|
|
wrzesień 2006
|
|
data |
dziennikczylinocnik
|
|
28 września
2006
środa |
Wrzesień okazał
się miesiącem pięknym, słonecznym i chyba głównie dlatego radosnym.
W sferze politycznej, czy powakacyjnej aktywności urzędniczej można
by nawet wrzesień uznać za miesiąc gorący. W pogodzie nic tak dobrze
nam nie robi jak wyż rosyjski. W życiu czy tez perspektywie
historycznej - niże przekładają się na powszechne narzekania, które
jak wiadomo wywołują spełnienie życzeń negatywnych - czyli mamy jak
mamy, bo za mało myślimy pozytywnie. Być może Sejm się w końcu
rozwiąże, być może skompromitowani złożą rezygnacje, bez udziału
kolejnych komisji śledczych, być może parę osób wydających decyzje
różne, zacznie studiować jakie to mamy ustawy, które nijak się mają
do poleceń z góry czy wyobrażeń własnych. Tak to bywa kiedy radiem
zarządzać ma pewien radiosłuchacz wierny, o gospodarce morskiej mówi
jakiś, co blisko portu miał teściową, a o Starym Mieście opowiadają
nie przyjezdne, a piękne warszawianki tylko smutny jeden z drugim i
to z perspektywy swojego (nie zawsze powiatowego) miasteczka. Tak to
bywa kiedy życie polityczne nam dokładnie upartyjniono, co oznacza,
że kandydować nie można juz na szefa szaletu miejskiego, że o radzie
nadzorczej od czystości miasta nie wspomnę - nie będąc członkiem
jakiejkolwiek partii koalicyjnej. O ile jeszcze jakieś koalicje się
nowe zawiążą to i nowe kadry się pojawią z doświadczeniem kurniczym,
stodolanym itp. (myślę tych co mówią ..o kurna, ale stodoła widząc
wieżowiec jaki). Fachowcy i spece, co to zęby zjedli i lata studiów,
stażów i praktyki mają też mają szansę, ale w Irlandii, Hiszpanii
czy innych mniej upartyjnionych rejonach. Poszedłem niedawno zapytać
jak to ma być z handlem starówkowym w przyszłym roku, a tu już Pani
nie ma bo właśnie wyjechała bardzo zagranicznie.
W zasadzie filie zagraniczne naszych urzędów mogą być. Zawsze to
jakieś urozmaicenie dla tam zatrudnionych, bo nam i tak to już
różnicy nie czyni. Gdzie byś podanie nie składał, do jakiej wyższej
instancji skarżąc się na tych co na dole to i tak nikt tego nie
bada, tylko ten od którego decyzji i działań światłych się
odwołujemy.
Pisza i tak wszyscy bo to taki skutek komputeryzacji, że klawiszy
dostatek i stukać można, choć często z efektem takim jak odpukiwanie
w niemalowane, albo delikatne pukanie się w czoło. Piszę i ja na
życzenie kupców, bo co nowe wybory to nowe jeszcze nadzieje, że może
jednak ktoś choć raz na lat kilka zainteresuje się nie tylko własną
karierą, ale i tym co się w mieście stołecznym dzieje.
Od kilkunastu lat kolejni prezydenci Warszawy powoływali komisje,
zespoły i inne ciała doradcze do prywatyzacji sklepów, sklepików,
knajpek, czy lokali dla szewca i zegarmistrza. Nie nie chodzi o
sprzedaż huty, telekomunikacji czy banku, ale o 10, 50 czy 100
metrów kwadratowych, bo tu łatwiej. Ale jak zarobić, aby się nie
narobić i to na takim co ma mało, bo apetyty rosną w miarę spożycia.
Powiem prościej - milion dolarów (euro) łapówki łatwiej sumienie i
konto przyjmie, jak jakieś tam złotówki, co ledwo potrzeby codzienne
opędzą. Dlatego prywatyzacja trwa i trwa i będzie jeszcze dostarczać
wiele radości, bo jak mawiał pewien prawie burmistrz - to kura co
znosi złote jaja. Dlatego mamy piękną architekturę w mieście czyli
zgrabne zagospodarowanie przestrzenne, drogi gładkie, a przejezdne i
komunikację luźną i punktualną bo ...sprawa wymaga rozważenia na
szczeblu szaletu przy ul. Piekarskiej, który już kończą remontować
po wielu decyzjach trwających lat kilkanaście. Tak więc zamiast
oddać, sprzedać ludziom i niech sami się martwią o remonty,
modernizacje i nowoczesność, musimy utrzymywać szwagra z Ostrołęki,
czy Henia z Płocka bo oni się znają na stołecznych sprawach i będą
rozstrzygać ..wkrótce.
