|
27 kwietnia
2007
piątek |
Znów idą
święta, ale teraz z małej litery, bo tak nazywa się ostatnio dłuuugi
weekend, który jak trochę się weźmie 2 dni urlopu to podobno może
trwać dni 9. No i dobrze - turystyka się rozkręca, może będą
potrzebować więcej reklamy, a już tu z aparatem czekam na wezwanie.
Warszawa się wyludni, drogowcy zamkną wyjazdy z miasta i można iść
spokojnie na lody. Sam planowałem wyjazd na dni parę, ale pojadę jak
wszyscy wrócą, a co się będę pchał. Mam trochę zdjęć do wklejenia z
ostatnich wojaży a i wszystkie "staromiejskie" mam pilnie przejrzeć.
Nich mi tylko kto mądry zdradzi jak z małych duże zrobić, żeby były
wyraźne i dały się oprawić. Przyjaciele z piwnicy "U Pana Michała"
kuszą mnie, że nareszcie mogę zapowiedzieć sam siebie, jak tylko
odpowiednie zdjęcia dostarczę. No i kłopot, jest parę zdjęć
powiedzmy "..nie nudnych", bo reszta to ilustracje prawie
pocztówkowe, banalne i takie jak wszyscy mają. Poszukam jak znajdę
ze 20 dobrych w tych kilku setkach co mam gdzieś po komputerach
poupychane, to może.. Ale żeby amator wystawiał to zgroza, ale
..umiarkowana. Lepszy amator fotograf jak polityk amator. Ale nie
będę tematu rozwijał, bo kwitną bzy, pszczółki coś tam, i od
maturzystek po babunie uśmiech zachęcająco - wiosenny. Ma być
dziennik podróży zatem kluczyk w stacyjkę i odjazd..
Wyjazdy do
Łomży zakończone, dziewczyny zdały choć nie było łatwo (kamera,
mikrofon, 40 minut jazdy po rondach, skrętów w lewo więcej jak w
prawo, ze o koszmarnym łuku co się nie chce wyprostować na placu
manewrowym nie wspomnę. Zatem Podlasie będzie jeszcze wspominane bo
agroturystyka tam kwitnie, a kuchnia taka, że o odchudzaniu mowy nie
ma, no chyba, że samochodzik za stodołę, a sami po dołach górkach,
bagnach, lasach i polach pieszo, najwyżej rowerem. Wyruszyłem
ostatnio historii liznąć i siarki powąchać, nie w otchłaniach jakiś
piekielnych ale m.in. w Busku Zdroju. Najpierw poszedłem kurtkę
kupić do sklepu na mojej ulicy bo ponoć tam wybór ogromy. "Szmateks"
to się nazywa, pachnie mało ciekawie, a stare szmaty doprane bo za
frachtowcem ciągnięte przez ocean. Przedarłem się przez grono
entuzjastek zdejmujących ochoczo swoje odzienie i wbijających się w
modne przed laty stroje. Gdyby nie ten tłok i zapach pewnie była by
to miła praca. Cicho wiem..
Znalazłem kurteczkę kusą do samochodziku na chłodniejszą jazdę bez
klimatyzacji i do kasy idę, Kołnierz wytarty nieco jak i niedoszły
właściciel. Pani rzecz oną rzuca na wagę, a w moją stronę pada -36
zł ? O rany.. moja kurtka zimowa, nowa z marketu co ją docierałem
parę miesięcy była tańsza, a ja nie zauważyłem że kilo "ciucha"
kosztuje tam 52 złote. Zatem do szafy zaglądam (..dzień dobry Panu -
jak w starym dowcipie), a tam kurtek dostatek i darmo. Jazda zatem o
świcie samym w niedzielę niedawno minioną. Pojechałem najpierw na
Pińczów bo tam podobno świta. Brydżyści z Podkarpacia twierdzą że,
tam dnieje. I bądź tu mądry. Miasteczko pierwsze gdzie się
zatrzymuję to Szydłowiec - ładne, ale mało rozmowne, bo kilku
zaspanych Panów dopiero przeciąga się na ławkach, po wczorajszym
spożyciu, a reszta śpieszy na mszę. Kościół piękny i stary, obok
pomnik Kościuszki Tadeusza, co odwiedził Szydłowiec w 1920 roku i
tam został. Na pomniku w prawej ręce szablę trzyma, a lewą pokazuje
na Ratusz. Czy już pomniki też do polityki się mieszają? Zamek tu
też jest co go Szydłowieccy zbudowali, a Radziwiłłowie poprawiali i
tak został: późnogotycki, a wczesnorenesansowy. Dokoła Zamku fosa,
mężowie tych Pań co na msze poszły, siedzą i obiadu z ogonkiem
wypatrują, wędki mocząc. Rzeźby też wszelkiej dostatek od ludowej po
współczesną. Tynk odpada niestety okropnie i całość zdecydowanie
lepiej wygląda z pewnego oddalenia. Warszawo pomóż. Daj dotację
kulturalną koniecznie. Bo Zamek był już i składem zbożowym i składem
piwa, a teraz tak się składa, że muzyka i rzeźba tam mieszkać może.
