|
|
maj 2006
|
|
data |
dziennikczylinocnik
|
|
30 maja 2006
ftorek
i goool! |
Ładna bramka.
Bramkarz kolumbijski wybił piłkę i ta przeleciała przez całe boisko,
nad głowami zawodników, odbiła się od murawy i ..przeskoczyła świnia
jedna, naszego bramkarza. No on Ci mój nie jest, wolę Jagienkę co
Niemca nie chciała. Gapa i tyle. Piłka interesuje mnie umiarkowanie
jak i większość przekazów telewizyjnych.
Dlatego wracam wspomnieniami do wojaży bieszczadzkich. Ja też
strzeliłem gola, ale w przenośni dość znacznej, bo jadąc na południe
prosiłem synka, żeby zwrócił uwagę na ciemnoskórych obywateli
Słowacji. Tłumaczyłem mu, że im dalej na południe to ciemnieją na
cerze, u nas jaśnieją, ale ciemnota ogólnie większa. Jakoś tak się
złożyło, że co chwilę widzieliśmy jakieś śniade dzieciaki i
..zdziwił się wielce.
Dopiero jak zapytałem jaką skórę miała kelnerka i celnicy, doszło do
niego jak go śmiesznie nabieram pokazując Cyganów, którzy jak widać
osiedlili się gromadnie u naszych sąsiadów. Oto do czego prowadzi
siła zabawnej perswazji, zapewne na tej zasadzie i my wszyscy dajemy
sobie wmówić to i owo. Z przewagą na OWO. Do udanych zakupów poza
bezalkoholowym piwem (zdziwili się, że Polak takie coś kupuje)
zaliczam musztardę - nazywa się horčica. I miód też kupiłem.
Dziewczyny domowe powąchały, spróbowały i mówią - ach jaki
aromatyczny, kwiatowy. No to czytam etykietkę w języku mi bliżej
nieznanym i dowiaduję się że to miód z ..Argentyny. Czyżby nasz był
za drogi, albo za daleki?
Wiadomo, ze podróże kształcą, pewnie dlatego tak masowo emigrują
wszyscy za robotą byle jaką, za każdą granicę. Bo przecież czytam
dziś że pracy na wybrzeżu sezonowej ho, ho i nie ma komu pracować bo
pojechali gdzie indziej, gdzie lepiej płacą.
Rozważania ministerialne na temat strajku lekarzy sprowadzają się do
tego, że jak im się nie chce pracować, to się szpital rozwiąże jakby
to był supełek na chusteczce. Tylko kto zapomniał i co? Okazuje się
że to oni sami winni bo przecież mają obiecane miliardy już za rok.
Ale już nie chcą czekać i słyszałem że będzie generalny jednak.
Próbuje się na lekarzach dość znanego szantażu, bo jak nie świadczą
usług to szkodzą. Ludzie czekają miesiącami na zabieg albo wizytę i
tu nagle strajk i co dziwne pacjenci popierają.. Nie trzeba było
reformować tak ochoczo żeby .. pacjent musiał się na kilka miesięcy
naprzód zapisywać, albo usłyszy, że limit wyczerpany, kasy brak,
chorować nie trzeba. A za własne możesz ile chcesz, a najlepiej w
ramach urlopu. Czyli to nie winien lekarz, ani pacjent ale..
bramkarz. Ustrój nam się nie podobał, ale pielęgniarki owszem,
zróbcie coś w końcu, bo lata lecą.
Konferencji już nie oglądam, bo tylko sukcesy same, jak np. wizyta
Benedykta XVI. Ja nie ośmielę się komentować, ale cała otoczka dziwi
mnie nieco. 5 dni przed wizytą wyrzucono ogródki z Zapiecka, a żadni
goście tędy nie wędrowali. Ok. rozumiem może potrzebna była np.
droga ewakuacyjna, ale 5 dni przed czasem? Kupcy są wściekli, bo
wizyta ważna ale ludzie nie ważni - nie liczą się, maja płacić, ale
zarabiać juz nie..
Nikt nie wpadł na to żeby np. wszystko było czynne normalnie,
restauratorów można by namówić na tańsze dania, tanie śniadania i
przekąski dla pielgrzymów i oni by zarobili i Ci co przybyli nie
musieli by o głodzie i chłodzie. Ale to wymaga myślenia. Chyba ktoś
w koncu bramkę strzeli i to baaardzo ponad głowami. Przecież to w
zasadzie łatwe i nie trzeba wcale do tego Kolumbijczyka.
1 czerwca prohibicja będzie, tatuś co pijał dotychczas, z dzieckiem
się zaprzyjaźni i będzie pięknie, tylko jak pójdzie na metę, a tam
napis matrix - reaktywacja? Musi się napić. Jak słyszę rodzice
też musza odpocząć od pijanych dzieci (sukcesami). Dziś dzień
rodzicielstwa zastępczego. Czyli jak mówi Pan Daukszewicz partia
zastąpi rodziców i "pajechali", po Pawkę Morozowa. A i smutna
wiadomość. Nie cofną mnie do zerówki - nie będzie i koniec. Dzieci
od razu mądre mają być - tylko telewizor im włączyć albo radio, od
rana na właściwą stację. Komisja Krajowa wskaże. |
|
28 maja
2006
bieszczadzkie
wędrówki |
Wyprawa na
południe zakończona - licznik samochodowy odnotował 2.300 kilometrów
przejechane od ostatniej niedzieli do wczorajszej soboty 27 maja. A
co? ... Jak jechać to jechać!
