|
|
październik 2006 |
|
data |
dziennikczylinocnik
|
|
18 października
2006
przed
południem,
słonecznie,
rano
"zero"
|
Spóźnione, ale
równie serdeczne podziękowania, za życzenia, które dostojny jubilat
odczytał z radością, ukontentowaniem i w pozycji niemal
horyzontalnej. Lewitacja (pochodzi od nazwiska wspomnianego) jest mi
znana od czasu wprowadzenia w stanie wojennym godziny 13 jako
terminu bezwzględnego spożycia i do tej pory już bez względu na por
popadam w ten miły stan, nie spożywając jeno chłonąc one fluidy
życzliwości podparte małymi szczypankami, niewielkimi kopniakami i
jednym policzkiem.
Dziękuję szczególnie tej Pani co to już prawie dwa dni wcześniej,
tej co o świcie i tej co dopiero co.. , ale za to z wyraźnym
zamiarem. Lata lecą, do liści jesienią nie będę się odwoływał bo to
banał, a człowiek ani mądrzejszy ani ładniejszy, tylko wie już mniej
więcej, kiedy się uśmiechać czule, kiedy ładnie i kiedy
dyplomatycznie. Pięćdziesiątkę minąłem spory czas temu, więc się nie
ma co zatrzymywać nad tym smutnym faktem, ale okazja miła do dobrej
wyżerki i przypomnienia dzieciom, że ten facet co gary właśnie myje
- to tata. Wino czerwone w ilościach stosownych spożyte zostało,
niby do samochodu nie wsiadałem, ale co robi jeszcze pół butelki w
lodówce? Kiedyś nie do pomyślenia. Pewnie dlatego ze hiszpańskie
delektować się trzeba było, a nie walnąć uczciwie kilka szklanek,
przed polskim spożyciem właściwym. Jak widać obyczaj upada, bo rano
spojrzenie bystre na stan konta przyprowadza nas do wesołej
równowagi. Jak nie starczy to co się martwić. Gdy jest za dużo na
tym koncie napchane, zaczyna się planowanie co by tu kupić, bo
wszystko prawie konieczne (samochód, komputer nowy też), a tak
święty spokój i optymizm niezakłócony.
Szafy z okazji i bez okazji nie otwieram, bo tam teczek wiązanych, a
nieopisanych moc. Znajdę jeszcze jakieś papiery pradawne i będę miał
kłopot jak to teraz w prasie opisują. Szafa wg Freuda wiadomo jakie
skojarzenia budzi, mnie nie budzi nic, jeno słoneczko bladym świtem.
A jak kto ma psychologiczne kłopoty to potem z zachodnich teoryjek
musi rezygnować bo ten darwinizm też podobno się nie sprawdził.
Ostatnie pozostałości dawnych wierzeń pozostały w takich
powiedzeniach jak - "ty małpo" czy "spadaj na drzewo". Wystarczy
spojrzeć przez okno i każdy widzi że ziemia jest płaska, jak czoło
czołowego polityka, a czy stoi na 4 słoniach niech to już badają
inni.
Tajne służby znam, inspirują mnie umiarkowanie, choć działania
nasiliły się przed wyborami. Szeptem do mnie mów, śpiewała mi rano,
inspirując tak miło (nie teraz, nie teraz), a tu jakieś listy w 5
egzemplarzach każą wypełniać, podpisy składać, choć niewiadomo na
kogo bo wszystko tajne i w pięciu egzemplarzach. Domyślać się można
tylko, że te głosy upięciokrotnione (!), zostaną przypisane jednemu
kandydatowi - na pewno słusznemu. Ja się podporządkowuję bo zawsze
jak coś kombinują to lepiej wierzyć, że to dla dobra. Dobra, dobra.
