Archiwum 003 (marzec 2001)

30 marca
2001

Tydzień minął i same dobre wiadomości. A gdyby tak rano otworzyć gazetę, jakąkolwiek i przeczytać właśnie takie zadanie, ech.. łza się w oku kręci.
Są uprzejmi urzędnicy, mili sprzedawcy i politycy, których czasem można posłuchać. 
Zacznę od polityków. W ostatnią niedzielę odbyło się podpisanie tzw. "Przymierza dla Przyszłości" organizowanego przez Unię i Biznes Center Club. Zostałem zaproszony i cóż - zamiast nudnej celebry, doskonale zorganizowane spotkanie ok. 2000 osób w auli Politechniki. Przemówienia krótkie i rzeczowe, wszyscy jacyś odświętni i przejęci. Dziewczyny Unijne bardzo eleganckie, zjechały jako delegatki z całego kraju. Szczegóły w prasie więc nie będę opisywał. W każdym razie Unia Wolności zaprosiła do współpracy Platformę i SKL, ale tamci stojąc nad przepaścią muszą zrobić krok naprzód więc nie mieli czasu. Tfu, co ja gadam nad przepaścią stoi AWS - oni tylko są następni w kolejce. W ostatnim tygodniku "Wprost" jest moje zdjęcie. Cha, cha - na stronie 24 grupka siedząca w górnym lewym rogu, ja siedzę na szczycie tego trójkącika drugi od prawej, obok Pani z papierami na kolanach. mam jakieś półtora milimetra (bez kapelusza). 
Będąc jeszcze przy politykach muszę trochę poironizować, bo by było za nudno. Dawniej w zamierzchłym PRL-u był od budownictwa minister Glazur, od rolnictwa  Kłonica i wszystko było wiadomo. Teraz rotacja jak w pralce "Frania" i trudno się zorientować, chyba po fryzurach. Wczoraj żona mnie woła  i mówi: - czemu Oni nie chodzą do fryzjera. I co to za moda szmirowata, aby resztki owłosienia spod lewego przedziałka zaczesywać aż do prawego ucha na tzw. pożyczkę?. Może to jeszcze ujdzie w tzw. terenie - jak pagórkowaty i zalesiony, ale na trybunie sejmowej, albo jeszcze gorzej w telewizorze ? A jak opadnie nagle taka psedo-treska ?. No właśnie tak prezentował się wczoraj minister jeden. Sami zgadnijcie który. I tu problem wcale nie nowy. Polityk musi być medialny. On przekonuje siłą obecnych mediów, ale nie tylko słowem, ale głównie obrazem. A jak wygląda to każdy widzi i najpiękniejsze perły wymowy nic nie pomogą. Zresztą większość sepleni, albo mówi niewyraźnie. Ja się nadaję najwyżej na wójta w jednoosobowej wiosce. I pewnie dlatego w polityce nie mieszam. Stąd moja rada, piszcie, ale do siebie - to uspokaja. Ale cóż, jak ktoś ma powołanie .....do kasy.
Mili urzędnicy i sprzedawcy objawili mi się tym, że w ostatnim tygodniu wszystko załatwiali telefonując do mnie. Najpierw miła Pani zadzwoniła, że jest do odebrania zgoda na moją pracę, potem inna, że pieniążki (choć nieduże) do odebrania we wtorek, trzecia w urzędzie Warszawa Wola - życzyła mi miłego dnia załatwiając mnie w 2 minuty - w tym uśmiech 1 minuta i tyle poświęciłem na zapłacenie podatku. Czwarta zadzwoniła z Poczty (!), że przesyłka dla Martusi z Kanady do odbioru - tego jeszcze nie grali. Kolejny telefon od fachowców co okna wymieniają. Proszę zaproponować termin - my się dostosujemy, - jeśli Pan dysponuje czasem nasz technik przyjedzie zrobić obmiar np. w ciągu godziny. (Firma "Goran") . No i jak tu się nie uśmiechać. 
Sąsiedzi poprosili mnie o prowadzenie zebrania członkowskiego i mimo, że nie co dzień to się zdarza jakoś sprawnie poszło. Choć 80 osób, to nie 16 na spotkaniu i non-stop 4 godziny. Nawet żarli się umiarkowanie, a warchołom dali odpór. Żadnych przerw nie przewidziano. No i na co tu narzekać. Jeszcze tylko ten totolotek, jakiś domek na górce ( bo lepiej widać) i jakoś to będzie.

