|
30 marca |
Tydzień
minął i same dobre wiadomości. A gdyby tak rano otworzyć gazetę, jakąkolwiek
i przeczytać właśnie takie zadanie, ech.. łza się w oku kręci. Wielu
warszawiaków na pewno pamięta Pana Macieja Piekarskiego. Elegancki,
starszy, siwy - zawsze z muszką - wspaniale prowadził audycje WOT-u
(telewizja regionalna - Warszawa). Niestety niedawno zmarł. Miałem
przyjemność poznać Panią Małgosię Piekarską córkę tego słynnego
warsawianisty. Małgosia pisze, redaguje, fotografuje i buszuje w
internecie. Tak się zresztą poznaliśmy. Jej stałe miejsce to "Pan
Cogito" polonistyczny miesięcznik dla maturzystów i oczywiście
WOT. Byłem, widziałem i nie chciałem wyjść. Pokoje pełne książek,
po sufit. Warsawianów tylu w jednym miejscu jeszcze nie widziałem, pamiątki,
zdjęcia, stare pocztówki. Mógłbym tam odbywać odsiadkę jakąkolwiek.
Czy ktoś jeszcze tak pamięta o swoim ojcu ?. Pisałem
niedawno o książce "Mój PRL", a tu dwa dni temu recenzja w
"Życiu" z kropką. Nie-tubylcom wyjaśniam, że są dwa życia
(w stolicy) w tym jedno "Życie Warszawy". Zresztą aby zagmatwać
sprawę wpiszcie w Waszej przeglądarce ww.zycie.pl i wyjdzie co ? - "Życie Podkarpackie". Tyz piknie. Otóż w tym "Życiu"
(www.zycie.com.pl) Pan Tomasz Zapert polemizuje. Ale o książce dwa
zdania, za to o możliwościach intelektualnych autora i jego stanie umysłowym
cała reszta. Lekki antysemityzm, tylko słabo zawoalowane wymyślanie od
idiotów i prześmiewki z życiorysu. Z moich dochodzeń wynika, że
krytyk jest prawie o 40 lat młodszy od autora. Ale czy to powód aby
wiedzieć już wszystko lepiej ? I czemu taki smutny, pewnie nie czytał
Harry Pottera, że o "Dzieciach z Bulerbyn" nie wspomnę. Oto
tekścik.= http://www.zycie.com.pl/archiwum/archiwum.html?id_tekst=9314&id_wyd=351&d=2001-03-28
|
|
24 marca |
W pierwszy dzień wiosny śnieg na dachach, co udało mi się uwiecznić na kilku zdjęciach, a dziś śnieżyca od południa. Właśnie spokojnie prowadzę debatę z klientem na temat małej serii Ceramowskiej, a tu dzwoni coś w kieszeni. Synek melduje, że na Mokotowie śnieg wali - tata wyciągaj parasol i zaczynaj pakowanie, już jadę na pomoc. Coś mi się nie bardzo chciało wierzyć, ale po parę płatków zaczęło nadlatywać i bezczelnie zmieniać swój stan fizyczny na mojej literaturze. No cóż o 13 (dawniej godzina zero) zaczęło śnieżyć na dobre dzięki czemu już o 14:15 mogłem się dobrać do ukochanych łazanek z kapustą. "Godzina zero" przypomniała mi się w związku z odwiedzinami Pana docenta od filozofii, który wykłada na jednej z uczelni warszawskich. Miał ci on piweczko zawinięte dla niepoznaki w papierek jakiś i co chwilę z lubością degustował. Właśnie Pan docent przypomniał mi "godzinę zero" w stanie wojennym - bo od tej zaczarowanej godziny sprzedawano alkohol oficjalnie. Więc i on dla zachowania tradycji zapoznaje swoją cukrzycę z chmielowym wywarem, ale tak bliżej 13 godziny. Wracam
do pierwszego dnia wiosny, które z powodów urzędowo rozrywkowych spędziłem
również na naszym Starym Mieście. Młodzieży ok. 10 rano - prawie
wcale, dopiero po 12 jakieś niewielkie grupki. Trochę wietrznie i chłodno
było, więc mniej chętnych na podskoki na świeżym lufcie. Dawnymi
czasy to butelki piwne latały jak gołębie, szybek ubywało trochę, a
policja gubiła się w czeluściach podwórek. Teraz policji więcej niż
gołębi, więc każdy spokojnie , dostojnie i pewnie, dlatego sporą
grupę sympatycznych dziewczyn spotkałem w Galerii Zapiecek na wystawie