Ruszyliśmy z Michałem w niedzielę 21 maja, a decyzja "jedziemy"
zapadła o 8 rano, zaś o 10 już wyjeżdżaliśmy z Warszawy. Rano zimny
wiatr, czarne chmury i jeszcze nieco za Grójec jakieś drobne krople
nas goniły. Drogi puste (niedziela) więc nie spiesząc się specjalnie
przed 15 byliśmy u rodzinki miłej w Stryżowie, potem Niewodna i
słoneczny spacer wśród pięknej majowej zieleni. Od poniedziałku do
pracy - rozmowy z właścicielami pensjonatów, ośrodków - czyli: jak
zachęcić reklamą internetową przyszłych klientów. Zacząłem od
Iwonicza, ale pierwsze zdjęcia w Sanoku w dzień deszczowy nieco,
pierwszy hotel Jagielloński - z zewnątrz niepozorny, a w środku
wnętrza stylowe, meble jak wilanowskie, łoża królewskie szerokie,
piwniczka restauracyjna zaciszna. Miasto samo na górkach więc
wspinamy się trochę w górę, trochę w dół. Rynek duży cały zastawiony
samochodami, pomnik świetny (płaskorzeźba) Henryka Małkowskiego
twórcy harcerstwa (1911 r.), inny monument dość smutny -
wyzwolicielom Sanoka i wesoła rzeźba wojaka Szwejka. W zaułku
Szwejka mieści się sanocki areszt (pewnie dla zachowania tradycji).
Tablica w zaułku cytuje słynne dzieło; "Raczy pan się znajdować w
burdelu, panie lejtnant. Ludzie bowiem różnymi chadzają drogami".
Druga wyprawa (wg kolejności robionych zdjęć) to Muzeum w Bóbrce,
czyli urządzenia pradawne do wydobywania ropy, wieże wiertnicze,
maszyny i wszystko co wiąże się z Ignacym Łukasiewiczem. Niestety
muzeum lamp naftowych podobno największe w Europie w poniedziałki
nieczynne. Pierwsza wyprawa na Słowację tego samego dnia. Jak
blisko, a już za granicą. W pierwszej miejscowości Swidnik - ciekawe
zestawienie; blokowisko typowe a przed nim urocza malutka cerkiewka
z zielonymi dachami. Szok cenowy ogromny, bo karton piwa (10
butelek) kosztuje 14 złotych czyli 140 koron. Drugie wrażenie to
drogi. Łatane, ale jakieś takie niezwykle równe i dobrze
wyprofilowane, ze samochód sam nie chce do rowu wskoczyć. W
restauracji przy granicy jedzonko pyszne, karta dań ilustrowana,
więc wiadomo co się zamawia. Ale potem niebo w gębie i szok cenowy
przy płaceniu. Tak tanio, że gdyby nie pełny brzusio, zamawiali
byśmy od nowa. Inne miasteczko na trasie to Bardejow z pięknym
ogromnym rynkiem wokół którego malutkie jednopiętrowe kamieniczki -
wszystkie starannie odrestaurowane. Na środku mały ratusz (w
konserwacji) i na końcu rynku ogromny kościół - bazylika św. Egidia.
Lampka wina w kawiarni 1 zł czyli 10 koron. No i nareszcie zjadłem
takie knedle ze śliwkami jakie robiła moja babcia. Cała tajemnica w
cieście. Powrót przez Dębowiec, gdzie świątynia Matki Bożej
Płaczącej, cudowne źródełko i ciekawe żelazne pomniki przestrzelone
wojennymi kulami. Ogromny plac, gdzie odbywają się odpusty.
Potem znowu Iwonicz, zakamarki starych sanatoriów i pensjonatów
(piękne ksiązki mają tu też), sporo zabytkowych domów ale i "wczesny
Gierek" i nowoczesne zdobione szkłem "kryształowem". Wszystko zależy
od gustu właścicieli i ..zasobności kasy.
W Iwoniczu poranny spacer uliczką Wincentego Pola do źródełka
zwanego "Bełkotką". Wspaniałe drzewa oznaczone przez leśników, żeby
jaki warszawiak odróżnił liściaste od iglastego, a i jeszcze nazwać
potrafił (jeden z napisów: "Jestem jodła pospolita - mam 170 lat).