Wielu warszawiaków na pewno pamięta Pana Macieja Piekarskiego. Elegancki, starszy, siwy - zawsze z muszką - wspaniale prowadził audycje WOT-u (telewizja regionalna - Warszawa). Niestety niedawno zmarł. Miałem przyjemność poznać Panią Małgosię Piekarską córkę tego słynnego warsawianisty. Małgosia pisze, redaguje, fotografuje i buszuje w internecie. Tak się zresztą poznaliśmy. Jej stałe miejsce to "Pan Cogito" polonistyczny  miesięcznik dla maturzystów i oczywiście WOT. Byłem, widziałem i nie chciałem wyjść. Pokoje pełne książek, po sufit. Warsawianów tylu w jednym miejscu jeszcze nie widziałem, pamiątki, zdjęcia, stare pocztówki. Mógłbym tam odbywać odsiadkę jakąkolwiek. Czy ktoś jeszcze tak pamięta o swoim ojcu ?. 
I ja miałem swoje 5 minut bo dostarczyłem książkę Pana Macieja Piekarskiego "Jak dziś pamiętam" - jego okupacyjno-powstaniowe wspomnienia. Gdy zaczęła się wojna miał 7 lat. Pięknie napisane. Dzień po wizycie znalazłem w swojej skrzynce mały zbiór pięknie zeskanowanych starych pocztówek warszawskich z domowego zbioru, który tak podziwiałem. Dziękuję Pani Małgosiu raz jeszcze.

Pisałem niedawno o książce "Mój PRL", a tu dwa dni temu recenzja w "Życiu" z kropką. Nie-tubylcom wyjaśniam, że są dwa życia (w stolicy) w tym jedno "Życie Warszawy". Zresztą aby zagmatwać sprawę wpiszcie w Waszej przeglądarce ww.zycie.pl  i wyjdzie  co ? - "Życie Podkarpackie". Tyz piknie. Otóż w tym "Życiu" (www.zycie.com.pl) Pan Tomasz Zapert polemizuje. Ale o książce dwa zdania, za to o możliwościach intelektualnych autora i jego stanie umysłowym cała reszta. Lekki antysemityzm, tylko słabo zawoalowane wymyślanie od idiotów i prześmiewki z życiorysu. Z moich dochodzeń wynika, że krytyk jest prawie o 40 lat młodszy od autora. Ale czy to powód aby wiedzieć już wszystko lepiej ? I czemu taki smutny, pewnie nie czytał Harry Pottera, że o "Dzieciach z Bulerbyn" nie wspomnę. Oto  tekścik.= http://www.zycie.com.pl/archiwum/archiwum.html?id_tekst=9314&id_wyd=351&d=2001-03-28
Mój przyjaciel dla odprężenia czyta Szwejka, drugi "Żywoty Pań Swawolnych" ja czasem Brillat Savarina "Fizjologię smaku" a dla uciechy Tuwima i Słonimskiego "W oparach absurdu". Politycy w oparach, recenzenci też, tak - to i ja w oparach czekam na pogodny koniec .....tygodnia.

 

24 marca
sobota

W pierwszy dzień wiosny śnieg na dachach, co udało mi się uwiecznić na kilku zdjęciach, a dziś śnieżyca od południa. Właśnie spokojnie prowadzę debatę z klientem na temat małej serii Ceramowskiej, a tu dzwoni coś w kieszeni. Synek melduje, że na Mokotowie śnieg wali - tata wyciągaj parasol i zaczynaj pakowanie, już jadę na pomoc. Coś mi się nie bardzo chciało wierzyć, ale po parę płatków zaczęło nadlatywać i bezczelnie zmieniać swój stan fizyczny na mojej literaturze. No cóż o 13 (dawniej godzina zero) zaczęło śnieżyć na dobre dzięki czemu już o 14:15 mogłem się dobrać do ukochanych łazanek z kapustą. "Godzina zero" przypomniała mi się w związku z odwiedzinami Pana docenta od filozofii, który wykłada na jednej z uczelni warszawskich. Miał ci on piweczko zawinięte dla niepoznaki w papierek jakiś i co chwilę z lubością degustował. Właśnie Pan docent przypomniał mi "godzinę zero" w stanie wojennym - bo od tej zaczarowanej godziny sprzedawano alkohol oficjalnie. Więc i on dla zachowania tradycji zapoznaje swoją cukrzycę z chmielowym wywarem, ale tak bliżej 13 godziny.

