| data | dziennikczylinocnik |
| 28 kwietnia sobota |
To chyba
ostatni wpis kwietniowy, bo coś za ciężka się robi ta strona. Ale
tylko pozytywnie będzie, mam nadzieję. Ledwo chwil
parę minęło, a tu minister stanu bieży, prawnik naczelny Kancelarii
Prezydenta Pan Kalisz. Postura szeroka, rubaszna jakby nieco, a krok lekki
i zwinny , dziewczyna młoda obok i już wiemy - córka dostała właśnie
nowe buty, a może tylko doradzała tacie?. Dziś za to ładnych dziewcząt więcej jak słynnych postaci, między innymi sympatyczna trójka panien gdańskich zjechała,. aby warszawskiej gawiedzi pograć nieco klasycznie. Instrumenty smyczkowe, buzie miłe, uśmiechnięte - spójrzcie sami - wejście ze strony głównej = dziś na Starówce.
|
| 25,
26 kwietnia środa |
Co to za dziennik ?, to tygodnik, a nocnik to już na pewno. Ale..., albo pisać pozytywnie z uśmiechem, albo pozgrzytać gdzieś w kątku, aby nie trzeba było tej rubryczki zmieniać na "gorzkie żale". Padało, lało, ciśnienie w dół - kasa też. No to nie było pracy, kwiecień niestety stracony. Ale maj ?. W maju MY !. Jeszcze nie widziałem 1 maja w zimnie i deszczu, więc bądźmy dobrej myśli. Kiedyś za czasów obowiązkowych pochodów poza oficjalna prohibicją, były to dni świąteczne prawdziwie. Oczywiście obowiązkowa zbiórka, ale po trasie można było trafić na cytryny, bo właśnie rzucili świątecznie, czasem jakiś inny wyrób. Był szał np. nie tylko na ortaliony, pojawiły się kiedyś parasolki chińskie i już naród był szczęśliwy. Niektórzy zapisywali się nawet do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Chińskiej aby dokonać tego bambuso-podobnego zakupu. Na wspomnienia mi się zebrało - wyraźnie starcze mamrotanie. A dziewczyny? Przecież maj to miesiąc, gdy już nie marzło się tak na ławce czekając ponad godzinę, że może jednak przyjdzie. A gdy przyszła ?. Czy był to piękny maj? - Był, najpiękniejszy na świecie. No to tyle marudzenia, chociaż na marginesie dorzucę, że właśnie padła mi drukarka laserowa, ale z kolei awaria drobna (nie widzi papieru) i serwis blisko domu. A dla uzupełnienia zawiadomiono mnie, że mam sobie znaleźć nowy magazyn na książki, bo właścicielom krystalizuje się nowy pogląd na wykorzystanie pomieszczeń. Najważniejsze jednak to, że od soboty zaczyna się tzw. długi weekend i jeśli słoneczko wyjrzy - tłumy spacerowiczów na warszawskiej Starówce. Ja będę tam już czekał od rana w umówionym miejscu oczywiście. No i jak tu nie być optymistą. Już mam następny dzień, bo po chwili stukania zostałem odciągnięty do kolacji prawie uroczystej - jedna świeca była. A to z okazji imienin, których odprawianie skróciliśmy do rodzinnej kolacji właśnie. Kto teraz ma czas i ochotę na "goszczenie się" godzinami, lub przez dni kilka jak dawniej bywało. Za życzenia wszystkim przyjaciołom dziękuję, choć traktujmy to swobodnie, bo czy ja źle życzę np. Marysi, a nigdy nie wiem kiedy jej imieniny (mama moja, ciotka i znajoma - obchodziły w zupełnie różnych terminach). Sam więc nie wysyłam, albo wysyłam dwa razy do roku. W realnym PRL-u celebrowano imieniny w każdym najmniejszym urzędzie, zawsze to była jakaś rozrywka przy codziennej szarzyźnie. Pracując kiedyś za biurkiem miałem tę przyjemność uczestniczyć w takich zabawach. Najpierw dyrekcja z życzeniami, potem poszczególne pokoje na kawę i ciastko, potem pod koniec dnia - też dyrekcja - już na poważniej bo koniak wypadało wyciągać. Czasem tak zasmakował, że przenosiło się to gdzieś do domu, albo do knajpy i tak zacieśniały się więzy międzyludzkie, czasem zadziwiająco. Z ostatnich
wiadomości wynika, że Kongres Polonii Amerykańskiej, który ma się
niedługo rozpocząć - zyskał dodatkową sławę dzięki osobie swojego
przewodniczącego - Pana Moskala. Dieta poświąteczna
działa. Cukru - nie, miodku - nie, kluchy - won, chlebek - jedna czarna
kromka wieczorową porą. Jak tu żyć ? Przywyknąć trzeba, bo już z 85
malutki spadek na 83. A przy okazji zajrzałem do paru witrynek o dietach.