Dwa dni tam Poniatowski kwaterował, więc odmalować się należy.
Pińczów odwiedzam bliżej południa. W słońcu piętrowe domki
odmalowane pastelowo na tle białego kościoła. W parku zieleń jeszcze
nieśmiała, ale tubylcy wołają, żeby nie "kamerować", bo się do wina
nie dokładam. Czysto, kolorów moc, a jedno blade oko nastroju nie
psuje. Potem Dąbrowa Tarnowska, natykam się właśnie na grupę
młodzieży z Izraela, co trasą pamiątek dawnych jedzie na marsz
żywych do Oświęcimia. Synagoga zieje oczodołami pustych okien,
zdewastowany budynek na tle policyjnych siedzib i ich żółtych ścian
obok wygląda okropnie. Samo miasteczko zadbane, skwery, park, wokół
miłe domki z kolorowymi sklepami. Kiedy tam byłem temperatura na
ratuszu - 20 stopni, a mieszkańców na tablicy - liczba 11.720. Może
przybył już jakiś nowy dąbrowszczanin tarnowski. Plac Mickiewicza, a
za nim kościół ogromny choć mniejszy jak w Licheniu, na placu pustym
robi wrażenie. Obelisk, pomniczek niewielki z herbem postawiony
blisko, bo się bracia Lubomirscy pojedynkowali i jeden z nich,
kawaler maltański poległ był tu właśnie.
Zalipie blisko
chyba 12 kilometrów więc koniecznie odwiedzić trzeba, malowane domy,
cembrowiny, straż pożarna, i ośrodek zdrowia. Wszystko we wzorach
ludowych i kwiatach malowanych. Jedna dama miła jak tylko biały
samochód zobaczyła pędem chatę otwarła, gdzie dzbanek malowany do
nabycia się do dziś znajduje (25 zł), a obejście czyste, malowane
pięknie. Zaprosiła mnie i na swoje kuchenne pokoje gdzie córka zdobi
kwieciście. Ma w Zalipiu swój oddział muzeum tarnowskie, a jest to
zagroda Franciszki Curyłowej, jednej z wiejskich malarek co cała
zalipiańską sławę zaczęła. Poduchy białe, ale skrzynie, makatki,
obrazy święte i piec cudny - wszystko w kwiatach, kłosach i
roślinnych motywach. Jechać podziwiać, kupować drewniane noże do
masła, deski zdobne, dzbanki i inne cuda.
Busko-Zdrój moim celem - dojeżdżam szybko. Miasto może mniej
ciekawe, przez środek ruch okropny - droga do Krakowa, Tarnowa
ruchliwa. Poniżej miasta - uzdrowisko, wokół Parku Zdrojowego kilka
ulic, w tym pięknych willowych z pensjonatami - już inne zupełnie.
Park z muszlą koncertową, restauracją, kawiarnią (niezłe lody
..Koral), wiewiórki liczne, kuracjusze, posiwiali nieco żwawo na
zabiegi rano pędzą. I ja tam byłem i wodę siarkową piłem i dałem
nogę bo bałem się że mnie jeszcze na koncert operowy zaciągną.