Wracam do pierwszego dnia wiosny, które z powodów urzędowo rozrywkowych spędziłem również na naszym Starym Mieście. Młodzieży ok. 10 rano - prawie wcale, dopiero po 12 jakieś niewielkie grupki. Trochę wietrznie i chłodno było, więc mniej chętnych na podskoki na świeżym lufcie. Dawnymi czasy to butelki piwne latały jak gołębie, szybek ubywało trochę, a policja gubiła się w czeluściach podwórek. Teraz policji więcej niż gołębi, więc każdy spokojnie , dostojnie i pewnie, dlatego sporą grupę sympatycznych dziewczyn spotkałem w Galerii Zapiecek na wystawie rysunków satyrycznych Jacka Frankowskiego. Odpowiednie, wizualne cytaty zamieszczam w tej witrynce - komunikacja nawet bezpośrednia z 1 strony. 
Opisując staromiejskie uliczki i kamieniczki - zamieszczam trochę starych zdjęć czy pocztówek, ale konieczne są zdjęcia - jak to teraz i w tej chwili wygląda. Na próbę wziąłem aparat syna, co sam zdjęcia robi, ale wymagań nie można mu stawiać żadnych. Z drugiej strony w internecie zdjęcia muszą być "lekkie" bo wczytywać się będą za długo. Zrobiłem ok. setki zdjęć z czego można już coś wybrać. Firma fotograficzna "Kwiatek" przy dawnych ruchomych schodach wywołała i odbiła w tempie = 1 kawa + torcik. Gorzej z konkurencją. W Foto - automacie (przejście podziemne pod Alejami Jerozolimskimi) robią jednym ciągiem, czy to plener czy wnętrze i jedne jasne inne ciemne. Dziwne.
Polecam kawiarnię "Literacką", w której nie byłem (przechodziłem), ale ładne dziewczyny, aż przez okno jak wiosenne bukiety... Oferta też w oknie: "lunch" (czy jak to się tam pisze w bliżej nieznanym języku) pewnie obiadek + deser w cenie 19 złotych. Mając w perspektywie domową wyżerkę poszedłem na kawę + torcik ciemno-kawowy. Przystojny zza baru pokazał cenę na elektronicznym wyświetlaczu palcem = 19 złotych. Po otrzymaniu 20 opadł z sił pewnie bo zszedł był aż do parteru szukając zapewne nieszczęsnej złotówki w czeluściach jakiś. Na efekty nie czekałem, ubrałem się powoli, nikt nie gonił mnie z tą okropna resztą. Bar - cafe nazywa się "Europa" . Odszedłem z myślą taką, że nie muszę w takiej Europie, już ten "lunch" i dziewczyny literackie lepsze -  szkoda. Nie pisał bym głupot o wydawaniu reszty, bo przecież cała gastronomiczna filozofia kelnerska opiera się na łagodnym wymuszeniu napiwku. Łagodnym bo to jego (kelnera, szatniarza, czy sprzedawcy książek... cha, cha)  zachowanie ma sugerować, że on dla nas szczególnie się stara i umila nam życie, a my mu tą marną mamoną jakoś tam odpłacimy. Mimo moich  oporów wciskają mi zawsze resztę np. w punkcie ksero+druk też obok "Literackiej". Tam płacę np. 2 złote za odbicie kilku papierków, a reszta czyli -15 groszy już jest przygotowana razem z odbieranymi odbitkami. Dziwne.

Aby nie popadać w ciągłe zdziwienia pytam syna - co w tym realnym życiu, a więc - o czym opowiadają w tym Big Brother'ze, bo słucha przez słuchawki. Okazuje się, że właśnie wczoraj trwała dyskusja i to lekko po godzinie 17-tej, na temat ile kosztuje usługa - no ta, co mi się nie chce gadać, a i tak wszyscy wiedzą. Nie będę dalej parafrazował Woody Allena więc skoro wszystko ma swoja cenę, to Pani taka, czy owaka, w knajpie, hotelu czy na ulicy też ma. Tylko po co taka dyskusja na zadany przez panów (telewizyjnych) fachowców dyskusja ?. Czyżby chcieli znać ceny przed wieczorem ?. Ale po to robić całą tę hecę ?. Ostatnio telewizyjny wysyp wspomnień tancerek na  wieszaku metalowym czy pań po drogach i rogach stojących, ale do tej pory po nocy te wynurzenia puszczano. Raz obejrzałem i starczy - jak ktoś tak się w pracy męczy, zawsze może wziąć sprawy w swoje ręce (przedtem umyte) i zacząć coś zupełnie nowego. Np. zaniedbana rzeźba ludowa czy inna tfu(rczość). No i jak tu się nie dziwić tym co dawno odkryty świat od nowa chcą nam pokazać ?

