|
|
sierpień 2006 |
|
data |
dziennikczylinocnik
|
|
29 sierpnia
2006
wtorek |
20 dni minęło,
a tu tyle się działo..., że i pisać nie wiadomo co. Pogoda piękna
była .. trochę, jak nie upały to deszcze, jak nie pieszczoty, to
dreszcze można by powiedzieć. Podróże też były na południe i na
wschód, samochodzik jeszcze jeździ ale jakby mniej chętnie. Wiadomo
kierowca nogę ma za ciężką (gimnastyki brak) i drugie już sprzęgło
nadpalił, co jak na przejechanie ledwo 80 tysięcy wydaje się lekką
przesadą. Wyrażam tu wątpliwość pewną co do umiejętności moich jako
obsługującego ten nieszczęsny pedał, widać do automatycznej skrzyni
biegów dorastam. Niestety kasa własna jeszcze nic nie wie o tych
zachciankach. Skoro wymiana tego okropnego urządzenia może kosztować
nawet 900 zł to na razie jeszcze jakoś jeżdżę, bardziej zgodnie z
kodeksem wolnego ruszania, słabego przyspieszania i innych takich co
szybkie samochodziki sprowadzają do inspekcji rowów przydrożnych. No
to po co takie robią jak dróg do nich nie ma, paliwo drogie, noga
ciężka i tylko panienki pod lasem te same zmurszałe nieco zmianami
pogody.
Z podróży wrażeń moc, a najbardziej podobały mi się kwatery
agroturystyczne w Białowieży. Od dawna nie podróżowałem na wschód, a
tam miasteczka jakby bardziej zadbane, nawet czyste, domy odnawiają,
ratusze stroją. No i moje dawne SPOŁEM jeszcze się trzyma
powiatowych miasteczek, co odnotowałem odwiedzając dwukrotnie tą
samą restaurację w Bielsku Podlaskim. Jedzenie doskonałe, tanie
niesłychanie. Nawet kompot za 50 gr szklanka - się ostał z dawnych
czasów, a placek "po węgiersku" najlepszy jaki jadłem w tym roku, no
może nawet w ostatnich latach. Medalion z jajkiem i frytkami -
pycha, tak samo paszteciki do barszczu z ciasta naleśnikowego.
Sama Białowieża
ciekawa niesłychanie - niby jedna ulica najważniejsza - gen.
Wasilkowskiego - bo tam najwięcej domków parterowych z licznymi
noclegami, od 25 zł do 40 za noc. Ale i tu atrakcje kulinarne liczne
od festiwali pierogów w hotelu 4 gwiazdkowym czyli "Żubrówce" do
uchy, czyli niby zupy rybnej w restauracji "Cesarskiej", a właściwie
bulionu rybnego, bo uchę to kiedyś jadłem i jakaś inna była jak ta
cesarska, pewnie bardziej pospolita. W każdym razie knajpa super -
zrobiona z dawnej stacji - Białowieża - towarowa. Stoliki na
peronie, pokoje zamiast kas i poczekalni, wystrój i ceny super. W
samej Białowieży komunikacja głównie rowerowa. Prawie wszyscy
wynajmujący mają też rowery dla gości, co skutecznie zmniejsza ilość
spalin. Powietrze kryształ w porównaniu do warszawskiego, a i
przypomnieć sobie można jak się na rowerku jeździło kiedyś. No i
jakoś wszystko lepiej widać z perspektywy siodełka niż zza
kierownicy. Jak mnie poinformowała straż graniczna sprawdzając moje
dokumenty - była tu tablica miedziana informująca że kamień pewien -
środek puszczy oznacza, ale jakoś znikła czyli poszła na tzw.
