Archiwum 006 - czerwiec 2001

      data 

                                              dziennikczylinocnik               

27 czerwca
2001
środa

Jak tu pisać optymistycznie jak strzyka w krzyżu (rwa kulszowa, psiakrew!), deszczowy weekend, ratowanie zalanego mieszkania zamiast pracy, a na dodatek zupełnie nieoczekiwane zniknięcie ważnych dokumentów. Zupełnie jak w starym kabarecie - co za nuda: żona chuda, zepsuty zlew. A jednak, a jednak ...
Wystarczył jeden dzień pracy, aby już wrócić nieco do jakiej takiej formy. Słoneczko świeci pięknie, niebo włoskie nad Starówką, dziewczyny piękniejsze jak w telewizorze i co najważniejsze spotkania i pogaduchy ze starymi przyjaciółmi. Dziś damy dostojne, a sławne, przemknęły tuż obok - Pani Premier Hanna Suchocka zatopiona w rozmowie z naszą najlepszą "bankową"  Hanną Gronkiewicz, a obie eleganckie niesłychanie. Nie minęła chwila, a tu pędzi przez Zapiecek Irena Szewińska - czyżby umówiła się z naszym "sercowym" profesorem Religą  - bo i on pospieszał za minut kilka tą sama trasą. 
W ramach kontynuacji typowego "nie-fartu" jak mawiał jeden z moich klientów, nie poszedłem na ważne spotkanie w poniedziałek, bo zaproszenie uleciało z tymi zawieruszonymi dokumentami. I na nic nie zdały się moje spekulacje, że pewnie to w środę. Efekt poniedziałkowych zmagań - to nowa strona internetowa o wernisażu Pani Małgosi Krasuckiej - oczywiście z błędami. Z Małgosi zrobiłem Joannę co dowcipnie i nie bez pewnej słuszności skomentowano jako zauroczenie malarstwem Joanny Sierko. Ale to wcale nie koniec, bo zmieniłem artystce  datę urodzenia, na dwa lata wstecz, a to już mało wybaczalne. A jeszcze - zamiast podać datę wernisażu - 26 czerwca, wpisałem 29 . bm. Całe szczęście, że nie moim zaproszeniem sugerowali się goście, bo przyszły artystyczno-kulturalne tłumy, a śpiewała im - Sława Przybylska. 
Dosyć to pokrętna metoda zwiększania oglądalności mojej zapieckowej witryny i raczej nie będzie już stosowana.

W ramach spotkań z  przyjaciółmi - miałem dziś ciekawą rozmowę z Jankiem Zerbstem, którego znam od piaskownicy i wspólnych dziecięcych wakacji nad morzem lat temu ... bardzo wiele. Nazwisko jakie Janek odziedziczył po ojcu i swojemu synkowi przekazał z niemieckich rodów sławnych się wywodzi, co w almanachach gotajskich szukać trzeba. Obaj nasi ojcowie jako oficerowie przedwojenni i "zachodni" dzięki wyzwolicielom i władzy ludowej skazani zostali kilkakrotnie na karę śmierci w słynnym procesie oficerów m.in. Tatara, Kirchmajera i in. Kirchmajer przeżył, mój ojciec też, ale Janka tata został rozstrzelany. Wielu z nas nosi w swych życiorysach kawał koszmarnej polskiej historii i chyba na stare lata trzeba będzie wnukom opowiedzieć, to co działo się w tym kraju. Wszak w elektronicznych, może już, pomocach szkolnych, będzie to słów kilka, jeśli będzie to historia dosyć szczegółowa. No cóż, zamiast wspominać stare dzieje, przegadaliśmy z godzinkę o internecie, w czym skutecznie przeszkadzały nam  zbyt obcisłe ubranka jakie Panie postanowiły dziś założyć. No bo jeśli Ją tak pije, nawet nie w szyję - to może należało by pomóc kobiecie i rozpiąć - niech tak się nie męczy.  I tym optymistycznym akcentem witam wakacyjnych gości. Przyjdźcie na Stare Miasto - właśnie przeczytałem w jednej "podejrzanej" karcie dań - młode ziemniaki -150 gram - cena 8 złotych. prawda, że tanio, a jak się nie podoba, to sam kup obierz, ugotuj i zapłać czynsz 90 zł za 1 metr kwadratowy. I wszystko jasne. Mój ojciec św. pamięci mawiał: - Jak się nie podoba to - 5 złotych i do baru "Praha" (pamiętacie?). 

