styczeń 2006

      data 

  dziennikczylinocnik                   

28 stycznia
2006
sobota

Ach jak przyjemnie kołysać się wśród fal... Słowa starego przeboju od razu wprowadzają nas w bardziej słoneczno-wakacyjny nastrój i to w środku zimy. Dlatego ta piosenka na początku, aby wykazać, że film o zaginionych wśród lodów, przygoda na Grenlandii czy zdobywamy Alaskę, lepiej obejrzeć w jakiś upalny dzień, a nie przy - 20 stopniach za oknem. Do mrozu można się przyzwyczaić, do wilgoci mniej, a najlepiej przyzwyczajać się do Pań lekko i przewiewnie odzianych, co na pewno oznacza wiosnę dość ciepłą. Śniło mi się, że pływam na jakimś materacu, ale bardzo blisko brzegu i coś mnie miło kołysze,  ...ale coraz mocniej i mocniej. Już miałem wpaść do wody, kiedy okazało się że to 630 rano, autobus wczoraj nawalił więc tego ranka mam odwieźć koleżankę małżonkę do pracy. Kto to widział żeby pracować po ciemku i przy tak niskiej temperaturze. Jak znam życie to pół dnia opowiada się przy kawie i herbacie jak to trudno było zapalić, jak długo nie było autobusu itp. historie. Bujanie na materacu miło rozmarza, bujanie dam o ile nie mamy huśtawki pod ręką albo hamaka, też wymaga pewniej odwagi. Za to bujanie tysięcy ludzi, nabieranie i nabijanie w butelkę to żaden problem. Żona może i wałkiem zdzielić jak krewka, dziewczyna obrazi się na pewno, albo i popłacze, za to my biedni słuchacze dostajemy cholery i wielu z tą chorobą związanych objawów słuchając choćby - czy ten wariacki Sejm się rozwiąże czy nie. Jedni drugich nabijają w butelki, zawierają koalicje jednodniowe, potem opluwają się gromko i z patriotycznym zadęciem. Stanowczo wolę bujanie na materacu choćby jako marzenie senne, niż to co nam się wmawia na Wiejskiej. Szczególnie jedno ostatnie, nocne posiedzenie mało czcigodnej izby spowodowało nie tylko wzrost ciśnienia ale i bezsenność, tych co jeszcze naiwnie wierzą że "ku lepszemu" idziemy. Nie tylko nie idziemy w sensie politycznym, ale kręcimy się w kółko. Pies czasem swój ogon złapie, za to naiwni co wierzą w demokratyczną dyktaturę załapią się, ale na sesję nazywaną "ręka w nocniku". Kiedyś tupet i arogancje władzy uosabiał jakiś tam rzecznik, co uważał te gierki, za element polityki i do dziś z humorem o tym wspomina. Teraz co mówca bardziej namaszczony wizją awansu i posłannictwem prawym - tym więcej w nim obłudy, fałszu i infantylnego przeświadczenia, że jak dziesięć razy powtórzy odpowiedź na zupełnie inne pytanie - to jest droga i świetlisty szlak odrodzenia moralnego. Fałszywi chrześcijanie, niedzielni katolicy i radomaryjni posługacze, którym nie przeszkadza ani lekki antysemityzm, ani kołtuństwo XIX wieczne, zrobią wszystko dla Ciebie droga maso wyborcza, abyś