Archiwum 05 - maj 2001

     data 

                                              dziennikczylinocnik               

31 maja czwartek

Wczorajsza promocja książki w Galerii "Zapiecek" dostarczyła mi nareszcie zupełnie innych wrażeń niż te, które są teraz moją codziennością.
Ludzie uśmiechnięci, pełni wzajemnej sympatii z przyjemnością słuchali autorki Pani Niki Strzemińskiej, która opowiadała o swojej pracy nad książką, podróżach i wrażeniach z "obcowania" z pewnymi miłośnikami sztuki. Ta skromna szczupła Pani zwiedziła świat cały niemal pływając na polskich statkach jako lekarz okrętowy. Córka słynnej rzeźbiarki Katarzyny Kobro i znanego malarza Władysława Strzemińskiego opisała w swej książce dzieje życia swoich rodziców. Stąd tytuł " Sztuka, Miłość i Nienawiść". Warto sięgnąć po tę książkę, pięknie wydaną przez wydawnictwo naukowe SCHOLAR.

Dzięki tej sympatycznej promocji mogłem nieco odreagować po trudach ostatnich dni. Przeprowadzka to podobno gorzej jak pożar, a więc przenosząc magazyn - to co jest przeznaczone na bieżącą sprzedaż przerzucam do jednej ze staromiejskich piwnic (niestety 16 stopni w dół + 1), a reszta czyli całe zaplecze pojedzie aż na Ursynów, gdzie kiedyś prowadziłem antykwariat.
Pakowania, dźwigania i innych emocji nie brakuje. Na dodatek uzgodnień i wyjaśnień co nie miara. Najpierw wyliczono mi jakieś niebotyczne zaległości za magazyn na Ursynowie, potem po kilkudniowych poszukiwaniach księgowych zapisów okazało się że wszystko jest w porządku. Ale zdążono już wydusić ze mnie odpowiednią wpłatę (no bo są zaległości) i w ten sposób mam opłacony magazyn już do lipca włącznie. Teraz dylemat z czego popłacić inne rachunki. Najważniejsze, że są jeszcze ludzie życzliwi i nowy magazyn na książki jest, choć w podziemiach ulicy Piwnej. Wszystko jak zwykle załatwiane w ostatniej chwili bo szybko, szybko szykuje się budowa nowej knajpy w miejscu  prawie 7-mio letniego pobytu moich książek. Jak znam życie to po mojej wyprowadzce lokal postoi przez rok pusty, ale to już inne zagadnienie.
Optymistycznie można stwierdzić, że pogoda mi sprzyja, bo choć zimno (rano 8 stopni) i deszcze co chwilę nawet ulewne, to przynajmniej mam czas na swoje sprawy organizacyjne i nie żal mi straconych dni handlowych. Bo jednak sprzedając książki trzeba mieć nieco słoneczka, deszczyk wiosenny lepiej sprzyja marchewce czy zielonej sałacie. Wkrótce nieoczekiwany ciąg dalszy zapieckowej witryny, a na bieżąco na razie aktualizuję Galerię "Zapiecek", gdzie wkrótce spotkanie z Joanną Sierko.

23 maja środa

Cóż po tak sławnej wizycie jak 18 maja, każdy wpis nieco traci na znaczeniu. Chociaż - życie nasze składa się z tylu spraw przyziemnych i niby nic nie znaczących drobiazgów...
Oglądając migawki majowe ze Starego Miasta pewna  dama stwierdziła, że pokazuję ludzi starych, żebrzących, z miską czy czapką na pieniądze, czasem odpadające tynki. Ależ tak - to wszystko przecież jest i istnieje. Każdy przechodzień, czy tubylec, każda cegła czy kamień brukowy to nasza rzeczywistość. Od rzeczy pięknych i nieprawdziwych są albumy propagandowe z  domalowanymi tynkami, bez plamy na ścianie i bez psa, co nogę podnosi na rogu. Tak jak są nawiedzeni pseudo - historycy, co ujmując rzecz narodowo czy patriotycznie - zawsze udowodnią, że tylko jedna strona jest czysta i tylko nad niektórymi głowami - niebo błękitne. Uff. Co się tu mądrzyć - nie ja to wymyśliłem, że fotografia łapie życie w locie, ja tylko uczę się je złapać - na wesoło, czasem kpiąco, ale takie jakie jest. Dlatego dalej będzie i parada i wesele i "dziura w moście".

