|
|
luty 2006 |
|
data |
dziennikczylinocnik
|
|
23 lutego
(pisane)
czwartek |
Dziś dzień
walki z depresją. Jestem więc pod presją świątecznego pisania. Jak
nie o radości kochania, to o depresji. No i jak nie popaść w
depresję skoro najwięksi odwołują swoje orędzia, a ja swojego nie
mogę, bo zakochanym nie można nic zabierać, wszak i tak nadziei na
świetlaną przyszłość mają oni niewiele. Nie pocieszam nikogo, jadę
na Żuławy badać czy jakieś ptaszysko tam nie zawlekło grypy.
Kichające kruki, smarkate bociany czy kormorany, rozgorączkowane
lotne i nielotne, czekają na szczepionkę. U Szwedów grypa jest;
sztuk jeden, na Słowacji sztuk dwie, w Niemczech chyba 5, a u nas
nic.. Albo rasa taka odporna, albo badania takie że nie wykryją i
spokój. Jak nie żre nikt na surowo, ani nie wgryza się, biegając na
czworakach, w kaczy kuper, to nic mu nie grozi. Jadamy na ogół
pieczone, gotowane, smażone, duszone albo w potrawce, więc nic nam
nie grozi. Odpowiednia temperatura zabija wirusa, a że jesteśmy
rozgorączkowani nieco i temperatura rośnie - (no jasne że będzie do
rymu) - kiedy ma się ku wiośnie, to i zajączkom - marchewka urośnie.
Więc tradycyjny optymizm tej strony nie da nam się ani w..kurzyć,
ani szaro.. gęsić.
Depresja rynku prasowego miała się objawić upadkiem "Nowego Dnia"
czyli takiego małego odprysku Wyborczej. Faktycznie kupowany był
najbardziej ten dziennik, którego tytułu nie mogłem zapamiętać we
czwartki, a to dla dodatku telewizyjnego, który ciekawiej był
robiony jak tradycyjny piątkowy do Agorowej Gazety. Ni pies, ni
wydra. Niby lekka sensacja, niby jakieś plotki, a w sumie jak u
mnie, lekko i przyjemnie .. nie przerywając snu. Więc się nie
sprawdziło. No to trzeba było pytać mnie, albo Pana Czesia co
ogródków pilnuje, bo my swoje wiemy.
W bramie przez którą często przechodzę spotykam grupkę panów
posiwiałych już, nieco - jak nie lekkim śnieżkiem, to łupieżem
zadawnionym. Stoją w skupieniu z dłońmi rozłożonymi wpatrując się w
nie pilnie. Z daleka można by przypuszczać, że to jaki rytuał
modlitewny, ale tam każdy w swoje dłonie, a nie cudze spogląda.
Okazało się że jeden trzyma kasę, a pozostali w nabożnym skupieniu
pochylają się nad użebranym utargiem odgarniając te srebrne grosze,
od tych miedzianych. Ot mężnie zwalczają depresję nadzieją - że może
starczy. Jeden tylko podał się siadając na nieco mokrym podłożu w
oczekiwaniu na wiosenny przelot ptasiego klucza.
Tak się rozgadałem o ptakach i ptaszkach i zaraz uśmiech
wspomnienia.. Kiedyś mama do chłopca mówiła, wychodząc z łazienki
dyskretnie - ptaszka też umyj. Papużkę mieliśmy, Maciek miała/miał
na imię, nie przetrzymał. Ludzie tak wrażliwi, że jak coś im się
kojarzy to zaraz mają za złe. A odrobina higieny, nie zaszkodzi.
Inaczej jak wiemy, w słowiańszczyźnie szeroko pojętej, jest ze
świeżym powietrzem, wszak od smrodu nikt nie umarł, a od świeżego
powietrza całe sotnie..