tylko trwała w ufności i naiwności wielkiej. Instytut Antykorupcyjny, Naczelna Rada Wychowania, Rzecznik Etyki i Statystyki, jakie by nowe formy nie tworzyć to zawsze wyjdzie że za te mury, sekretariaty i tony komputerowej masy - ciemna masa zapłaci. A jak nawet nie ciemna, a jasno widząca - to zawsze jakiś posłuszny rzecznik, prokurator naczelny albo inny  nadzorca pogrozi, siedźcie lepiej cicho bo MY wiemy jaka ma być polska droga do IV zabawienia, jak będzie potrzeba to i do V-tego. Chodźmy razem, stwórzmy coś, zbudujmy, tylko jak chcecie to na piśmie, albo całkiem serio, to się wypchajcie. Głosujecie na nas, wspierajcie, ale wara od jakiejkolwiek współpracy, doradzania czy może stanowisk jakiś. Kadra wybrana, wyszczekana, wierna i posłuszna to trzon narodu i choć prawica to nasza - my wiemy - to już przerabialiśmy. Nieco inny sztafaż, gęby nagonki podobne, słowa też, a ideologia wymienna.
W sumie wyszło jak zawsze, ale w ekspresowym tempie. W zasadzie można by jeszcze co nieco obsadzić ale może się okazać  - że mało sprawiedliwe i mało prawe, są już tylko buraki, albo dajmy na to tzw. pszenżyto.
Nie jest mi smutno ani głupio już się nawet za nikogo nie wstydzę. Głosowałem za, a teraz też pójdę. Gorzej, innych wzywać będę - nie róbmy w nowych wyborach 20 procentowej frekwencji, bo margines naszego dobrego smaku znów nam tą zupę zwarzy. Pójdźmy wszyscy powiedzmy, że tego konkretnego kandydata chcemy, a innego nie. Może się okazać że przysłowiowy nocnik, pełen niezadowolenia, przelewa się zniesmaczeniem tak bardzo, że czas powrócić do zwykłej estetyki i w miarę zwykłej pracy nad kolejnym naprawianiem kuchennego stołu. On zawsze będzie taki, że służyć ma całej rodzinie, a żadne przeróbki na prawo-lewe czy inne "ideolo" narożniki, zaułki czy zakamarki nic nie da. I nie trzeba w ten stół, ani pięścią walić, ani nożem kaleczyć. Wystarczy normalnie, z uśmiechem, apetytem umiarkowanym, elegancją i uprzejmością. Wtedy i skromna potrawa piękną i dobrą się zdaje. A matce serce rośnie.
Ach bujaj mnie piękny cyganie - coś pokręciłem pewnie, ale jakoś podobnie śpiewała moja babcia, a więc wybieram i ja bujanie na huśtawce i w hamaku, jak kolejne bezsensowne i żenujące obrady. Sami wystrychnijcie się na dudków, odgrywajcie się, ale na patefonie, żonglujcie ale ..piłeczkami; dla zdrowia i urody. Ja będę głosował, a jakże, ale już z głębokim namysłem i całą rodziną, sąsiedzi i przyjaciele pójdą ze mną.
Jako post scriptum - dla asekuracji jeno - stwierdzić muszę, ze dykcja niektórych mówców idzie w parze z moim przytępionym słuchem. Więc jak cos pokręciłem, to tylko ku obniżeniu ciśnienia i dla rozładowania cholerycznego nastroju.  Mnie już ulżyło.. obiadek był lekko...

