Archiwum 004 - kwiecień 2001

      data                                                     dziennikczylinocnik               
28
kwietnia
sobota

To chyba ostatni wpis kwietniowy, bo coś za ciężka się robi ta strona. Ale tylko pozytywnie będzie, mam nadzieję.
Pogoda - warunek pracy i sukcesów prawie jak u rolnika. A tu straszyli opadem w sobotę , teraz że jeszcze front jakiś niżowy w niedzielę przejść musi. Straszyli i wystraszyli, bo jak zaczęło kropić to nic, ale jak ok. 14 zgodnie z zapowiedzią czarne chmurzysko wylazło to biegiem - pakowanie i do domu. Kropiło jak z dziecinnej konewki i cała panika zbędna. Takie to niestety uroki przejmowania się prognozami.
Wczoraj stoję sobie pogadując z panią Małgosią, a tu postać jakaś dostojna kroczy i dumnym wzrokiem po gawiedzi toczy. Strój czarny, dojrzeliśmy i koloratkę - postać duchowna o twarzy tak znajomej, że aż no, no..
- To Głódź  - rzuciła domyślnie pani Małgosia,
- Nie, ojciec Rydzyk ?! - odpowiadam prawie pewien.
Przyglądamy się bliżej z uszanowaniem, strój czarny ale nie wygląda jak sutanna, a surdut albo frak raczej wspaniale skrojony, okulary w złotej oprawie, teczka czarna dyplomatyczna z kameą (?) okiem jakim z macicy perłowej (?). Obok w garniturze bardzo eleganckim młodzieniec - na jedno skinienie gotów skoczyć, tyłem idzie nawet trochę aby nie uronić spojrzenia dostojnej osoby. Nagle srebrzysty aparacik w ręce, kilka słów rozmowy i już usłużnie podana wiadomość.
Piękna scena jak ze sztuki Fredry. Tak odrealniona, od codziennych spotkań z księżmi z katedry czy od św. Marcina, czy wspaniałym prałatem Peszkowskim.
I nie był to ani biskup polowy, ani szef Radia Maryja, ale ksiądz Jankowski z Gdańska co z polonijnego kongresu na spacer się udał. Oj udał.

Ledwo chwil parę minęło, a tu minister stanu bieży, prawnik naczelny Kancelarii Prezydenta Pan Kalisz. Postura szeroka, rubaszna jakby nieco, a krok lekki i zwinny , dziewczyna młoda obok i już wiemy  - córka dostała właśnie  nowe buty, a może tylko doradzała tacie?.
No patrzcie, najważniejszy mecenas w kraju a po sklepach chodzi - co to ta demokracja z ludźmi wyprawia. 
Inny mąż stanu, profesor Geremek też szybko z awizem chciał na pocztę przy Rynku Staromiejskim skoczyć, jak ten Małysz na reklamie, a tu drzwi zamknięte na głucho - sobota, nieczynne i basta. 

Dziś za to ładnych dziewcząt więcej jak słynnych postaci, między innymi sympatyczna trójka panien gdańskich zjechała,. aby warszawskiej gawiedzi pograć nieco klasycznie. Instrumenty smyczkowe, buzie miłe, uśmiechnięte - spójrzcie sami - wejście ze strony głównej = dziś na Starówce.

 

25, 26 kwietnia
środa

Co to za dziennik ?, to tygodnik, a nocnik to już na pewno. Ale..., albo pisać pozytywnie z uśmiechem, albo pozgrzytać gdzieś w kątku, aby nie trzeba było tej rubryczki zmieniać na "gorzkie żale". Padało, lało, ciśnienie w dół - kasa też. No to nie było pracy, kwiecień niestety stracony. Ale maj ?. W maju MY !. Jeszcze nie widziałem 1 maja w zimnie i deszczu, więc bądźmy dobrej myśli. Kiedyś za czasów obowiązkowych pochodów poza oficjalna prohibicją, były to dni świąteczne prawdziwie. Oczywiście obowiązkowa zbiórka, ale po trasie można było trafić na cytryny, bo właśnie rzucili świątecznie, czasem jakiś inny wyrób. Był szał np. nie tylko na ortaliony, pojawiły się kiedyś parasolki chińskie i już naród był szczęśliwy. Niektórzy zapisywali się nawet do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Chińskiej aby dokonać tego bambuso-podobnego zakupu. Na wspomnienia mi się zebrało - wyraźnie starcze mamrotanie. A dziewczyny? Przecież maj to miesiąc, gdy już nie marzło się tak na ławce czekając ponad godzinę, że może jednak przyjdzie. A gdy przyszła ?. Czy był to piękny maj? - Był, najpiękniejszy na świecie. No to tyle marudzenia, chociaż na marginesie dorzucę, że właśnie padła mi drukarka laserowa, ale z kolei awaria drobna (nie widzi papieru) i serwis blisko domu. A dla uzupełnienia zawiadomiono mnie, że mam sobie znaleźć nowy magazyn na książki, bo właścicielom krystalizuje się nowy pogląd na wykorzystanie pomieszczeń. Najważniejsze jednak to, że od soboty zaczyna się tzw. długi weekend i jeśli słoneczko wyjrzy - tłumy spacerowiczów na warszawskiej Starówce. Ja będę tam już czekał od rana w umówionym miejscu oczywiście. No i jak tu nie być optymistą.