rysunków satyrycznych Jacka Frankowskiego. Odpowiednie, wizualne cytaty
zamieszczam w tej witrynce - komunikacja nawet bezpośrednia z 1 strony. Aby nie popadać w ciągłe zdziwienia pytam syna - co w tym realnym życiu, a więc - o czym opowiadają w tym Big Brother'ze, bo słucha przez słuchawki. Okazuje się, że właśnie wczoraj trwała dyskusja i to lekko po godzinie 17-tej, na temat ile kosztuje usługa - no ta, co mi się nie chce gadać, a i tak wszyscy wiedzą. Nie będę dalej parafrazował Woody Allena więc skoro wszystko ma swoja cenę, to Pani taka, czy owaka, w knajpie, hotelu czy na ulicy też ma. Tylko po co taka dyskusja na zadany przez panów (telewizyjnych) fachowców dyskusja ?. Czyżby chcieli znać ceny przed wieczorem ?. Ale po to robić całą tę hecę ?. Ostatnio telewizyjny wysyp wspomnień tancerek na wieszaku metalowym czy pań po drogach i rogach stojących, ale do tej pory po nocy te wynurzenia puszczano. Raz obejrzałem i starczy - jak ktoś tak się w pracy męczy, zawsze może wziąć sprawy w swoje ręce (przedtem umyte) i zacząć coś zupełnie nowego. Np. zaniedbana rzeźba ludowa czy inna tfu(rczość). No i jak tu się nie dziwić tym co dawno odkryty świat od nowa chcą nam pokazać ?
|
|
19
marca |
W domu na ogół siedzę tyłem do telewizora i raczej bezbłędnie mogę ocenić jakiej produkcji film ogląda rodzina, a najczęściej w którym kierunku popełznie czy pogalopuje akcja (szczególnie jeśli to film amerykański). Przy okazji teleturniejów mogę się pomądrzyć tyłem, a jak nic nie wiem to mogę udać, że jestem strasznie zajęty przy komputerze. Jednego nie zniosę i apodyktycznie tępię. "BIG BROTHER" nadają na TVN-ie. Jest drugi telewizor nieco dalej, więc czasem coś mnie tam dochodzi. Zupełnie mnie nie interesują wygłupy grupki - raczej młodych ludzi w wieku odpowiednim. Wiek odpowiedni do czego - wiadomo - oglądalność gwałtownie rośnie w godzinach późnych, gdy biedne poklatkowane ludzkie stworzenia włażą pod prysznic. I tyż nic. Nienawidzę wstydzić się za kogoś, nawet jeśli jego stan zidiocenia jest mu naturalny. Bohaterowie tego serialu - który podobno w godzinach szczytu ogłada 9 milionów ludzi, są sztuczni czasem wulgarni (pewnie dla większej wiarygodności) i pewnie sądzą, ze tacy być muszą, bo ktoś to musi wygrać i zgarnąć obiecaną kasę. Siedzą przed wszędobylskimi kamerami i żyją jak w klatce - dziewczyny i chłopaki pomundurowane i wszyscy czekają, która z którym i kiedy, i niech no tylko nadejdzie noc. Jedno jest pewne narodek napędza cudowne pieniążki, przez ogromną oglądalność, bo reklamy, przed, po i w trakcie kosztują, kosztują. Jakoś to mało etyczne i bardziej przypomina zbiorową pornografię, jak socjologiczny eksperyment. Wielki Brat, który mnie podgląda niech już siedzi u Orwella. Zaraz ktoś powie, że mi żal, że się nie starałem, bo ci co próbowali tam zaistnieć mieli szanse. W eliminacjach uczestniczyło ok. 10 tyś ludzi. Trudno. Przynajmniej nie kradli i nie pluli w tym czasie. Amen. Jak rozwinąć współpracę na linii pisarz - książka - księgarz - czytelnik ?. Podaję przykład z życia. Miła para, odwiedziła mnie w zeszłym tygodniu i tak jakoś zgadaliśmy się o książce A. Wieczorkowskiego "Mój PRL". Jak dowiedzieli się, że pisarz odwiedza mnie często - poprosili o książkę z dedykacją. W niedzielę przybyli - ja za telefon, pani z panem na herbatkę na 10 minut - i już jest - jeszcze świeży podpis. No i gdzie tak można ? Tylko na Zapiecku. Grunt, że sympatycznie i z humorem. A gdyby tak w ładny dzień majowy, dodatkowy