21 stycznia
2006
c.d.

Wielkość zasp na moim przydomowym parkingu szkolnym, zniechęciła mnie skutecznie do odkopywania samochodu. Spacer na Stare Miasto dość uciążliwy, bo silny wiatr w oczy od strony Wisły, mimo że kołnierz kożucha postawiłem pionowo. Ciężkie to odzienie i niewygodne, ale jakie przydatne. Usiąść sobie na kupie śniegu żeby zrobić fajne zdjęcie - żaden problem. -150 i silny wiatr no to, powiedzmy łagodnie - dość ciekawe doświadczenie. A jednak zdjęcia mimo braku słoneczka i zawiewającego śniegu jakoś wyszły i są już - tym razem do obejrzenia na stronie aktualności Starego Miasta. http://www.stare-miasto.com/aktualnosci.html . Podoba mi się pusty Plac Zamkowy i pusty Rynek gdzie zza śniegu ledwo mały pomniczek Syrenki widać. Mając w perspektywie gorące śniadanko, nie poszedłem już nad Wisłę zobaczyć, czy dużo tam lodu. c.d. niewątpliwie nastąpi.

21 stycznia
2006
sobota

Dostałem maila od zięcia...  dnia dwudziestego stycznia - "Chciałbym zawiadomić szanownego Dziadka o przyznaniu mu tytułu Dziadka oficjalnie i raz na zawsze. Mała Marysia urodziła się wczoraj o 2355". Dziecina mała, ma już prawie dwa dni, a ja mam powód do świętowania, bo się na święto dziadka akurat załapałem, dzięki mojej najstarszej Ani. Dla szukających po kalendarzu dodam, ze święto Babci 21, a dziadka - 22 stycznia. Kiedy "święto lasu" oczywiście nie wiem.
Radość z przyjścia na świat maleństwa, oczywiście wielka, a dziadkowe uniesienia, nie tylko jak się okazuje, domeną Pań po przekroczeniu jakiegoś tam równoleżnika, ale i takiej dzieciny. Jak wezmę na ręce, to resztę opowiem. Choć dzięki cyfrowym technikom, zdjęcie młodej mamy i jej córeczki mam już w komputerze.
Rozdzielmy zatem szczęśliwe "dziadkowanie" od dziadowskiej polityki, dziadowskich dochodów, czy dziadowskiego charakteru i tym podobnych negatywów.
Małej Marysi nie stanowi ani mróz ani zima sroga, bo życie toczy się swoim trybem. Mamy całkiem nowego "koziorożca" co zaczyna właśnie swoje małe boje z życiem. Ponieważ historia toczy się wartko, a dziadostwo odchodzi w niebyt i zapomnienie - o tym co w rządzie i sejmie, nawet się dziecku uczyć nie każą.
Za oknem - 200 (na szybie), a więc pewnie nieco zimniej jeszcze przy moim samochodziku białym (dziadowskim już nieco), który powoli znika pod białą kołderką, bo zadyma jak się patrzy. Dla porannej gimnastyki i spaceru - jeździłem dotąd na Stare Miasto po nowy przewodnik po świecie, jaki wychodzi w soboty z Gazetą Wyborczą, ale coś mi się widzi, że dziś, te moje nieco oszukańcze gimnastyki wezmą w łeb. Jak już odpalę to się nie wykopię.. Więc może jednak wysokie buty i na spacerek piechotką.
Dziadowski zaiste podpisałem cyrograf na opodatkowanie się VAT-em, jak by już innych rozrywek mi brakło, ale tak trzeba i już 5 rejestrów książkowych nabyłem, a i nauki przede mną moc. Jak widać styczeń to nie tylko umowny początek roku, ale i w naszym życiu, gdy coś nowego się zaczyna to nie tylko obawy niesie, ale i nadzieje. Na lepsze jutro, które podobno było już przedwczoraj. Ciii, dziecko słucha, więcej ufności zatem, a mniej naiwności.
Dziś żadnych marudzeń, bo przy dziecku nie wypada, ale jak widać, dziadkowe charaktery zawsze nieco konserwatywne, grunt - że nie zatwardziałe jak te tam .. niektóre. Ale to już w następnym dzienniku-nocniku, bo małej Marysi ten odcinek poświęcony być powinien. Koleżanki miłe i życie znające, nie piszcie i nie pytajcie; ile dziecko waży i mierzy, bo w tych emocjach to ani zapytałem, ani mi młody tatuś nie napisał. Wiadomo - te chłopy zawsze takie same. I dobrze - ważne, że mama uśmiechnięta i dziewczyny dochodzą do siebie po tych emocjach. Wszystkim babciom i dziadkom - sto lat w uśmiechu i zdrowiu. Pieluchy zastawmy rodzicom, każde pokolenie musi mieć swoje radości. Ale jak by co ...pomożemy. Jasne.