 

19 marca
poniedziałek

W domu na ogół siedzę tyłem do telewizora i raczej bezbłędnie mogę ocenić jakiej produkcji film ogląda rodzina, a najczęściej w którym kierunku popełznie czy pogalopuje  akcja (szczególnie jeśli to film amerykański). Przy okazji teleturniejów mogę się pomądrzyć tyłem, a jak nic nie wiem to mogę udać, że jestem strasznie zajęty przy komputerze. Jednego nie zniosę i apodyktycznie tępię. "BIG BROTHER" nadają na TVN-ie. Jest drugi telewizor nieco dalej, więc czasem coś mnie tam dochodzi. Zupełnie mnie nie interesują wygłupy grupki - raczej młodych ludzi w wieku odpowiednim. Wiek odpowiedni do czego - wiadomo - oglądalność gwałtownie rośnie w godzinach późnych, gdy biedne poklatkowane ludzkie stworzenia włażą pod prysznic. I tyż nic. Nienawidzę wstydzić się za kogoś, nawet jeśli jego stan zidiocenia jest mu naturalny. Bohaterowie tego serialu - który podobno w godzinach szczytu ogłada 9 milionów ludzi, są sztuczni czasem wulgarni (pewnie dla większej wiarygodności) i pewnie sądzą, ze tacy być muszą, bo ktoś to musi wygrać i zgarnąć obiecaną kasę.  Siedzą przed wszędobylskimi kamerami i żyją jak w klatce - dziewczyny i chłopaki pomundurowane i wszyscy czekają, która z którym i kiedy, i niech no tylko nadejdzie noc. Jedno jest pewne narodek napędza cudowne pieniążki, przez ogromną oglądalność, bo reklamy, przed, po i w trakcie kosztują, kosztują. Jakoś to mało etyczne i bardziej przypomina zbiorową pornografię,  jak socjologiczny eksperyment. Wielki Brat, który mnie podgląda niech już siedzi u Orwella. Zaraz ktoś powie, że mi żal, że się nie starałem, bo ci co próbowali tam zaistnieć mieli szanse. W eliminacjach uczestniczyło ok. 10 tyś ludzi. Trudno. Przynajmniej nie kradli i nie pluli w tym czasie. Amen.

Jak rozwinąć współpracę  na linii pisarz - książka - księgarz - czytelnik ?. Podaję przykład z życia. Miła para, odwiedziła mnie w zeszłym tygodniu i tak jakoś zgadaliśmy się o książce A. Wieczorkowskiego "Mój PRL". Jak dowiedzieli się, że pisarz odwiedza mnie często - poprosili o książkę z dedykacją. W niedzielę przybyli - ja za telefon, pani z panem na herbatkę na 10 minut - i już jest - jeszcze świeży podpis. No i gdzie tak można ? Tylko na Zapiecku. Grunt, że sympatycznie i z humorem. A gdyby tak w ładny dzień majowy, dodatkowy stoliczek i napis niewielki - dziś podpisuje swoje książki.... No to jest myśl.

Na Starówce zimno i wietrznie, to i gości mało. Jeszcze tak ciepło nie byłem ubrany w niedzielę, jak przez całą zimę, a to po sobotnich dygotach. Pogoda i tak super wytrzymała, bo mimo zapowiadanych opadów kropli deszczu nie było. W pogodny nastrój wprawili mnie też strażnicy miejscy. Co kilka dni inna ekipa najeżdża Stare Miasto przeganiając stolikowych handlarzy. Teraz przybyli przedstawiciele Pragi Południe, a ze zwierzeń jednego z tych panów wysnuć należy wniosek, że to smutna, nudna i bez przyszłości służba. Jakoś tak mu się zebrało na zwierzenia przy okazji kontrolowania moich kwitków. A więc prawo do niczego, wszystko gorzej i na górze też każą karać, a potem łagodnie traktują obywatela. No cóż, zawsze ma biedaczek szansę - kupić sobie stoliczek składany i też los swój odmienić. Żarty, żartami, ale jakoś od kilku lat nieodmiennie towarzyszy mi wrażenie, że i handlujący i strażnicy żyją w swoistej symbiozie i wszelkie ingerencje władz wyższych niszczą tą naturalną współpracę. Stąd zapewne moje wrażenie pogłębia myśl taka, że ci co legalnie sprzedają, płacą składki, podatki i wszelkie inne datki - są jakimś dziwadłem i nie lubianym elementem krajobrazu, no bo jaki z nich pożytek. Nie zaproponuje - "przymknij Pan oko", a pożytek jaki z niego mieć można ?. Dniówka jaka by była, jakby były - te same legalne..? 