Już mam następny dzień, bo  po chwili stukania zostałem odciągnięty do kolacji prawie uroczystej - jedna świeca była. A to z okazji imienin, których odprawianie skróciliśmy do rodzinnej kolacji właśnie. Kto teraz ma czas i ochotę na "goszczenie się" godzinami, lub przez dni kilka jak dawniej bywało. Za życzenia wszystkim przyjaciołom dziękuję, choć traktujmy to swobodnie, bo czy ja źle życzę np. Marysi, a nigdy nie wiem kiedy jej imieniny (mama moja, ciotka i znajoma - obchodziły w zupełnie różnych terminach). Sam więc nie wysyłam, albo wysyłam dwa razy do roku. W realnym PRL-u celebrowano imieniny w każdym najmniejszym urzędzie, zawsze to była jakaś rozrywka przy codziennej szarzyźnie. Pracując kiedyś za biurkiem miałem tę przyjemność uczestniczyć w takich zabawach. Najpierw dyrekcja z życzeniami, potem poszczególne pokoje na kawę i ciastko, potem pod koniec dnia - też dyrekcja - już na poważniej bo koniak wypadało wyciągać. Czasem tak zasmakował, że przenosiło się to gdzieś do domu, albo do knajpy i tak zacieśniały się więzy międzyludzkie, czasem zadziwiająco. 

Z ostatnich wiadomości wynika, że Kongres Polonii Amerykańskiej, który ma się niedługo rozpocząć - zyskał dodatkową sławę dzięki osobie swojego przewodniczącego - Pana Moskala.
Ten to Edward Moskal właśnie na podstawie jakiś fałszywych dokumentów (UB) oskarża Jana Nowaka-Jeziorańskiego o kolaborację z hitlerowcami. Jak czuje się "kurier z Warszawy" nawet nie chce mi się myśleć. A jak czuje się Moskal z Chicago ? Przybliżał nas do NATO i co teraz na to, że i Wajda i Penderecki i Miłosz i aktorzy, nobliści, intelektualiści, prezydent i premier i ja biedna sprzątaczka uważamy zgodnie - jak 92 % (!!!) społeczeństwa, że ten facet bredzi. 
Tego jeszcze nie było - Moskal z USA ?, ale np. redaktor Moskwa z Watykanu. No i teraz gdzie uciekać, chyba tylko do Marysi Zając - w Argentynie. Właśnie niedawno namawiała mnie na naukę hiszpańskiego, bo sama polskim nie włada. 

Dieta poświąteczna działa. Cukru - nie, miodku - nie, kluchy - won, chlebek - jedna czarna kromka wieczorową porą. Jak tu żyć ? Przywyknąć trzeba, bo już z 85 malutki spadek na 83. A przy okazji zajrzałem do paru witrynek o dietach. Najbardziej kontrowersyjna to "dieta optymalna" wg doktora Kwaśniewskiego - wieprzowina, smalec itp. Jakoś wielu zwolenników nie ma wśród dietetyków żywieniowców, za to kluby "optymalnych"  są i w naszym Kaczym Dole i w Ameryce też. 
Wszyscy czują jakąś potrzebę zrzeszania się i stadnego działania. Może jak razem wołają to mają więcej racji, coś mi to sektą pachnie. 

 

18 kwietnia
środa

Wczoraj z Martusią wędrowaliśmy po Starym Mieście robiąc zdjęcia nowym aparatem. Na jeden raz wyszło 123 sztuki. Porównując zdjęcia kamieniczek ze zdjęciami z albumów czy  pocztówek wydawało mi się, że te albumowe są jakieś uładzone, pięknie kolorowe itp. itd. Poprosiłem sąsiada aby rzucił okiem na moje fotki i co się okazuje - ja mam zdjęcia bez obróbki, to znaczy niestety albo na szczęście prawdziwe. Tam gdzie odpada tynk, jest dziura, tam gdzie wilgoć, plama na ścianie, gdzie zaciek czy napis bezsensowny - to wszystko widać. Tak zostawię. Jest w końcu jakaś prawda obiektywna, czy tylko nieudolnie się do niej zbliżamy ?. Jednocześnie z moich obserwacji wynika, że kamieniczka po kamieniczce - renowacja trwa. Niedawno zakończono renowację domu na Rynku (św. Anny - zwaną też kamieniczką książąt mazowieckich) - róg Rynku i Wąskiego Dunaju. Trwa remont sąsiedniej kamieniczki w Rynku i teraz widać, że konserwatorzy nie oglądają się tylko na kasę miejską, ale sami szukają sponsorów. Zamiast siatki osłaniającej prace konserwacyjne powieszono wielką reklamę herbaty Lipton. To samo na wieży kościoła św. Anny, gdzie reklamuje się bank - partycypując w kosztach. Następna kamieniczka w obróbce konserwatorskiej przy Nowomiejskiej - obok Barbakanu. Sam Barbakan już wykończony, odnowiony, ale z mojego rozeznania wynika, że jeszcze nie rozstrzygnięto, kto ma tam coś organizować - kilka lat temu organizowano konkurs ofert na zagospodarowanie wnętrz i teraz cisza. Sam proponowałem pamiątki, mapy, stare książki, akcesoria fotograficzne, bo są w tym naszym Barbakanie przejścia dookoła, i małe wnęki - pokoiki po ok. 7 m kwadratowych, gdzie w otoczeniu średniowiecznych prostych mebli, mieczy, zbroi, strojów mieszczańskich można by takie przedsięwzięcie zorganizować. Lepsze to niż kolejna piwiarnia, czy jadłodajnia hamburgerowa. 