stoliczek i napis niewielki - dziś podpisuje swoje książki.... No to jest myśl. Na Starówce zimno i wietrznie, to i gości mało. Jeszcze tak ciepło nie byłem ubrany w niedzielę, jak przez całą zimę, a to po sobotnich dygotach. Pogoda i tak super wytrzymała, bo mimo zapowiadanych opadów kropli deszczu nie było. W pogodny nastrój wprawili mnie też strażnicy miejscy. Co kilka dni inna ekipa najeżdża Stare Miasto przeganiając stolikowych handlarzy. Teraz przybyli przedstawiciele Pragi Południe, a ze zwierzeń jednego z tych panów wysnuć należy wniosek, że to smutna, nudna i bez przyszłości służba. Jakoś tak mu się zebrało na zwierzenia przy okazji kontrolowania moich kwitków. A więc prawo do niczego, wszystko gorzej i na górze też każą karać, a potem łagodnie traktują obywatela. No cóż, zawsze ma biedaczek szansę - kupić sobie stoliczek składany i też los swój odmienić. Żarty, żartami, ale jakoś od kilku lat nieodmiennie towarzyszy mi wrażenie, że i handlujący i strażnicy żyją w swoistej symbiozie i wszelkie ingerencje władz wyższych niszczą tą naturalną współpracę. Stąd zapewne moje wrażenie pogłębia myśl taka, że ci co legalnie sprzedają, płacą składki, podatki i wszelkie inne datki - są jakimś dziwadłem i nie lubianym elementem krajobrazu, no bo jaki z nich pożytek. Nie zaproponuje - "przymknij Pan oko", a pożytek jaki z niego mieć można ?. Dniówka jaka by była, jakby były - te same legalne..? Dopiero
w piątek pisałem o spadkowej tendencji jednej z partii (ludzi
światłych choć nie oświeconych), a tu nagle - dalszy spadek, bo już
bez SKL-u. Główny lider tej organizacji ma miłe sercu polskiemu
nazwisko Rokita, bo kojarzy się z wieloma dobrze nam znanymi
legendami. I tu widzę zbieżność. Wszak Rokitę zawsze jakiś
chytry Wojtek czy Jasiek "wyonacył" [np.Tetmajer Kazimierz
- Jak baba djabła wyonacyła] . Tak i teraz przeskakując z AWS do
Platformy Obywatelskiej może się okazać, że platforma przechyli się
znowu, jak to platforma - ciało niestabilne i po SKL-u, a wspomnień
tyle zostanie, co po starym motocyklu - SHL-ka to była. |
|
16
marca |
Skończyłem czytać "Mój PRL" Aleksandra Wieczorkowskiego. Oczywiście mój niepokój przy czytaniu - już 30-tej strony był uzasadniony. Książka od razu wywołuje niedosyt, bo w miarę czytania tempo narasta i wiadomo, że zaraz się skończy, a ja wcale tego nie chcę. Panie kochany coś Pan narobił - od dawna nie czytałem takich wspomnień, to wesołe, ciekawe, inteligentne i ma trwać co najmniej dwa razy dłużej. Jak się ma taki ciekawy życiorys i taki dar pisania, to trzeba dać mi trochę poucztować. Przeżyliśmy ten PRL razem, każdy inaczej i gdzie indziej, ale jakże wiele mamy wspólnych spostrzeżeń. To dobry temat, a zupełnie niewykorzystany - przynajmniej - nie tak, jak Pan to zrobił. Jedno jest pewne, jak będzie drugie wydanie (odpowiednio rozszerzone oczywiście) to ja koniecznie .. i już. Musi być takie coś w twardej oprawie, co powie mojemu synowi, że 10-ta potęga ekonomiczna świata (cha, cha) musiała wprowadzić kartki na wszystko. Do tej pory przechowujemy w domu książeczkę zdrowia małego dziecka, gdzie "wstemplowano" mi zezwolenie na zakup "Cypiska" - był taki proszek do pieluch. Ale dlaczego również wstemplowano żółty ser ?. Tego nie dojdę - dla dziecka na pewno nie, może dla matki karmiącej, albo ojca pijącego - na zagrychę ?. Kłaniam się pięknie drogi Panie Aleksandrze i proszę o jeszcze. A wszystkich przyjaciół zachęcam - żądajcie wszędzie. Aktualnie w