Idę sobie Świętojańską, bo jak nie stoję i nie sprzedaję to choć
przejdę się czasem, a tu dziewczyna w bluzeczce różowej (no, w
rozpięciu płaszczyka widać!) woła do mnie; - o, o, o ptaszek panu...
na czapkę. Szczęście ponoć, idę więc do znajomych Pań, u jubilera,
bo tam się oczyścić można, a te wołają znowu; o ptaszek panu
.. Chyba się pójdę zaszczepić. Ale jak co chwilę o tych ptakach w
telewizorze, rano, w południe i wieczorem to juz mi się drób
przejadł i całkiem mnie zestresował. Czy to nowa depresja jaka?
Podobno wiejska kura najlepsza i jajko jak nie ob..tentegowane, to
nieważne, bo z linii produkcyjnej. Pewnie dlatego zwykłe jajko z
fermy to 20 groszy kosztuje, a takie życiem znaczone 60-70.
Tematy dziś przyziemne gdzie kury i kaczki chadzają, ale i w prasie
stołecznej o Starówce piszą tylko w kontekście tego, że jak sezon
przyjdzie to nie ma gdzie pójść za żadna potrzebą. Urząd na
Jezuickiej jeden i tam chodzi ten tylko co ma wyraźną potrzebę
życiową. W pozostałych potrzebach reszta lata i nogami przebiera.
Stary to do knajpy wejdzie, a jeszcze i co wypić na ubytek płynów
może, ale dziecko? Co dziecko winne że się piwkiem opije, czasem
winkiem zakąsi. Bramy porobili ozdobne, potem pozamykali i do
śmietnika bez domofonu nikt się nie dostanie. Więc są dwa przybytki,
jeden na Placu Zamkowym i jeden na Krzywym Kole. A był lata całe i
na Piekarskiej, a teraz od 6 czy 7 lat stoi ruiną ponad 100 metrów
zamkniętą na cztery spusty. No i władza się zastanawia.. Ponad 100
metrów kwadratowych do siusiania, prysznicowania i zadumy narodowej.
Pytają się, co za ptak jaki, bo nie orzeł tym zarządza.
Emigracja nawet ptaszkom nic nie daje, bo i tak do gniazda ciągnie z
powrotem, wiec może by tak je czasem oczyścić. Depresja też nam nie
grozi bo ona zależy tylko na jaką średnią krajową się kto łapie. Jak
na ta średnią do obliczenia składki ZUS to może mieć depresję. Ten
co od dołka do dołka, to depresji mieć nie może bo nie ma czasu,
musi szukać czy jaki grosz gdzie nie leży choćby na ten kieliszek
chleba i odrobinę ..depresji.
Całkiem odbiegając od depresji wspinamy się na wyżyny bocianiej
troski i odnotowujemy tu uroczyście, że dziecko całkiem świeże i
nowe, i śliczne, i wesołe narodziło się w rodzinie i ma na imię
Marysia. Córka najstarsza patrzyła w niebo uważnie, a nie w kapustę
jak chcą niektórzy matołkowi wyznawcy,.. i dziecina miesiąc już ma.
Więc jak idzie nowe nawet małe i różowe, to o jakiej depresji tu
mowa. Jak będzie święto albo jaka rocznica znowu - nie budzić - ni
cholery - no chyba że 69 - ta, ale ...jeszcze brak mi nieco do tej
perfekcyjnej daty. Na zakończenie radosny okrzyk: mniej jaj, więcej
bocianów. |
|
14 lutego
2006
wtorek |
Szanowne Panie,
Szanowni panowie - dziś orędzie o stanie uczuć, w związku z dniem
świętego Walentego. Jest oczywistym, choć niejednoznacznym, że
prawie 800 lat temu zakochał się ów męczennik w córce strażnika, no
bo w sumie jako patron zakochanych inaczej postąpić nie mógł. Ważną
stąd czerpiemy wskazówkę, że mimo mroków średniowiecza miłość
zakazaną być nie mogła. Ale i wtedy jak i dzisiaj nie brakło
interpretatorów o jedynie słusznych trendach, przejawach i objawach
miłości onej(!). Święto może być to miłe i sympatycznie wielce,
jeśli dla dwojga tylko tych, którym serca biją nieco przyspieszonym
rytmem, na sam widok, głos, czy wspomnienie ukochanej osoby. Uroczy
stan oszołomienia zwany miłością, tu rozpatrujemy wyłącznie w
aspekcie radosnym, pełnym uniesień, dobroci, a nawet szczypty
przyjaźni. Od zauroczenia, flirtu, po miłość pełną wzajemnego
oddania i zatracenia się - to choć czasem wspomnieniem tylko, a
czasem marzeniem - zawsze pozostaje uczuciem pięknym, za którym
tęsknimy. Dlatego święto jest uzasadnione i niech zakochani mają je
tylko dla siebie. Jedyne święto bez obchodów, przemówień i składania
czegokolwiek (poza życzeniami).
