i całym tym
piknikowym bałaganem. No i jak ich mają nie łapać? Ściganie handlu
obwoźnego z watą cukrową i popcornem trwa też w najlepsze. Wczoraj
podobno i dźwigi wzywano do wywózki, ale wywożący odstąpił i policja
też, bo handlowcy posiadają zgłoszenie działalności i zgodę
konserwatora zabytków. A że się nie wydaje lokalizacji na zajęcie
pasa drogi przy handlu obwoźnym - urzędnicy w klinczu. Najlepiej
wywalić, a że sprzedawcy uparci i chcą handlować - to już
jeden Pan kontrolujący obiecał, że zapozna się jak to jest z tymi
przepisami. Pora stosowna, na listopad będzie już jakaś wiedza.
Życie płynie dalej, wybory za pasem - oj zmiotą, zmiotą, niedługo i
tych "światłych". Gorzej, że już trochę oni wiedzą, a przyjdą nowi i
nowe "przepisy" wymyślać zaczną. Chyba że kształcone jakoś prawnie i
z praktyką. Mrzonki..
Niebo prawie błękitne. Za godzinę dowiem się jaki urząd mnie wzywa i
po co. |
|
24 sierpnia
środa
2005 |
Środa, pierwszy dzień po jedenastu
pracowitych - wolny. Zapowiedziano opady, a że pora trochę odnowić
oferowane książkowe zasoby - dziś dzień zakupów. Objechałem trochę
hurtowni, nawet podwarszawskich. Na wrzesień szukałem tanich i
mądrych słowników - mają być takie, ze po "pierwszym czytaniu" -
wszystkie słówka mamy już zapamiętane. Sejmu już nie ma, "pierwszego
czytania" oczekują nowi kandydaci. Również kandydaci walczący o
fotel prezydencki oczekują ..poparcia. Dziewczyniny biedne, chłopaki
wymęczone przebiegają ulice z plikami kartek i wyciągniętym
długopisem - Panie, podpisz Pan. A ja nie, nie podpisuję, dziad
jeden, jeszcze biduli takiej próbowałem powiedzieć, że "kandydat/ka"
na prezydenta się nadaje tak, jak ja do baletu klasycznego. O dziwo,
dziewczę zgodziło się ze mną całkowicie, ale ma taką pracę. Dzielna
to dziewczyna, prawdę mówi "w zaufaniu" ale cóż, trzeba coś też
zarobić.
I ja miałem swój dzień "zero", kiedy to wyszedłem na zero w
rozliczeniach z dostawcami. Stąd moje dzisiejsze peregrynacje po
magazynach nieprzebranych. Trudno sobie zdać sprawę, jakie ilości
książek to "produkcja" nie trafiona. Całe serie wydawnicze, w
których przeholowano z nakładem, osiągają ceny roli papieru
popularnego i pachnącego. No i znikną z rynku zapewne
straszydełka pseudo-naukowe, gdzie okładki grube i lakierowane, a w
środku treści ledwo ledwo na kilku kartkach. I tak ilustrowane
bogato żeby się nie zmęczyć czytaniem. Okazuje się, że to co miało
być popularne, to zwykły knot odrzucony przez nabywców. I nie ma tu
żadnej możliwości przeceny czegoś co jest duże kolorowe i .. do
niczego. Znalazłem tanie książeczki o polskich wielkich malarzach -
będą u mnie po 10 zł. Encyklopedie literatury polskiej też będą
tanie. Wziąłem na próbę też kilka różnych wydań "kuchni polskiej",
jednak znawcy twierdzą, że liczy się tylko ta "z kogutkiem" wydawana
w latach 60-tych, 70-tych. Podobno jeszcze długo po wojnie na
proszki od bólu głowy mówiono: proszki z kogutkiem.
O książkach czytaniu i moim życiorysie - prawie antykwarycznym,
rozmawiałem ponad godzinę z sympatycznym redaktorem z Gazety W.