Wkrótce zapadną też rozstrzygnięcia strategiczne, gdzie jakiś
stragan się utrzyma, a gdzie płacz wielki, bo za dni parę urząd
odpowiedni będzie przyjmował wnioski o zajęcie kawałka ulicy pod
handel pamiątkowo - pocztówkowy.
Nikt nie wie jaki to przepis i jaki paragraf w onym akcie nakazał
wyznaczenie jednej jedynej daty i godziny na złożenie podań o
stoisko handlowe na Starówce. Że trzeba złożyć wniosek na druczku
odpowiednim o godzinie 10 to jeszcze rozumiem, bo rano kawa, czy
śniadanie, ale jako jedyne kryterium ustalono - kolejność zgłoszeń.
Czyli jak jakiś żwawy, a nieco kulawy albo zgarbiony 60-cio latek
nie złoży o 10 tylko o 10:03, to już mniej żwawy, ale biegły w
pokonywaniu schodów 40-latek zwycięży - wszak złożył pierwszy, a to
decyduje. Kilka sekund i masz z głowy pracę, znajomość tego co
robisz, wieloletnie zapasy, stałych klientów i dochód jakiś.
Na wszelkie paragrafy ludzie szukają sposobu. Na razie powstały dwa
komitety kolejkowe, których przedstawiciele cała dobę pod urzędem
dyżurują. Jedni od piątku podobno inni twierdzą że już od kwietnia,
ale może to żarty tylko. Poszedłem wczoraj, są bidule - siedzą
wysoko nad ulicą, na korytarzu i czekają, czekają, czekają. Czy będą
pierwsi? A jak jakie osiłki wkroczą i powiedzą - teraz MY?
Ja tam podanie złożyłem z wyprzedzeniem miesięcznym, sekretariat
odrzucił, prawnik kazał przyjąć, ale i tak jako obywatel pokorny i
czytający zarządzenia władz wszelkich, stawię się i podanie złożę
ponownie i po raz wielokrotnie kolejny też jak będzie trzeba. W
końcu jeszcze rok czy dwa można by popracować, języki szlifuję,
książki nadal czytam, podlizuję się umiarkowanie, z poczuciem humoru
nie wychylam się.
Co tam paragrafy, ludzie są ważni, choć tylko raz na jakiś czas
potrzebni (np. przy wyborach). Postacie ciekawe po Starówce krążą,
piją często jak to u nas na wschodzie przyjęte, a czasem o jakiś tam
byt walczą. Turyści przybywają też różni, teraz pora na tanie
wycieczki, wiec kalkulatory w robocie, ile to będzie euro jak
sprzedawca chce 3 albo 6 złotych. Odwiedził mnie niedawno pewien
pracownik transportu miejskiego ze Śląska, który jak ma urlop to
Warszawę zwiedza. Żeby patrzeć weselszym okiem to pól litra pepsi
wylewa i uzupełnia gorzałą, co wędrówki milszym mu czyni a i straż
żadna się o spożycie w miejscu publicznym nie przyczepi. Jak
zobaczycie napój nieco pobladły, a faceta o licu rumianym - to ten.
Zaczął się też sezon wycieczek szkolnych, ale nielegalnego handlu
nikt nie rusza, bo wkrótce wybory więc lepiej żeby był spokój.
Ruszono za to nareszcie nachalnie żebrzących Cyganów rumuńskich czy
bułgarskich. Podobno czekano na straż celną, żeby ich usunąć zgodnie
z prawem i goście w ogródkach nieco odetchnęli. Nikt przez dzień czy
dwa nie będzie szarpał za rękaw, wsadzał palca w ciastko, albo
klęczał pod murem jęcząc nad śpiącym a ciemnym (z nie domycia
głównie) dziecięciem. Dzieci mają też swoje limity - jak nie użebrze
60 zł dziennie to w łeb i kopa. Uczą się szybko polskich słów i jak
nie dostanie maluch euro tylko 20 groszy to mówi słowa znajome.
Edukacja u nas też eksportowa.
Wiele emocji przed nami, bo czy będę miał prace za rok zależy od nóg
zdrowych, więc idę trenować - na razie przysiady, potem hołubce.