Inna z ciekawostek w lesie, to pułapki feromonowe na owady -
szkodniki leśne. Jak by tak te zapachowe cuda zastosować w
Sejmie to by dopiero był "pomorek". Dochodzimy bez większego
zasapania do uroczego zakątka, nieco opisanego przez turystów, że tu
byli i że kochają Marysię i Zosię. Samo źródełko w kamiennej
oprawie, więc bez ingerencji turystycznej - "Bełkotką" zwane od
bąbelków metanu jakie wydobywają się spod mętnej wody. Kiedyś ponoć
zapalano ten gaz dla większego efektu. W drodze powrotnej -
chłodnica samochodowa na kamiennej ścianie skarpy - z krzyżem -
okazuje się że przed wojną ostatnią, niefortunny skok samochodowy w
dół zakończył się szczęśliwie dla pasażerów, za to samochód
zniszczony. W jednym z sanatoriów robię zdjęcia wnętrz, między
innymi sale ćwiczeń i zabiegowe. Masaż kręgosłupa też i to za
wyraźna zgodą pacjentki. Następnego dnia wyprawa do Krępnej gdzie
cudowne widoki, wiele ośrodków wczasowych, a najciekawszy "Pod
Jodłą". Malutkie rodzinne murowane domki. Aż chciało by się taki
mieć na własność. W pobliżu wieś Kotań, gdzie warszawskie małżeństwo
prowadzi szkółkę jeździecką z noclegami - na ścianie starej stodoły
napis "Hotel RITZ ***". W pobliżu wsi urocza cerkiewka
greckokatolicka, a wokół niej zabytkowe nagrobki - kamienne krzyże.
W drodze powrotnej znów w Krępnej odwiedzam dwa domki, gdzie w
ramach agroturystyki wynajmuje się pokoje dla turystów. Łazienka tak
piękna jak w nowoczesnym hotelu. Pokoje jasne, czyste i .. tanio -
od 20 zł za osobę. Robię jeszcze kilka zdjęć w Nowym Żmigrodzie i do
.. Folusza. Tam duża grupa rowerzystów szykuje się do powrotu do
Biecza. Ośrodek samych domków drewnianych, piętrowych, gdzie śpi się
pod spadzistym dachem. Kto tego nie lubi? Ponieważ jestem z
iwonickimi przyjaciółmi zapraszają mnie na rybę. Ach co to była za
uczta. Dla zaostrzenia apetytu odwiedzamy także Ośrodek zarybieniowy
w Foluszu. Sympatyczny Pan opowiada o hodowli, a między innymi o
odnowieniu gatunku jakim jest lipień. Rybki malutkie w jednym stawie
ok. 200 tyś. kiedyś zasilą podkarpackie rzeki przywracane do życia.
Kolejny dzień i kolejna wyprawa - najpierw przystanek w Majdanie,
gdzie stacja węzłowa kolejki bieszczadzkiej i ciekawa salka muzealna
z eksponatami starych zwrotnic, lamp, urządzeń dawnych tej kolejki.
Dziwiłem się po drodze, że znaki kolejowe stoją, a torów nie ma. Jak
mi powiedział Pan jeden, naród tu biedny, a złom sprzedać można.
Wiadomość to niesprawdzona do końca, ale torów nie ma. Kolejka
jeździ ponoć na krótszej trasie w soboty i niedziele - tylko dla
turystów. Albo na indywidualne zamówienie - jak kogoś stać. Jeździ
na trasie Wola Michowa - Majdan - Przysłup, dawniej z Rzepedzi
do Wetliny. Odwiedzam kolejne ośrodki, gdzie albo mało wody albo jaj
nadmiar (bo bije z podziemnego źródła, a turystów jeszcze mało i
małe zużycie). Za to internetu brak i założą może za lat kilka, bo
radiowy nie działa, a kto kabel puści.
Przystanek w Lesku miasteczko większe jak inne w okolicy, a
przynajmniej rozrzucone na dłuższym odcinku. Dzień kolejny to znów
Iwonicz, Klimkówka z nowym całkiem dworem i konikami pod wierzch
(XVIII wieczny park krajobrazowy). Tablica informuje, że spotkamy tu
lipę szerokolistną, klon, sosnę rumelijską, korkowiec amurski,
tulipanowiec, topolę balsamiczną, jesion wyniosły, robinię,
czeremchę, orzech i inne wspaniałe okazy.
Inny pensjonat na trasie to GAWRA, gdzie urocza recepcjonistka,
równocześnie podaje śniadanie gościom, zamawia reklamę w internecie
i szybko coś tam się dowiaduje przez telefon. Kawałek dalej Hoczew -
restauracja i pensjonat "W Starym Piecu". Dosłownie. Po starej
cegielni został piec zawinięty jak leżąca litera U, a w środku
stoliczki, barek, piękne nakrycia. To jest pomysł.
Dojeżdżam do Baligrodu - na rynku czołg jak wspomnienie walk
dawnych, za rynkiem w górę cmentarz żydowski w stanie bardzo
zapomnianym. Macewy poprzewracane, leżą w trawie, ale nikt ich nie
niszczy na szczęcie i widać że jakoś je zgrupowano razem. Inny
pomnik jakże skromny, dawnych mieszkańców tej ziemi. Zaraz za
Baligrodem najbardziej kiedyś znany pomnik generała Świerczewskiego.