Żadna sława mi nie potrzebna, bo co się chwalić swoimi błędami czy
nieporadnością, jakich wiele każdemu się zdarza, a sukcesy? Żyję,
urzędy jeszcze mnie nie zmiotły, poczucie humoru jakie takie,
uśmiecham się częściej, śpię mniej, mniej też podjadam ostatnio. Ale
wytypował mnie na antykwaryczną ciekawostkę, może dlatego, że stoję
na rogu, latarnia też jest. Ech, próżność to i marność pewnie, ale
uznał Pan redaktor moje zawodowe życie za dość ciekawe. Szkoda
tylko, że już zmienić nic się nie da, można by mądrzej czasem.
Imponują mi nieodmiennie ludzie
posiadający talenty o jakim marzyć nawet się nie ośmielam. Dostałem
właśnie kolejną książeczkę Michała Suffczyńskiego "Architektura i
pejzaż Polski". Przepiękne rysunki ołówkiem, wspaniałe kolorowe
akwarele. Mam już wstępną zgodę na wykorzystanie tych cudowności na
portalu
www.123noclegi.info do ilustracji naszych miast i miejsc
ciekawych. Dostałem też pocztą kolejne reprodukcje Jurka Obrodzkiego,
który tak pięknie maluje pejzaże Beskidu Niskiego. Nie spotkaliśmy
się z Jurkiem na południu, za szybko musiałem wracać. Zegary za
prędkie, kalendarze za krótkie. Odnotować trzeba miły wernisaż jaki
odbył się w poniedziałkowy wieczór w galerii "Zapiecek". Miła i
wysoooka dziewczyna, a rysuje i maluje prześmiewczo nieco, może
czasem marzycielsko, ale i kpiąco. Zadziwiła mnie zrealizowanymi
projektami okładek książkowych. Już sama artystyczna forma tej
grafiki skłania do zakupu, może czasem bardziej jak treść.
Rozmawialiśmy miło mimo różnicy ..lat i wzrostu. Poczucie humoru to
jest to, co warto może wprowadzić jako przedmiot obowiązkowy. Jeśli
część naszego wesołego narodu nie zrozumie i nie obejmie, to trudno,
ale będzie wiedzieć, że coś takiego istnieje. Uśmiech niezmiernie
ułatwia życie i zrozumienie innych też. Ja jednak czasem tracę to
poczucie.., - Cholera durniu jeden, czemu na mnie skręcasz ..bez
kierunkowskazu!! |
|
13 sierpnia |
Oczywiście nie mogło być inaczej -
trzynastego mogę znów wysyłać pliki na zapieckowy serwer. Coś się
zadymiło, zaszumiało i działa. Domyślam się że zarządzający tymi
serwerami wysłał drużynę kominiarzy, która przeczyściła komin czy to
co tam trzeba i wszystko lata. A jak lata to nie zawracam głowy, bo
mam ważne rzeczy do wklepania na temat Iwonicza Zdroju. W Warszawie
burza a ja zdążyłem uciec, wszyscy się dziwili czemu się pakuję i
chowam książki. Już wiedzą, bo grzmi okrutnie i leje.
Wtrącę tylko na odchodnym, że przyjaciel nasz Zapieckowy pan
Aleksander Wieczorkowski pisze z fosy. A dokładnie z tej dziury pod
murami staromiejskimi gdzie psa wyprowadza. Felietony - "Widziane z
fosy" w formie blogu do poczytania na stronach
http://www.polskieradio.pl/spoleczenstwo/blog.asp?id=41
. Gratuluję startu i gościny na radiowych stronach. Ale i tak
się nie zgadzam, jeszcze nie wiem dlaczego, ale tak wypada. Jak kto
za długo słucha komisji różnych to potem tak ma. |
|
12 sierpnia
piątek
2005 |
Prawie połowa miesiąca, a ja nic nie
piszę. Bo albo gdzieś jadę albo wracam, albo co mi się częściej
zdarzało ostatnio, od rana do nocy na Zapiecku.