przelew. Oznacza to, że nieznani sprawcy odkręcili sprzedali i
przepili. Inne ciekawostki to architektura pozostałości dworu
carskich myśliwych w parku, jak i park sam ogromny z wieżą
widokową (zamykana o 17). Żubrów i żubroni trochę, dzików jakby
więcej w rezerwacie dla zwiedzających 6 km od miasta. Ale po
zwiedzeniu rezerwatu w dzień ponury i deszczowy nastój jakiś mało
entuzjastyczny, bo i małe to jakieś takie i samo zwiedzanie wolnym
krokiem w godzinę można odwalić. Za parking (zatrzymanie na polnej
drodze) przed parkiem 5 zł, za wejście opłata, za fotografowanie
dodatkowa. Przy wyjściu juz się nie płaci chyba ze ktoś pamiątką
sobie kupi - duży wybór wiewiórek, jeleni i żubrów pluszowych. Są i
obrączki drewniane, kosze plecione inaczej jak w centralnej Polsce i
wiele innych ciekawostek. Nie znane mi to tereny a piękne i bliskie
więc polecam - z lekturą wspaniałego przewodnika, który jeszcze
gdzieś pewnie można nabyć - "Polska egzotyczna" - kiedyś czytałem
sprzedałem - teraz sam szukam.
Podróże na południe tez ciekawe choć
prawie rutynowe. Wieś podkarpacka tez piękna, ciekawa i zaprasza do
takich domów, że niejeden pensjonat by się nie powstydził, dlatego
prorokuję dość łatwo, że to będzie i modne, i popularne wkrótce.
Szczególnie jedna wieś na południu utkwiła mi w pamięci. Mieszkają w
niej Polacy wysiedleni z Czechosłowacji po naszej słynnej
interwencji - prawie zbrojnej. Przyjechali na ugór dawnej wsi
łemkowskiej tez wysiedlonej kiedyś i zbudowali ciekawe nowe życie.
Nic tylko jechać i uczyć się od innych jak można organizować sobie
życie, znajdować sposoby zarobkowania i ściągać jeszcze turystów.
Więcej tam życia jak w nudnej stolicy, gdzie dziurawe jezdnie
zaczyna się brukować (Senatorska przy placu Zamkowym), a odpadające
tynki uzupełniają niedobory wapnia u kawoszy w ogródkach letnich.
Wkrótce dzieci do szkoły, a my... ech
może na jakie wagary, choć na dwa dni tylko... Coś mnie nosi. Więc
żyję. Korespondentki miłe pozdrawiam, korespondentów też w należytej
kolejności, wrażliwości nigdy dosyć szczególnie jak używasz pasty ze
znanej reklamy. |
|
9 sierpnia
2006
środa |
Porządkując
magazyn wyciągnąłem dwie książki. Jedna Borysa Tylewicza - "Stało
się", druga Eibesfeldt'a "Miłość i Nienawiść". Pierwsza wspomnienie
już dawne kontaktów miłych z Borysem, perypetii związanych z
wydaniem jego książki, potem meandry dystrybucji i ...koniec
znajomości. Sam szukam w sobie winy czemu dwaj dawni dobrzy znajomi
zaprzestali kontaktów. Czy żyjesz jeszcze Borysie drogi i masz swój
dawny uśmiech, czy nie złamały Cię wieku przypadłości jakieś, bo
przecież niestrudzony byłeś dam wielbiciel. Książka druga skojarzyła
mi się z listami jakie dostałem od moich przyjaciół płci różnej, jak
różnią się poglądami na życie. Więc choć fragmentami poczytam ją
dziś.
Nie pisałem dawno, oj dawno. Powód jest jeden jedyny. Kiedy
człowieka coś zajmie mocno, szarpie od środka, albo i sponiewiera
czasem znaczy to, że albo myśliwym zostanie, albo wiek taki
przejściowy na przejścia wszelkie wrażliwy.
