| Data |
dziennikczylinocnik |
|
26 luty poniedziałek |
Napisał
do mnie dość długi list czytelnik tego dziennika z Katowic.
|
|
21 luty środa |
Dziś dzień pełen wrażeń, choć pogoda fatalna, zamieć, deszcz ze śniegiem, wichura i słońce na przemian. Rano wycieczka na południe, odwiedziłem dawno zaprzyjaźnionego antykwariusza o którym słów parę - piętro niżej. O książkach nie musimy rozmawiać, wystarczy spojrzeć na półki i zwrócić uwagę na stan oryginału dawnego, tak piękny, że aż o współczesny reprint podejrzewać go można. No i szaleństwo absolutne - przepiękne pocztówki dawnej Warszawy, cudowne Staromiejskie, takie, których nie widziałem w dziesiątkach przejrzanych albumów. No i takiego mi ten Andrzejek zabił klina, że kusić Go nie przestanę, aby zgodził się na indywidualną wystawę w zapieckowej naszej galerii. Ma naprawdę piękny zbiór i o ile pertraktacje się powiodą to wszyscy moi mili goście będą mogli podziwiać to co ja dziś rano. Panie Konstantynowicz nie denerwuj Pan biednego wklejacza staromiejskich obrazków, bo co zapytałem o jakąś historię, kamieniczki, czy pomniki, na biurko wyjeżdżały albumy z odpowiednimi widokami z różnych bliżej mi nieznanych okresów. Ciekawą dyskusję mieliśmy o pięknie kiczu, bez sięgania do Banacha, który ciekawe dziełko na ten temat popełnił, a w oparciu o przykłady wspaniałych dziewic żegnających ułanów, dziewoi i heter i innych przedstawicielek płci nadobnej w różnych ujęciach cudownego świata pocztówki dawnej. Motylki, żabki, serduszka, łabądki i wszelkie atrybuty wzniosłych uczuć przy których dzisiejsze "ozdupki " walentynkowe straszą i skrzeczą. No i cudowny świat zaginiony, stroje ludowe, obyczaje, tańce ludu polskiego, górale, huculi no i... Stryjeńska. Tak można godzinami, ale może coś z tego wkrótce pokażę. Dziś dzień
czytelniczy i to sieciowo. Uczestniczyłem dosyć aktywnie w wydaniu
wspomnień Borysa Tylewicza najstarszego wiekiem, nie duchem znanego mi
internauty, a tu dziś czytam na przyjaznych mi PLOTACH w Calgary, zarys
następnej pozycji wspomnieniowej pod tyt. "Dwie ojczyzny". Jak
powstaje z okruchów pamięci pasjonujące wspomnienie trudno uwierzyć,
ale i lekcja obyczaju żydowskiego i historii współczesnej za jednym
zamachem. Warto zajrzeć http://www.ploty.com/Borys/index.htm
.