Wracam do wizyt i sympatycznych odwiedzin. Właśnie z wizytą w kraju jest dwóch kolegów, z którymi rozmawiałem wielokrotnie za pośrednictwem internetowej grupy dyskusyjnej. I cóż - okazuje się, że można się spotkać z niby... całkiem obcymi ludźmi, a jednak znajomymi przecież. Mamy o czym rozmawiać, cieszymy się ze spotkania i w sumie czasem mamy tyle do powiedzenia, że nawet rodziny do których nasi przyjaciele przybywają - mogą być zazdrosne. Wśród tych, co przybywają z emigracyjnych swoich ojczyzn są ludzie otwarci, ciekawi nowej sytuacji w kraju i nowej rzeczywistości. Są pewni swego zaplecza, ale i zainteresowani co tu w kraju się dzieje. Jednak w stosunkach z rodzinami niektórzy są ostrożni, często nawet nie spotykają się ze wszystkimi. Moje wrażenia z tych spotkań można ująć krótko - lepiej na każdy temat wygadać się z przyjacielem internetowym, bo to nie rodzi żadnych następstw i nikt poza wzajemną życzliwością, nic od drugiego nie oczekuje. Z rodziną bywa różnie, a to przywiózł za mało dolarów, a to nie chce szwagrowi pożyczyć na nowy interes, a to ma nową żonę, a to spotyka się ze starą i same takie ciekawostki. Jeśli macie kochani jakiegokolwiek krewniaka za granicą i witacie go w kraju, to dajcie mu pożyć, odpocząć. A jak nie wiecie jak tam lekko - każdy może spróbować, przecież na granicy nikt nie zatrzyma. 
Witaj Wombatku (wiadomo że z Australii), witaj Antywirusie (z Toronto) - miłego pobytu - bez stresów.
A co mówią wyjeżdżając? Czasem jak rodzina dopiecze to wracają z ulgą na swoje zamorskie "śmieci". Czasem pomstują, że biurowce i apartamentowce rosną jak grzybki, a rozmowa z urzędnikiem niekompetentnym - jak ze ścianą. Wiele się podobno zmieniło, ludzie są milsi i uprzejmiejsi, ale powrót z zachodniej codzienności do naszych niby poprawiających się realiów często utwierdza naszych zamorskich przyjaciół w tym, że dokonali właściwego wyboru. To tak jak ja - odwiedzałem kiedyś "starą pracę" i potem po wyjściu z gmachu cieszyłem się, że już nie muszę tam chodzić. Nie zawsze tak jest, ale czasem bywa.

Leży przede mną mała biała karteczka pt. "wezwanie" . Tą karteczkę 14 maja strażnik miejski włożył za wycieraczkę mercedesa, którego właściciel stając na środku Zapiecka zablokował skutecznie przejazd. jakoś tam się przeciskali, ale ile słów uznanych za niestosowne poleciało. co drugi pytał, czy to moja maszyna. Właściciel, oddalił się z piękną, długonogą  kelnerką w kierunku sobie wiadomymi i po stosownym czasie powrócił. Sąsiad "aktywista", który straż miejską zawiadomił woła: - Panie coś jest za wycieraczką! . Kierowca WPIA463 wyskoczył - nie patrząc wyrzucił i odjechał. Zdarzenie banalne, ale już wiem - można wyrzucać takie wezwania, bo one nic nie znaczą - to nie jest druk ścisłego zarachowanie (nawet nie ma miejsca na numer). No i następna plama.

Dziś jestem na wagarach, bo tyle spraw się zebrało, że trzeba sobie jeden dzień wolny zrobić. Umówiłem się z firmą Kodak na Krakowskim Przedmieściu, że z dyskietki przerzucą mi kilka zdjęć na papier fotograficzny - w ten sposób sprawdzę czy tylko do internetu nadają się moje cyfrowe zdjęcia, czy i wesele mogę też obskoczyć. No cóż - czas się przyznać, że będzie to na pewno wspaniała wyżerka skoro serdeczne podkarpacie zaprasza. O moim postanowieniu zrzucenia wagi pisałem po świętach wielkanocnych. Tak, bez problemów zrzuciłem 5 kilo, ale i 1 kilo znów przybyło. Pod pretekstem ciężkiej pracy na silnym wietrze i ochłodzeniach gruntowych, po powrocie z pracy i zapoznaniu się z kotlecikiem miary słusznej - po kilku chwilach zacząłem rozglądać się i za kolacją. Jeśli zapomni się o słodzeniu, chlebek: 1 czarna kromka i zamiast czegokolwiek miłego i mącznego - woda mineralna, to można zrzucić co nieco. Jeszcze trzeba mieć motywację, że to zdrowe i słuszne. Czasem mi jej brakuje. Czy to nie było u Lenina - dwa kroki naprzód - jeden w tył?