Na ostatnim zebraniu (dopuszczają mnie jeszcze) kupcy orzekli, że
poprą każdego co za Stare Miasto się weźmie i dokończy w końcu
prywatyzację handlu. Ale kto ma czas na takie głupstwa jak jeszcze
nie wyjaśniono, dlaczego szpiegowano Bolka, choć on nic nie wziął z
Banku. Teraz komisja bankowa nie działa, ale jak zrobi skok jaki, to
wróci i wyjaśni, tylko jak ten prezes odejdzie, co jasno tłumaczył,
ale niezrozumiale czytaliśmy. W końcu jest jeden słuszny kierunek
(można znaleźć za pomocą sznurka). I w końcu będzie też -jasność.
Cholera a jak ogłoszą w znajomych mediach, że ta jasność już jest,
ale ..wiekuista, to gdzie ja będę obchodził te jubileusze?
O kobietkach ponętnych, a polityką zajętych pisać nie mogę, bo co
napiszę, to albo siedzi, albo leży i czeka z niepokojem na rozwój
wydarzeń. Na szczęście koalicje po kolacji zawiązują się jak
sadełko, dają stosowny odpór i zapewniają nam nieustanny ciąg
dalszy. Zajmuję się zatem spokojnie kulturą, słuchając piosenek,
które radowały serca rodziców czy dziadków. Z Edith Piaf śpiewał
kiedyś Luis Mariano w duecie, a sam ... dziesiątki jak nie setki
piosenek świetnych popełnił. Mawiało się za czasów Pana Lucjana - o
francuskiej piosence, jakże pięknej, melodyjnej i z tym "rrrrrrrr".
No to czasem wieczór retro może być miły - polecam się samotnym
damom, w pewnym oddaleniu od stolicy najchętniej. Sam szykuję się na
tańce, najpewniej latynoskie sadząc po zanikającym temperamencie (do
polityki oczywiście). Nieużywane organy zanikają. Była kiedyś Rada
Państwa i zanikła, a tyle o niej pisali.
Z pracą dałem sobie spokój, bo choć serce rośnie (nadciśnienie), to
ręce marzną i badanie różnic temperatur, bywa czasem krzykliwe, a i
w pysk można dostać jak dziewczyna niezwyczajna. Tak więc jeśli
cokolwiek jeszcze zdziałam na Zapiecku to tylko w niedzielę. Zabiegi
czynię zaś usilne o dalszą pracę w roku przyszłym, w czym mnie
poparli moi kupcy stowarzyszeni, do tego stopnia, że do Burmistrza
nawet pismo z poparciem posłali.
Jak widać same dobre widomości, o niepokojach pisać nie będę, bo ma
być pozytywnie, miło i z uśmiechem. Jak twierdzi moja przyszywana
kuzynka Krysia - z większością moich wywodów się nie zgadza, ale
uśmiechamy się razem. A co mamy robić sieroty - nie dość że w tym
wieku, to jeszcze tyle grobów trzeba odwiedzić, i nie ubywa..
Dawniej można było wpaść (z kwiatem, albo flaszką) teraz trzeba
częściej ze zniczem. Wkrótce wiadome święta to i tak jakoś mi się
nawiązało. A wracając do krytyki twórczej - nie utożsamiam się z
autorem Wiśniewskim, co to go podobno niesłusznie pochwaliłem za
talent. Ależ proszę Pani, czy te inne że nie wymienię, polskie
produkcje na tle tak wyraźnie się rysują, że można coś porównać?
Dlatego czytam co czytam, a nie tamto co Nike dostało.
Jadę wkrótce - ale gdzie? Powiem jak już się wykrystalizuje, bo w
planach Poznań, coś tam na południe od Krakowa, może Nałęczów, albo
jaka inna Białowieża - wszystko po drodze. Zamontowali mi cztery
głośniki w starym samochodzie i teraz wiem, ze te wiadomości co
nadają co chwilę, to tylko quasi quadro, wiec się już nie boję,
wysiądę trzasnę drzwiami i spokój, i może czasem ptak zaśpiewa. Do
wiosny bliżej jak Ci się wydaje. Niezakłóconego odbioru uczuć życzę.
Tylko tym razem słuchaj uważnie, czytaj ze zrozumieniem wyznania
wszelkie i kochaj z uśmiechem, miejsca czułe wskazując do całowania.
Nie ma się co wstydzić, już nie ten wiek - jubilaci byli i przyszli.