Tego co się kulom nie kłaniał. Jak mi tłumaczono. to się nie kłaniał
- bo taki był pijany i mógł się przewrócić. Pomnik z wieloma śladami
czyszczenia z czerwonej farby, na czole rana od kamienia świeżo
zalepiona. Widać wielkie kontrowersje budzi niedawny bohater
szkolnych czytanek. W Bystrem miły pensjonat fabryki firanek i
wielki dom wczasowy z miłymi gospodarzami, którzy żadnej reklamy nie
potrzebują, bo córka robi strony bardzo udatnie. W Cisnej uroczy
domek "JANECZKA" - pani Janina wynajmuje jeden pokój dla rodziny 4
osobowej, ale reklamę zamawia. Idealne miejsce na bazę wypadową do
wędrówek bieszczadzkich. Inna wieś Smerek i ogromny ośrodek też
Smerek się nazywa. Tak pięknego basenu 25 metrów z krystalicznie
czystą wodą i pod dachem jeszcze w tej okolicy nie widziałem.
Głębokość do 3 m 60 cm, specjalnie zrobiłem w tym miejscu
zdjęcie, przezroczystość idealna.
Do jazdy na Muczne zachęciła mnie reklama i sława Wilczej Jamy.
Droga koszmarna - 10 km dziur, wybojów, przełomów i co tam jeszcze w
czarnym śnie drogowca się przyśni. Ośrodek "Pod Bukowym Berdem"
jakiś opuszczony, dostałem jednak wizytówkę. Sama karczma czyli
"Wilcza Jama" podobno pasztetem z dzika słynie, ale na przygotowanie
dania czeka się i .. czeka. na szybko tylko żur i pierogi mrożone.
Powót w podskokach po dziurach i wybojach za to po drodze dymy
wielkie - wypalają węgiel drzewny. Obrazek charakterystyczny tylko
dla Bieszczad.
Ostatni etap - Arłamów. Po drodze ulewa okropna, ale serpentyny i
podjazdy wszelkie zaliczone jeszcze na sucho. Sam ośrodek, dawniej
perła rządowych spotkań na najwyższym szczeblu robi miłe wrażenie
czystością, elegancją. Goście na obiad pod krawatami. Łazienki
pachnące niezwykle. Na górze samej to leży, zimne wiatry nachalne,
dwa wyciągi. Restauracja stylowa barszcz z krokietem niesamowity,
widać serce kucharza. Goloneczka malutkie cudo - opiekana. Trochę
się czeka ale warto, bo nic tam z torebki nie dało się wyczuć.
Babcia w Niewodnej powitała mnie słowami; - Oj Ty wędrowniku i co
tam nawędrowałeś? - wrażeń moc! Warto było. To piękny kraj, ciekawi
ludzie, ale dajcie im trochę internetu i choćby jedną większą stację
benzynową. Jak się kto zapędzi na rezerwie to przepadł. Wrócę tam w
sierpniu. Dziękuję miłym gospodarzom. Zdjęcia wkrótce. |
|
20 maja
2006
noc muzeów
więc ja w domu |
Rihana -
czekoladkowa dość ruchliwa i giętka.. słucham właśnie jej płyty,
dobrze, że odtwarzacz w samochodziku bez wizji, bo jak się daleko
jedzie to zamiast uważać na pomarańczowe kamizelki, można się
zadumać nad.. tym czy daleko jeszcze. Kamizelki odblaskowe, a nie
kuloodporne są podobno teraz wymagane np. przy wymianie koła. Synek
tłumaczy mi, że po to w samochodzie wozi się trójkąt ostrzegawczy,
żeby postawić nieco wcześniej przed miejscem naprawy, no to ja mu na
to, że jak będzie szedł z tym trójkątem, to właśnie kamizelka mu się
przyda. No a jakby co z lasu, to najlepsza kuloodporna i odblaskowa
równocześnie. Koleżka handlowej profesji przyjechał z Wrocławia i
natchnął mnie tą myślą, że kamizelki są potrzebne. Potwierdzam - są,
jadąc niedawno od strony Mińska w te dziury stołeczne, widziałem z
daleka 2 osobników w kamizelkach. Przede mną zaczęto zwalniać więc i
ja wolniej - dojeżdżamy, a to dwóch jegomości wyładowuje jakieś
dechy. Wszyscy spojrzeli i od razu szybciej.
Zbysio Wrocławski przyjechał motorynką i w kamizelce odblaskowej
nabytej za 5 zł, policjant specjalnie odsunął mu płotek, żeby bez
przeszkód wjechał na Starówkę, ale nie spojrzał na buty - miał takie
właśnie jak niedawno pokazywali w telewizji, mocno używane i bez
perspektyw.
Wypadało by opisać nieco naszą Starówkę, bo jak ktoś bez kamizelki
odpowiedniej i po 10 próbował wjechać to juz miał przechlapane, choć
zaczęło padać dopiero po 14.
Dziś 20 maja na Podwalu i placu Zamkowym rozpoczęły się studenckie
Juwenalia skutecznie blokując dojazd i wyjazd wszelki. Troszkę
wyrażali się oględniej kierowcy wywożący ogródki z Zapiecka (z
podłogami i parasolami, ale bez konsumentów), bo wielka msza w
katedrze chyba wyświęcenia jakie, bo i ksiądz Marek zaszczycił mnie
rozmową kupując coś historycznego, ze o biografii Mozarta nie
wspomnę.