Najbardziej kontrowersyjna to "dieta optymalna" wg doktora Kwaśniewskiego
- wieprzowina, smalec itp. Jakoś wielu zwolenników nie ma wśród
dietetyków żywieniowców, za to kluby "optymalnych" są
i w naszym Kaczym Dole i w Ameryce też.
|
| 18
kwietnia środa |
Wczoraj z Martusią wędrowaliśmy po Starym Mieście robiąc zdjęcia nowym aparatem. Na jeden raz wyszło 123 sztuki. Porównując zdjęcia kamieniczek ze zdjęciami z albumów czy pocztówek wydawało mi się, że te albumowe są jakieś uładzone, pięknie kolorowe itp. itd. Poprosiłem sąsiada aby rzucił okiem na moje fotki i co się okazuje - ja mam zdjęcia bez obróbki, to znaczy niestety albo na szczęście prawdziwe. Tam gdzie odpada tynk, jest dziura, tam gdzie wilgoć, plama na ścianie, gdzie zaciek czy napis bezsensowny - to wszystko widać. Tak zostawię. Jest w końcu jakaś prawda obiektywna, czy tylko nieudolnie się do niej zbliżamy ?. Jednocześnie z moich obserwacji wynika, że kamieniczka po kamieniczce - renowacja trwa. Niedawno zakończono renowację domu na Rynku (św. Anny - zwaną też kamieniczką książąt mazowieckich) - róg Rynku i Wąskiego Dunaju. Trwa remont sąsiedniej kamieniczki w Rynku i teraz widać, że konserwatorzy nie oglądają się tylko na kasę miejską, ale sami szukają sponsorów. Zamiast siatki osłaniającej prace konserwacyjne powieszono wielką reklamę herbaty Lipton. To samo na wieży kościoła św. Anny, gdzie reklamuje się bank - partycypując w kosztach. Następna kamieniczka w obróbce konserwatorskiej przy Nowomiejskiej - obok Barbakanu. Sam Barbakan już wykończony, odnowiony, ale z mojego rozeznania wynika, że jeszcze nie rozstrzygnięto, kto ma tam coś organizować - kilka lat temu organizowano konkurs ofert na zagospodarowanie wnętrz i teraz cisza. Sam proponowałem pamiątki, mapy, stare książki, akcesoria fotograficzne, bo są w tym naszym Barbakanie przejścia dookoła, i małe wnęki - pokoiki po ok. 7 m kwadratowych, gdzie w otoczeniu średniowiecznych prostych mebli, mieczy, zbroi, strojów mieszczańskich można by takie przedsięwzięcie zorganizować. Lepsze to niż kolejna piwiarnia, czy jadłodajnia hamburgerowa. Na spacer po
Starym Mieście wzięliśmy książkę Stanisława Żaryna - "Trzynaście
kamienic staromiejskich". Chciałem porównać na jakie detale
architektoniczne zwrócił uwagę autor, bo jest w tej książeczce sporo
zdjęć i detali - od całostronicowych zdjęć np. strony Dekerta do
..wieszaka w muzeum historycznym. Dla porównania kilkanaście zdjęć
zrobiliśmy z możliwie tych samych miejsc co umieszczone w książce.