Na spacer po Starym Mieście wzięliśmy książkę Stanisława Żaryna - "Trzynaście kamienic staromiejskich". Chciałem porównać na jakie detale architektoniczne zwrócił uwagę autor, bo jest w tej książeczce sporo zdjęć i detali - od całostronicowych zdjęć np. strony Dekerta do ..wieszaka w muzeum historycznym. Dla porównania kilkanaście zdjęć zrobiliśmy z możliwie tych samych miejsc co umieszczone w książce. Zapewne część wykorzystać będzie można na moich stronach staromiejskich. Książka ciekawa, precyzyjna i dokładna, choć opisuje tylko zespół budynków północnej strony Rynku między stroną Dekerta, Nowomiejską, i Krzywym Kołem.
Analogiczne porównanie chciałem zrobić - zamieszczając zdjęcia przedwojenne i zdjęcia współczesne. Dlatego ucieszyłem się, gdy wpadła mi w ręce książka - album "Portret Warszawy lat międzywojennych" Emilii Boreckiej, wydany przez Arkady w 1974 r. Miałem go już kiedyś, sprzedałem, teraz zatrzymałem w domu ..dla bardziej szczegółowych badań. No i co ? Knot. Po prostu zawiodłem się totalnie. Zwykła propagandówa komunistyczna wzorowana na najlepszych materiałach lat 50-tych. Druk ukończono w grudniu 1973 miałem więc nadzieje, że gierkowska odwilż jeszcze trwa - otóż to wydanie zapewne kończy ledwo dwuletnią epokę kiedy zaczęto po szarzyźnie gomułkowskiej wydawać trochę lepsze i ciekawsze pozycje. Rzecz charakterystyczna do osobnego studium literaturoznawczego - w jakim okresie powojennej historii naszej literatury, czy kultury ogólnie pojętej - mieliśmy względny dostatek - czyli uchylano nieco drzwi na powiew z zachodu, aby potem znów podkręcić cenzurę i zahamować napływ zgnilizny. Według mojego rozeznania to względnie dobre lata w PRL-u: do 1948 (potem się urodziłem), 1956-57, 1970-1974 i po 1981 . 
Ale się rozgadałem - wracam do "Portretu Warszawy międzywojennej" . Ciekawych zdjęć jest ok. 14 kartek na końcu książki - od 141 strony. Głównie architektura. A wcześniej tematyka zdjęć mniej więcej taka: biedny lud roboczy przy pracy - szewcy, ślusarze, potem wystawy sklepów luksusowych i kolonialnych, dalej targowisko i handel z walizki. Kolejny temat, bezrobotni, rozdawnictwo zupy, czy herbaty, kwesta,  strajki. Dalej - dzieci bez opieki, chłopiec zatrzymany przez policjantki. Warunki mieszkaniowe - luksusowe wnętrza zestawiono z mieszkaniem w kamienicy czynszowej na Powązkach ("przegniła podłoga" - taki tytuł zdjęcia), dom noclegowy bez łóżek (!). Dalej jeszcze - walące się chałupy, brudne podwórka, pościel w oknach, policjant na koniu, dzieciaki w błocie. No jeśli to nie jest tendencyjna propaganda mająca ostatecznie rozprawić się z jakimiś tęsknotami do międzywojnia, to rzetelna informacja też nie. Nie te proporcje. Na dobrą sprawę zrobię za swoim domem zdjęcie odrapanego śmietnika, obok tzw. "menel" wygrzebujący puszki, zaraz obok budowę szklanego biurowca, gdzie nie widać nudzących się robotników, a każda wyjeżdżająca betoniara jest myta przez kierowcę. 
Zalecenie moje: oglądać przed nabyciem. Zalecenie mojego dawnego szefa: Ufaj ale sprawdź.