21 czerwca
2001
czwartek

To że mam buźkę niewyparzoną wiedziałem, ale żeby wywoływać święte oburzenie to doprawdy rozbawiło mnie nieco. Wszystko przez Manuelę z "Big Brother". Przeczytałem w Gazecie Wyborczej, że szef Unii Wolności w Wielkopolsce nie wyklucza jej udziału w liście wyborczej z tego okręgu. Ponieważ postać kreowana przez tą Panią wyróżniała się dla mnie w sposób niezbyt estetyczny (może zamierzenie?), a sam program znany jest mi raczej z kilku nieopatrznych zerknięć - dałem temu wyraz na pewnej liście dyskusyjnej.
Oburzenie jakie wywołałem dość dosadnym twierdzeniami o niedomytych babach, tłustych kłakach itp. zdziwiło mnie nieco, bo może osoba ta miała być taka właśnie - jak niby "przeciętna większość". Chciałem zwrócić tylko uwagę, że równanie do tej przeciętności, nawet jak ogląda ją 8 milionów ludzi jest grubym nieporozumieniem. Nie dość, ze mi nawymyślano, to jeszcze przeczytałem oświadczenie b. ważnej osoby, że Pani M. myje się i jest inteligentna i nie będzie kandydować, a wspierać. Cieszę się. Jakoś tylko nikt nie zrozumiał, że cenię wszelkie damy, ale nie cenię kreowanej postaci w tym programie, który też uważam za "szczęśliwie zakończony". A moje dywagacje wcale nie odnoszą się do "Big Brother'a" , ani rzeczonej damy - tylko do tego, że członkowie Partii, która ma według ostatnich sondaży 4% poparcia - czyli nie weszła by do Sejmu - mają co innego do roboty niż szukanie ratunku w taniej popularności. To nie ten cyrk i nie te małpy. Właśnie dziś na Starówce usłyszałem od dwóch szanownych i szanowanych Panów analogiczna opinię. Jeden wykłada bardzo ważne "coś tam", a drugi pisze jeszcze mądrzejsze "jakieś tam" w prasie, do radia i w książkach. (tu brak danych, bo działa ustawa o ochronie danych osobowych). No więc nie jestem taki całkiem zboczony, jak już mi się wydawało. Jeden z moich korespondentów Pan Krzysztof S. nawet przepraszał za moje niecne słowa - teraz przeprasza się za czarne karty historii, a Panu  S. wydawało się, że też musi. No ale wesoło jest i o to chodzi. 