|
|
18 luty niedziela |
Idąc na spacer z córką w sobotę do parku wstąpiliśmy po chruścik czyli faworki, choć do tłustego czwartku jeszcze dni parę, przy okazji gazeta jakaś darmowa, więc czytamy potem na ławce. Umarł Michał Rusinek. Jedna z najlepszych książek mojego dzieciństwa, to trylogia o korsarzu Janie Martenie, potem o Krzysztofie Arciszewskim ("Muszkieter z Itamariki"). Urodził się w 1904, jeszcze trochę i byłby wspaniały jubileusz. Poznałem Go 17-18 lat temu. Zaprosił mnie na oglądanie biblioteki, chcąc nieco przerzedzić księgozbiór. Pokazał mi wtedy przy kawie i kieliszku koniaku - książkę starą i zniszczoną, która okazała się pierwowzorem jego opowieści o Arciszewskim. O sprzedaży tej pozycji nie było mowy, ale jakąś pisarską tajemnicę poznałem. Na właściwe zakupy umówiliśmy się dopiero za kilka dni, w jego małym domku przy Wiktorskiej na Mokotowie. Znowu długie rozmowy i nawet nie pamiętam co wtedy uznał za zbędne w swojej wielkiej bibliotece. Do wspomnień nastroił mnie też Andrzej Konstantynowicz (znalazł mnie w internecie), który niewiele po mnie (20-lat temu) otwierał chyba jako drugi w Warszawie - współczesny antykwariat prywatny. To były czasy - podatek płaciło się od zakupu, nikt nie wiedział jak nas księgować, nie było takich sklepów. Nie było też książek, wszystko z literatury światowej sprzedawało się błyskawicznie. Wznowień nie było, więc jakakolwiek ciekawa pozycja miała natychmiast nabywcę. Byli jeszcze hobbiści od "tygrysów", "Kapitana Żbika", kryminałów "z jamnikiem" i "z kluczykiem". Nowe książki sprzedawano prawie wyłącznie spod lady lub "spekulując" na bazarach. Tak to było w czasie stanu wojennego. Przeboje z tamtych lat to każda encyklopedia, "Poczet królów", "Encyklopedia pielęgniarek" itp. Najciekawsze opowieści snuli koledzy po wpadce - czasem nawet ich zamykano na 24 godziny za "spekulację", ale nigdy nie byli karani, litościwi sędziowie skwapliwie korzystali z paragrafu o nikłej szkodliwości społecznej. Kiedyś patrol milicyjny wpadł i do mnie do sklepu, dowódca patrolu szukał podziemnych druków (była to suteryna) nawet w starej kanapie co stała na zapleczu, pod poduchami foteli i gdzie tylko się dało. Niestety nic nie znaleźli. Chcieli spisywać niektóre pozycje (chyba podejrzane?) ale zniechęciło ich ostatecznie moje zaangażowanie w robienie tabel z imieniem i nazwiskiem autora, tytułem, rokiem wydania, gdzie i przez kogo wydane - dane prawie jak do katalogu aukcyjnego. W końcu zrezygnowali i poszli. W tamtych czasach i o piwo było trudno, więc jak gdzieś "rzucili" - kupowało się to na skrzynki i kartony. Kartony były lepsze bo czeskie.
|
|
16 luty piątek |
Jeszcze jeden (przedostatni) wolny weekend i do pracy. A na razie i tak tkwię w tej naszej Starówce, chyba ugrzęzłem na dobre. Umówiłem się z miłą panią kustosz z Muzeum Literatury na spotkanie we wtorek, może jakieś ciekawe zdjęcia uda się pozyskać dla lepszej ilustracji tych na razie ubogich jeszcze opisów. O ciekawej ofercie opowiedział mi nieoceniony Pan Janek z Placu Zamkowego - znalazł firmę, która udostępnia wspaniałe (podobno) zdjęcia do wykorzystania w reklamie i czym kto chce, ale ceny oscylują w granicach 500 - 1.500 euro(!). Jak tak dalej pójdzie to sam obskoczę całą Starówkę i ciach, będą zdjęcia. No, a co znajomi pstrykacze?, też wpiszą się na te strony?, wystarczy opis i podziękowanie dla autora. A euro jeszcze nie widziałem. Szukałem nieco
na stronach poświęconych literaturze i zrobiłem pewien eksperyment. Ściągnąłem
na swój dysk tekst całej Trylogii Sienkiewicza. A po spakowaniu zajęło
mi to niecałe dwie dyskietki. Rany, Julek, co to się porobiło. Ale i
tak czytanie w "bujanym" fotelu nie zastąpi żadnego komputera,
książkę trzeba mieć na kolanach, dobrą herbatkę blisko i... odrobinę
ciszy. Jednak dzięki internetowi, teraz naprawdę literatura trafi pod
strzechy. Telefon można już założyć wszędzie, nawet konkurencja jakaś
nieśmiała się pojawia, więc tylko modem i już. Odkryłem tyle wspaniałych
stron, a ostatni przystanek trafił mi się przy poezji Andrzeja Bursy.