Panie to wiedzą, panowie się nie przyznają. A jednak coś jest w tym,
że wiek dojrzały osiągnąwszy - zastanowić się przychodzi nad życia
sensem i bezsensem. I to w świetle listów i własnych przemyśleń,
dochodzi człowiek do wniosku, że kawał życia mu już uciekło i jak
tak będzie żył dalej mozolnie i nudno to i reszta przez palce jak
woda przeleci. Nie znaczy to że rewolucji jakiej trzeba, ale co
osiągnąłem, co znaczę, komu, kiedy i jak jestem jeszcze potrzebny,
każdy czasem ma taki dylemat. Czyli jak przekwitnie niech spada i
nie marudzi. Testament jaki sporządzić należy, jak jest czym
rozporządzać, a jak nie, to szybko jeszcze jaką mamonę utłuc, bo
może jeszcze szansa jest. Dziewczyny w wieku stosownym, hormonem
jakim się poratują, a stary maruda na ogół w alkoholu szuka
przyjaciela. A jak który nie pije to ma problem. Bo jak nie
alkoholik to wariat. Wszystko byłoby może bardziej proste (a tu pije
już do moich korespondentów), gdyby tak więcej ze sobą rozmawiać,
tłumiąc niepotrzebne emocje. Wiadomo choleryk wyrzuci wszytko z
siebie - on odreaguje, a druga strona..? Dniami i nocami przeżywa,
bo inny ma charakter. Więc może zamiast rozmawiać ogniście, najpierw
trzeba słuchać, słuchać ze zrozumieniem. Słowa coś znaczą i czy to
skarga, prośba czy nawet atak - nie dowiemy się się nigdy co w duszy
drugiej gra, przechodząc do kontrataku. To trochę tak jak z tym
chlebkiem ciemnym co kupiłem parę dni temu. Kiedy już chciałem
przeciąć folię, widzę coś żółte, jakieś rozmazane trochę w środku.
Wiadomo, zepsuty mi wcisnęli prawie, pleśniejący pewnie. Wzywam syna
na odsiecz, a ten czyta na opakowaniu - chleb z morelą, otwiera,
pyszny chlebek, zapach też ładny. I co..? - jak w życiu.
Pani porzucona, zdradzona, odepchnięta prawie, cóż ja Ci mogę miła
napisać. Zastosuj fortel może taki. Jak awantura i koniec, kres i
jedna rozpacz to zmień front, nastrój uspokój, pociesz nawet i
...sama odejdź dyplomatycznie. Nie pisz proszę, nie dzwoń, jakoś
samo zdechnie. Ale czy to tak być musi? To wszystko drastyczne i
chytre środkim a czy kulturalni przyjaciele nie mogą nimi pozostać
kiedy już uniesień zbrakło? Trudno? Jasne że to nie łatwe, ale jakie
ciekawe i jak wielcy się możemy czuć wtedy, bo ponad niskie uczucia
wyszliśmy. Czy to tak upalne lato czy obecne deszcze, czyli gorąco i
dreszcze i skoki ciśnienia jeszcze - sprowadzają na nas te dziwne
nastroje, emocje i bóle (nie tylko kręgosłupa). Serce też boli,
nawet jak kardiolog nic o tym nie wie. Wiec obojgu miłym moim życzę;
wolniej, z uśmiechem, na spotkanie każde idźcie. Mówcie co czujecie,
a zostaniecie wysłuchani. Bo jeśli i On i Ona przeżywają emocje to
tylko o uczucie tutaj chodzi. I można trochę podciąć, trochę podlać,
nieco osłonić i jak kwiat dalej będzie piękna i świeża ta wasza
zapomniana, albo raczej zagubiona miłość.
Rozpisałem się o emocjach jakie na mnie też przeszły, bo dojrzali
ludzie piszą o swoich sprawach, a tu sprawozdania brak. Gdzie był,
co robił, czemu zamilkł.