 

16 kwietnia
poniedziałek 
(lany)

Minął zaledwie tydzień, a wydarzeń tyle, że chronologii pewnie nie da się utrzymać. Pierwsze i najważniejsze to wizyta przyjaciela - lublinianin z USA. Znamy się z Jano 3-4 lata ?, a widzieliśmy się ledwo kilka razy. Oczywiście poznaliśmy się przez rozmowy internetowe, czy to było Forum Czytelników Super Expressu czy PLOTY już nie pamiętam.. Nie ma to żadnego znaczenia - jakoś polubiliśmy się od pierwszego kontaktu. Spokojny, wyważony w sądach, oczytany, z dużym poczuciem humoru. Przystojny oczywiście, wysoki - stąd wielbicielek liczne grono. Kiedy spotkaliśmy się w czwartek, lało prawie dzień cały, więc wędrowaliśmy od kawiarni do kawiarni w kierunku Starego Miasta. Osobliwa para, wysoki szczupły i mały pękaty, a gadają jak najęci. A było o czym. Najważniejszy moment to przekazanie zamówionego przeze mnie aparatu cyfrowego do robienia zdjęć Starówki. Okazało się, że mój inteligentny przyjaciel uzgadniał ze mną zakup prostego aparatu Hewlett Packard'a, a przywiózł Olympusa D-460 Zoom. Transakcję przeprowadził tak osobliwie, że mnie staremu handlarzowi szczęka opadła. Wręczył mi pudełko - ja umówioną kwotę, otwieram, a tu niespodzianka - aparat o klasę lepszy - "z wyższej półki". Jano to człowiek, który umie myśleć o innych - odgadł moje małe marzenie - do realizacji na później. Różnicę rozliczymy zapewne w książkach, ale jakże przyjemny szok przeżyłem nie muszę opowiadać. Złaziliśmy razem pół Warszawy razem - po południu z Kingą i Kasią (córka i jej koleżanka - studentki KUL-u). Czy może być przyjemniejszy dzień ? 
Od tej chwili wszystkie zdjęcia będę się starał robić tym aparatem. Pamięć aparatu to karta SmartMedia 8 Mb, czyli mogę zrobić 122 zdjęcia dobrej jakości, albo 36 o jakości takiej, że oglądam na ekranie monitora 19 calowego przy użyciu suwaków. Nasze spotkanie, deszcz i śnieg,  świąteczne potrawy i rodzinna wyżerka wszystko znajduje swoją dokumentację "obrazową" i natychmiast wrzucane jest do komputera. Potem kasuje pamięć i mogę pstrykać od nowa. Frajda niesamowita. Próbuję fotografować śnieżycę w nocy, z okien autobusu, metro i w metrze, święcenie jajek i psa w kubraczku. Powoli, dzięki kulinarnym szaleństwom mojej żony skupiam uwagę na innych też przyjemnych aspektach życia.

Alarm pierwszy poświąteczny to nieopatrzne wejście na wagę - uff 85 kg (168 cm - bez kapelusza), a już byłem pewien, że garnitur jakoś wstąpił się trochę, numeracja mi jakoś uciekła czy co. I to nie tylko w pasie, ale w kołnierzyku - co to będzie, co to będzie? Gdzie moje baby (drożdżowe), lody, serniczek pyszny z brzoskwiniami, makowiec - to wszystko ma należeć do świątecznych wspomnień ? Przyjdzie zapomnieć znowu o pieczywku, kluseczkach ukochanych, knedelkach, łazankach, pierożkach, uszkach nawet. A gdzie ptasie mleczko, herbatnik byle jaki czy pierniczek malutki ? Herbata bez cukru, miodku nawet czy soczku malinkowego ?. Ech, co tam jakoś przeżyję, a co przekonało mnie ostatecznie do poświątecznych diet - fotografia cyfrowa. Synek cichutko zrobił staremu zdjęcie z profilu i cóż,  sami nie widząc się - bezkrytycznie tyjemy. Koniec pieśni. Dieta. Relacja za 2 tygodnie. 

Alarm drugi to niespodziewany list w poczcie świątecznej w Wielką Sobotę. Napisał mi czytelnik z Tarnowa, że zhakowano (!) moją stronę zapieckową. Włączam się na Zapiecek.com i co widzę ? Wszystkie podstrony podmienione na inne. Czyli moja biedna tfu-rczosć spotkała się z hakerskim zainteresowaniem. Zamiast moich stron wstawiono apel grupy "2001 Breslau Kilerz" . Napisał Kudłaty (!) m.in. tak: "Jesteśmy grupą ludzi, którzy wierzą i walczą o to samo. O pokój, miłość, tolerancje i wolność.." i dalej "...Jednoczymy się z naszymi przyjaciółmi z Wrocławskiego Squoatu, którzy zostali brutalnie potraktowani przez pOLICJĘ" . Dodano odnośniki do dwóch zdjęć zdemolowanych pomieszczeń (po rewizji?).  Trochę wątpię w tą miłość - bliźniego szczególnie. Kilka ładnych godzin w sobotę poświęciłem na wymianę stron, a jest ich już ponad 300. Jest też część związana np. w malarstwie Grzesia Bialika z Golgotą, czy kultem Marii u p. Kwiatkowskiej, stąd kierunek natarcia chyba przypadkowy skoro w dodatku adresat  mało wojowniczy.
W całej tej historii jest pytanie zasadnicze - jaka jest odpowiedzialność profesjonalnego "providera" skoro można się włamać na ich serwer, podmieniać strony itp. Nie jest to darmowe konto, a "biznes virtual" czy coś w tym rodzaju. Zobaczymy po świętach.