Kochane
dziewczyny, Damy nasze kochane - życzę Wam, po odrobinie;
serdecznych wzruszeń, ciepłych słów, miłych prezentów, a WIELE:
serca, oddania, przywiązania, wrażliwości i ...umiejętności
wsłuchiwania się w czułego serca bicie - z JEGO strony. Panom życzę,
żeby ich uczucia były dostrzeżone, bo czy samo ciągniecie za warkocz
wystarcza? Życzę żeby były spełnione, te miłosne marzenia, bo życie
w nieśmiałości frustracji wiele dostarcza. I żeby było bujne, jak ta
trawa na wiosnę - stosownie do możliwości pasących się.
Od uczuć do konsumpcji - blisko, stąd... - wiele imprez,
spotkań, potraw, świec, napojów i tysiące serduszek (więc niech i
sprzedawcy czy restauratorzy też trochę zarobią, że o kwiaciarzach
nie wspomnę). O miłosnym szale uniesień nie będziemy wspominać
szeroko, oddając się jak przystało na wiek, frywolnym żartom,
lubieżnym marzeniom i ..planom niecnym, a sprośnym. Stan
podwyższonego ciśnienia, przy odpowiednim stanie wilgotności - nawet
o tej porze roku, zapewni nam obojgu - odpowiednią równowagę
organizmu. Co jak pisze dzisiejsza gazeta; likwiduje napięcia,
drażliwość, wycisza, daje radość, energię, ułatwia akceptację siebie
i otoczenia, pogłębia związek, a jednocześnie wzmacnia psychicznie.
Żebyśmy tak wzmocnieni byli, wyciszeni po uniesieniach, zakochani po
wyjściu nad ranem (jeśli zostać nie można).
Jak na orędzie przystało - stanowczo oświadczam że obie strony są
niewinne i kochają się bardzo, a drobne nieporozumienia, pozwalają
tylko lepiej się poznać i pogłębiają uczucie.
Otrzymałem właśnie wątpliwie - romantyczny list od damy, której
wylicza pewien urząd tzw., kapitał początkowy (pewnie do tej
lubieżnej emerytury). Sposób obliczenia jest taki, że 475 zł mnoży
się przez 209 miesięcy (średnie dalsze trwanie życia), co daje ponad
99 tyś zł. Z podzielenia 209 miesięcy przez 12 wychodzi mi, że za 17
lat skończą się jej romantyzmy wszelkie z reumatyzmem stawowym na
czele. Szanowna Pani - Ja w to nie wierzę, bo w każdym wieku kochać
się można, a nie tylko liczyć na jakieś statystyczne dyrdymały.
Orędzie ma być krótkie i ma uspokajać, zatem podajmy sobie rączki,
nóżki też można, póki zimne (najlepsze z chrzanem), obejmijmy się
radośnie, bo zawsze to pewniejsze niż świeżo objęta posada ministra.