kraju wychodzi ok. 5 tyś. tytułów rocznie. Jaka część z tego trafi do twojej księgarni tego nie wie nikt. Nakłady po 2-3 tysiące. Panowie piszą, panowie rządzą i odgrażają się, ostatnio - że dopuszczą kobietki do władzy. Jedna partia po drugiej zgłasza - jaki to damski parytet może u nich zaistnieć. Na ogół ok. 30 %. Obiecanki cacanki. Znając tradycyjne preferencje oddelegowanych można przypuszczać..., że dalsze kontynuowanie tego tematu prowadzić może - co najmniej - do wiosennych uogólnień. A właściwie chodzi mi trochę o to, czy jest też jakiś parytet dla ludzi mądrych, wykształconych i zdolnych, bo nikt nic nie mówi na ten temat. Ostatnio przez prasę przewaliła się dyskusja pod tytułem "Tomaszewski - wraca". Były minister do spraw tajnych i poufnych, rozważa czy być sekretarzem generalnym, czy szefem kampanii wyborczej, czy wszystko razem. Ja nie mam takich dylematów, bo nie mam takich zdolności, a moje komunistyczne studiowanie ekonomii pewnie funta kłaków nie warte. Jak kierować to wiedzą najlepiej kierowcy, a może nawet mechanicy samochodowi i spece od rurek gazowych. Poznałem takich lokalnych polityków przy okazji moich spółdzielczych doświadczeń. Efekty są czasem śmieszne, a na ogół tragiczne. Właśnie niedawno pewna przewodnia siła narodu z 55 % poparcia spadła do 17-tu. Jak mi powiedziała pewna działaczka - to społeczeństwo jeszcze nie dorosło, ale jej partyjka mieści się na kanapie i zdaje się dość starej. Więc zaczym dorosnę, aby dostąpić, biedacy odejdą i nikt ich nie będzie wspominać, poza jakimś nawiedzonym badaczem stosunków polityczno-społecznych w pierwszych latach demokracji wtórnej. |
|
11
marca |
Zacząć
musze od soboty bo to pierwszy mój dzień pracy w tym roku.
Nareszcie piękna słoneczna, prawdziwie wiosenna pogoda i od rana
powitania z sąsiadami, paniami z Galerii, a przede wszystkim
sympatycznymi moimi klientami, którzy wyszli na tak długo
oczekiwany spacer. (Dokładnie tydzień temu jeszcze deszcz, ze śniegiem,
a nawet mała zawieja). Pomimo, że książek niewiele przybyło
(zakupy odkładałem jak mogłem), to i tak miałem udany dzień,
bo jak tu narzekać, kiedy wszyscy tacy mili i serdeczni. Ponieważ każde zdarzenie ma swoją chronologię, dopiero teraz przechodzę do najważniejszego. Podczas mojej nieobecności, jeden z zaprzyjaźnionych sąsiadów z ulicy Piwnej popełnił był dzieło niesłychane, bo wydał nareszcie książkę wspomnieniową - a jest to "Mój PRL". Autor to znany publicysta, pisarz, dziennikarz i ... pianista jazzowy też (a ukochał muzykę baroku). Wydał już kilka, ale ta chyba - spod serca, a napisana - palce lizać. Dopiero w autobusie wracając do domu z uwagą należną przeczytałem wspaniałą dedykację, a potem dopadłem dzieło same. W pewnym momencie syn szarpie mnie za ramię, wysiadamy - już dojechaliśmy pod Radio na Mokotów, a ja nawet nie zauważyłem kiedy. To chyba najkrótsza recenzja (wstępna). Resztę opowiem jak skończę. Kupujcie bo warto - takiego opisania (naszego też!) PRL-u jeszcze nie spotkałem, tyle humoru - mimo ponurych historycznych okoliczności. Pozwolę sobie tu na jeden cytat tylko z tego właśnie PRL-u: "A gdy było najgorzej - była młodość, której dziś zupełnie nie ma. Bo młodym jest się krótko, a starym - na zawsze". Na koniec dodam to, co znów nie napisałem na początku . Auto, autor... Aleksander Jerzy Wieczorkowski. Aby nie było tak słodko do końca, postawiłem autorowi jeden zarzut, - Panie Aleksandrze, mógłby Pan już rzucić palenie... Niedziela.