Potem poszli. |
|
4 października
2006
środa |
Październik
zaczął się ciepło i wilgotno, czyli sentymentalnie i seksownie
(przynajmniej według literatury najmodniejszej czyli "Samotności w
sieci"). Miesiąc ciepły temperaturą, mokry deszczem, gorący
namiętnościami handlowych bojów. Ale po kolei. 2 października na
godzinę 10 rano wyznaczono w urzędzie wysokim, bo na IV piętrze ul.
Jezuickiej - spotkanie petentów i urzędników dla ...- złożenia podań
o zajęcie pasa drogi pod stoiska handlowe, miejsca dla malarzy,
katarynki i plastikowej syrenki. Nikt jeszcze nie słyszał o
wyznaczeniu dnia i godziny na składanie podań, bo wszak wolność
obywatelska pozwala pisać i składać co tylko dusza zapragnie o
każdej urzędowej porze przez rok cały. Do tego dodano zdanie
złośliwe, bo pikantne jak pieprz cayeński = "decyduje kolejność
zgłoszeń". No i ludziska uwierzyli do tego stopnia, że tylko
potworzyli komitety kolejkowe jak w ciemnych czasach PRL-u kiedy
wyścig, bieg i gonitwa powszechna za byle pralką czy regałem były
naszym chlebem powszechnym. O ile reklama kiełbasy "jak za Gierka"
wywołuje jeszcze uśmiech, to już zapisy kilka tygodni wcześniej na
listę oczekujących mniej cieszą. Zdeterminowani petenci, którzy chcą
jeszcze w 2007 roku prowadzić swój handel pamiątkowo-pocztówkowy na
terenie Starówki, stali dzień i noc ponad 2 tygodnie. Widziałem ich
na dyżurach, choć sam nie wziąłem w tym udziału. Nie chodziło o to,
że po kilkunastu godzinach pracy, całonocny dyżur wpłynie niezbyt
kojąco na moją kondycję, ale o pewne swoiste rozumienie prawa. Nie
można się dać zwariować tylko dlatego że ktoś omyłkowo uznał, że
jedynym kryterium przydatności dla handlu staromiejskiego jest
szybkość zajęcia kolejki, silne mięsnie i mocne łokcie do zajęcia
właściwej czyli pierwszej pozycji. Rok temu wpisywano godziny
przyjęcia i komuś tam udowadniano, że jak przyszedł 2 minuty za
późno to już nie może być rozpatrzony. Niektóry legaliści stali
dzień i noc, zmieniając się i wspierając na dyżurach, inni stworzyli
natychmiast komitet kolejkowy - bis. A w konsekwencji - wszystko
szlag trafił, bo pewna pani żądna zwycięstwa, zaprosiła kolegów z
dzielnicy, może mało piszących podania, ale za to barczystych i w
bojach zaprawionych. Pięciu czy sześciu panów zapewniło jej taką
ochronę i "przepchnięcie" na miejsce pierwsze, że już na szycie
schodów kiedy do upragnionego urzędowego ołtarza pierwsi dopadli -
krzyk, tumult i wyzwiska rozpoczęły się tuż przed godziną wyznaczoną
na przyjęcie pierwszego podania. Przepychanki, szarpanina,
przekleństwa i krzyki pewnie w pamięci zalęknionych urzędników
pozostaną na długo. No i po przybyciu straży miejskiej, policji, a i
także jakiegoś reportera - podjęto jedynie słuszną, ale jakże późną
decyzję. Oznajmiono wszystkim szarpiącym się i stojącym od tygodni,
że skoro zachować się nie umieją, to wszystkie podania .. będą
przyjmowane bez wpisywania czasu złożenia (!!!).
Komu to było potrzebne, nie wiem, ale miłości ani życzliwości słowa
użyte i przedtem i potem nie niosły. Potem zlani, zmęczeni
niewyspaniem - oczekują teraz na wyrok.
Choć wydanie zgody na taki uliczny handel to decyzja administracyjna
można było opracować jakieś kryteria. No choćby przystojnym, mądrym
i wesołym dawać, a smutnym, nudnym i zawianym - dawać ale gdzieś nad
Wisłą ..wędkę.