Dopiero w piątek pisałem o spadkowej tendencji jednej z partii  (ludzi światłych choć nie oświeconych), a tu nagle - dalszy spadek, bo już bez SKL-u. Główny lider tej organizacji ma miłe sercu polskiemu nazwisko Rokita, bo kojarzy się z wieloma dobrze nam znanymi legendami. I tu widzę zbieżność. Wszak Rokitę zawsze jakiś chytry Wojtek czy Jasiek "wyonacył" [np.Tetmajer Kazimierz - Jak baba djabła wyonacyła] . Tak i teraz przeskakując z AWS do Platformy Obywatelskiej może się okazać, że platforma przechyli się znowu, jak to platforma - ciało niestabilne i po SKL-u, a wspomnień tyle zostanie, co po starym motocyklu - SHL-ka  to była. 

16 marca
piątek

Skończyłem czytać "Mój PRL" Aleksandra Wieczorkowskiego. Oczywiście mój niepokój przy czytaniu - już 30-tej strony był uzasadniony. Książka od razu wywołuje niedosyt,  bo w miarę czytania tempo narasta i wiadomo, że zaraz się skończy, a ja wcale tego nie chcę.  Panie kochany coś Pan narobił - od dawna nie czytałem takich wspomnień, to wesołe, ciekawe, inteligentne i ma trwać co najmniej dwa razy dłużej. Jak się ma taki ciekawy życiorys i taki dar pisania, to trzeba dać mi trochę poucztować. Przeżyliśmy ten PRL razem, każdy inaczej i gdzie indziej, ale jakże wiele mamy wspólnych spostrzeżeń. To dobry temat, a zupełnie niewykorzystany - przynajmniej - nie tak, jak Pan to zrobił. Jedno jest pewne, jak będzie drugie wydanie (odpowiednio rozszerzone oczywiście) to ja koniecznie .. i już. Musi być takie coś w twardej oprawie, co powie mojemu synowi, że 10-ta potęga ekonomiczna świata (cha, cha) musiała wprowadzić kartki na wszystko. Do tej pory przechowujemy w domu książeczkę zdrowia małego dziecka, gdzie "wstemplowano" mi zezwolenie na zakup "Cypiska" - był taki proszek do pieluch. Ale dlaczego również wstemplowano żółty ser ?.  Tego nie dojdę - dla dziecka na pewno nie, może dla matki karmiącej, albo ojca pijącego - na zagrychę ?. Kłaniam się pięknie drogi Panie Aleksandrze i proszę o jeszcze. A wszystkich przyjaciół zachęcam - żądajcie wszędzie. Aktualnie w kraju wychodzi ok. 5 tyś. tytułów rocznie. Jaka część z tego trafi do twojej księgarni tego nie wie nikt. Nakłady po 2-3 tysiące.

Panowie piszą, panowie rządzą i odgrażają się, ostatnio - że dopuszczą  kobietki do władzy. Jedna  partia po drugiej zgłasza - jaki to damski parytet może u nich zaistnieć. Na ogół ok. 30 %.  Obiecanki cacanki. Znając tradycyjne preferencje oddelegowanych można przypuszczać..., że dalsze kontynuowanie tego tematu prowadzić może - co najmniej - do wiosennych uogólnień. A właściwie chodzi mi trochę o to, czy jest też jakiś parytet dla ludzi mądrych, wykształconych i zdolnych, bo nikt nic nie mówi na ten temat. Ostatnio przez prasę przewaliła się dyskusja pod tytułem "Tomaszewski - wraca". Były minister do spraw tajnych i poufnych, rozważa czy być sekretarzem generalnym, czy szefem kampanii wyborczej, czy wszystko razem. Ja nie mam takich dylematów, bo nie mam takich zdolności, a moje komunistyczne studiowanie ekonomii pewnie funta kłaków nie warte. Jak kierować to wiedzą najlepiej kierowcy, a może nawet mechanicy samochodowi i spece od rurek gazowych. Poznałem takich lokalnych polityków przy okazji moich spółdzielczych doświadczeń. Efekty są czasem śmieszne, a na ogół tragiczne. Właśnie niedawno pewna przewodnia siła narodu z 55 % poparcia spadła do 17-tu. Jak mi powiedziała pewna działaczka - to społeczeństwo jeszcze nie dorosło, ale jej partyjka mieści się na kanapie i zdaje się dość starej. Więc zaczym dorosnę, aby dostąpić, biedacy odejdą i nikt ich nie będzie wspominać, poza jakimś nawiedzonym badaczem stosunków polityczno-społecznych w pierwszych latach demokracji wtórnej.