Zapewne część wykorzystać będzie można na moich stronach
staromiejskich. Książka ciekawa, precyzyjna i dokładna, choć opisuje
tylko zespół budynków północnej strony Rynku między stroną Dekerta,
Nowomiejską, i Krzywym Kołem.
|
| 16
kwietnia poniedziałek (lany) |
Minął
zaledwie tydzień, a wydarzeń tyle, że chronologii pewnie nie da się
utrzymać. Pierwsze i najważniejsze to wizyta przyjaciela - lublinianin z
USA. Znamy się z Jano 3-4 lata ?, a widzieliśmy się ledwo kilka razy.
Oczywiście poznaliśmy się przez rozmowy internetowe, czy to było Forum
Czytelników Super Expressu czy PLOTY już nie pamiętam.. Nie ma to żadnego
znaczenia - jakoś polubiliśmy się od pierwszego kontaktu. Spokojny,
wyważony w sądach, oczytany, z dużym poczuciem humoru. Przystojny
oczywiście, wysoki - stąd wielbicielek liczne grono. Kiedy spotkaliśmy
się w czwartek, lało prawie dzień cały, więc wędrowaliśmy od
kawiarni do kawiarni w kierunku Starego Miasta. Osobliwa para, wysoki
szczupły i mały pękaty, a gadają jak najęci. A było o czym. Najważniejszy
moment to przekazanie zamówionego przeze mnie aparatu cyfrowego do
robienia zdjęć Starówki. Okazało się, że mój inteligentny
przyjaciel uzgadniał ze mną zakup prostego aparatu Hewlett Packard'a, a
przywiózł Olympusa D-460 Zoom. Transakcję przeprowadził tak osobliwie,
że mnie staremu handlarzowi szczęka opadła. Wręczył mi pudełko - ja
umówioną kwotę, otwieram, a tu niespodzianka - aparat o klasę lepszy -
"z wyższej półki". Jano to człowiek, który umie myśleć o
innych - odgadł moje małe marzenie - do realizacji na później. Różnicę
rozliczymy zapewne w książkach, ale jakże przyjemny szok przeżyłem
nie muszę opowiadać. Złaziliśmy razem pół Warszawy razem - po południu
z Kingą i Kasią (córka i jej koleżanka - studentki KUL-u). Czy może
być przyjemniejszy dzień ? Alarm pierwszy poświąteczny to nieopatrzne wejście na wagę - uff 85 kg (168 cm - bez kapelusza), a już byłem pewien, że garnitur jakoś wstąpił się trochę, numeracja mi jakoś uciekła czy co. I to nie tylko w pasie, ale w kołnierzyku - co to będzie, co to będzie? Gdzie moje baby (drożdżowe), lody, serniczek pyszny z brzoskwiniami, makowiec - to wszystko ma należeć do świątecznych wspomnień ? Przyjdzie zapomnieć znowu o pieczywku, kluseczkach ukochanych, knedelkach, łazankach, pierożkach, uszkach nawet. A gdzie ptasie mleczko, herbatnik byle jaki czy pierniczek malutki ? Herbata bez cukru, miodku nawet czy soczku malinkowego ?. Ech, co tam jakoś przeżyję, a co przekonało mnie ostatecznie do poświątecznych diet - fotografia cyfrowa. Synek cichutko zrobił staremu zdjęcie z profilu i cóż, sami nie widząc się - bezkrytycznie tyjemy. Koniec pieśni. Dieta. Relacja za 2 tygodnie. Alarm drugi
to niespodziewany list w poczcie świątecznej w Wielką Sobotę. Napisał
mi czytelnik z Tarnowa, że zhakowano (!) moją stronę zapieckową. Włączam
się na Zapiecek.com i co widzę ? Wszystkie podstrony podmienione na
inne. Czyli moja biedna tfu-rczosć spotkała się z hakerskim
zainteresowaniem. Zamiast moich stron wstawiono apel grupy "2001
Breslau Kilerz" . Napisał Kudłaty (!) m.in. tak: "Jesteśmy
grupą ludzi, którzy wierzą i walczą o to samo. O pokój, miłość,
tolerancje i wolność.." i dalej "...Jednoczymy się z
naszymi przyjaciółmi z Wrocławskiego Squoatu, którzy zostali brutalnie
potraktowani przez pOLICJĘ" . Dodano odnośniki do dwóch zdjęć
zdemolowanych pomieszczeń (po rewizji?). Trochę wątpię w tą miłość
- bliźniego szczególnie. Kilka ładnych godzin w sobotę poświęciłem
na wymianę stron, a jest ich już ponad 300. Jest też część związana
np. w malarstwie Grzesia Bialika z Golgotą, czy kultem Marii u p.