Oczywiście miałem w rękach, rzuciłem czasem okiem, ale to wszystko tak
powierzchownie, w biegu. Teraz ściągnąłem na dysk i powoli smakuję.
Osobliwa tam "modlitwa dziękczynna z wymówką". Aby być w
zgodzie z chronologią w poezji sięgnijmy i do Kochanowskiego: Tak mamy zderzenie zupełnie odrębnych epok, ale czy każdy z tych tak odległych poetów nie bawi się z nami swoim filozoficzno-ironicznym spojrzeniem. Co mnie pociąga właśnie czasem w tych drukowanych literkach? Chyba to, że autor bawi się ze mną, za nos wodzi, ironizuje i uśmiecha się trochę przekornie nawet, ale nie traktuje mnie jak idiotę, gdzie oznaczono strzałką i odnośnikiem - ...kropkę nad i. Z drugiej strony eksperyment prozatorski, a i taki znalazłem w sieci, nabawia mnie gęsiej skórki, bo nawet bełkot nieco ładu mieć musi, że o uzasadnieniu nie wspomnę. Niedawno taki Pan "artystaaaaa" właśnie prosi o ocenę i prawie zmusza mnie do odpowiedzi. Zamykam to recenzją Słonimskiego z pewnego przedstawienia: "Pierwszy wyszedłem".
|
|
12 luty poniedziałek |
Wczoraj minęły
dwa miesiące od założenia licznika na pierwszej stronie "zapieckowej"
i stuknęło ponad 1500 odwiedzin, no i nie można przestać w tych
warunkach, tym bardziej, że mam wiernych kibiców i mam nadzieję krytyków.
Od niedzieli ruszyłem więc z czymś strasznie dużym, ale będzie można
śledzić na bieżąco postępy. Na razie koncepcja jest taka: przygotować
się tematycznie i z planami poszczególnych ulic. Okazuje się, że nie
budowano równo i np. po jednej stronie rynku jest 13 kamieniczek (strona
Barssa), a po przeciwnej (strona Kołłątaja) tylko 10. Na Piwnej kościół
św. Marcina przerywa ciąg kamieniczek, co nie przeszkadza, że znów po
drugiej stroni też jest ich więcej. Każdy dom to cegiełka-przycisk, a
więc każdy dom będzie miał w przyszłości swoją stronę albo ... więcej.
Są takie, gdzie niewielu lokatorów i takie, gdzie kilka firm zabiega o
klientów. Ma to być ciągle aktualna fotografia warszawskiego Starego
Miasta. Żywa, ale z historycznym odniesieniem. Mało tego, każda została
wielokrotnie obfotografowana, wiele uwieczniono na płótnie malarskim i
co tylko będzie dobrze oddawać klimat tego miejsca musi być uwzględnione.