11 stycznia
2006
wtorek

Słoneczko wyżej, ciśnienie wyżej, od razu lepszy nastrój. Z rozpędu i zachwytu nad sprzyjającą aurą, poszedłem do pracy w niedzielę.
Mróz nie przeszkadzał mi wcale, bo Zapiecka nikt nie sprząta, więc od soboty przygotowywałem sobie stanowisko pracy. Zwalanie śniegu w jedno miejsce ma sens wtedy, kiedy ktoś ma zamiar to wywieźć. A tak powstaje osad niemal geologiczny wielowarstwowy i twardy jak życie nowego premiera. Wiem juz po co oddano do użytku gigantyczny kompleks handlowy pod nazwą Arkadia, po to właśnie, abym tam mógł nabyć przedmiot pod nazwą "skuwaczka" za 5 zł i 90 groszy. Oczywiście zupełnie przy okazji zgubiłem samochód w gigantycznym podziemnym parkingu, ale juz po 15 minutach udało mi się go wykryć w sektorze B-6, ja oczywiście szukałem B-26. Brnąc dalej w dywagacje, musze jeszcze dodać, że znalezienie samochodu to "betka". Jako, że wizyta to była moja pierwsza, doznałem czegoś co nazwać można naukowo - syndromem karuzeli. Kręciłem się w kółko, robiąc kilka okrążeń i to ciągle w lewo, jakbym już wyemigrował na Wyspy Brytyjskie. Okazuje się, że to wyłącznie wina naiwnego kierowcy, który czyta oznaczenia kierujące do wyjazdu. Po trzecim okrążeniu przestałem uważać na strzałki niebieskie, a na samochody, które wbrew tym znakom skręcały zgodnie w prawo. Kiedy zrobiłem to samo, ujrzałem światełko w tunelu i byłem uratowany.
Wracam do miejsca pracy, bo tam w pocie czoła do godziny 13 w sobotę odkułem tyle, że stoły można by rozstawić. Resztę czyli tzw. powtórkę z rozrywki miałem w niedzielę, bo jak juz skacząc po górkach lodowych wyłożyłem towar, to czas był na sprzątnięcie  "zaplecza". Od rana trwały wyścigi młodych ludzi z puszkami do mnie - bo jeden na horyzoncie coś tam grzebie, a serca na piersi nie ma. Wspomogłem Orkiestrę Świątecznej Pomocy, aby już spokojnie zabrać się do ciężkiej górniczej roboty. Kilof pomógł by mi bardziej, ale ze względu na możliwą obrazę uczuć, stosowałem narzędzie opisane wyżej. Klienci kupujący przeszkadzali umiarkowanie, więc mi niewprawnemu łapa spuchła, a plecy w poniedziałek "nosiłem" z obawą przed zbyt serdecznymi powitaniami. Dobrą stroną jest to, że nie zmarzłem wcale, nawet udało się kilka książek i trochę pocztówek sprzedać. Tu miałem reklamację i słuszną, że widoków staromiejskich w zimowej szacie - brak. A taka miała lecieć do Australii dla ochłody bo tam wielkie upały.
Zła stroną tej głupiej pracy jest to, że formalnie wydzierżawiając teren od miasta w stanie suchym, powinienem liczyć na to że miejsce przeznaczone na stoisko, będzie miejscem takim właśnie, a nie kupą lodu i śniegu, bo od tygodni wszyscy tradycyjnie czekają na odwilż. I jeszcze poczekają.
W każdym razie jak zwykle pozytywy widzę w moim wysiłku, bo jakoś uwagę na siebie zwracałem, a przy okazji i "Zły" Tyrmanda poszedł, że o nieustającej dobrej passie "dowcipów z PRL-u" nie wspomnę. Ciśnienie mi spadło, spało się nieźle, a apetyt jak u młodego żołnierza na przepustce, w odwiedzinach u mamy.
Dowcipy też lekcją historii być mogą, a i nie wszyscy eseje egzystencjalne, czy o życiu przemijającym czytają spokojnie. Życie dowcip niesie za dowcipem bo i za żart jakiś administracyjny uznać muszę korespondencje jaką ze mną od dłuższego czasu prowadzi wydział księgowy śródmiejskiej dzielnicy. Najpierw otrzymywałem wielce groźnie brzmiące pisma - "O wszczęciu postępowania".. w sprawie. Potem zawiadamiano mnie, że mam złożyć wyjaśnienia, a następnie zapoznać się z aktami sprawy, aby po kilku miesiącach rozważań przysłać mi "Decyzję" o umorzeniu postępowania. Najpierw dochodzono, czy zapłaciłem podatek w formie opłaty targowej, potem czy zapłaciłem podatek w formie opłaty za dzierżawę terenu, a wspomniane dochodzenie