Jedna z miłych moich korespondentek napisała mi, że moje nocnikowe
bazgroły za bardzo sprawozdawcze, a za mało z sercem. No i prawda.
Serca nie mam do niektórych zarządzeń, a do pewnej Pani to i owszem,
ale ...decydują zasługi. Jak będę grzeczny to może.. I tez nie znam
dnia ani godziny, dlatego ..i przed pójściem do urzędu prysznic
biorę dla odczynienia uroku.
Czytam i czytam i widzę, że jakiś taki nerwowy się zrobiłem, że
tekst przelatuję za szybko, niektóre sceny samy cenzuruję, opisy
wycinam. Wszytko przez to, że przyjąłem złe założenie. Po pierwsze
chciałem wiedzieć dlaczego tak książka jest krytykowana, po drugie o
co chodzi, i jak się kończy. Chodzi oczywiście o "Samotność w sieci"
Janusza L. Wiśniewskiego. Pierwsze opinie klientów mało
entuzjastyczne, inne odwrotnie - książka świetna. W hurtowni
powiedzieli że na kolana nie rzuca. No to musiałem i ja wiedzieć o
co chodzi, tym bardziej że "momenty" są. Niedawni słuchacze "60
minut na godzinę:" wiedzą o co chodzi - momenty były więc na film
można iść, jaką golizną oko ucieszyć.
W sumie przeczytałem 3/4 książki, opuszczając niektóre dywagacje i
tematy poboczne. Ważne było tylko co Ona i On i czy się spotkali w
końcu.
Jakąś tam opinię w końcu mam. Ksiąźka jest świetna. Pomysł
doskonały, ujecie tematu, znajomość psychologii, język wszytko
pięknie. Mam jednak pewne nieodparte wrażenie, że coś jakby
współczesna (oj bardzo współczesna) Rodziewiczówna czy inna
Mniszkówna. Przecież to prawie jak u nas, bez problemu lecimy do
Madrytu, potem do Vegas. Podpisujemy czeki, śpimy w klimatyzowanych
hotelach, jemy i pijemy wykwitnie, albo choćby elegancko.
W końcu należymy do wyższych sfer .. no choćby duchem. Więc i
element bajkowy. "Momenty" są, jakże docześnie ujęte niż w
pierwszych polskich erotykach powieściowych "pana samochodzika"
czyli nie ma tu miejsca na słowiański seks a'la Nienacki.
W jednym miejscu pasuje wszystko idealnie w innym nawet śmieszy, bo
nie taki rzeczy czytaliśmy. Nieco przesadzona scena z udziałem dwóch
palców podwójnie użytych. (To zdanie polecam na szkolne dyktando).
Ale postęp w literaturze jest, wulgaryzmu tu nie ma o ile czytelnik
przygotowany nieco. Samo życie, ale... juz w XVI wieku niejaki
Brathom'e pisał o paniach swawolnych, śmielej nieco choć w łagodnym
tłumaczeniu Boya czytałem. Niestety francuskie dania nam się tylko
kojarzą, a język piękny kiedyś w sferach eleganckich powszechny,
zanika co po sprzedaży słowników widać.
Książkę polecam. Do kina nie pójdę, bo tu juz opinia klientów miłych
i przyjaciół zgodna. Film nie odda tego co nam wyobraźnia podpowie,
do tego nudy i dłużyzny podobno. Produkcja znana, już reklama dała
mu zarobić, ja nie muszę. Darmowych biletów proszę nie przysyłać, bo
dokładnie film opiszę.
Ktoś kto dość mgliste ma pojęcie o internecie i mailowej
korespondencji, będzie miał trudniej, ale taka nasza rzeczywistość,
że kultura musi technikę gonić.
Miłość internetowa, wirtualna przecież, a jednak słowa są realne,
spotkanie także. Jak ciekawe i do opisania przez badaczy, pisarzy
czy socjologów dopiero będą te relacje międzyludzkie, które
korespondenci niewidzialni dla siebie zechcieli sprawdzić w realnym
świecie. Od wybuchu uczuć, nadziei, po rozczarowanie, smutek i
kolejną samotność. Jednak świat mniejszy, ale i życzliwszy także.