Powinienem zacząć od 1 sierpnia - data pamiętna - 61 rocznica
Powstania Warszawskiego. Jak zawsze o 1700 syreny i jak
zawsze mimowolne wzruszenie, kiedy wszyscy zatrzymują się na chwilę
w miejscu. W tym roku po raz pierwszy w okolicznych kawiarnianych
ogródkach wszyscy wstali i tak uczcili tą rocznicę. Ale i zdziwienie
pewne odnotować muszę. Trzy młode damy zwiedzały galerię "Zapiecek"
dopytując o inne wystawy i galerie, prawie fachowo wymieniając uwagi
o wystawie. Wychodząc na ulicę, podeszły do mnie i jedna z nich
zapytała - czemu tak syreny wyły? Odpowiedziałem uprzejmie i nie
złośliwie, ale zdziwiło mnie to nieco. Dziwne że mi to akurat w
pamięci utkwiło. Kolejne dni pracowite wielce, kilkoma burzami
przerywane. Jedna piątkowa dała tak w kość Warszawie, że drzewa
leżały powalone przez tydzień prawie. Oczywiście nie na środku
jezdni, ale parki, aleje przetrzebione solidnie. Ponad tydzień
niektórzy pod miastem prądu nie mieli, ale to podobno lepiej, bo ma
wpływ na łagodność obyczajów, że o wizytach bocianów nie wspomnę.
Przy tak przyjemnym temacie wspomnieć muszę, że będę się teraz
zajmował nogami. Damskimi oczywiście. A dokładniej to stopami.
Pozostając pod wrażeniem książki "Noga i jej okolice" - pozostaję
przy stopach - tak bezpieczniej. Żarty, żartami, a leży przede mną
stos opracowań prawie naukowych o wycinaniu, masowaniu, upiększaniu
damskich stóp i mam się w tym rozeznać dokładnie aby zaprojektować
stronę internetową pani pedicurzystce. Przy pracy teoretycznej
trudniej o entuzjazm, ale cóż, obiecałem i spróbuję.
Dziewczyny moje domowe wczasów zażywały na łonie Beskidu Niskiego
dosyć, więc trzeba było je odebrać. Dla urozmaicenia pojechałem jak
zwykle nieco okrężnie, odwiedzając ciekawe miejsca, miasteczka,
hotele i zajazdy.
Wyruszyłem w poniedziałek aby dziś w piątek zamknąć kółeczko
powrotem do Warszawy. Zacząłem od Skarżyska Kamiennej, gdzie
dojechałem na tyle wcześnie, żeby trafić na otwarcie muzeum Orła
Białego. Czynne od 800, a karabinów, automatów partyzanckich, dział,
nawet armat i samolotów tyle, ze cały plac ogromy zajęła ta
ekspozycja. Budyneczek niewielki, a wybuchowy wielce, bo
pocisków więcej w nim jak gwoździ w deskach podłogi. Obsługa miła i
fachowa zaprasza, folderkiem częstuje i zdjęcie pozawala zrobić.
Warto zajrzeć i na chwilę zboczyć z trasy. Odwiedzam potem kilka
hoteli w mieście zostawiając informacje o możliwościach reklamowania
się w pewnym znanym mi portalu. Pogwarzyliśmy tu i ówdzie, ale
jednym takim, dama pewna wiekowa jak i ja, zapalczywa
wielce nakrzyczała na mnie że żadnych reklam do Poznania (jestem w
spółce poznańskiej) płacić nie będą, bo w Kielcach też są firmy od
tego, a tu ludzie biedne i już. Widać taki to patriotyzm lokalny, ale
coś mi się zdaje, że się nie bardzo zrozumieliśmy i Pani od
wydawania kluczy weszła w rolę szefa hotelu. Ja też tylko papiery
roznoszę, więc o nieporozumienie łatwo.