Lepiej pomówmy o rzeczach przyjemnych. Do nich zdecydowanie należą truskawki!!.
To moje zboczenie, szaleństwo i orgia zmysłów. Kiedy przyjdzie na nie sezon pożeram do 2 kg dziennie. No, nie mogę się oprzeć, szczególnie kiedy zimne z lodówki, a nawet podlane jogurtem - ha - gruszkowym??!!  A co w tym nieprzyjemnego niestety również? Są tanie. Nie opłaca się sadzić, zbierać i sprzedawać, o transporcie i przetwórstwie przemilczę. Tak twierdzą media, rolnicy, plantatorzy, sprzedawcy. Ja jestem zadowolony, bo są piękne twarde, słodkie, czerwone - no, no bez skojarzeń. Za rok z powodu obecnej klęski urodzaju, cześć plantacji się wytnie i spokój. Truskawki będą jak co roku, ale znów będzie narzekanie, bo za drogie, bo tyle zainwestowano, bo transport, rolnicy nawalili, a opłacalne przecież itp. Ja i tak kupię i pogryzając będę nasłuchiwał tych narzekań. Czemu tylko nie słychać w moim kraju, tych co sprzedali drożej, bo inni nie zasiali, tych co zarobili bo mieli piękny i w miarę tani towar, tych co polecają - na zdrowie i mówią, że lubią swoją pracę? Czas już przestać płakać - jeśli nie opłaca się sprzedawać starych książek, będę robił strony internetowe, bo się na tym nie znam. A może jednak jaki szalik na drutach udziergam, bo to uspokaja nerwy i gibkość palców wyrabia.
Pamiętam, kiedyś odwiedziłem moją św. pamięci mamę "w biurze "jak się kiedyś z namaszczeniem mawiało. A zamyślony, nie zapukałem. Naciskam na klamkę, a w pokoju w ciszy wielkiej, dwie panie szybko machają drutami, do których wełenka z szuflady niedomkniętej biegnie. W kąciku, za biurkiem trzecim - Pan - zamknął oczy, posapuje - zasnął niebożę.  Ach, gdzie ten spokój urzędów, pełne zatrudnienie i nuda, nuda...

18 czerwca
2001
poniedziałek

Minęło dni dziewięć i już zwrócono mi uwagę, że zaniedbuję wspomnienia z współczesności. Od razu przypomina mi się dyskusja (półliteracka - powiedzmy) z czasów niedawno minionych, gdy autor wypacał w trudzie i znoju, zdań kilkadziesiąt o sztuce tworzenia właśnie. Wkoło było wiele ochów i achów nad cierpieniem artysty, a ja zastanawiałem się czemu pisze ta "sława" takie bzdety - po latach odpowiedź jest prosta - dla pieniążków i dla zajęcia miejsca w felietonie. No i z "powołania" oczywiście. Dziś jego książki cieszą się popularnością w składach makulatury, a płacą tylko 50 groszy za kilogram. 
O taniej książce nie chciałem pisać, ale samo wyszło z tej makulatury więc muszę, bo mi na wątrobie leży. Przez cały maj i kawałek czerwca władze stolicy, prasa, media wszelkie wpadły w zachwyt wielki nad  wspaniałym darem taniej książki dla ogromnych rzesz społeczeństwa. A działo się to w ramach wielkiego kiermaszu książki na warszawskim Mariensztacie. Sponsorzy (!!!) opłacili ściągnięcie na te kiermasze kilku, czy kilkunastu ciężarówek książek pięknie wydanych, głównie klasyki polskiej i obcej. Również wiele wydawnictw gwałtownie przeceniło swoje zbiory magazynowe aby dać tanio i dużo spragnionemu ludowi. Cel piękny, prasa i inne media wpadły w taki zachwyt, że nawet nikt nie zadał paru pytań? Skoro rozdawano książki (za 1 złotówkę), to kto poniósł koszty ich produkcji, magazynowania, nieudanej dystrybucji skoro nagle staniały o 99 %? Czy sponsorzy właśnie nie mieli na co wydawać pieniędzy (podobno dużych) skoro samo rozdawnictwo nie powinno być kosztowne. Może trzeba było coś odpisać od podatku, może trzeba w mediach pokazać "kulturalną twarz", może koszty upadłości będą darowane skoro taki gest piękny. A przy okazji ile to zasług poniesiono dla czytelnictwa, kultury, narodu itp. Po co ta cała zadyma, skoro z tanią książką od dawna wiadomo co robić. W wielu miastach organizuje się na stoiskach, salonach i halach sprzedaż końcówek wydawniczych, czy nie trafionych nakładów. Każdy wie, że książka dziś kosztuje 30 złotych, a za trzy miesiące może być już za 10 albo i za 4, albo za 50 gr. kilogram. Dlaczego?, bo nie trafi się w gust nabywcy, książka spóźniona, a wydarzenia przebrzmiałe, autor sławny w gazecie, a czytać go nie chcą i wiele innych. O badaniach gustów czytelniczych jakoś nie słychać, a reklama u nas żadna albo w powijakach. Odbędzie się promocja książki, kilka zdań w gazetach i już. 90 % księgarzy nawet nie wie, że ukazała się w Krakowie, czy Lublinie, a już w Olsztynie czy Zielonej Górze kto słyszy. Przy produkcji 5000 tytułów rocznie jak się chce sprzedać to trzeba zadbać o reklamę. A nie, rozdawać. Rozdawać można i trzeba tym, co nie mogą sobie kupić. Dlaczego biblioteki szkół i przedszkoli mają mało pieniędzy na książki ? - dać im. Dlaczego na Białorusi, Ukrainie, w Rosji, Kazachstanie nikt nie kupi, a czytać chcą? - dać im. A nie dawać za 1 złotówkę Pani, czy Panu, którzy i tak czytać nie będą bo nie nawykli i nikt ich nie zmusi. Wzięli ile można było, a potem po antykwariatach, czy bazarach aby choć parę groszy dorobić do emerytury czy na piwo choćby. Sam nagle zdziwiłem się, że przynoszą  mi ludzie Hamsuna i Kafkę i inne piękne książeczki jakby podobne, a tu wydało się, że to z Mariensztatu. Jest w tym wszystkim jakaś nadzieja, że wiele osób, które nie stać dziś na książki mogły się zaopatrzyć, ale oni i tak wiedzą, gdzie szukać. No i na zakończenie powraca myśl przewrotna taka, jaką tu pieczeń upieczono na tym kulturalnym ognisku, tak przy okazji tylko.