Można wiele sobie powiedzieć, zbadać czy nadajemy na jednej fali,
ale i to zabawy niebezpieczne, bo rodzą nadzieje na inne lepsze
bogatsze we wrażenia i uczucia życie. Nie zawsze się udaje, nie
zawsze marzenia się spełniają, ale próbować trzeba zawsze i nadzieję
zawsze mieć na odrobinę uśmiechu i słońca albo i na wielka miłość.
Dlatego zakończenie książki mi się nie podoba (już mi streszczono
ładnie). Jak miało być realnie i jednak trochę bajkowo bo bez walki
o byt to.. niech by się im spełniło, skoro nam nie..
Dziwnie jakoś czyta mi się powieści wszelkie, bo zamiast się skupić
i smakować, czytam równolegle felietony Józefa Mackiewicza "Gdybym
był chamem.." gdzie ciekawość mnie zżera jak dawne historyczne
zdarzenia w dowcipnym komentarzu można odnieść do rzeczywistości.
Inna równoległa lektura dziś to w serii szkiców z psychologii
społecznej "Złudzenia, które pozwalają żyć". Ani mowy nie ma żebym
to mądre dzieło czytał wnikliwie. Przerzucam z zainteresowaniem,
wychwytując co ciekawsze fragmenty. I taką radę znalazłem; "Kiedy
człowiekowi nie udaje się uchylić od informacji sprzecznej z jego
hipotezą, ani podważyć jej wiarygodności, pozostaje jeszcze jeden
sposób: po prostu o niej zapomnieć". Ja pójdę dalej jeszcze bo
pamiętać chcę tylko to co miłe dobre i piękne i niech tak będzie
wszystkim.
Wczoraj miła uroczystość - otwarcie wystawy ..balonów w piwnicy. Był
to wernisaż fotografii Jerzego Pytko w piwnicy na Freta "U Pana
Michała". No i jak zawsze musiałem gaduła jeden, jakieś tam krótkie
słowo wstępne. Trema mnie zżera zawsze, ale chyba nie do końca, bo
jakoś staremu gadule udaje się wybrnąć. Po prostu staram się
opowiadać o czym myślę patrząc na zdjęcia z kilkoma dywagacjami
okolicznościowymi i .. jakoś leci. Wspomniałem wspaniałą postać
Leopolda Pytko, którego zdjęcia jeszcze nie opracowane widziałem.
Tysiące zdjęć Warszawy nie odbudowanej z lat wczesnych 50-tych ale i
60-tych. Wielki to był miłośnik Warszawy, Woli i Ochoty i mam
nadzieję ze choć spogląda na nas już z wysoka to zdjęć kilka dostanę
do umieszczenia na stronach staromiejskich. Talent swój przekazał
synowi i wnukom, bo wszyscy piękne zdjęcia robią.
Kończy się sezon nieuchronnie, co widać po rachunkach - co jak rude
liście spływają za mój telewizor. Nawet za komórkę dostałem dwa
różne, a wielkie i za ten sam okres gadania, więc na razie ..do
analizy. Ksiązki się sprzedają nadal, byle dobre i ciekawe. Te inne
zawsze poczekają na ..nagrodę jaką literacką, bo czytelnik i tak
głosuje portfelem.
Dziś nic nie było o polityce i jakoś mi nawet przyjemniej, choć
świat bez głupot, to jak cyrk bez małpy. Ale nie zawsze musi być o
King-Kongu, ani o ptactwie, czy robactwie.
Dla zmotoryzowanych kącik malutki: czeka mnie remont sprzęgła (ach
przesiąść się na automat co startuje w 9 sekund albo 8 do setki), a
razem już i przy okazji - końcówki drążków też coś tam mają do
wymiany. Wiadomo bruk warszawski czyli dziura ogólnopolska znana i
powszechna. Miłych i słonecznych dni... - przestaje padać. |
do góry, do
góry...
|