Po drodze w innym miejscu szukałem gospodarstwa agroturystycznego -
okazuje się że to domek całkiem spory i leży 15 metrów od głównej
trasy, gdzie cała dobę pędzą tacy jak ja, albo trochę więksi bo
ciężarowymi TIR-ami. O sen wtedy łatwo i atmosfera swojska, ale dla
kogo? Podobno jednak jak taki kierowca jedzie ponad 10 godzin to śpi
świetnie bo przez sen warkot słyszy, a kółkiem kręcić nie musi, a i
zapachy znajome, a sine. Jadło dają staropolskie, spanie nowoczesne.
Szukając ciszy i spokoju przeleciałem Kielce kręcąc się w
poszukiwaniu starówki. Jeden człowiek widać nie świętokrzyski -
powiedział, że w Kielcach nie ma wcale, bo parkingi też zajęte i
jedzie dalej. No to i ja pojechałem do zamku w ruinie ale wysokiego
za to. Chęciny - trzy wieże, niby stromo po skalnych schodach, ale
po drodze więcej kramów jak schodów, więc się nie zmęczyłem za
bardzo. Z góry widok piękny, jak komu lęk przestrzeni nie przeszkadza
w robieniu zdjęć i nie musi się trzymać podłoża. Jakoś zlazłem na
dwóch nogach, czarownice podziwiałem, pocałowałem drogowskaz na
Małogoszcz i popędziłem na Kraków. Jadę, jadę, a tu napis - Zamek w
Sobkowie w lewo. No to z trasy w lewo, po kilku kilometrach ciekawe
mury jakby obronne nieco, flagi wielkie, wieża jakaś strażnicza, ze
o drzwiach czy odrzwiach nie wspomnę. Zajazd to ciekawy co obejmuje
zamek rycerski Sobków w ruinie i restaurację "Pod Zakutym Łbem" w
rozkwicie. Jak na rycerzy przystało walki toczą nadal - stąd zapewne
podwórzec zajazdu zdobi tablica informująca; "Zakaz wstępu telewizji TVN". Nie zdążyłem się dowiedzieć jaki to powód tak wielkiej
animozji do tej stacji. Ale kto rycerskich obyczajów nie
przestrzega, ten na infamię skazany być może. Jeno kto tu zakuty
łeb?
Wracam na główna trasę, na Kraków, a tu nowy zamek - hotel i
restauracja "Zameczek". Z zewnątrz wygląda jak dekoracja do filmu,
ale w środku ciekawie, drewniano, ciepło jasno, przyjemnie. Potraw
różnych rozmaitość wielka. Zachwyciła mnie myśl o wrąbaniu nareszcie
smakowitego placka ziemniaczanego (zwanego tu i ówdzie, plackiem po
cygańsku, węgiersku albo i królewsku, ale na ostro). Niestety awaria
pieca, grzałki i czegoś tam jeszcze zmusiła mnie do powrotu do
karty. Wybrałem szparagi zapiekane z szynką. Ani śladu goryczy,
delikatna skorupka zapieczonego sera na wierzchu, masełko.. mniam. O
placku zapomniałem natychmiast tym bardziej ze ostatnio kupiony w
pewnym duuużym sklepie miał budowę i twardość australijskiego
bumeranga. Żadne opiekanie, przysmażanie i duszenie nie zmieniało
jego konsystencji, jednak odrzucony daleko poleciał i .. nie wrócił.