Dość ciekawy kontrast; tu czarne sutanny, tu dziewczyny sine nieco,
w skąpych staniczkach z pióropuszami też skromnymi (a'la Casino de
Paris czy Radom City?), ogólnie trzęsące się z powodu zimnego
wiatru, a nie przystojnych sprzedawców.
Do wizyty papieża Benedykta XVI jeszcze dni parę, ale BOR kazał i
ogródki zaczęli wywozić, jakby sobota i niedziela kiedy z tylu
okazji (jeszcze noc muzeów) były dniami już wszelkich ograniczeń.
Czy tylko w handlu czy i w myśleniu też? Kogo to obchodzi, że
właśnie sezon i te dwa dni są na wagę złota. A w poniedziałek
spokojnie od świtu by sprzątnęli i spokój..
Było i wielkie sprzątanie w poprzednią niedzielę na Starówce, po
występach tych dla których każdy mecz jest okazją do dania w mordę,
uchlania się i wybicia paru szyb. Przyjechałem dopiero na 9, a cała
Świętojańska i Rynek zasłane były papierami puszkami i szkłem
butelkowym wszelkim. Wzdłuż ulicy co druga szyba wybita, a minister
w telewizorze twierdzi, że straty niewielkie. Tylko żeby zniszczyć
(bo nie da się wybić) szybę pancerną potrzeba siły i wielkiego
brukowca. Szyba tak kosztuje niemało, a jak już ją wprawiają kupcy
to widać, że darzą nasze siły bijące i broniące równym zaufaniem. Bo
wiadomo, że jedni będą walić, a drudzy przygotowywać strategię
odparcia. W wybijaniu szyb pancernych pomogło nieco zaopatrzenie w
nowy bruk luzem - katedry św. Jana. Właśnie nową nawierzchnię
kładziono i nikt kosteczek kilogramowych nie chował, bo to mało się
kradnie teraz, ale dobrze rzuca.
Ja wieję - wyjeżdżam - kierunek Beskid dość niski w porywach do
Bieszczad. Na dużej pętli jeszcze nie byłem, a małej nie używam, bo
jestem optymista mimo wszystko i nie leczony.
Inne rytmy, nie mniej namiętne kończą moje wywody, bo cygański
zespól Bratch.
O ile nie będzie nadmiaru kamizelek drogowych, startujemy w
poniedziałek o świcie czyli ok. 4;30 rano może o 5. Dwóch
przystojnych panów dość znacznie różniących się wiekiem, coraz mniej
poglądami rusza, aby dalej od kolejnych ustnych zarządzeń, pustych
zamkniętych ulic kilka dni przed zapowiedziana wizytą i ..niech żyją
wakacje nawet jak przymusowe. Wszak wagary to podstawa naszego
istnienia, tylko teraz za to juz nikt nie płaci. Każdy sam traci,
najwyżej mu pomogą.
Pomożecie? brzmi nadal pytanie - odpowiedź nieco inna - wal się ...w
czoło i tak za tydzień strajk (policja, służba zdrowia, szkolnictwo,
wpisz co uważasz ...).
I kup kamizelkę.
Mnie nie ma - jadę sprawdzić jak tam w Rzeszowie działa internet
bezprzewodowy, podobno prawie całe miasto już ma. Jak wrócę zdjęcia
pokażę - na razie buziak miły Marysi Długosz - z ufnością w historię
patrzy.

Ciekawe słowa do śpiewania podczas jazdy podesłała mi koleżanka:
Jatsutsappari titkarilallan titkaritillan titstandullaa
dipidapidallaa
ruppatirupiran kurikankukka jakilikankuu, härtsätsää
jaripidabidilla baritsdandillan dillandoo abarippattaa
parippariibadibidibidi
stendellandoo, jabarillasdilla deijadoo dabadabadabadabadaba
duuajavuu risdan
dillan stillan dobadakadagadagaduuduudejadoo.
http://www.czari.info/fkreeca/
Fiński śpiew poniosę z północy na południe..... |
|
11 maja
2006
w nocy |
Jedna Idea
kiedyś była, a potem już jako nazwa niesłuszna, bo zmienili na kolor
pomarańczowy, pewnie pod wpływem Pomarańczowej Alternatywy. No i
wyszedł Orange, co załogę ma młodą i chętną ale.... Ja zawsze mam
szczęście do komplikacji spraw prostych. Życie się z takich właśnie
drobiazgów się składa i całe szczęście że kłopoty niby też drobne
ale i śmieszne czasem.
Zadzwoniła do mnie dziewczyna może trochę "blond" ja też były
"blondyn" i ..nie dogadaliśmy się. Miłej rozmówczyni musiałem
powiedzieć, ze jestem w pracy, a ona jak juz służbowo proponuje mi
promocyjne minuty szczęścia - to powinna się przygotować do rozmowy.