Lany poniedziałek - dosłownie. Rano pada, mży i kropi  - w południe - bez zmian, po południu przestało na chwilę. Brakuje kwadransa do Teleekspresu - znów parasole, mokre chodniki - jak tu zrobić zdjęcie z ostatniej chwili - nuda przeokropna wieje z takiego zdjęcia. Wróciłem więc do Leśmiana. Przeglądam sobie i poczytuję ciekawe opracowanie Piotra Łopuszańskiego pt. "Leśmian" wydane przez Wydawnictwo Dolnośląskie w ramach pięknej serii "A to Polska właśnie". Bogactwo ilustracji, piękny papier, aż miło wsiąść książkę do ręki. Autor - dociekliwy badacz podaje wiele szczegół biograficznych Leśmiana mało znanych, czy pomijanych w innych biografiach. Śmiało pisze o traktowaniu poety przez współczesnych z perspektywy jego żydostwa. Czy Żyd może być wspaniałym polskim poetą ? Jak "zaszufladkować" ochrzczonego, ale jednak z rodziny żydowskiej, jak go potraktować ? Oto dylematy krytyków, którym pochodzenie przesłania dzieło same. I dziś nie brak tego typu dywagacji, które jak sądzę przynależą do rodziny "zwolnionych z myślenia" - bo za nich pomyśleli inni, co wiedzą lepiej. A wiersze - jakoś już mniej ważne, no cóż, poeta zawsze coś tam tworzy. Ale jeśli to jaki mason, rowerzysta czy Leff jaki, to co wtedy ? . 

 

9 kwietnia
poniedziałek

Z ostatniej chwili - autopoprawka: konto artystów malujących ustami i nogami o których pisałem 6 kwietnia ma następujący numer: PKO BP S.A. O/Racibórz - 10202456-64927-270-1, a ich strona zamówień ma adres: http://www.amun.com.pl/zamowienie/feedback.htm . Naprawdę polecam. 
Panu Krzysztofowi Gucwie z Tarnowa dziękuje za podpowiedź i miły list.

Sobotni poranek słoneczny i miły. Pogodą i pięknymi dziewczynami. W tej chwili przychodzą mi do głowy dwa najprzyjemniejsze momenty wiosenne. Pierwszy to poranny spacer w niewysokich górkach Beskidu Niskiego przy akompaniamencie ptasich nawoływań z pobliskiego lasu, dalekiego piania koguta i przytłumionych odgłosów wsi w dolinie. Drugi to spokojna obserwacja wspaniałych dziewcząt i pań, które na powolnym staromiejskim  spacerze prezentują nowe buty, stroje, kapelusze też czasem, ale przede wszystkim roześmiane i wyczekujące ciekawych i zaintrygowanych spojrzeń. Nogi jakby dłuższe, szyje wyciągnięte, dekolty z poszerzonym horyzontem, makijaże wyjściowe zaczepne. Wiek nie ma tu żadnego znaczenia. Krok wystudiowany swobodny, o ile na to pozwala bruk Świętojańskiej czy Rynku, od niechcenia bawią się telefonami. Czekają, pędzą, niosą kwiaty, poprawiają fryzury. Przejeżdżają piękne samochody otwarte, roześmiane - do katedry do ślubu, albo do Pałacu Ślubów przy Zamku. Akty urodzenia do odbioru nieco później na Jezuickiej 1/3 - piętro II (znaczki skarbowe konieczne).

Moja pierwsza sobotnia klientka to Anna Nehrebecka z córką. Jak miło było zamienić kilka słów z  tak sympatyczną, miła i "spokojnie piękną" Panią. Spieszyła się oczywiście jak większość pędzących aktorów, ale nawet w biegu wymieniliśmy poglądy na sytuację politycznych formacji środka. No i jest pretekst do dalszych rozważań ? Jest. Mam przynajmniej taką nadzieję. Dla wszystkich dzieci, pociech i latorośli rada jedyna - jak matula lub tato gdzieś pędzić muszą,  to wystarczy pokazać na mijane stoisko i powiedzieć - musze to przeczytać - działa w 100 %. 
W Niedzielę Palmową na staromiejskim spacerze - roześmiany i szczęśliwy Jan Englert z wózkiem (fotografa przy tym nie było), a w nim dziecina i Pani obok.