Zacznę od końca. I ja mam wątpliwości i mną coś tam targa (grzebień
jeszcze się przydaje) więc i mnie tak kiedyś naszło - ile jeszcze
tego ZAPIECKA? Dziennik-nocnik z powtórzeniami perypetii
urzędniczych, staromiejskich przepychanek jak grajdoł jaki, kurzem
przysypany. Jak nie urok, to przemarsz wojsk, czyli bez zmian -
tynki odpadają, wojsko ochoczo maszeruje w strojach z epoki
odpowiedniej. Wojny handlowe się toczą, klienci dopisują, ale zbyt
umiarkowanie, bo jakby ich mniej nieco. Ostatnio ubytki rekompensują
Świadkowie Jehowy, którzy na konferencję zjeżdżają tłumie, uprzejmi
mili i grzeczni do czytania Biblii zachęcają mnie nawet po rosyjsku,
skoro się dowiedziały panienki miłe, że władam tym językiem trochę.
Nie wypadało mówić że już nas wszystkich nawracali nieco starsi
bracia Rosjanie, ale to inna była ideologia co zdechła dawno i na
szczęście. Z nowości to nic poza tym, że dziś była burza i lało, a
jutro będzie padać i możliwe lekkie grzmoty.
Ach prawda, oprócz upalnych i spoconych dni był tez wyjazd.
Niestety, nieudany zupełnie. Dojechałem przez Rzeszów i Barwinek na
piękną Słowację, góry, górki i tunele pokonałem żeby stanąć w
pięknym miasteczku Rożnawa i to w hotelu "Pod Czarnym Orłem". A
przed tym hotelem na parkingu po 12 godzinach jazdy postawiłem
samochodzik. Zaglądam pod spód uczulony na wycieki oleju (dopiero co
wymiana rozrządu), a tam plama na pół metra. Faktycznie na wodzie,
ale tłusta i po podniesieniu maski wskaźnik pokazuje że ledwo na 3
paznokcie tego smarowidła dla silnika posiadam. Dolałem, zamknąłem i
decyzja trudna - dziewczyny miłe przeprosiłam - zawracamy rano - na
Węgry nie pojadę bo jak tak leci to wszystko wyleci, silnik zatrzeć
się może i same nieszczęścia.
No i następnego dnia, smutny powrót. Szybko do Niewodnej, a potem
zaraz na Warszawę w sumie tez 12 godzin jazdy. I co się okazało -
nie wiem do tej pory. Mój Pan mechanik pokręcił, poodkręcał
posprawdzał, grosza nie wziął i mówi - jest dobrze, nic nie leci. No
nie leci, ale Węgry przeleciały i córcia może mieć mi za złe, ale
nie ma. Sama Słowacja piękna górkami, lasami, drogami, zamkami i
małymi miasteczkami w których spokojnie naprawia się odmalowuje i do
blasku przywraca zabytki wszelkie. Sam Rożnow zapewne miasteczko
dawniej węgierskie, ma pamiątki po poecie Petofim i innych sławnych
Węgrach i to na tablicach pięknych wszystko się opisuje.
Restauracyjki urocze, kolacje tanie dania obfite. Hotel
dwugwiazdkowy 110 zł za 3 osobowy nocleg. Łazienka, prysznic,
ręczniki, TV i co kto chce czyli spanie na szerokich łozach.
O drogach juz pisałem na Słowacji, ale dodam jeszcze, że tam można
wozić dzieci po najbardziej krętych drogach, bo nic im nie jest. Za
to choroba lokomocyjna murowana już na dziurawym okropnie przejściu
granicznym. Wracając do Warszawy, pod Opatowem korek gigant na wiele
kilometrów. Wiec zawróciłem na Sandomierz i dalej na Kozienice jazda
do Warszawy. Jeden koszmarny koszmar tak mnie wytrzęsło, że do dziś
czuję. Co autko czuło dowiem się przy kolejnej wymianie wahacza. Ja
tam się nie będę wahał, jak będzie okazja znów pojadę. |
do góry, do
góry...
|