Dyrekcja sanatorium przekazała mi wiadomość, ze spotkać się nie ma
jak i po co, a miła Pani od marketingu przekazała mi to z uśmiechem.
Marconi tak się zwie ten szef od siarki w wodzie pitnej, zajęć ma
mnóstwo, bo akurat wywiady i telewizja, i gazeta - bo sezon się
zaczął. W innym gabinecie przyjęto mnie bez zapowiedzi, ale to
prywatne leczenie i dba o reklamę. Co knajpa jaka to z wieczorkami
zapoznawczymi i tańcami kusi, nic tylko się leczyć. Spanie wygodne,
eleganckie i tanie .. też takie można znaleźć. Nawet 18 zł za noc,
ale jak się kto uprze to i za 50 znajdzie. Tylko na jedną noc to
lepiej z własnym śpiworem, bo tam wszyscy czekają na kuracjusza co
choć tydzień zabawi, a nie tylko pościel pogniecie i pójdzie do
innej .. placówki leczniczej. Z Buska wszędzie blisko, odwiedzam
więc kilka gospodarstw agroturystycznych. Do jednego jeszcze muszę
kiedyś wrócić bo to "Brzoskwiniowy Sad", a to moje ulubione
futerkowe jabłka. Odwiedzam też miejsce, gdzie dzieci chore i
kalekie, mają swój pierwszy kontakt z koniem (hipoterapia), gdzie
wolna jazda na grzbiecie daje rozluźnienie, spokój i same przyjazne
doznania. Na podwórzu powitał mnie pies ogromny ruchliwy także, ale
ponieważ nie dobiegł bym do furtki w odpowiednim czasie, wolałem się
grzecznie przywitać. Zapach moich portek widać do zniesienia, bo
tylko pod leniwą obserwacją pozostałem. Koza, koty, i pieski inne,
że o koniach nie wspomnę wszystko uwieczniałem aparatem. Dyskretnie
wstrzymałem się tylko z fotografowaniem, kiedy obok gospodarz konika
"słusznej miary" do nieco wierzgającej klaczy podprowadzał.
Codziennie wyjazd, i powrót bo nocleg w Busku. W dwu pensjonatach,
żeby ślady zatrzeć, a i na wypoczynek jakiś gości namówić. W jednym
to i restauracja i kawiarnia nowe, a jedzenie takie że placek
węgierski do dziś czule wspominam, choć tak dobry jadłem 25 lat temu
w dawnym Cristalu - Budapeszcie na Marszałkowskiej. Jednego dnia
wyprawiłem się do Wiślicy, która pierwsza ponoć chrześcijaństwo
przyjęła, bo misę chrzcielną gipsową z IX wieku tam znaleziono. W
Wiślicy słynna kolegiata, obecnie do rangi bazyliki mniejszej
podniesiona i dom Długosza. Stare mury ciekawe bardzo, a w środku
dysonans: garaże księdza proboszcza świeżo bielone, które tak tu
pasują jak antena satelitarna na wieży zamkowej. Z Wiślicy trzeba
koniecznie do Nowego Korczyna bo tu przeprawa promem przez Wisłę do
Borusowej czyli granica świętokrzyskiego i małopolskiego.
Frajda niesamowita dla obserwujących, a ponoć jeszcze większa dla
odważnych kierowców małych samochodów zjeżdżających na stromy brzeg.
Z wrażeń jak by tu samochodu nie utopić to niedaleko jadąc do wsi
Górki jechałem miedzy stawami wielkimi, gdzie znak ostrzega
rysunkiem sugestywnym jak to autko do wody wpaść może. A tu akurat
TIR ogromny ma wprost mnie jedzie, więc przytulony do krawędzi,
prawie nogą macałem czy nie spadnę. Widać minę miałem nietęgą, bo
kierowca zwolnił i mijaliśmy się dostojnie i bezpiecznie. Z wrażenia
pędem na fasolkę po bretońsku. Polecam ogromnie w miejscowości
Zagórzany, bar tam czy zajazd przy drodze, ale potrawy gotowane na
miejscu, nie z torebki zamrożonej. Misa jak dla Reja przygotowana, i
słoninka i kiełbaska i co tam jeszcze się do fasolki w sosie należy,
nie mogłem nie zjeść, choć wysiłek to niemały - taka porcja. A co do
Reja to i u tego Pana żarłoka byłem w Nagłowicach, a opis jego
apetytu wisi w uroczym małym muzeum. Chyba to jedyne Muzeum co ma i
tanie pokoje gościnne, bibliotekę i park. Bilet tylko 3 złote, a są
i ulgowe.