Kwiatkowskiej, stąd kierunek natarcia chyba przypadkowy skoro w dodatku
adresat mało wojowniczy. Lany poniedziałek - dosłownie. Rano pada, mży i kropi - w południe - bez zmian, po południu przestało na chwilę. Brakuje kwadransa do Teleekspresu - znów parasole, mokre chodniki - jak tu zrobić zdjęcie z ostatniej chwili - nuda przeokropna wieje z takiego zdjęcia. Wróciłem więc do Leśmiana. Przeglądam sobie i poczytuję ciekawe opracowanie Piotra Łopuszańskiego pt. "Leśmian" wydane przez Wydawnictwo Dolnośląskie w ramach pięknej serii "A to Polska właśnie". Bogactwo ilustracji, piękny papier, aż miło wsiąść książkę do ręki. Autor - dociekliwy badacz podaje wiele szczegół biograficznych Leśmiana mało znanych, czy pomijanych w innych biografiach. Śmiało pisze o traktowaniu poety przez współczesnych z perspektywy jego żydostwa. Czy Żyd może być wspaniałym polskim poetą ? Jak "zaszufladkować" ochrzczonego, ale jednak z rodziny żydowskiej, jak go potraktować ? Oto dylematy krytyków, którym pochodzenie przesłania dzieło same. I dziś nie brak tego typu dywagacji, które jak sądzę przynależą do rodziny "zwolnionych z myślenia" - bo za nich pomyśleli inni, co wiedzą lepiej. A wiersze - jakoś już mniej ważne, no cóż, poeta zawsze coś tam tworzy. Ale jeśli to jaki mason, rowerzysta czy Leff jaki, to co wtedy ? .
|
| 9
kwietnia poniedziałek |
Z ostatniej
chwili - autopoprawka: konto artystów malujących ustami i nogami o których
pisałem 6 kwietnia ma następujący numer: PKO BP S.A. O/Racibórz -
10202456-64927-270-1, a ich strona zamówień ma adres: http://www.amun.com.pl/zamowienie/feedback.htm
. Naprawdę polecam. Sobotni poranek słoneczny i miły. Pogodą i pięknymi dziewczynami. W tej chwili przychodzą mi do głowy dwa najprzyjemniejsze momenty wiosenne. Pierwszy to poranny spacer w niewysokich górkach Beskidu Niskiego przy akompaniamencie ptasich nawoływań z pobliskiego lasu, dalekiego piania koguta i przytłumionych odgłosów wsi w dolinie. Drugi to spokojna obserwacja wspaniałych dziewcząt i pań, które na powolnym staromiejskim spacerze prezentują nowe buty, stroje, kapelusze też czasem, ale przede wszystkim roześmiane i wyczekujące ciekawych i zaintrygowanych spojrzeń. Nogi jakby dłuższe, szyje wyciągnięte, dekolty z poszerzonym horyzontem, makijaże wyjściowe zaczepne. Wiek nie ma tu żadnego znaczenia. Krok wystudiowany swobodny, o ile na to pozwala bruk Świętojańskiej czy Rynku, od niechcenia bawią się telefonami. Czekają, pędzą, niosą kwiaty, poprawiają fryzury. Przejeżdżają piękne samochody otwarte, roześmiane - do katedry do ślubu, albo do Pałacu Ślubów przy Zamku. Akty urodzenia do odbioru nieco później na Jezuickiej 1/3 - piętro II (znaczki skarbowe konieczne). Moja pierwsza