A co u mnie? Po przeprowadzkowych bojach, przez życzliwość właścicielki "Kmicica" dostałem do użytku 3 metry kwadratowe małej piwniczki, ale życie nie pieści, bo w imieniu "mieszkańców" dama pewna podjęła bój ze mną. A tu okazało się, że ja jestem mało ważny, bo tak przy okazji niejako dama ta chce dla męża lecznicę zwierząt założyć w miejsce dawnej "kulejowej" knajpy. Nie wiem czy to konieczne dla kilku piesków i kotków staromiejskich, ale już władze grożą karami za bezprawny podnajem, choć nikt pieniędzy nie bierze. W piątek właśnie zeszły, usiłowałem wyciągnąć karton z książkami, a jak mnie "siekło", to z trudem wylazłem na powierzchnię. Pani neurolog, sympatyczna zresztą orzekła, żebym się nie martwił zbytnio, bo ona ma to samo. Rwa kulszowa , podobno się to nazywa, ale nieprzyjemne doznania raczej. Dobrze że nie poszedłem do psychiatry, bo jak on by powiedział, że ma to samo, to co wtedy - tylko jak w starej piosence - z brzytwą na poziomki ("Klan").

Na zakończenie pozdrowienia dla Pani z radia - już Ona wie z którego. Niestety aby posłuchać coś dla ducha, raczej należało by zająć się pracą w domu, bo godziny przedpołudniowe - raczej nie sprzyjają. Pani W. co córkę ma nadobną (po mamie) i męża piszącego, zdradziła mi parę ciekawostek z zamierzchłej przeszłości naszej Starówki. Od razu przyszedł mi do głowy pomysł, aby spotkać się kilka razy (każdy pretekst dobry - cha, cha..) i zapisać co nieco historycznych anegdot i ciekawych opowieści. Już mi się taki nowy dział zamarzył w tej "zapieckowej" witrynie. No i niech oburzają się feministki, trudno. Tak niecnie wykorzystywać kobietę?, a trzeba - bo dla ideii, tfu, dla oglądalności i lepszej czytalności przecie.