Na zakończenie podróży miłej o Imć Reju wspomnienie opata
sulechowskiego - Józefa Wereszczyńskiego: "...Albowiem zawdy kiedy
przyjechał pudło śliw jak korzec krakowski, miodu prasnego pół
rączki, ogórków surowych niewielkie niecułki, grochu w strączkach
cztery magierki, na każdy dzień na czczo to zawżdy zjadał. A potem z
chlebem garniec mleka, jabłek kopę, a pół tryguja gniłek zjadłszy,
do tego sztukę mięsa, kilka półmisków zmiółszy - czupryny, kapuście
kwaśnej potem dorobił mało już o żabki włoskie dbając. " |
|
5 kwietnia
2007
czwartek |
Zamykamy nasz
teatrzyk... zmysły prysły.. no może jeszcze z nutką sentymentalną;
pamiętasz była jesień. Tak więc z kabaretową piosenką i nostalgią w
duszy żegnam mój
Zapiecek. Pora by iść, czas niedaleki.. jak mówi inna jeszcze
piosenka. KONIEC.
Władze dzielnicy Śródmieście nie potrzebują już książek na Zapiecku,
gnębią kataryniarza przeganiając go z miejsca na miejsce i likwidują
jednym podpisem stoiska handlowe na Starówce. Było poza bazarkiem na
murach (plac Zamkowy) takich stoisk chyba sześć. W tej sytuacji już
w marcu wielu handlarzy z pudełkami czy nosidełkami przemieszczało
się wokół Syrenki ciesząc się że nie ma legalnej konkurencji.
Teraz to i ze strażnikiem łatwiej się dogadać, podatków i opłat nie
trzeba nigdzie wnosić. Widać komuś się opłaca taki handel -
tolerować. Na tzw. międzymurzu koszt stoiska to od 2-6 tysięcy
złotych miesięcznie (np. za 2 metry stoiska). Jak im się to opłaca
to tylko Centralny Urząd Antykorupcyjny wie. Bo opłatę ponosi się
cały rok, a sezon to ledwie kilka miesięcy (od kwietnia do
września).
Nie oglądam się za innymi, bo to i nie elegancko i ...szyja boli,
ale donoszę uprzejmie i
skwapliwie, że nic nie rozumiem.
Wczoraj właśnie dowiedziałem się przy świątecznym "jajeczku"
kupieckim, że pan wiceburmistrz oświadczył na prośby kolegów ze
staromiejskiego Stowarzyszenia - nie będzie dla jednej osoby żadnych
wyjątków. AMEN.
Gdzieś tam pisałem już o tym jak śmiałem się do łez prawie z
uzasadnienia - dlaczego stoiska handlowe na Starówce trzeba
zlikwidować. Ano dlatego, że:
- "nie ma możliwości określenia takich kryteriów, które pozwoliłyby
jednoznacznie wyłonić podmioty uprawnione do prowadzenia stoisk
wolnostojących. Wnioskodawcy tak dopasowują swoje oferty iż niemal
wszyscy spełniają narzucone im warunki".
Albo nie rozumie taki co pisze albo nie wie po co go tam posadzili.
Już przecież w przedwojennym (ogólnodostępnym) sraczyku wisiał
regulamin jak korzystać. Tu jeszcze nikt nie wpadł na pomysł
określenia kilku kryteriów (pamiątka estetyczna, kojarząca się
jednoznacznie ze Starówką czy miastem, sprzedawca przygotowany,
opinia sąsiednich sklepów, albo organizacji kupieckiej i kilka
jeszcze do woli).
- "usunięcie stoisk z pasów drogowych uzasadnia również przepis art.