Na Starówce ptaszek czasem też zaśpiewa jaki, choć do najbliższego drzewa daleko, ale zagłuszą go zaraz zespoły, tria i solowe występy. Głównie dominują akordeony, czasem skrzypce, gitary i trąbka. Dla wzmocnienia efektu klawiszowych wariacji - akumulator samochodowy + odpowiedni głośnik. Przebój stały, który doprowadza mnie do białej gorączki to oczywiście: Biełyje rozy. A mówią, że muzyka łagodzi obyczaje. Ponieważ nie mogłem usłyszeć o co pyta mnie miła klientka, poprosiłem strażników miejskich, by na chwilę oderwali się od pilnowania stolików z "nielegalnymi" pamiątkami i lekko uciszyli wyjące trio. Uciszyli. Grający przemieścili się o kilkanaście metrów. 
W tym miejscu wypada napisać kilka słów o dzielnych strażnikach miejskich miasta stołecznego naszego. Ponieważ trwa "akcja" przeszkadzania nielegalnym handlarzom w rozstawianiu stolików patrole od rana krążą po Starówce. Jedna "akcja" spodobała mi się szczególnie. Strażnik dzielny z numerem służbowym 688 z partnerką umundurowana przystąpił był do interwencji na osobie. Używam specjalnie tych wyszukanych zwrotów - cytując jednego z Panów, który zaszczycił mnie kiedyś rozmową. Na osobie pijaczka, który na przysiadł na murku zmożony fioletowym  napitkiem o czym świadczyć mogła barwa jego twarzy. Likier Bols'a pewnie to nie był. Na jakąś celną uwagę naszego strażnika 688 odpowiedział coś, co zapewne miało umożliwić natychmiastowe rozstanie stron - typu "odczep się". Niestety na takie dictum strażnik nasz dzielny złapał za radiostację wzywając odpowiednie siły na pomoc. Siły w postaci dwóch dodatkowych Pań mundurowych stanęły opodal i wtedy bohater nasz użył widzianego gdzieś na filmie chwytu wykręcając rękę zamroczonemu obywatelowi. Niestety jakoś nie wyszło mu  za bardzo, bo wyglądało to jakby się witał potrząsając ręką "obwinionego" . Ten zaś spokojnie poddawał się dalszym próbom wykręcania, bo sam w końcu domyślnie podał rączki do tyłu. Strasznie ta "akcja" zdenerwowała naszego mistrza, bo dostał jakiś dziwnych nerwowych drgawek, ręce zaczęły mu dygotać i kajdanki spadły na ziemię. Ale już przy drugiej próbie jakoś założył. Jak tu się nie denerwować jak koleżanki patrzą, a tłum ludzi dookoła, bo to przecież Niedziela Palmowa. Po chwili dołączył jeszcze jeden patrol - tym razem dwóch panów strażników - więc siły były już spore. Ponieważ rozkazy i interwencje śmigały w eterze, po chwili podjechał wóz interwencyjny w postaci poloneza. Panowie tym razem w kamizelkach kulo-odpornych obadali sprawę, pokiwali głowami, pogadali do radiotelefonów i odjechali. A nasi bohaterowie nadal stoją i czekają co dalej. Po dłuższej chwili zmęczonego tym nadmiernym zainteresowaniem "podopieczny" usiadł na schodkach i lekko przysnął. Tego nie należało robić, bo kontakt z władzą został przerwany. Obudzono go jednym szarpnięciem. Widowisko trwało nadal. Po chwili nadjechały następne dwa wozy. Pogotowie w postaci wielkiego mercedesa tzw. "R-ki" oraz wóz patrolowy zdolny przewieźć spory komplet mebli. Lekarz zbadał "chorego" - pijaczka oczywiście, po czym wykonał charakterystyczny ruch kantem dłoni po szyj - no i mieliśmy już diagnozę. Karetka odjechała pusta. Wielki wóz zabrał nareszcie zmęczonego i widowisko skończyło się. Jedno mnie tylko ciekawi, kto za te bałwaństwa płaci. Karetka reanimacyjna obawiam się, że służy do innych celów. A co do naszego miłego Pana strażnika - to cóż, to tylko człowiek jak i my ułomny. Jedno mnie tylko zaciekawiło jaki cel miało jego działanie, kiedy tak dzielnie przeganiał handlarzy rano, a potem już bez munduru (bo po 14-tej) przychodził do nich pogadać skarżąc się na komendanta i służbę. Może taki wrażliwy on jest. A może pragnie trochę serca od drugiego człowieka ?

Dla odprężenia porozmawiajmy o książkach. Temat rzeka i można godzinami, stad ja tylko krótko. W sobotę zakup u miłego klienta, któremu żona powiedziała - nie ma miejsca w domu na książki - do piwnicy. No i co miał biedak zrobić ?  Zadzwonił po mnie, nie czekał na zalanie, myszki czy inne przygody. Stan książek piękny, klasyka, literatura ibero...  i amerykańska, historia sztuki itp. 
Podeszły do mnie dwie starsze panie i jedna z nich pyta:
- Po co Panu cały Putrament ? (dzieła liczą 13 tomów).
Po krótkiej dyskusji panie ustaliły; że tomiki te mogą być przydatne w przypadku mebli ruchomych, braku nogi pod komodą itp., ewentualnie dla nie czytających na półkę, bo kolorek obwolut może konweniować z kieliszkami opalizowanymi (były kiedyś takie z tęczowym poblaskiem rozlanej nafty).