Jestem klient firmowy, a nie jakiś tam przysłowiowy Kowalski, co ma
telefon bez piątej klapki i marudzi. Dziewczę miłe usiłowało mi
wmówić że jak ma w komputerze w tabelce mnie jako indywiduum to nie
mogę mieć taryfy dla firm. A jak dostaje rachunki na firmę to nie
wie jak to możliwe. W każdym razie chodziło o to że propozycji nie
zrozumiałem, bo nie mnie dotyczyła.. no tak wiek nie ten. XXI zdaje
się. Nakuszony na nowy telefon udałem się do saloonu Orangowego na
placu Konstytucji (nie wiem której konstytucji i obawiam się
najgorszego). Tam za szklaną szybą gdzie firmowe biznesmeny się
rozsiadają zaczęliśmy pertraktacje z których po godzinie !!! i 15
minutach wyszedłem z ..niczym. Dowiedziałem się, że jeden telefon
czyli Nokię 63300 (?) mogę dostać ale jak zapłacę ponad 400 zł bo
oferta jest, ale taryfa Top biznes dla mnie niedostępna bo nie
przedłużam umowy biznesowej, tylko przechodzę z indywidualnej na
firmową. Miła i coraz mniej uśmiechnięta panienka znalazła w końcu
telefon dla mnie - Motolorolę L-6 (czy L-4 nie wydają już?). Ale
znalazła w komputerze, bo na jawie to było tak: - kiedy
zadeklarowałem że dopłacę za słuchawkę bezprzewodową, to miła
rozmówczyni udała się do magazynu i stwierdziła po powrocie że w
całej Polsce nie ma. No i jak to mówią niektóry młodzi ode mnie
"wymiękłem" nie wiem co to znaczy, ale tu pasuje. Wyszedłem smutny
jakiś, opuszczony i smętnie patrzyłem na moje stare wytarte
klawisze. Ale ja jestem ufny tylko w pewnym wąskim zakresie, jak to
zwykle bywa z tymi co komunę i inne atrakcyjne ustroje przeżyli.
Włażę w internet i co widzę.. jest moja niedoszła motorolka w kilku
punktach w Warszawie i nawet w jednym pomarańczowym punkcie w
Wola-Parku czyli takim sporym sklepie gdzie wszystko kupisz, jak
tylko bank napadniesz albo lepiej ze dwa. I tu Panienka miła i
zgrabna. I ząbków biel i uśmiech życzliwy - są, proszę Pana te
Motorolki ze słuchawką. W końcu w Polsce nie ma? A na Woli są.
10 minut trwało żebym już ten cienki telefonik zawijał w nową umowę
dwuletnią i ze słuchawką zdalną w podskokach oddaliłem się
szczęśliwy wielce. Ile to radości może dać nam panienka. Tylko żeby
była troszkę poinformowana, nieco kompetentna i nawet całkiem
uśmiechnięta. Tak więc udając się na przykład po nowy telefon ze
starą umową, przestudiuj wszystkie aspekty i kruczki jakie podają w
internecie, bo i tak możesz wyjść na dudka, jeśli pomocna dłoń Tej
kobiety na która czekasz w marzeniach telefonicznych z opresji cię
nie wyciągnie.
Telefon rzecz ważna, podobno juz 30 milionów obywateli ma, czyli
dziecko z kołyski mało tez nie wypadanie bo właśnie dzwonią w
sprawie becikowego.
Piszemy dziś o pozytywnych aspektach naszego codziennego bytowania
na tym łez padole, więc donosze niniejszym, że na Starym Mieście
porządek będzie, albo jak mówią w Poznaniu "..zaś ale być musi".
Przed przyjazdem Papieża, komisje garniturowe chodzą, mierzą notują
i coś tam szepczą miedzy sobą. Dziś nawet patrol
policyjno-strażniczo-miejski, zatrzymał się przy grupie - nie
grających! - uwaga byli całkiem cicho, a tylko siedzieli nad kartką
-"zbieramy na poloneza" nie wiem skąd to taneczno-motoryzacyjne
marzenie. Ale chyba nic nie uzbierali do czapki. I ja pozytywnie
pomarudzę, bo choć kapelusz słomiany posiadam to nie noszę jeszcze -
przy północnym wietrze nie wypada. Ruch słaby, ale jak już przejdzie
to szyja boli od obracania się za tym ruchem pięknym i zaokrąglonym.
Zawsze jakaś to rekompensata za brak znaczących kasowych przychodów.
Podchody teraz wielkie i powszechne do przychodów silnie
skumulowanych, bo jest szansa że ktoś wygra 12 milionów. Tak
informuje totolotek, a potem okaże się że nie 12 a 10 i to jeszcze
podatek odejmą i jak los się zaweźmie to 6 osób potrafi też trafić.