Na razie moja koncepcja jakoś mi się podoba, zobaczymy co z tego
wyjdzie. Wydaje mi się, że namówiłem już Pana Janka Skuriata z Placu
Zamkowego do małej współpracy. Ma ogromną liczbę pięknych i własnych
zdjęć Starówki, nigdzie nie publikowanych, sam opracował koncepcje
wirtualnej Warszawy do zrobienia na CD, ale to już nie na dwóch
ludzi. Następny powód do radości to taki, że od czwartku nie jestem już przewodniczącym rady nadzorczej w mojej spółdzielni mieszkaniowej. Uff, odetchnąłem z ulga - ile można mediować, namawiać do współpracy, spierać się i kłócić o takie bzdury czasem, że "hadko" słuchać - jeszcze trochę i bez aureoli nie mógłbym wychodzić z domu. Od czerwca 2000 r - 10 posiedzeń, 20 uchwał i po prawie 9 miesiącach rozwiązanie - nareszcie spokój - czyli wszystko zgodne z naturą. Jako powód mojego odwołania podano, że za bardzo byłem stronnikiem zarządu. Tylko jakoś nikt nie zauważył, że czasem można lubić swoją pracę i być dobrym gospodarzem. I że nie każdy prezes kraść musi - może to złe wspomnienia "działaczy" z niedawnej przeszłości. Nowa ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych pozwala na wydzielanie się, tworzenie wspólnot i nowych spółdzielni, stąd też okazja do skoku na nowe stołki, można będzie jeszcze zaistnieć, porządzić i oczywiście załapać jakiś solidny dodatek do emerytury. Nie dziwota, gdy takie ruchy wykonują żądni - nawet spółdzielczej kariery - ludzie młodzi, ale tu akurat bój toczą 70-latkowie. Zdrowia życzę i energii na długie lata, tylko pomyśleć czasem o mieszkańcach też by się zdało, dla których eksperymenty różne, zbyt niebezpieczne być mogą.
|
|
6 luty wtorek |
Szaleństwo Pokémon trwa. Jeśli ktoś nie ma dzieci w odpowiednim wieku 1-5 klasa - to żyje w nieświadomości. Świat fantazji to nie tylko absolutny bestseller "Harry Potter" ale również serial produkcji japońskiej, który 3 razy w tygodniu przykuwa wszystkie dzieciaki przed telewizorami o godz.15. Spacer, zakupy nic się nie liczy - biegiem do domu bo zaraz się zacznie.. Animacja taka sobie, rysunek nieskomplikowany, plastycznie - zdecydowanie nie w moim guście. Skąd to szaleństwo z wydawaniem dodatkowych pisemek, naklejek, gadżetów - pomyślmy chwilę. Każde dziecko, bohater filmu ma swojego Pokemona (stworka, sztuczną istotę??), którego trenują do walki, aby zostać mistrzem Pokemon. Taki stworek wygląda jak mała kaczka, jak robot, smok - no jest ich 151 i ciągle odkrywają nowe. Element kluczowy to walka z ogromem wybuchów, skoków - zespół R chce dorwać Pikaczu, ale mu się to nigdy nie udaje. Rozumiecie coś z tego?.. No już dalej nie mogę. Oto zadanie dla każdego taty - bądź ze swoim maleństwem i przeżywaj razem z nim. A przynajmniej nie krytykuj bo się nie znasz. Zawsze jest nadzieja, że nasi milusińscy zapamiętają - nie jak mu dać w łeb, ale - że trzeba mieć dobre serce (tylko gdzie było o tym sercu? Czy nie u Amicisa - już dawno nieco). Wypowiedzi
polityków są na ogół poważne i dostojne, ale na całe szczęście,
potrafią jednym "zręcznym" zdaniem rozbawić znudzonych
słuchaczy. Marszałek Sejmu właśnie wypowiedział się publicznie, że
jeszcze metrem nie jechał, ...(w kontekście utarczek sejmowych o pieniądze
na rozbudowę metra i ...bez kontekstu przy podwyżce diet poselskich), a
pewien duchowny uznał, że książki Pani Rowling o Harrym Potterze
są szkodliwe bo propagują czary, fantazje i takie tam .. właśnie. Och
starsi Panowie miejcie trochę fantazji, przejedźcie się metrem i
przeczytajcie to co dzieci tak lubią - może nie będziecie musieli tak
daleko spoglądać ze swoich pomniczków. Podobają mi się niezmiernie
wypowiedzi "platformersów" jak ostatnio nazwano w internecie
Panów: Płażyńskiego, Tuska i Olechowskiego. Podobno już mają program
dla partii, która nie będzie partią tylko platformą. Wzywają zatem do
walki z partyjniactwem, ale w nowych ramach, a raczej na nowej platformie.