9 czerwca 2001
sobota

Dziś pod wieczór odebrałem wzruszający telefon. Borys Tylewicz (82 lata) zadzwonił z Izraela z pytaniem jak sobie poradziłem z magazynem na książki i z pomysłem, aby magazyn do bieżącej sprzedaży przerzucić na samochód dostawczy. Sam w nienajlepszej formie fizycznej po ciężkiej operacji czaszki, a przed operacją katarakty na obu oczach. I jeszcze martwi się o innych - jak tu poradzić znajomemu. Dziękuję Ci Borysie - obyś żył długo w zdrowiu i jak zwykle ku pomocy innym. Żołądkowa gorzka w lodówce będzie czekać na Twój przyjazd. Niedługo przyjdzie czas na wesołą (!) rekonwalescencję - bądź dobrej myśli. Tylko jeszcze prawo jazdy muszę zrobić. Cha, cha...
Wspominałem już kiedyś o Borysie i jego życiowych peregrynacjach, które opisał w książce pt. "Stało się". Mam nadal w sprzedaży. Najważniejsze w tym wszystkim, że jakoś nas razem skrzyknął i grupa przyjaciół poznanych przez internetowe pogaduszki mogła obyć swój pierwszy polski zlot w kwietniu zeszłego roku. Następny szykuje w Kanadzie Chris, ale dla polskich tubylców - jeszcze takie wycieczki trochę są trudne w realizacji. Dzisiaj w Opolu "Golec-Łorkiestra" śpiewali, że - na ściernisku zrobimy San Francisco, a więc jak to nastąpi, to już bez przeszkód wyskoczymy za ocean na małe spotkanie. 

Niechcący znowu to Opole wylazło, ale w miarę niechętnego słuchania coraz bardziej skłaniam się do mniemania takiego, że po prostu na tym festiwalu ktoś "musiał" zaśpiewać. Mam tu na myśli analogię do naszych drużyn piłkarskich, które też "muszą" mieć odpowiednie miejsce w tabeli. W TV1 - festiwal, a na TVN-ie - "Droga do gwiazd".  I mam poważne wątpliwości, gdzie lepiej śpiewają. W Opolu podobno  gwiazdy uznane, a w TVN - debiutanci. Próbowałem posłuchać co śpiewa Kasia Kowalska - no nie mogłem się dosłuchać, ani słów, ani melodii. Męczące musiała mieć utwory skoro cały czas biegiem po estradzie, może to takie musi być chodzono-biegane, ale już wolę tańczone. No,  nareszcie zrozumiem każde słowo i posłucham starych łysoni jak ja - wchodzi na estradę "Budka Suflera". 

8 czerwca
piątek

Siedzę w pozycji paragraf w formie znaku zapytania, bo jak mnie coś siekło dziś o poranku, to ledwo wylazłem z piwnicy, gdzie rzucił mnie los łaskawy. Wszystko przez te książkowe przeprowadzki. Na dodatek nowy mój, tymczasowy magazyn został głośnym krzykiem oprotestowany przez pewną młodą jeszcze damę (?) - na melodię - my lokatorzy (była sama jedna) absolutnie nie zgadzamy się na trzymanie książek  w naszym domu (Piwna 27). Wchodząc mogę drzwi popsuć, albo co? Ciekawostka obyczajowa.  W każdym razie kobietka ona, siłę oddziaływania ma nielichą, skoro urok jakiś rzuciła na mój sterany kręgosłup i teraz czuję jak mi noga sztywnieje (czemu noga?).