ostatnie dotyczyło podatku od nieruchomości. Na wszystko odpowiedzenie dowody wpłat miałem, więc opisałem ładnie i dostarczyłem - choć już mają! Za to rozpisuję się o ostatnim dochodzeniu, bo tu nagle zasugerowano mi, że niepotrzebnie płaciłem opłatę targową, bo powinienem płacić podatek od nieruchomości. Cały "wic" polega na tym, że podatek od nieruchomości to grosze jakieś rocznie, tak więc mamiono mnie zwrotem pokaźnej kwoty. Ja na to - jak na lato. Ale jako twardy hazardzista i tak nie dowierzałem tym cudom, bo właśnie w ostatecznej decyzji okazało się, że stoję na jezdni, a ta nieruchomością nie jest. Chodnik przy budynku pewnie może być, ale ja się i tak nie znam. 12 lat mówią mi o zajęciu pasa drogi więc po co to dochodzenie. Wszczęto i zamknięto, a kilku urzędników miało sporo bezsensownej pracy. Ja miałem najpierw sporo nerwów, potem pisania, a nawet nadzieję na jakąś kasę. Czyli wyszło i głupio, i śmiesznie. Rezerwy w administracji są jednak ogromne, a do tego każdy jakąś rodzinę ma, więc nawet skomplikowane procedury werbunkowe i tak w końcu pozwolą wybrać "naszego".
Nic tylko się napić. Ja nie piję, bo szkoda mi czasu, a i wzrok zamglony, i "chuch" w rozmowach z damami nie pomaga, w zrozumieniu istoty sprawy oczywiście.
Kraj nasz niby mlekiem i miodem "słynący", wymaga zdyscyplinowania parlamentarzystów bo mleczka to oni nie piją. Jak już do rozporządzeń i uchwał doszło to znaczy problem pijących posłów jest. I wcale nie chodzi o to że jeżdżą po pijanemu, bo to jest zjawisko powszechne. Ale jacyś zestresowani są bardzo, podawani jakimś emocjom i presjom, a do tego w strachu. Może dlatego sięgają po "znieczulenie" bo jak już złapało się tak dobry "etat", a tu straszą nowymi wyborami, to można znów wrócić do ...cholera, tych kochanych wyborców. A może piją umiarkowanie, tylko "hak" na kogoś potrzebny?
Nie tylko kierowcy piją, bo lekarze też muszą. Pani doktór bada i ma 2 promile, pan chirurg wycina kiszki jakieś zbędne i też walnie "czysty do analiz". W końcu bez kontraktu mieli ich wsiąść "w kamasze", a lepiej się napić kieliszek koniaku w zaciszu gabinetu, jak czystą z metalowego kubka. Niektórzy mając np. lęk przestrzeni mogą zrozumieć operatora dźwigu co miał 3 promile i zapewne usiłował pracować. Gorzej zrozumieć 10-laków, który zbyt szybko chcą się przystosować do standardów rodzinno-społecznych. Dzieci trzeba chronić. I przed pijanymi rodzicami, i przed nawiedzonymi "bezdzietnymi".
Po dzisiejszych wydarzenia sejmowych, też policja może zasadzać się na posłów. Najgoręcej było, kiedy z sali wyszli prawie wszyscy posłowie poza PiS-em, na znak protestu przeciwko decyzji marszałka Sejmu obojga imion, że nie przegłosuje wniosku formalnego LPR. Jak się okazuje, przed chwilą miał miejsce zamach stanu i wicemarszałek sejmu ten wniosek poddał pod głosowanie. No i teraz klops czy był uprawniony był, czy nie był. Tylko już nie wiem; poseł, czy wniosek. Tak więc sprawa budżetu państwa odejdzie na plan dalszy, wobec sporów proceduralnych. W ogóle temperatura dochodzi do wrzenia, bo sondaż "Rzeczpospolitej" daje w przyszłym Sejmie całkowitą przewagę partii rządzącej. Wystarczy nie uchwalić budżetu, a będą nowe wybory do Sejmu. Jedni liczą że sami będą rządzić, drudzy że odbiją się od dna. No i bar pełen, a na pewno - dzisiejszej nocy.
Na wszelki wypadek kupiłem piwo karmelkowe, z którego spożycia nic mnie wynika, poza tym że choć w tak ułamkowym procencie, ja też uczestniczę w życiu mojego kraju.
Reasumując, Oni niech idą do baru, my musimy do pracy, bo ktoś ten budżet tworzy. Znów będzie piękna pogoda, lekki mróz, a ja mam do skucia jeszcze parę metrów. Zapraszam do współpracy. Zapewniam miłą atmosferę, bez dyskusji o "becikowym" - rolników.