Oświadczam, że nie podejmę żadnych działań zdecydowanych, będę
łagodny jak baranek, a raczej baran stary. Taki co się da pogłaskać,
choć runo powinien mieć złote już nie na czole, a w banku. Jedynym
rozwiązaniem obecnej sytuacji jest stabilizacja - oczywiście
horyzontalna. CMOOOK. |
|
3 lutego
2006
piątek |
Styczeń
zasmucił nas, tragiczną śmiercią wielu i trudnym dla nas odejściem
księdza Twardowskiego. Śmierć hodowców ptaków pod gruzami zawalonej
w Katowicach hali targowej, czy śmierć księdza - poety, którego
wiersze tak pełne są ptaków właśnie - łączy umiłowanie ludzi dla
ulotnego życia i przyrody. Podwójna ulotność, z odejściem dusz na
inne łąki.., to zawsze niesprawiedliwe odejście. Wyrwanie z życia
gwałtowne, jak i spokojne odejście nigdy nie chce być akceptowane.
Godzimy się z tym tylko. W moim starym słowniku "memento mori" czyli
"pamiętaj o śmierci" sąsiaduje z inną sentencją łacińską "meminisse
iuvabit" czyli - przyjemnie będzie wspomnieć. Pamiętajmy zatem o
ptakach, tak wieloznacznym symbolu życia, a jednocześnie - odejścia,
czy też radosnego wznoszenia się i bezkresnej podróży, a przede
wszystkim wolności. Wolności wielkiej i niezmierzonej - tu wolności
od trosk doczesnych, a dla nas wolności od udręk, głupoty,
śmieszności czy poniżenia.
A jednak kiedy z ogromnym bólem oglądaliśmy tragiczne relacje, albo
z podziwem słuchaliśmy o tych co bez wahania rzucali się na pomoc -
w którymś momencie, może po kilku dniach, był to już w pewnym
stopniu nużący przekaz. Nie mogłem słuchać kolejnych relacji o tym
czy ciężki sprzęt wjedzie czy nie wjedzie, o grubości śniegu i lodu,
o zaostrzeniu kar i nowych komisjach. Zabrakło mi relacji o
ludziach, o ich pasji, o gołębiach, o ich miłości do ptaków. Za dużo
ministrów, oficjeli, komisji i wszelkiej maści odwiedzaczy
urzędowych na miejscu tragedii. Najpierw troska o tych co ocaleli, o
rodziny zmarłych, potem badania spokojne, bez sensacji i nacisków.
Bo zawsze istnieje groźba przekroczenia tej granicy dobrego smaku,
zwanej ludzką przyzwoitością - zawsze istnieje za nią podejrzenie,
że każda okazja jest dobra do pokazania jakiejś tam linii
politycznej czy jedynie słusznej sprawy. Kiedy szacunek dla woli
zmarłego musi ustąpić przed nakazem kardynalskim - znów jakby
podskórnie czujemy to, co życie daje nam na codziennej tacy - jakby
kolejny chwyt marketingowy. Jakże obrazowo to wygląda w przekazie
wizyjnym, kiedy zamiast wśród drzew i bliskich chowa się tak
kochanego poetę - w zimnym betonie niewykończonej budowli. Kościół
jest wieczny i mógł pozwolić sobie na wypełnienie woli zmarłego i
woli chyba ogromnej ilości ludzi, aby - choćby po latach - przenieść
prochy zmarłego do panteonu czy drugiego Wawelu, jakim miała by być
powstająca świątynia. A więc kościół to ludzie, okazuje się że
władza też.
Żadna władza nie ma monopolu, ani na rząd dusz, ani jedyną
słuszność. Tylko różnorodność nas łączy, przyciąga i fascynuje.