Obowiązkowe leżenie (troska dziatek i żony), przykuły mnie dziś do telewizora na okoliczność festiwalu piosenki w Opolu. Jednak po wysłuchaniu wiązki utworów notowanych w rankingu Audio-Tele zerwałem się wyjąc cichutko, z powodów nie tyle dolegliwości, co wrażeń świeżo nabytych. Konkurs "premiery" nie bez kozery realizowany przez Audio-Tele  znane z zadawania pytań idiotycznych i na poziomie dolnej listwy, gdzie kabel od telefonu biegnie. Folklor góralsko-poganiczny jako "Brathanki" znany i uznany ("Kochaj mnie w kinie w Lublinie"). Po tym występie mogłem dać sobie spokój. Reszta śpiewa tak, abym nie mógł usłyszeć wyraźnie o co w piosence chodzi. Młodzi wykonawcy śpiewają z nostalgia i smutkiem, natomiast starzy estradowi wyjadacze w szalonym rytmie bezsensownej aranżacji. Jeden solista z kwartetu Vox walczył solo i efekt taki, że zaśpiewał na 1/4 tamtych możliwości, pewnie dlatego tytuł utworu powtarzał do upojenia. Czarna mała i smutna - do tego brzydka (Kowalska), mała starsza nieco, za to w tempie skutecznie niwelującym jej możliwości głosowe (Ostrowska). Kukulska sympatyczna wizualnie, w srebrze i włosach pięknych do ... końca pleców - wybrała piosenkę z końca płyty.  Shaza, gwiazda disco polo - lepiej wypada w nagraniach studyjnych. Najlepsze wrażenie wywarły na mnie kobietki sympatyczne z zespołu "Orange", tak sympatycznie podskakiwały, falując tym i owym, że pędzący pociąg towarzyszącej muzyki właściwie przeszkadzał mi w odbiorze. Oczywiście grający jako przerywnik satyryczny - kwartet smyczkowy - był poza konkursem w każdym znaczeniu tego zwrotu. 
No tak, jak przewidziałem właśnie podano, że zwyciężyły "Brathanki" A w Audio - Tele?  Grupa "Ich Troje" . No to szczęśliwie, ich nie udało mi się skrytykować, tatuaże widoczne, gotyk i nieco satanizmu?  Amen . Poczekam na kabareton.
A propos dowcipu - dziś właśnie na kanale rosyjskim usłyszałem: 
- Czy można jeść jabłka z okolic Czarnobyla?
- Można, ale ogryzki trzeba zakopywać głęboko.

 

5 czerwca
wtorek
2001

Wczorajszy wieczór spędziłem w świecie pięknych Pań, eleganckich Panów, dzieci było sześcioro, jeden pies czyli wernisaż Joanny Sierko. O tym, wiekopomnym wydarzeniu  piszę z nieustającym entuzjazmem - czemu też dałem "wyraz" na swoich stronach internetowych. Zdjęć zrobiłem niewiele, ale nastrój artystki jakoś udało mi się uchwycić. Na wernisażu towarzyszyła mi Martusia dzielnie przedzierając się przez tłum przeogromny. Równie wielu ludzi kultury widziałem tylko na 25-leciu Galerii "Zapiecek". Mam nadzieję na dalszy sympatyczny kontakt z artystką aby od czasu do czasu uaktualnić jej strony.

Dzień dzisiejszy to już powrót do prozy życia. Przeprowadzka magazynu, dźwiganie regałów, książek (czy kilo papieru więcej waży niż kilo wełny?), po schodach - pod górę i z góry. W trakcie tych walk Michał (syn) oberwał po żeberkach 20 kilową paczką książek, a ja wyjąc cichutko w kilku językach odnotowałem kontakt małego palca u nogi z krawędzią spadającej półki.  Tylko cztery godziny pracy - trzech dorosłych mężczyzn i wg pobieżnych obliczeń przerzucona prawie tona - tak to można ocenić "wagowo".  Ale już poszło i koniec - na czas jakiś spokój zapewne.