Kraków powitał mnie deszczem, przechodzącym w mżawkę. Usiłowałem
sfotografować Mickiewicza, kościół Mariacki i sukiennice mimo
deszczu. Najbardziej zadowolony siedział przy stoliku Piotr
Skrzynecki z lilią (a la mieczyk) w ręce. Oddany w brązie udatnie i
nikt jak Tuwimowi w Łodzi mu na kolanach nie siada. Krakowskie
wychowanie. Miejsc do parkowania tradycyjnie mało, zatrzymałem się
przypadkiem pod Hostelem "Dizzy - Daisy", tak teraz nazywają
akademiki zamienione na hotel, albo coś co świadczy usługi hotelowe
ale hotelem nie jest. Nocleg w 1 osobowym pokoju 85 zł. Już, już
chciałem się zdecydować, ale pomny bogatej krakowskiej oferty
noclegowej zadzwoniłem w kilka miejsc i znalazłem akademik "Piast".
Pokój za 55 zł na 1 piętrze z widokiem na samochód własny i zieleń
mokrą, a soczystą. O 2200 gazeta sama mi wypadła z ręki i spałem jak
anioł, krakowski zapewne. Cisza, spokój, miło, sympatycznie. Obsługa
rzeczowa, sprawna i młoda, więc jak ten student spałem grzecznie,
żeby juz o 6 rano ruszyć dalej.
Droga na Rzeszów po remoncie, do Pilzna dojechałem szybko, potem na
Frysztak. Kilka zdjęć tego uroczego miasteczka, zakup pysznych bułek
chrupiących i kiełbasy wiejskiej wędzonej i już jestem w Niewodnej.
Trochę deszczu trochę słońca i przepiękne tęcze, które tez udało się
sfotografować, a pod nogami tumult wielki. Dwa pieski, mama i synek
dopadają kota i gonią się po grządkach, polach i całym obejściu.
Nikt nikomu krzywdy nie czyni, bo to kot szczeniaka wychował, a
teraz 1,5 roczna już sunia z synkiem własnym małym i puchatym,
gonitwy i polowania na kota wyprawia. Kot jak się zmęczy, to na
drzewo się chowa, a choć wygląda to groźnie, żadne nawet zadrapania
nie ma. Czy te dwunogi co człapią nieporadnie wokół też potrafią się
tak wesoło i bezkrwawo bawić?
Nie zdążyłem zdjęć zrobić tak to towarzystwo wariowało wesoło, do
czasu, aż rozpalono ognisko i zapach pieczonej kiełbaski pogodził
wszystkich.
W czwartek rano wybrałem się do Iwonicza Zdroju. Czyste powietrze,
ale ostre nieco, zimno trochę jak na tę porę roku. Przydał się
sweter i kurtka też. Miłe rozmowy z pracownikami Uzdrowiska
Iwonicz, dostaję dużo informacji i ciekawych materiałów. W
jednym z hoteli wisi kartka - brak miejsc. Rozmawiam z zadowolonym
właścicielem - okazuje się że ma już rezerwację wszystkich miejsc do
połowy grudnia. Jak to miło że goście zadowoleni, walą jak w dym.
Jaskinia solna, wspaniałe sanatoria, zabiegi, wody itp. Ech sam bym
się może podleczył na cokolwiek, ale czy po tygodniu nie było by
nudno?
Dziś powrót, najkrótsza droga na Radom, ale remontowana często. W
okolicach Radomia - fatalna jazda, garby, uskoki i jak napisali na
tablicy - przełomy. Więc wolniej i z żalem, że jednak nie przez
Lublin. W Kunowie na stacji BP warto zatrzymać się na chwilę. Dania
jak w renomowanej restauracji, ale ceny dwa razy niższe. Takiej
ilości kiełbasy i boczku w fasolce po bretońsku nie odnotowałem
nigdzie. Wysoce kaloryczne danie. Córka zamówiła frytki - podobno
super - Mac Kaczka nie umywa się.
Jutro do pracy - czytam rachunki nowe, przyszły pod moja
nieobecność. Mnożą się jakoś okropnie. Poczta mi padła i serwer
poznański nawalił w środę, wiec poczty od 8 sierpnia nie ma. Może
coś ważnego było, że ktoś może chce płacić? Ech, znów bym gdzieś
pojechał. |
do góry, do
góry...
|