No i jak tu szaleć gryźć. Ja tam wierzę w los łaskawy, bo jak nawet
"trójki" brak to wiadomo, ze szykuje się większa forsa, tylko kiedy
mój kierownik kolektury mi da właściwy kuponik.. Widać ma też innych
znajomych. Nie hazarduję się zbytnio, bo nie jestem rolnik z
samoobrony którego mają oddłużać. Taki to wszystko może, nawet jak
nie sieje i nie orze, a nawet jest to niewskazane bo kiedy by
działał. Kumulacja pełna w polityce też .. nie będę się wypowiadał,
bo nie znam tylu nowych ludzi patrzy w dal jak by tu zmienić szarą
rzeczywistość na niebieską, ...pieska wasza niebieska. Dopiero co
słyszałem w telewizorze, a słucham tyłem więc może niedokładnie, ze
jakiś Pan co miał być ministrem morskim zna się na tej morskiej
gospodarce, bo widzi port z okna jak statki pływają. I jak pływa ją
za wolno, albo w zbyt małej liczbie to trzeba by może więcej czadu -
od razu widać ze ma koncepcje i na ministra się nada. Pewien zawód
spotkał mnie przy obsadzaniu stanowisk kobiecych, bo juz myślałem ze
Pani Renatka też gdzieś owszem ..zasiądzie. Za szybko sie to dzieje
i nie rozumiem czy młodzież wszechpolska popiera nowego prezesa
telewizji czy resort edukacji sportowej. Ministerstwa dzielą się
przez pączkowanie, jak pantofelki czy inne istoty pierwotnej
biologii.
Jak sie to przełoży na życie na Starówce nikt nie wie, bo nie ma
jeszcze przepisów wykonawczych, jak będą - to się wykona. W każdym
razie handel w niedziele ma bycć zakazany, ale tylko do 9 osób,
powyżej, to juz nielegalne zgromadzenie. Dawniej tak ściśle tego nie
określano i juz do jednej jednostki milicjant mógł stosować przymus
bezpośredni wołając - rozejść się .. swołocz dodawali dawniej
niektórzy. Dziś klienci wschodznio-języczni pytali czy ja "ruskij'
bo nie tylko rozumiem "..skolko", ale i odpowiadam, ze "sorok", albo
i mniej bo euro spadło i dolar takoż.
Klientów jakby mniej i to zagranicznych czyżby wybierali ciekawsze
miejsca bez tych odpadających tynków? W kamienicy Pod Lwem dziura
taka że japończyk cała rękę wsadził i coś wołał może macał co za
ścianą. Niektórzy mówią że sezon marny będzie bo i bez fartu się
zaczął. Zmarł dziadek co koniom dorożkarskim do owsa grosz wrzucał i
przechodząc obok książek zawsze miedzy tomy 2 albo i 5 groszy
wsadził dla lepszego handlu. Żegnamy Cię miły Panie Józefie..
Ahoj przygodo -
jak mawiam zawsze ilekroć mam nie pójść do pracy. Za tydzień czy
półtora przybywa Papież Benedykt więc kilka ulic wyłączą z ruchu
wszelkiego. Ruszam zatem na południe, zaraz po następnej niedzieli.
Zajmiemy się badaniem przyrody we wsi Niewodna, a także będziemy
bywać u wód Iwonickich czy Rymanowskich. Podobno kontakt z przyrodą
lekko mokrą, świetnie wpływa na nastrój i cały organizm, więc pora
na regenerację i na łonie.. kolację. Sarny podobno pod dom
podchodzą, więc aparat oczywiście zabieram. Póki co dwa wernisaże
mnie czekają jeden juz w poniedziałek w galerii Zapiecek drugi w
środę u Pana Michała, a 20 maja w sobotę pracuję co najmniej do 22.
Noc muzeów i wszyscy zwiedzają za darmo.. galeria czynna do 1 w
nocy. I to jest IDEA - jak przyciągnąć klientów i uatrakcyjnić
miasto. Do zobaczenia... wkrótce. |
|
1 maja
2006
poniedziałek
a święto
czyli
"inaczej" |
1 Maja, św.
Józefa. Święto pracy, czy kościelne bardziej. Nic błędniejszego, to
tylko fragment dłuższego weekendu czyli grill, działka, czasem na
ryby, czasem na piwo, a czasem na wycieczkę na Stare Miasto - bo
właśnie słoneczko wyszło. I o to chodzi. Jak wskazują badania i
ogląd własny przyjęć wszelakich - ani pochody, ani modły nie
zastąpią lufy uczciwej, polskiej, ciężko zapracowanej. W końcu przy
stole jest się tylko w dobrym nastroju, a za kierownicą jakby
trzeźwym inaczej. Pewnie przez ten policyjny ogląd wydechów
świątecznych statystycznie co święto to 1000 pijanych złapanych.
Skoro nie wszystkich złapią to z 10 tyś jakoś tam jedzie sobie
wesoło, ale wolno. Znów mnie naszło na pijackie wspomnienie, bo
koleś jeden z rana samego chciał mnie zabawić rozmową. Cel takiej
rozmowy znany mi jest tak dobrze, że nawet kwota pożądana przez
niedopitego jest mi obojętna. Ten zaoferował mi żołnierzyka
pozłacanego czymś świecącym za 2 złote. A więc wyższy stopień
żebractwa bo z tzw. pozorowaniem transakcji handlowej. Opisuję tu
jakieś tu głupoty zamiast do sedna od razu. Mętny człeczyna zapytał
się czy mam encyklopedię rocka - nie mam niestety, - bo on właśnie w
jednym tomie tam figuruje. Więc jakby rockowy inaczej, bo już z
rytmu wypadł baaardzo wyraźnie.