5 stycznia
2006
czwartek
 

Bajeczny, bajkowy będzie Rok Nowy. Ponieważ pod koniec każdego roku, nikt już nie pamięta, co tam gaworzono w styczniu, mogę tak spokojnie i "pobożnie - życzeniowo" napisać;  - niech każdy ma kawałek swojej pięknej bajki i niech choć trochę mu tego aromatu z piernika zostanie, w jaki staruszek rok się w grudniu zmieni. Każdy może swoją baśń pisać, nawet jak pióro niewprawne, bo to tylko od woli i charakteru zależy. Wola jest charakter też, może kraj nie ten i może społeczeństwo nie to. Ktoś już tak mówił, pewnie niejeden co chciał nas urabiać na własne "ideolo".
Ten słodko kwaśny wstęp dotyczy także bajek dwóch, a raczej sag baśniowych jakie dla nas i tych mniej czytających - sfilmowano. Chodzi oczywiście o "Harry Pottera" i "Opowieści z Narni". Ponieważ lubimy bajki, baśnie i fantazje wszelkie, co odrywają nas od szarości powszedniej, kochamy te filmy i książki, przeżywamy, ale dla ducha, lepszego nastroju, rozrywki czy choćby dla filmowych efektów specjalnych. Niestety myślicieli mamy sporo, którzy zgrabnie nam tłumaczą, że Potter jest "be", a Opowieści.. cacy. Pierwsze diabelsko, czarodziejskie, bałamutnie mogą nas sprowadzić na manowce magii, czarnej zapewne. Drugie moralnie właściwe, chrześcijańsko poprawne, choć całe diabelstwo jakie tu występuje dość blade z twarzy. Lubię jak mi się tłumaczy co mam widzieć pod jaką postacią, kto będzie Judaszem, a kto zbawicielem. Pod względem marketingowym to zawsze sukces, bo obojętne co się mówi, ważne żeby było kontrowersyjnie. Stanowiska nie zajmuję, bo po co. Oba filmy obejrzę z przyjemnością, bo na powtórkę z czytania jużem za stary. Na wmawianie mi jedynie słusznego spojrzenia mam pogląd własny. Dama pewna usiłowała mnie zdzielić ścierą, dość szarą jak i zmywana podłoga, kiedy swój pogląd kształtowałem przez ogląd i podgląd jej wspaniałego biustu eksponującego się ślicznie w pozycji tak znanej, a cudnej. To spojrzenie z czasów nastoletniej młodości do dziś uważam za słuszne i budujące - co najmniej szacunek dla pracy kobiet. Wspomniany myśliciel od razu zakwalifikował by mnie na klienta dusznych spelunek, podejrzanych lupanarów i innych przybytków grzechu. Wiadomo na ogół taki Pan, co wie lepiej i na swoje nas nawraca - sam własne kompleksy odreagowuje marząc w cichości o jakim świństewku znacznym. Duszne spelunki dawno przewietrzone, lupanary zginęły z cesarzem Franciszkiem, a poza tym, kogo na to stać. Bez pożyczki ekspresowej ani rusz. Była kiedyś taka spółdzielnia "Praca Kobiet" i chyba zajmowała się praniem, a tu chcą mi mózg wyprać, choćby z pięknych wspomnień. Tylko starym świntuchom królewna Śnieżka się kojarzy z sadystycznym traktowaniem krasnoludków, we współczesnej zaś bajce, Smerfetce też jakieś figle się przypisuje. Na szczęście chłoniemy to co w odpowiednim wieku organizm najchętniej przyswaja, bo