 

6 kwietnia 
sobota 2001

W ostatniej "POLITYCE" (nr 14) ciekawy artykuł Marcina Mellera "Pani Teresa od Premiera". Podtytuł brzmi: "Formalnie szefuje doradcom, ale mówią, że to ona rządzi w Polsce'". Trudno omawiać trzy bite strony tekstu i nie zajmował bym się tym tematem zupełnie, gdyby nie to że .. znowu zrobiło się tak śmiesznie. Plotki na temat bliskiej znajomości Pana Premiera i Pani Teresy Kamińskiej opowiadano już czas jakiś, ale tu w poważnym tygodniku.... Czyli znowu wracamy do staropolskiej konkluzji - jak baba diabła wyonacyła. Nie dosłownie oczywiście, ale jakoś ten tytuł książeczki Kazimierza Tetmajera ciągle za mną chodzi. A chodzi, chodzi, bo ktoś tu jest "wyonacony". Trochę mnie martwi, że to może ja, albo TY, albo my ??? 
Opisywany Pan Premier nigdy nie podejmuje żadnej decyzji samodzielnie, a każdą konsultuje i uzgadnia z szefową swoich doradców. Ano w końcu z kim ma uzgadniać ? Z Krzaklewskim. Z tym Panem już uzgodnił. Cała równia pochyła po której zjeżdżają partie prawicowe z  AWS na czele - to jedno wielkie "uzgodnienie". No to martwi mnie trochę i coraz mniej śmieszy ta sytuacja, bo wolałbym aby politycy ustępowali z powodu upływu kadencji, a nie braku kwalifikacji, niekompetencji i śmieszności z której często nie zdają sobie sprawy. 
Zupełnie inne wrażenie wyniosłem ze spotkania "jajkowego" z profesorem Geremkiem. Ciekawe przemówienie, jasne i rzeczowe odpowiedzi na pytania, świadomość błędów jakie popełniła Unia Wolności, ale i jakieś zamierzenia na przyszłość. Okazuje się, że rewolucji bez ludzi wykształconych i kompetentnych  nie warto robić, bo kicha i kaszana jak mawia jeden ze znanych mi intelektualistów nowego chowu. Nie będzie kierowca, nawet mechanik skutecznym politykiem, nie będzie nauczyciel z Rzeszowa specem od ubezpieczeń, nie będzie pielęgniarka doradcą, nie będzie .... - będzie. Miejmy nadzieję, że krótko i to bez względu na formację - lewą czy prawą.

Na Starówce praca wre, zielnym dywanem pokrył się ZAPIECEK. Na Rynku czerwone parasole, eleganckie meble ogrodowe, płotki wymyślne. Właśnie organizują się ogródkowe kawiarnie i restauracje - już lada dzień rozpoczną działalność - będzie bardziej kolorowo i przyjemnie. Można będzie odpocząć, zjeść i wypić małe "co nieco" - tylko portfelik przygotować trzeba zasobniejszy. Możliwa lekka zwyżka cen - skoro czynsze też zwiększone. Przeciętny czynsz za lokal w okolicach Starówki wynosi ok. 90 zł za metr kwadratowy. Jeśli lokalik ma ze 100 metrów z zapleczem, kuchnią czy magazynem to łatwo policzyć ilu klientów musi wspomóc ...kasę miejską. 
Ale strudzonemu turyście nie należy tłumaczyć zawiłości ekonomii miejskiej, bo ktoś przecież musi tych radnych utrzymać. Najwyżej cenę poda się w gramach i od razu widać jak tanio. Gorzej przy rachunku końcowym będzie, ale jak już zjedzone, wypite to i płacić trzeba. Jedyna rada czytajmy uważnie kartę dań i  ...unikajmy promocji. Za jedno dostaniemy dwa, ale o połowę mniejsze i bez terminu ważności ..cha, cha.