 

18 maja
piątek

Najważniejsze wydarzenie w dniu wczorajszym to odwiedziny Billa Clintona na Zapiecku!!! Były Prezydent USA przybył do Warszawy na wykład o globaliźmie, a potem wyruszył na spacer po Starym Mieście w dość dużej asyście. Zapiecek zablokowała kolumna samochodów, policji itp., a dostojny gość spokojnie wędrował ul. Świętojańską. W końcu dotarł do mojego stoiska otoczony kamerami telewizyjnymi, fotoreporterami i tłumem dość znacznym. Powiedziałem - Witam Pana Prezydenta - za co otrzymałem uścisk dłoni. No i co powiedzcie kochani przyjaciele, kto ostatnio witał się z prezydentem - niekoniecznie USA? Radości co niemiara, a potem przez resztę dnia okoliczni kupcy i restauratorzy przychodzili pogratulować mi powitania z Billem Clintonem. Wszystko było by sympatycznie i miło, gdyby nie okazało się, że chwilę przed dojściem do Zapiecka - jakiś gówniarz obrzucił Prezydenta i ochronę jajkami. Nasze gapy gdzie stały? Wpatrzeni w dostojnego gościa zamiast w tłum. Wstyd i poruta (jak mawiają poznaniacy). Jejeczny zamachowiec oczywiście zaraz po fakcie został złapany, ale niesmak pozostał. Reszta spaceru odbyła się już tylko w koszulce - bez marynarki. 

Początek powinien być jak w poprzednim wpisie. Czyli pogoda była piękna i słoneczna - tylko turystów jakby mniej. Co roku na Starym Mieście kupcy i restauratorzy przy każdej okazji dyskutują, że co roku jest gorzej, sprzedaż mniejsza, zainteresowanie kupujących spada. Inna sprawa, że ceny niestety muszą wzrastać proporcjonalnie do rosnących czynszów, opłat i wszelkich obciążeń na rzecz miasta, ubezpieczeń itp. A turystów faktycznie mniej. Szczególnie mało Niemców, którzy dawniej przybywali tabunami. Znowu powstaje pytanie - czy dla samych odbudowanych murów mają Ci turyści przybywać, bo innych atrakcji brak. Żarcie drogie, noclegi dla bogatych itp. itd. Niedawno szukałem w internecie tanich noclegów w Pradze,  bo sąsiad pojechał zwiedzać i co?  Dziesiątki tanich hoteli, pensjonatów itp., a w Warszawie hotelu poniżej 200 zł za nocleg ze świecą szukać.

 

7 maja
poniedziałek

Mam za sobą 10 dni pracy, przeciętnie po 10 godzin dziennie, czasem 12. Drodzy przyjaciele, którzy czasem tu zabłądzicie - wybaczcie. Nawet nie bardzo miałem ochotę na sprawdzanie poczty i trochę zaległości - się narobiło. Pogoda wspaniała, klientki też, czemu dałem wyraz. W kilku obrazkach ten wyraz mój, które mimo zmęczenia zdołałem wkleić oczywiście obciążając pierwszą stronę. Potem założę miejsce bardziej pięknych pań godne.
Klepię w klawisze jeszcze jako tako, ale jak tylko mam po coś sięgnąć, czy wstać to zgrzytam resztą uzębienia. Od przeciągu (może zimne ręce miała), albo dźwigania coś mi wlazło w plecy i łażę wzdychając jak ten bociek co ze strzałą afrykańską w skrzydle latał. Bezpośrednio po całym dniu sprzedaży, wywożę książki do piwnicy domowej, bo wymówiono mi magazyn, więc wychodzi na to, że mam ciężką pracę. Pewien mój znajomy woził z wybrzeża na południe wełnę typu mohair, upychając ten towar w ogromnych walizach i wszyscy się dziwili jak drobny chłopina takie wielkie toboły przerzuca.
Okazało się po latach handlowania na Starym Mieście, że magazyn urósł i spęczniał, bo zawsze coś jeszcze mogło się przydać i jeszcze ktoś mógł o coś zapytać. Teraz kłopot bo regały na śmietnik, książki do schowka, a i te z bieżącej sprzedaży nie ma gdzie trzymać. Ostatnia propozycja to podziemie, gdzie wnosić i znosić wszystko trzeba po lekko kręconych schodach. Po przerzuceniu 15 kartonów po 20 kilogramów każdy, może już się odechcieć handlowania. Ale co tam. Naprzód młodzieży świata no i ty dziadu też.