Już nie tak słoneczna, ale spacerowiczów tylu co w sobotę. Z
ważnych person czy znanych z stron pierwszych (i następnych) -
to w sobotę pochylał się nad moim stolikiem Antoni Maciarewicz
- samotnie, lecz z uśmiechem - jak to b. minister od spraw poważnych
i tajnych, a w niedzielę przemknął obok z rodziną, lecz poważnie
- Stanisław Alot co to ZUSem władał.
|
|
7
marca |
Otwieram wczoraj przeglądarkę Onetu = http://www.onet.pl (podobno największa w Polsce), sprawdzam na którym miejscu wisi mój Zapiecek, a tu niespodzianka. Zupełnie nowa strona o Zapiecku i jakaś dziwnie znajoma. Niby inne tło, kilka ciekawych elementów, ale zdjęcia te same co u mnie. Czytam treść i jakby mi znajoma, choć sporo własnych rzeczy od autora. I tak okazuje się, że mały placyk na warszawskiej Starówce staje się coraz sławniejszy. Jeśli tak dalej pójdzie mogę się spodziewać, że historie kolejnych uliczek i kolejne zdjęcia będą powielane. Jest to na pewno jakąś forma plagiatu czy zapożyczenia. Autor tej stroniczki (w sumie są 3) podaje się za przewodnika staromiejskiego i dobre maniery wymagały by podania źródła z jakiego się czerpie. Nie mam jakiś wygórowanych ambicji, ale jakiś niesmak pozostaje, bo aby to wszystko wklepać i powklejać to nieco książek musiałem przerzucić i ciągle szukam jakiś nowych źródeł. Chciałem napisać do autora nowego Zapiecka, ale nie podaje swojego adresu. W końcu napisałem do administratora portalu Onet z prośbą o kontakt z autorem i jakąś reakcję. Prawdę mówiąc to konkurencja mi niestraszna o ile nie będzie mnie powielać, nawet ładnie skomponowana strona, efekty wyświetlania zdjęć jak w starym kinie i chodzący zegar staromiejski (w rzeczywistości stoi jak zaklęty co najmniej od 3 lat - sprawdzałem wczoraj) sam chciałbym mieć na swojej stronie. Adres konkurencji = http://republika.pl/sebstarowka/index.html . Odwiedziłem
wczoraj na Starówce panią Wiesławę Kwiatkowska, której co
raz większą liczbę prac prezentuję na zapieckowych stronach.
Ostatecznie zdecydowałem o rozbudowie stron o Leśmianie, może
nie do takich rozmiarów jak Pawlikowskiej, ale znowu mam sporo
reprodukcji do skanowania. Wiem na pewno że już nic co związane
z Pawlikowską nie wyjdzie spod jej pędzla, bo uważa swój
cykl malarskich komentarzy do wierszy tej poetki, za skończony.
Poszedłem tam właściwie z pewna misją, bo przez moje
wklejanie obrazków, pewna firma czy organizacja zajmująca się
pomocą dla małych dzieci, chce na swoich pocztówkach
reprodukować bajkowe obrazy Pani Kwiatkowskiej. Rozmowa z
malarką to sama frajda, bo dowiaduję się o wielu
ciekawostkach staromiejskich i mam wiadomości często z
pierwszego źródła. Pani Wiesława była konserwatorem,
pracowała w Łazienkach, Wilanowie i właśnie przy
staromiejskich kamieniczkach.
|
|
1
marca |
W
przedostatni dzień lutego dostałem z Zakliczyna (małopolska
to dziedzina) wiadomość od Grzesia Witka o nagrodach w
konkursie krakowskiej firmy internetowej K.E.I. Okazuje się, że
mój miły korespondent zajął pierwsze miejsce za stronę www.zakliczyn.w.pl
, a ja znalazłem się na miejscu piątym (satysfakcja i frajda
+ darmowe miejsce na serwerze). Jak piszą organizatorzy
konkursu wybrano 15 witryn z 200 zgłoszonych. Zostaję jednak
przy swojej firmie z Wrocławia. A tak na marginesie muszę dodać,
że do dziś nie wiem co oznacza skrót KEI (krakowski elegancki
internet?) chyba nie, bo o wynikach poinformował mnie laureat,
a nie organizator. Ale jest miło, dziękuję - przepraszam za
drobne złośliwości. Michał
(syn-19) wrócił właśnie z kina i opowiada wrażenia z
"Przedwiośnia" - filmowej adaptacji powieści Żeromskiego.
Ponieważ niedawno przerabiał w szkole, miał pewne porównanie,
które jak się okazuje wypada na korzyść klasyki oczywiście.
Bajon reżyser filmu został dość mocno skrytykowany za to
dzieło w dzisiejszej Gazecie Wyborczej i ponieważ razem
czytaliśmy recenzję, nasze wcześniejsze plany, aby z koleżanką
małżonką udać się celem ...odbycia kontaktu ze sztuką X
muzy, jakby straciły na ważności. Podobno widownia (szkolna)
wyszła zawiedziona, jedyny pożytek że wracamy do Żeromskiego,
ale już mam wątpliwości czy pomogę odzyskać twórcom jakąś
cząstkę z włożonych w film 5 milionów dolarów.
|