39 ustawy o drogach publicznych wskazujący, iż zajęcie pasa
drogowego w celach niezwiązanych z potrzebami zarządzania drogami
lub potrzebami ruchu drogowego może nastąpić jedynie w szczególnie
uzasadnionych przypadkach".
Od lat postuluje się właśnie - o drastyczne ograniczenie wszelkiego
ruchu drogowego na Starym czy Nowym Mieście po to aby teren ten
szeroko udostępnić turystom, a może i tym co ich maja obsługiwać. Na
przykład: ogródki kawiarniane - bo wszystkie (!) stoją w "pasie
drogi" i mają nie 2 metry kwadratowe, a 20, 30 i więcej.
- "...stoiska handlowe bez wątpienia stanowią znaczną przeszkodę dla
pieszych".
Przez 15 lat nie stanowiły przeszkody, nawet wielkie wozy strażackie
kiedyś próbnie objeżdżały ulice i kolizji nie było.
- "..często wokół stoiska gromadzą się kupujący, co powoduje
zahamowanie ruchu pieszych".
Ja nie przeżyłem takiego oblężenia kupujących jeszcze, ale już mnie
to nie dotyczy, natomiast taneczne występy hip-hopowców, grajków
wszelkich, cyrkowców ledwo przeszkolonych czy sekt krzyczących o
mękach piekielnych żadnemu urzędnikowi nie przeszkadzały. Reagowali
dopiero z niechęcią, wobec ogromnej liczby telefonów do straży, do
policji bo na ulicach tworzyła się tzw. "barykada", gdzie zwarty
tłum oglądał dzikie występy uliczne, czy słuchał głosu
"nawiedzonego" blokując nie tylko wszelki ruch ale zamykając dostęp
do okolicznych sklepów czy kawiarń.
Już tylu burmistrzów światłych i gospodarnych przewinęło się przez
stołeczne pokoje, a ja jeden trwałem uparcie na tym Zapiecku z
książkami. Czas i na mnie.
Co będzie dalej? Życie znam to Wam kochani powiem. Za rok wszyscy
zapomną że tam na Zapiecku było jakieś stoisko w "pasie drogi" co tu
turystom przeszkadzało i.. postawią kilka stolików. Od lat o to
miejsce ubiega się restauracja pewna, co zna tego Pana co jest mu
życzliwa ta Pani co stosowną decyzję wyda. A Galerii postawią
ultimatum że jak nie zapłacą za dwie sąsiednie ulice to, miasto nie
może tracić.
Stroniczki te
zaniedbywane nieco, mniej roześmiane bo starałem się coś zrozumieć z
bełkotu urzędniczych wywodów kończą swój żywot także. Bo jak
opisywać starówkowe życie nie uczestnicząc w nim. Może jeszcze jedną
gazetkę zrobię dla kupców, może jeszcze na jedno, dwa zebrania mnie
zaproszą, ale jak czas się żegnać, bo pewnie będzie tak jak z tą
Ciotką. Spieszyła się okropnie bo spraw tyle na głowie, a stała
jeszcze godzinę w przedpokoju i gadała, gadała..
Nie chodziłem zbyt często na Starówkę w marcu choć słoneczne dni, bo
turyści są, a książek nie ma i serce się kraje, a na moim miejscu
żongler z pomocnikiem co dmie w tubę jak pasterz nepalski i rytm
tamburynem ze starego taboru cygańskiego wybija, innego dnia babina
po 30-tce zbiera na powrót do Rumunii, obrazkiem świętym na turystów
kiwa, skutecznie matkę Polkę - już bez beretu (bo ukradli) udając.
Czasem korci mnie jeszcze żeby coś skomentować, opisać, albo pogadać
tylko z przyjaciółmi. Napiszcie do mnie czy zostawić ten ZAPIECEK
jeszcze "ku pamięci" i dla dziennika? Bo już bez żalu tam pójdę na
spacer, to już nie moje miejsce pracy ale Warszawy kawałek i
życzliwych przyjaciół mam tam trochę.
marek@zapiecek.com
albo po staremu lef@post.pl |