Ponieważ partia strażaków ochotników i zespołów tanecznych, a
ludowych, staje się języczkiem u politycznej wagi - polki
tramblanki, mazurki i oberki też pora zacząć wycinać. Zdrowe to i z
humorem. Ten się śmieje ..komu dadzą się pośmiać. |
|
13 września
2006
środa |
Zaczynam
wrzesień smutną kartą, bo od śmierci babci-sąsiadki, z którą moja
mama i ja w dzieciństwie mieszkaliśmy drzwi w drzwi i dziś jeszcze
wychodząc do pracy mówiłem jej przez otwarte drzwi - dzień dobry.
Wracam, a jej już nie ma. Usnęła i już nigdy nie wyjrzy, kto tam się
do sąsiadów dobija, nie zapyta o nic, nie poprosi o kupienie wody,
czy chleba. Inne pożegnanie to pożegnanie człowieka - legendy.
Miłego, eleganckiego erudyty, znawcy muzyki lekkiej łatwej i
przyjemnej - Lucjana Kydryńskiego. Lata całe słuchało moje pokolenie
jego pięknego i charakterystycznego głosu, który miał tak piękna
francuską modulację. Pani Halino droga - w chwilach smutku serdeczne
wyrazy współczucia. Koncert trwa, a Pan Lucjan i tak nam go będzie
komentował choć już z pewnego oddalenia.
Nie pisałem długo, bo ani wyraźnych sukcesów, ani też klęsk godnych
odnotowania - ot życie zwyczajne, przykurzone nieco pyłem
staromiejskim. Kurzy się okrutnie z murów obronnych co przed nawałą
pewnie jakąś rychtują zastępy robotników. Widać życie na mury się
przenosi, bo ściany na Świętojańskiej przy Rynku całkiem kolor
straciły - tyle tynku odpadło. Widać 50 lat to za dużo jak na
zabytek klasy światowej i ma prawo co nieco odlecieć. Hiphopowcy i
ciężarówki wielce się pewnie do tego przyczyniły.
Sezon powoli ma się ku końcowi, poranki chłodne, choć słoneczko
jeszcze ładnie przyświeca, ale już klient nieco inny starszy jakby i
z kalkulatorem w ręce.
Narzekać nie ma co, wakacje się skończyły dla tych co się uczą, ale
jak kto ma stosowną emeryturę to po świecie pojeździ - oczywiście
nie mówię o rodakach, chyba że pracowicie spędzili ostatnie lata
poza granicami ojczystymi.
Ja ledwo wyjechałem, dni temu kilka poza granice Warszawy i już nowy
kłopot i śmierć zwierzaka niepotrzebna. Pies dość duży przebiegał
dwupasmową drogę szybkiego ruchu i wybrał sobie mój samochodzik na
spotkanie z prędkością dozwoloną, ale dla niego śmiertelną. Nie
miałem szans na hamowanie ani na skręt jakikolwiek, mając po obu
stronach blaszane bariery, a i zobaczyłem go kątem oka, kiedy już
wpadał w pędzie pod zderzak. Huk, trzask, dwie chłodnice poszły (od
klimatyzacji i ta normalna), zderzak, a ja stoję, a pod samochodem
ogromna plama - z chłodnicy, spryskiwacza. Pies przeturlał się tylko
i padł. Okropne, i co psa zobaczę to ten wypadek widzę. Rzucił się
naprzód - pewnie przestraszony i ..stało się. Jeszcze czekałem na
pomoc drogową żeby mnie holowano, a już służby jakieś pośpiesznie
psa pochowały w przydrożnej mogiłce, pewnie po policyjnej
interwencji. Winy niczyjej nie stwierdzono, pies już nie odpowie
wesołym szczekaniem, ja liczę koszty i stracone dwa dni pracy.
Może ta jesień nie będzie taka smutna jak to pisanie.
Uśmiech od klienta na zakończenie. Odwiedził mnie Pan, który
ostatnie lata spędził w Australii i to co dzieje się na Starówce
śledził trochę poprzez moje pisanie w dzienniku. Teraz wrócił
zamieszkał na Freta i sam zobaczy. Ach pewnie wszędzie tam gdzie nas
nie ma jest lepiej i ciekawiej. Ważne chyba jednak żeby uśmiechnąć
się do siebie czasem nawet jak smutno i źle. |
do góry, do
góry...
|