11 marca
niedziela

Zacząć musze od soboty bo to pierwszy mój dzień pracy w tym roku. Nareszcie piękna słoneczna, prawdziwie wiosenna pogoda i od rana powitania z sąsiadami, paniami z Galerii, a przede wszystkim sympatycznymi moimi klientami, którzy  wyszli na tak długo oczekiwany spacer. (Dokładnie tydzień temu jeszcze deszcz, ze śniegiem, a nawet mała zawieja). Pomimo, że książek niewiele przybyło (zakupy odkładałem jak mogłem), to i tak miałem udany dzień, bo jak tu narzekać, kiedy wszyscy tacy mili i serdeczni. 
Pierwsze poranne - ważne pytanie brzmiało: - Panie, panie.. dzień dobry..., jak tam pogoda? , będzie dzisiaj padać ?.  
Pytanie tak rutynowe i powszednie codziennie, że aż zapomniałem o nim. Prawie zawsze o poranku przy rozkładaniu książek, jeden z dorożkarzy przejeżdżając obok - rzuca mi to pogodowe wyzwanie z wysokości swego końskiego majestatu. Och, tak majestatu, bo to arystokracja transportowa, która dopuszcza mnie do komitywy jako swojaka, co tam w dole książkami się para, a na pogodzie musi się znać przecie, bo jaki wariat na deszcz czy inną niepogodę będzie papiery wystawiał. No i tak, z całym humorem traktowane są moje przepowiednie, ale jakiż był szok jak tu nagle w słoneczne popołudnie przyszła deszczowa chmura i narożny, staromiejski góral przyznać się musiał do porażki. Oj kręcili nade mną głowami przez pół roku.

Ponieważ każde zdarzenie ma swoją chronologię, dopiero teraz przechodzę do najważniejszego. Podczas mojej nieobecności, jeden z zaprzyjaźnionych sąsiadów z ulicy Piwnej popełnił był dzieło niesłychane,  bo wydał nareszcie książkę wspomnieniową - a jest to "Mój PRL". Autor to znany publicysta, pisarz, dziennikarz i ... pianista jazzowy też (a ukochał muzykę baroku). Wydał już kilka, ale ta chyba - spod serca, a napisana - palce lizać. Dopiero w autobusie wracając do domu z uwagą należną przeczytałem wspaniałą dedykację, a potem dopadłem dzieło same. W pewnym momencie syn szarpie mnie za ramię, wysiadamy - już dojechaliśmy pod Radio na Mokotów, a ja nawet nie zauważyłem kiedy. To chyba najkrótsza recenzja (wstępna). Resztę opowiem jak skończę. Kupujcie bo warto - takiego opisania (naszego też!) PRL-u jeszcze nie spotkałem, tyle humoru - mimo ponurych historycznych okoliczności. Pozwolę sobie tu na jeden cytat tylko z tego właśnie PRL-u: "A gdy było najgorzej - była młodość, której dziś zupełnie nie ma. Bo młodym jest się krótko, a starym - na zawsze". Na koniec dodam to, co znów nie napisałem na początku . Auto, autor... Aleksander Jerzy Wieczorkowski. Aby nie było tak słodko do końca, postawiłem autorowi jeden zarzut, - Panie Aleksandrze, mógłby Pan już rzucić palenie...