sobotnia klientka to Anna Nehrebecka z córką. Jak miło było zamienić
kilka słów z tak sympatyczną, miła i "spokojnie piękną"
Panią. Spieszyła się oczywiście jak większość pędzących aktorów,
ale nawet w biegu wymieniliśmy poglądy na sytuację politycznych
formacji środka. No i jest pretekst do dalszych rozważań ? Jest. Mam
przynajmniej taką nadzieję. Dla wszystkich dzieci, pociech i latorośli
rada jedyna - jak matula lub tato gdzieś pędzić muszą, to
wystarczy pokazać na mijane stoisko i powiedzieć - musze to przeczytać
- działa w 100 %. Na Starówce
ptaszek czasem też zaśpiewa jaki, choć do najbliższego drzewa daleko,
ale zagłuszą go zaraz zespoły, tria i solowe występy. Głównie
dominują akordeony, czasem skrzypce, gitary i trąbka. Dla wzmocnienia
efektu klawiszowych wariacji - akumulator samochodowy + odpowiedni głośnik.
Przebój stały, który doprowadza mnie do białej gorączki to oczywiście:
Biełyje rozy. A mówią, że muzyka łagodzi obyczaje. Ponieważ
nie mogłem usłyszeć o co pyta mnie miła klientka, poprosiłem strażników
miejskich, by na chwilę oderwali się od pilnowania stolików z
"nielegalnymi" pamiątkami i lekko uciszyli wyjące trio.
Uciszyli. Grający przemieścili się o kilkanaście metrów. Dla odprężenia
porozmawiajmy o książkach. Temat rzeka i można godzinami, stad ja tylko
krótko. W sobotę zakup u miłego klienta, któremu żona powiedziała -
nie ma miejsca w domu na książki - do piwnicy. No i co miał biedak
zrobić ? Zadzwonił po mnie, nie czekał na zalanie, myszki czy
inne przygody. Stan książek piękny, klasyka, literatura ibero...
i amerykańska, historia sztuki itp.
|
| 6
kwietnia sobota 2001 |
W ostatniej
"POLITYCE" (nr 14) ciekawy artykuł Marcina Mellera "Pani
Teresa od Premiera". Podtytuł brzmi: "Formalnie szefuje
doradcom, ale mówią, że to ona rządzi w Polsce'". Trudno omawiać
trzy bite strony tekstu i nie zajmował bym się tym tematem zupełnie,
gdyby nie to że .. znowu zrobiło się tak śmiesznie. Plotki na temat
bliskiej znajomości Pana Premiera i Pani Teresy Kamińskiej opowiadano już
czas jakiś, ale tu w poważnym tygodniku.... Czyli znowu wracamy do
staropolskiej konkluzji - jak baba diabła wyonacyła. Nie dosłownie
oczywiście, ale jakoś ten tytuł książeczki Kazimierza Tetmajera ciągle
za mną chodzi. A chodzi, chodzi, bo ktoś tu jest "wyonacony".