Nazwa jak nazwa, mnie kojarzy się z taką co buja się na morzu, no więc
"może nasze morze - co cię mamy wiernie strzec", strzeżmy się
tego co pływa i buja. Ale pośmiać się trzeba, szczególnie wtedy gdy
po jesiennych wyborach zobaczymy, kto się w tej "słusznej"
walce załapał na zaufanie narodu. Ciekawscy na zjazdach i krzykacze na różnych
walnych, nie przekładają się na tych co idą z żoną w niedzielę
wrzucić głos do urny. Po kilku dniach otworzyłem swoją stronę i na liczniku już ponad 1400 odwiedzin, a tu zmian niewiele. Mam koncepcję na rozbudowę stron w formie historyczno-współczesnej wędrówki od Zapiecka po całej Starówce i chcę to robić tak, żeby żadna strona nie była "w trakcie..", za to z ciągłą możliwością uzupełnień. Co zacznę kombinować to wychodzi mi mały portal staromiejski (kościoły, pomniki, galerie, restauracje, antykwariaty, muzea i.. szewc też być musi). Jak czytam w prasie komputerowej to na taki porządny portal trzeba ok. 1 miliona dolarów - nie mam niestety - wystarczy mi koncepcja z "Ziemi obiecanej" (ja nie mam nic, ty nie masz nic...) - ja, Pan Janek i jeszcze ktoś - i marzenie najgłówniejsze - aparat cyfrowy!!. Historię mam, w 1000 materiałów, współczesność to rozmowy i koniecznie zdjęcia. Jakoś to beeeeee.... Jak mawiał mąż, pani owcy.
|
|
2 luty 2001 piątek |
Styczeń zakończony - miesiąc przymusowych wakacji, luty chyba niestety również. Tegoroczna jesienna zima nie nastraja do pracy na świeżym powietrzu, chociaż rok temu o tej samej porze świetnie się handlowało przy słonecznej pogodzie i mrozie ok. 5- 7 stopni. Niedzielne spacery po Starówce, dobre i w zimie jeśli tylko aura sprzyja. Miałem kilka dni temu spotkanie z burmistrzem Starówki i bardzo go zainteresował projekt Starego Miasta w internecie - mam obiecany dostęp do zdjęć, które z ogromną pasją wykonuje Pani konserwator. Zdjęcia te dokumentują ogromną troskę o każdy fragment odłupanego muru, zacieku na ścianie .. często dzięki tym zdjęciom wiadomo, co wymaga rekonstrukcji, naprawy i odnowienia. Można tam też niestety zobaczyć jak rodzimi wandale niszczą pomniki naszej Starówki. Ponarzekaliśmy na zimę i wandali to trzeba i na niektórych posłów. Niektórzy się śmieją, inni współczują, ale jak skomentować wypowiedź posła Dziewulskiego [w kontekście spotkania w restauracji sejmowej innego posła z panem Bagsikiem (Art-b + oscylator)]. Występując w obronie biesiadujących poseł D. stwierdził, że poseł jest jak prostytutka i spotykać się musi z każdym. "Zręcznie" wycofując się z tej wypowiedzi, stwierdził przed kamerą dziennika telewizyjnego że: "dał ciała" - zadziwia bogactwo słownictwa i erudycja, ale od zbierania tych "intelektualnych pereł" mamy przecież w końcu parodię dawnego dziennika TV, którą przygotowuje cyklicznie Jacek Fedorowicz. Czy trzeba mieć nadzieję, że w następnej kadencji wyborcy - nie dadzą ciała ? Ach, nareszcie dotarł do mnie związek tego logicznego poselskiego wywodu z najstarszym zawodem świata i stąd pewnie to dawanie. Czy znów satyryk powie, że nie za darmo - po podwyżkach diet poselskich? Grupa posłów złożyła protest do Komisji Etyki, ta zwróciła uwagę ... i jest wesoło.
|