Niedziela. Już nie tak słoneczna, ale spacerowiczów tylu co w sobotę. Z ważnych person czy znanych z stron pierwszych (i następnych) - to w sobotę pochylał się nad moim stolikiem Antoni Maciarewicz - samotnie, lecz z uśmiechem - jak to b. minister od spraw poważnych i tajnych, a w niedzielę przemknął obok z rodziną, lecz poważnie - Stanisław Alot co to ZUSem władał.
Za panami nie oglądam się wcale, choć do zakupów zachęcam, za to szyj mało nie skręciłem jak Pani zgrabna przemknęła w długich spodniach czarnych - bo była to Gabriela Kownacka - jedna z najsympatyczniejszych aktorek - tak mniemam. Wracam do domu... znów idzie,  zagapiłem się jak ten... no, i znów nie zauważyła mego ukłonu. Chyba wiosna, wiosna nareszcie, a Dziewczyn i Pań pięknych naręcza - zaręczam.
Jakieś dziwne zdania układam, przez Leśmiana pewnie bo czytam go bez tchu i aż do zmęczenia - jakiś ubogi wydał się na moich stronach, a nowe obrazy pani Kwiatkowskiej do jego poezji dostałem - zapraszam wkrótce do nowej Leśmianowej galerii - obrazów naliczyłem 25 i wierszy też  tyle być musi.

 

7 marca 
środa

Otwieram wczoraj przeglądarkę Onetu = http://www.onet.pl (podobno największa w Polsce), sprawdzam na którym miejscu wisi mój Zapiecek, a tu niespodzianka. Zupełnie nowa strona o Zapiecku i jakaś dziwnie znajoma. Niby inne tło, kilka ciekawych elementów, ale zdjęcia te same co u mnie. Czytam treść i jakby mi znajoma, choć sporo własnych rzeczy od autora. I tak okazuje się, że mały placyk na warszawskiej Starówce staje się coraz sławniejszy. Jeśli tak dalej pójdzie mogę się spodziewać, że historie kolejnych uliczek i kolejne zdjęcia będą powielane. Jest to na pewno jakąś forma plagiatu czy zapożyczenia. Autor tej stroniczki (w sumie są 3) podaje się za przewodnika staromiejskiego i dobre maniery wymagały by podania źródła z jakiego się czerpie. Nie mam jakiś wygórowanych ambicji, ale jakiś niesmak pozostaje, bo aby to wszystko wklepać i powklejać to nieco książek musiałem przerzucić i ciągle szukam jakiś nowych źródeł. Chciałem napisać do autora nowego Zapiecka, ale nie podaje swojego adresu. W końcu napisałem do administratora portalu Onet z prośbą o kontakt z autorem i jakąś reakcję. Prawdę mówiąc to konkurencja mi niestraszna o ile nie będzie mnie powielać, nawet ładnie skomponowana strona, efekty wyświetlania zdjęć jak w starym kinie i chodzący zegar staromiejski (w rzeczywistości stoi jak zaklęty co najmniej od 3 lat - sprawdzałem wczoraj) sam chciałbym mieć na swojej stronie. Adres konkurencji = http://republika.pl/sebstarowka/index.html