Dziś wysyłamy z Martusią życzenia świąteczne - krajowe i zagraniczne z okazji jajkowych świąt, wielkanocnej radości. Nazbierało się kart do wysłania, a najpiękniejsze to te, które dostałem od artystów kalekich. Jest taka grupa malarzy, która maluje trzymając pędzel ustami, lub między palcami nogi. Mają swoją stronę; http://www.amun.com.pl/ i aby mieć pieniądze na swoje malowanie, a może i inne ważne potrzeby życiowe, oferują swoje prace. Malują pięknie i jeśli ktoś spotka się z ich ofertą to warto i trzeba coś zamówić. Są dyskretni i delikatni, nie narzucają się z żądaniem pomocy, a oferują za naprawdę niewielkie pieniądze wspaniały świat swoich artystycznych przeżyć. Od kilku lat zamawiamy u nich karki świąteczne, a na ścianach mamy ich trzy reprodukcje - warte były specjalnej oprawy i "passe partout" (paspartu). Jest to wiejska droga wśród wzgórz, martwa natura, ale z żywym ślimakiem  i piękne kwiaty. Spokojne, ciepłe i wspaniale namalowane. Jak piszą autorzy strony internetowej - nie proszą o litość  - oferują swoje wspaniałe prace. Ciekawostką jest, że nawet nie mogłem znaleźć na tych stronach numeru ich konta, pewnie gdzieś ukryli.  

 

4 kwietnia
środa

Od soboty pogodowa wiosna.  Takich tłumów jak w ostatnie dwa wolne dni to już nie pamiętam od dawna (od zeszłego roku). Dziewczyny wiosenne na Starym Mieście. Pojawiły się nawet z gołymi brzuszkami, co jak na początek kwietnia dobry urodzaj wróży. Zainteresowanie książkami spore. Mickiewicz 16 tomowy sprzedany, dzieła Krasińskiego, wszystko Wańkowicza (raptem 4 pozycje) i wiele innych - a więc duch w narodzie nie ginie skoro klasykę kupuje. 
Miła dziewczyna zapytała mnie o poezje Leśmiana - akurat miałem tomik wydany przez Ossolineum. Okazało się w rozmowie, że jest z miasta Płocka. A tam mają muzeum secesji (jedyne w Polsce) i muzeum diecezjalne, gdzie wystawiane są obrazy Pani  Kwiatkowskiej. Oczywiście natychmiast opowiedziałem o moich przyjaznych kontaktach z malarką i zaprosiłem do swojej witryny. No cóż - okazuje się, że właśnie dzięki obrazom Pani Wiesławy zainteresowanie poezją wśród młodzieży gwałtownie wzrosło. Całe klasy chodziły na te wystawy. Sam kiedyś wybiorę się do Płocka, bo przydało by się odświeżyć trochę moja galerię obrazów.

Procedury urzędnicze trwają, choć wszystko powoli posuwa się do przodu. Moje zezwolenie na pracę na Starym Mieście skończyło się 31 marca, a nowe zaczyna 1 kwietnia. A więc pisemnie musiałem na odpowiednim dokumencie potwierdzić zdanie terenu (3 metry kostki brukowej), a na następnym potwierdzam jego przejęcie - zobowiązuję się oczywiście do nie naruszenia tej cennej substancji. Być może jest to potrzebne w niektórych przypadkach, ale trochę śmieszne też. W każdym razie mimo wielu procedur - poddaję się im prawie z przyjemnością skoro tak miłe i sympatyczne dziewczyny je prowadzą. 

Wiosna całą gębą skoro wyciągam z szafy koszulkę Calgary Canada - dostałem ją w prezencie od Honorki, która w tym mieście z prawie 30 tysięczną Polonią prowadzi słynne Forum PLOTY. Pisuję tam teraz rzadko, ale kiedyś dyskutowaliśmy prawie codziennie. Prawie równo rok temu spotkaliśmy się z Yano, Ciekawską, Chrisem zza oceanu, przyjaciółmi z Łodzi, Lublina, Warszawy na takim małym zlocie. A wszystko przez Borysa Tylewicza, który wydał wtedy swoją wspomnieniową książkę "Stało się".  Promocja książki zgromadziła  wielu przyjaciół, którzy poznali się poprzez internet. Obiad wielogodzinny  w restauracji "Zapiecek", zwiedzanie Starówki, następnego dnia Łazienki  i obiad w "Ambasadorze", aż przyjemnie powspominać. Okazuje się, że najstarszy uczestnik spotkania to 82-letni Borys, a najmłodsza to 20-kilku -letnia Pani redaktor z któregoś miesięcznika wydawniczego.  
Za kilka dni do Polski przylatuje Yano, z z którym jestem już umówiony na całodzienne "Polaków rozmowy".

Dziś Unia Wolności organizuje "jajeczko wielkanocne" . Może będzie jajkowa relacja ?.
Ach te czasy minione, "jajeczka" i "śledziki" we wszystkich urzędach, biurach i zakładach. Kto tam wtedy zajmował się petentami - powszechnie słyszało się - przyjdź Pan po świętach. Potem poranne przygotowania, wódeczka do segregatora, bo do śledzia winko jakoś nie pasowało. Od 10 już życzenia, niektórzy dostojniejsi z kierownictwem, reszta we własnym gronie. Potem Panie jakoś się ulatniały do domowych wypieków, a Panowie godnie wznosili toasty, aby już mniej godnie, a chwiejnie nieco powrócić na rodziny łono. Może dlatego ten pijany PRL - jeszcze się czasem komuś śni, choć "jajeczko" było cokolwiek nieświeże.