Jano chłopie kochany. Wywołuję Cię tu po raz wtóry, bo aparat, którym mogę robić zdjęcia do zapieckowej witryny sprawuje się znakomicie. Powoli zaczynam rozumieć jakie ma wymagania od użytkownika i już wiem mniej więcej, co przy jakim oświetleniu lepiej wygląda. Wędrowałem, któregoś dnia ok. 7 rano po staromiejskich zaułkach i podwórzach, cisza spokój, nawet drzew kilka znalazłem i mizerną rabatkę z tulipanami. Cienie o poranku wyraźne nad miarę, ostre niezbyt udanie prezentują się na zdjęciach. Oglądałem najnowszy album o Starym Mieście, a i tam wśród profesjonalistów nie ustrzeżono się przed takimi błędami.
Oczywiście najlepiej prezentują się na zdjęciach uśmiechnięte twarze dziewcząt (bez względu na wiek i poglądy), a dopiero długo, długo potem staromiejskie mury. Namawiałem na zdjęcie, tfu (!), fotografię - panią blondynkę - Strażniczkę Miejską, ale dała odpór zdecydowany.
Już bez oporu i zbędnych namów zrobiłem kilka zdjęć pana Strażnika, co w jakąś bezpośrednią bardzo bliskość wszedł z dwojgiem sprzedawców. Tak blisko stali jakby przez moment przytuleni, a to nie żadnych uczuć objaw między społeczeństwem naszym, tylko zjawisko bardzo znane. Tyle powiem, że 3 krotny zoom nie pozwolił określić jaką kwotę przekazano z ręki do ręki, bo jakoś nagle panowie rozeszli się i handlowcy powrócili do swojej pracy już nie niepokojeni przez nikogo.

Jeden temat wywołuje drugi, a właściwie  cały czas ten sam, bo o korupcję czy zwykłe złodziejstwo tu przecież chodzi. Ostatni tygodnik WPROST zawiera niezły artykuł na ten temat właśnie. O powszechnym złodziejstwie, jego korzeniach czyli - "Nasze złodziejstwo pospolite" piszą: Stanisław Janecki i Rafał Pleśniak. Pytanie końcowe brzmi - Dlaczego złodziejstwo jest w Polsce tak powszechne i przez tak wielu tolerowane?. Każdy z nas mógłby z życia codziennego dorzucić 1000 przykładów, ale czy sam też jakoś nie uczestniczy w tym procederze?. Kiedyś tłumaczono mi, że kelner czy sprzedawca mało zarabiają, bo jeden i tak ma napiwki, a drugi zawsze jakoś na swoje wyjdzie i orżnie klienta czyli niedoważy.
Wchodząc nieco wyżej po urzędniczych szczeblach, można zapytać po co koncesja, po co zezwolenie i czy zawsze od obiektywnej oceny to zależy. Jakoś nie udało mi się w mojej karierze spotkać przetargu na sklep na przykład czy knajpę, który nie miał by swoich cichych faworytów. Kiedyś nawet zwrócono mi uwagę - oj naiwny, naiwny - jak dziecko we mgle. Startujesz tylko jako figurant, aby tłok mały zrobić, dla obiektywizmu przecież.
Chciałem prowadzić antykwariat we współpracy z cechem precyzyjnym dosyć, aby przy książkach móc eksponować na wysokich ścianach i kolumnach, świat historycznych zegarów i czasomierzy. Skończyło się na knajpie jak zwykle, a muzeum zegarów już tylko w starych przewodnikach się plącze. 

 


Strona główna    Zapiecek    Antykwariat   Galeria Zapiecek  Przyjaciele książek   Dziennik
Stare Miasto   Rynek    Plac Zamkowy    Pomniki
Artyści: Wiesława Kwiatkowska,     Grzegorz Bialik,    Joanna Sierko,
Poeci: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska,    Bolesław Leśmian