Odwiedziłem wczoraj na Starówce panią Wiesławę Kwiatkowska, której co raz większą liczbę prac prezentuję na zapieckowych stronach. Ostatecznie zdecydowałem o rozbudowie stron o Leśmianie, może nie do takich rozmiarów jak Pawlikowskiej, ale znowu mam sporo reprodukcji do skanowania. Wiem na pewno że już nic co związane z Pawlikowską nie wyjdzie spod jej pędzla, bo uważa swój cykl malarskich komentarzy do wierszy tej poetki, za skończony. Poszedłem tam właściwie z pewna misją, bo przez moje wklejanie obrazków, pewna firma czy organizacja zajmująca się pomocą dla małych dzieci, chce na swoich pocztówkach reprodukować bajkowe obrazy Pani Kwiatkowskiej. Rozmowa z malarką to sama frajda, bo dowiaduję się o wielu ciekawostkach staromiejskich i mam wiadomości często z pierwszego źródła. Pani Wiesława była konserwatorem, pracowała w Łazienkach, Wilanowie i właśnie przy staromiejskich kamieniczkach.
Okazuje się, że koncepcja powojennej rekonstrukcji Starego Miasta związana była nie z wiernym odtworzeniem przedwojennych kamienic, ale również, a może przede wszystkim z Warszawą czasów Canaletta. Dzięki Pani Wiesławie nawiązałem sympatyczny kontakt z pewnym Panem profesorem, którego ogromna biblioteka warsawianistyczną już nie mieści się w domowych regałach, być może uzyskam dostęp do nowego wspaniałego źródła wiadomości. Niech żyją szlachetni zapaleńcy i nawiedzeni badacze.
Przy okazji mojej małej wczorajszej wędrówki po Starym Mieście poszedłem popatrzyć na Wisłę z Gnojnej Góry - teraz to piękny taras widokowy (a w lecie jest tu kawiarnia pod parasolami), pochodziłem tez po Brzozowej bo mi się domki nie zgadzały z tymi co mam wklejone na swoich stronach i oczywiście prawda. Jest tam tzw. spółdzielnia profesorska i dom profesorów, ale o tym napisze w historii tych budynków, w każdym razie w wiosennym słońcu skarpa wiślana wygląda przepięknie, no i już zupełnie inne Kamienne Schodki schodzą z Brzozowej ku Wiśle. Właśnie  na zdjęciu, które pokazuję na Schodkowej stronie widać - nie te schodzące z Rynku, a te które idą od Bednarskiej do Bugaju. Wąskie, ciasne i z drągami rozpierającymi mury. 
Odwiedziłem też Panią Małgosię Kukowską z Zespołu d.s. Starego Miasta (nasza władza staromiejska), która ma całkiem spora podręczna biblioteczkę warsawianów i czasem cos mi na chwilę pożycza. Miałem kiedyś oczywiście całą serię Zabytków Warszawy - to małe książeczki, historie pałaców, kościołów i pomników wydawane przez PWN, było tego ok. 80 szt. (?) ale wszystko sprzedałem. Potrzebna mi była wiedza o kolumnie Zygmunta, bo w różnych źródłach mam sporo, ale te małe monografie cenię najbardziej. 
Dziś od 10 rano skanowanie pocztówek ze zbiorów Andrzeja Konstantynowicza. Dopiero na monitorze widać w pełnej krasie każdy szczegół na tych starodawnych obrazkach. Z zainteresowaniem śledziliśmy tramwaje konne, miotłę i szuflę oparte o drzewo, przechodzień wyciera twarz białą chustką  - a więc życie uchwycone na gorąco. Zaczynam od Kolumny Zygmunta. 

 

1 marca
czwartek

W przedostatni dzień lutego dostałem z Zakliczyna (małopolska to dziedzina) wiadomość od Grzesia Witka o nagrodach w konkursie krakowskiej firmy internetowej K.E.I. Okazuje się, że mój miły korespondent zajął pierwsze miejsce za stronę www.zakliczyn.w.pl , a ja znalazłem się na miejscu piątym (satysfakcja i frajda + darmowe miejsce na serwerze). Jak piszą organizatorzy konkursu wybrano 15 witryn z 200 zgłoszonych. Zostaję jednak przy swojej firmie z Wrocławia. A tak na marginesie muszę dodać, że do dziś nie wiem co oznacza skrót KEI (krakowski elegancki internet?) chyba nie, bo o wynikach poinformował mnie laureat, a nie organizator. Ale jest miło, dziękuję - przepraszam za drobne złośliwości. 

A  tak ma marginesie, skromnie oczywiście (!) muszę dodać, że liczba stron "ZAPIECKA" przekroczyła 200, mieści się tu ok. 1500 plików i mam szansę do końca tygodnia na dwutysięczne stuknięcie licznika. 

Michał (syn-19) wrócił właśnie z kina i opowiada wrażenia z "Przedwiośnia" - filmowej adaptacji powieści Żeromskiego. Ponieważ niedawno przerabiał w szkole, miał pewne porównanie, które jak się okazuje wypada na korzyść klasyki oczywiście. Bajon reżyser filmu został dość mocno skrytykowany za to dzieło w dzisiejszej Gazecie Wyborczej i ponieważ razem czytaliśmy recenzję, nasze wcześniejsze plany, aby z koleżanką małżonką udać się celem ...odbycia kontaktu ze sztuką X muzy, jakby straciły na ważności. Podobno widownia (szkolna) wyszła zawiedziona, jedyny pożytek że wracamy do Żeromskiego, ale już mam wątpliwości czy pomogę odzyskać twórcom jakąś cząstkę z włożonych w film 5 milionów dolarów.
Recenzent Gazety (dodatek "Co jest grane") J.Sz. zastanawia się czy dać trzy gwiazdki (można zobaczyć, ale po co), czy cztery gwiazdki (można zobaczyć). Daje cztery. Maksymalna liczba to sześć. Podobno ma być 6 godzin serialu "Przedwiośnie" w telewizji i już z rozmachem, nie tak pocięte jak film. W końcu to nie Pan Wajda kręcił, a my będziemy się zachwycać i kręcić nosami jak obejrzymy.