Trochę mnie martwi, że to może ja, albo TY, albo my ??? Na Starówce
praca wre, zielnym dywanem pokrył się ZAPIECEK. Na Rynku czerwone
parasole, eleganckie meble ogrodowe, płotki wymyślne. Właśnie
organizują się ogródkowe kawiarnie i restauracje - już lada dzień
rozpoczną działalność - będzie bardziej kolorowo i przyjemnie. Można
będzie odpocząć, zjeść i wypić małe "co nieco" - tylko
portfelik przygotować trzeba zasobniejszy. Możliwa lekka zwyżka cen -
skoro czynsze też zwiększone. Przeciętny czynsz za lokal w okolicach
Starówki wynosi ok. 90 zł za metr kwadratowy. Jeśli lokalik ma ze 100
metrów z zapleczem, kuchnią czy magazynem to łatwo policzyć ilu klientów
musi wspomóc ...kasę miejską. Dziś wysyłamy z Martusią życzenia świąteczne - krajowe i zagraniczne z okazji jajkowych świąt, wielkanocnej radości. Nazbierało się kart do wysłania, a najpiękniejsze to te, które dostałem od artystów kalekich. Jest taka grupa malarzy, która maluje trzymając pędzel ustami, lub między palcami nogi. Mają swoją stronę; http://www.amun.com.pl/ i aby mieć pieniądze na swoje malowanie, a może i inne ważne potrzeby życiowe, oferują swoje prace. Malują pięknie i jeśli ktoś spotka się z ich ofertą to warto i trzeba coś zamówić. Są dyskretni i delikatni, nie narzucają się z żądaniem pomocy, a oferują za naprawdę niewielkie pieniądze wspaniały świat swoich artystycznych przeżyć. Od kilku lat zamawiamy u nich karki świąteczne, a na ścianach mamy ich trzy reprodukcje - warte były specjalnej oprawy i "passe partout" (paspartu). Jest to wiejska droga wśród wzgórz, martwa natura, ale z żywym ślimakiem i piękne kwiaty. Spokojne, ciepłe i wspaniale namalowane. Jak piszą autorzy strony internetowej - nie proszą o litość - oferują swoje wspaniałe prace. Ciekawostką jest, że nawet nie mogłem znaleźć na tych stronach numeru ich konta, pewnie gdzieś ukryli.
|
| 4
kwietnia środa |
Od soboty
pogodowa wiosna. Takich tłumów jak w ostatnie dwa wolne dni to już
nie pamiętam od dawna (od zeszłego roku). Dziewczyny wiosenne na Starym
Mieście. Pojawiły się nawet z gołymi brzuszkami, co jak na początek
kwietnia dobry urodzaj wróży. Zainteresowanie książkami spore.
Mickiewicz 16 tomowy sprzedany, dzieła Krasińskiego, wszystko Wańkowicza
(raptem 4 pozycje) i wiele innych - a więc duch w narodzie nie ginie
skoro klasykę kupuje. Procedury urzędnicze trwają, choć wszystko powoli posuwa się do przodu. Moje zezwolenie na pracę na Starym Mieście skończyło się 31 marca, a nowe zaczyna 1 kwietnia. A więc pisemnie musiałem na odpowiednim dokumencie potwierdzić zdanie terenu (3 metry kostki brukowej), a na następnym potwierdzam jego przejęcie - zobowiązuję się oczywiście do nie naruszenia tej cennej substancji. Być może jest to potrzebne w niektórych przypadkach, ale trochę śmieszne też. W każdym razie mimo wielu procedur - poddaję się im prawie z przyjemnością skoro tak miłe i sympatyczne dziewczyny je prowadzą. Wiosna całą
gębą skoro wyciągam z szafy koszulkę Calgary Canada - dostałem ją w
prezencie od Honorki, która w tym mieście z prawie 30 tysięczną Polonią
prowadzi słynne Forum PLOTY. Pisuję tam teraz rzadko, ale kiedyś
dyskutowaliśmy prawie codziennie. Prawie równo rok temu spotkaliśmy się
z Yano, Ciekawską, Chrisem zza oceanu, przyjaciółmi z Łodzi, Lublina,
Warszawy na takim małym zlocie. A wszystko przez Borysa Tylewicza, który
wydał wtedy swoją wspomnieniową książkę "Stało się".
Promocja książki zgromadziła wielu przyjaciół, którzy poznali
się poprzez internet. Obiad wielogodzinny w restauracji
"Zapiecek", zwiedzanie Starówki, następnego dnia Łazienki
i obiad w "Ambasadorze", aż przyjemnie powspominać. Okazuje się,
że najstarszy uczestnik spotkania to 82-letni Borys, a najmłodsza to
20-kilku -letnia Pani redaktor z któregoś miesięcznika wydawniczego. Dziś Unia
Wolności organizuje "jajeczko wielkanocne" . Może będzie
jajkowa relacja ?.
|