Dlatego kiedy słucham znów tych nieporadnych myślicieli o niskich
czołach - widzę jak mi wyświetlają dwudziesto-kilku cyfrowe rzędy
liczb - wpłać na konto. A ja w ten sposób - nie wpłacę, bo nie będę
godzinę notował, w zdenerwowaniu sprawdzał i tak nikt nie zdążył by
nawet zapisać. Czy nie jest prościej wpłacać na hasło - np
"katowickie gołębie". Każdy to zapamięta a na każdej poczcie czy w
banku też każdy by już fachowiec wiedział jakie do tych słów -cyfry
przypisać. Ja zaproponuję na pewnym zebraniu, gdzie będę w
najbliższych dniach też zbiórkę, na jedno wybrane dziecko, które
straciło kogoś najbliższego. Mała to społeczność, i każdy ma swoje
zdanie, ale i tak można, jeśli mnie nie przegłosują. Dzwoniłem do
stacji krwiodawstwa na Saską, bo tam jest ta największa. Poprosiła
mnie Pani grzecznie, żebym nie przyjeżdżał (niedziela) bo tłum ludzi
czeka i nie mam szans. A więc nie trzeba rozkazów, wezwań bo sami
wiemy kiedy trzeba pomóc. Kiedy wzywano do oddania krwi zaraz za
dzień tylko, już proszono żeby się powstrzymać. W wojsku też
ochotnicy poszli, jak zwykle. W masie tych apeli znów dla mnie
zgrzyt mały, że nie trzeba tylko spontanicznie, a trzeba stale i
ciągle pomagać.
Co to za kraj gdzie orkiestra najsympatyczniejsza pod słońcem musi
dokładać się wielką organizacją i zbiórką do leczenia dzieci, jaka
to dziwna rządzących przypadłość, gdzie remedium na tragedię - to
zaostrzanie kar, sposobem na ład społeczny - ustanawianie urzędów
kontrolnych, a na biedę w budżecie uchwalanie setek ustaw, z których
dziesiątki trzeba zbadać czy zgodne z konstytucją, a już na pewno z
możliwościami finansowymi. Stefan Bratkowski, któremu miałam
zaszczyt rękę uścisnąć kilkakrotnie - jako jeden ze sprawiedliwych,
wzywa jeszcze choć cichszym nieco głosem, żeby dać ludziom wędki to
będą sami łowić, a nie rozdawać ..po dzwoneczku. Temu ogon, tamtemu
.. w łeb.
Na wszystko paragrafów być nie może bo wtedy wystarczy już tylko
jeden - jak choćby ten jedyny i pierwszy paragraf w przysłowiowym
zakresie obowiązków pracownika. Jak mawia pewien staromiejski łazik,
wyciągając łapę po złotówkę na kieliszek chleba - "Kerownik" -
ma zawsze rację (pisownia zgodna z wymową). Ba.., ma ją na ogół
nawet wtedy, kiedy już nie jest kierownikiem, ale już nie może nam
kazać się kłaniać, klękać czy uśmiechać.
Na tle smutnych tych historii, widzimy ze krystalizuje się znów
jakaś jedyna słuszna słuszność, więc czas się zastanowić; albo
emigracja albo współtworzenie stabilizacji. Najwyżej Cię zdejmą z
anteny ty dziennikarzu jeden, co się obrażasz na polityków. Ich wolą
jest Trwanie więc i telewizja Trwam jest tu na miejscu. Jak chcą do
Torunia to widać nie pójdą do Canossy. Kiedyś przyjdzie czas, że z
oddali będziemy już patrzeć na ten doczesny padół, odejdziemy bez
żalu ale z humorem, bo te 700 podstawy do emerytury i tak by nie
starczyło. Wesoły będzie już gdzie indziej Pana Fedorowicza kabaret,
bo po co się śmieje z poczynań, (choć ja nie wiem jakich nawet), i
zespól zaśpiewa juz inna piosenkę o tym śmiesznym bajorku w którym
nawet żaba ma jedną nogę krótszą (od chowania pod nędzną kołderkę).
Przyszedł luty
w mróz obuty, będzie znów - 200 i niech ten chłód skronie
posiwiałe nieco - natchnie czymś może nie tak wzniosłym, a
praktycznym i dobrym dla ludzi, dla tych co kochają ptaki po prostu. |
do góry, do
góry...
|