Dzień udany bo jeden słoneczny, wśród wielu deszczowych się trafił,
a zapowiadają i na jutro pogodę. Gości sporo, bo i Holendrzy i
Szwedzi, Włosi, Hiszpanie, Francuzi, Rosjan najwięcej. A i naszych
wycieczkowiczów z pozastołecznych legowisk przybyło sporo sądząc po
ilości pytań o warszawskie przewodniki. Jak by co, to jeszcze są.
Dziś też rocznica druga, wejścia do Unii Europejskiej. Obchodów nie
odnotowałem, ale i tych kochających Unię inaczej, też nie było, więc
chyba przywykliśmy, a tylko na użytek kabaretów twierdzą niektórzy,
że na Euro przejdziemy po 2020 roku. Pewnie mają jakieś
nieudokumentowane dochody w tapczanie i tyle lat jeszcze muszą
powoli wpuszczać do obiegu, bo u nas tak szybko wyprać się nie da.
Do tego trzeba liznąć trochę ekonomii, a nie zaraz kupować 300
hektarów lasu (do posiania) - jak pewien euro-poseł, znany z tunelu,
który zowią na Powiślu "Przekręt".
Ucieszyło mnie poranne słoneczko, bo do pracy czas, a i remoncik
mały w domu skutecznie mnie z niego ewakuował. Jestem jakby to
powiedzieć - życzliwy wszelkim naprawom, modernizacjom i zmianom,
ale jakby nieco inaczej, bo z jak najmniejszym moim udziałem. Żadne
narzędzia mi niestraszne, ale żebym zaraz z nich użytek robił, to
juz przesada. Manualnie owszem, ale pogłaskać, uszczypnąć nawet, ale
zaraz brutalnie śrubokrętem czy młotkiem - nieeee. Przy myciu garów
odpoczywam, nawet wycieranie talerzy w zasadzie nigdzie już nie
stosowane, jakoś mnie uspokaja. Więc choć się nie przydam do naprawy
kranu, nie przydam się takoż do naprawy kraju, bo politycznie też
jakby myślę inaczej (bez względu na opcję i kierunek), ale zawsze na
uśmiech i poprawę stosunków międzyludzkich można u mnie liczyć. Mam
tu na myśli, co oczywiste, płcie przeciwne, czyli jak mawiał pewien
satyryk - pasujące inaczej.
Jakoś to słowo "inaczej" czepiło się mnie dziś okropnie. Pewnie za
często te gary myję i natłok myśli stąd taki. Mam jakieś takie
obsesyjne wrażenie (tak to zwykle się zaczyna), że otacza mnie spora
grupa, które to słowo "inaczej" uosabia. Niepełnosprawni inaczej.
Nie myślę tu o normalnie żyjących, zmagających się z trudami
codziennymi ludźmi, których los doświadczył jakaś ułomnością, czy
kalectwem. Myślę o tych, którzy niby sprawni umysłowo, a myślący
inaczej. Mówią że zielone albo niebieskie, a ja widzę czerwone albo
żółte. Mówią że mają większość, ale to mniej niż potrzeba. Czy jak
ktoś jest mi obojętny, bo nawet go nie znam, to rzucam mu kłody pod
nogi? Czy ktoś jak mnie prosi do tańca - musi mi mówić, że tylko
kochający inaczej nie tańczą? Niepełnosprawni inaczej, umysłowi
inaczej, ja też inaczej. Może dlatego nie piję, bo już nie trzeba -
przecież widzę samych radosnych inaczej, nakręcanych ideowo jakąś
wściekłą radością, albo wściekłą retoryką. I nie odpyskowywać mi tu.
Sam się zaszczep taki owaki.
Koniec dni deszczowych nadchodzi, a telewizja mi jednak szkodzi.
Będę sprawny inaczej - czyli sprośna świnia kapitalistyczna. Z
pełnym nadziei akcentem na "kapitalistyczna". To też cytat ze
starego kabaretu. Zawsze chcieliśmy (MY czyli ja) taką zostać.
Okazuje się, że do niepełnosprawnych inaczej dołączył (czy aby na
trzeźwo?) Piotr I. z lewej najbardziej lewicy, bo wołał dziś na
pochodzie - o socjalizm, o komunizm!
O rany! Cały rok jaja, czas żeby białeczka lekko nieświeże mocno
ubić, na bezy przerobić. Żółtka do Chin, bo bilans ujemny. A grypa
ptasia skąd się bierze - wiadomo z frustracji. Poseł jeden, też
tylko z frustracji kandydował i teraz mamy. Wicek nie jest
sfrustrowany on będzie Wacek inaczej, bo niby marszałek, niby
premier, a kandydat na prezydenta. Czy to juz znów wybory?
Żona mówi, że mam koszule do spania nową, tylko jakieś rękawy długie
- czy znów zawiążą mi na plecach? Ech.. jak i pysk zamkną, to dusza
śpiewa. Nie ma to jak być umysłowym inaczej. |
do góry, do
góry...
|