jak przedszkole długie i szerokie nikt złego słowa o Kreciku nie powie. Ponieważ na najwyższym szczeblu bajek nigdy dosyć - tak teraz w polityce się baje. Mamy zatem nie tylko "tłumaczy" od słusznych literatur i obrazów, ale obyczajów, ba tabletek, czy wolnej woli każdej kobiety. Będą nam wmawiać naiwnie, że tabletka antykoncepcyjna służy do umysłowego relaksu, bo bez koncepcji oboje weselsi. Antykoncepcyjne te okropności będą testowane w niektórych ważnych władzy organach, bo środowisko jest pozbawione wszelkiej koncepcji, poza silnym instynktem przetrwania. Co i jak słuchać chwilowo nikt nie podpowie, ani nie zgani, więc Radio Rydzykowe też przecież bajkowe bo z piernikowego Torunia słuszną rolę pełni. Odwołano nareszcie Krajową Radę od telewizora i radia, bo i tam bredzono ładnie i kierunkowo słusznie, choć bez beretu, ale w szafirowym nastroju. Na marginesie zauważyć trzeba, ze Andrzej Banach pisząc studium o modzie miałby i dziś piękne przykłady kiedy jakiś fragment stroju, przypisuje się przemyśleniom jakiejś grupy. Berecik z atenką, berecik moherowy czy kostium szafirowy, a nawet torebka zabrana niegdyś z telewizji miały swój wydźwięk, urok i znaczenie godne uwieczniania przez histerycznych socjologów. Nikt nie musi mi nic wmawiać, ani do niczego słusznego przekonywać. Iloraz mam umiarkowany, bo nawet nie wiem za bardzo, czym tak różni się, od iloczynu. Do czynu wzywać mnie też nie warto bo preferuję pozycję horyzontalną, z tą damą co do ust mi słodkie winogrono niesie. Ja też Jej coś przyniosę miłego, żeby było równouprawnienie, a przynajmniej miejsce obok przysposobię.
Bajeczny rok się zaczyna, nawet Wedel kiedyś miał takie czekoladki. Więc bajkowo żywot wiedźmy - nie wierząc w bajki żadnej wiedźmy, czy innego Wiedźmina.
Z okazji urodzin pięknych dam co napisały do mnie o jakże udanych horoskopach (bo starych - na zapieckowej witrynie) pamiętam i od 3 dni życzenia składam bajkowe. Koziorożce choć niby rogate, uczuciowe są niezwykle, wrażliwe i kochliwe, a do tego przyjacielskie i zaradne, bo choć życie je kantuje czasem, one biorą te wszystkie bajania na rogi i prą naprzód. 100 lat w uśmiechu i radości..

Bajki czytać - dzieciom, starzy niech na operę idą o fizylierze Woyzecku, bo wykryli tam paru facetów w gaciach, co spotka się ze słusznym protestem. Młodzież i dzieci mają się cieszyć, bo wakacje o 2 tygodnie dłuższe, choć ponoć tylko tydzień. Bajka co...
Cieszmy się bajkami, bo zawsze jakiś morał mają, nie koniecznie taki jak "tłumacz" tłumaczy, nam tłumokom.

do góry, do góry... 


Strona główna    Zapiecek    Antykwariat   Galeria Zapiecek  Przyjaciele książek   Dziennik
Stare Miasto   Rynek    Plac Zamkowy    Pomniki
Artyści: Wiesława Kwiatkowska,     Grzegorz Bialik,    Joanna Sierko,
Poeci: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska,    Bolesław Leśmian