Aby mieć kontakt z książką nie tylko fizyczny - sięgnąłem po kolejny numer  "Świata Książki", który otrzymuję co kwartał. Kolejne rozczarowanie - propozycjami spółki Bertelsmanna. Klasyka - do policzenia na palcach - 90% to tzw. wyciskacze łez, czyli skrzywdzona i poniżona u szczytu sławy, albo miłość, namiętność i spełnienie pragnień dla zmęczonych życiem i zmywaniem. Kolejna porcja w tej przygniatającej większości to poradniki - jak żyć i nie tyć, jak żyć i nie pić, jak żyć i osiągnąć pełnię szczęścia, uniknąć raka i przyrządzić homara. Na pocieszenie kilka przewodników z przewagą kolorowych zdjęć nad rzeczową historyczną informacją - wszystko pobieżne i intelektualnie byle jakie, aby tylko kochany czytelnik się nie zmęczył i zamówił, kupił i zapisał się z rabatem oczywiście. Dostanie kartę błękitną, srebrną i lekko po kieszeni, a książkę z obrazkami raz obejrzy i postawi na półce, bo po co kilka razy oglądać te same obrazki.
Aby dowiedzieć się co nowego na rynku księgarskim wystukałem na komputerze www.dobreksiazki i co? To samo - w nowościach - ABC Biorytmów, Osiem prostych ćwiczeń dla długowieczności, Yoga kundalini, świadomy sen, twórcza wizualizacja itp. Natomiast wśród bestsellerów: Moc piramid, Runy, Sekrety pierścienia Atlantów, Sny wygrywających, Szuka obrony psychicznej. W rubryce dobre książki mamy takie działy jak: aforyzmy/sentencje, biznes, ezoteryka, feng shui, psychotronika, tajemnice świata, ufo, wiedza duchowa, wróżby. Jest oczywiście literatura, filozofia, kultura z podróżami i biografiami pospołu, ale to wszystko margines wobec źródła jedynej prawdy dla niedouczonych i naiwnych poszukiwaczy tajemnic istnienia. Dla odprężenia odwiedziłem internetowego Merlina - pierwsza pozycja na liście to Historia spekulacji finansowych, a druga to historia rabina co ożenił się z chrześcijanką.   Z powyższego wywodu rysuje mi się obraz czytelnika, który  zgłębia tajemnice natury i psychologiczne aspekty wpływania na życie duchowe, a dla odprężenia poodchudza się trochę jedząc wg dr Kwaśniewskiego tłusto i mięsno lub wg szkoły wegetariańskiej zimno i roślinnie, przeplatając to ćwiczeniami budującymi ciało. Na i po co się tak męczyć - wystarczyło przecież w odpowiednim czasie zrobić maturę. Amen. Jako post scriptum - myśl taka natrętna ściągnięta od Kopernika - jak to zły pieniądz dobry wypiera,  tak i dziś przecie kultura obrazkowa wypiera treść głębszą, aby tylko nie niepokoić drogiego nabywcę jakimkolwiek myśleniem.  Jeden w tym aspekt pozytywny = po klasykę literatury czy historię sztuki lub teatru  - klienci znów przyjdą na staromiejski Zapiecek.

 

3 czerwca
niedziela

Najważniejsze wydarzenie zeszłego tygodnia to spotkanie z Joanną Sierko i jej mężem. Ruda (w zasadzie), sympatyczna bardzo, uśmiechnięta, a obrazy... Cóż ja sierota i analfabeta w sztukach pięknych mam tu powiedzieć?. Najlepszym dowodem jakie wrażenie na mnie zrobiły obrazy tej malarki - to umieszczenie jej wspaniałych dzieł na "zapieckowej" witrynie. I w końcu stało się - w poniedziałek oficjalne otwarcie wystawy w Galerii ZAPIECEK, czyli wernisaż, a już od soboty obrazy wiszą i  rozświetlają całą galerię. Nie na darmo cała załoga rzuciła się do malowania ścian - skoro te ogromne płótna kipią barwami, wspaniałą alegorią, żartem czy ironicznym półuśmiechem. Malarstwo Joanny Sierko - Filipowskiej jest realistyczne, ale bajkowe, żywe, a nieziemskie. Ze skrzydłami, ale bliskie naszych ziemskich spraw i pokus. Wspaniałe postaciami pięknych kobiet, gdzie i rysy autorki wypatrzeć można.  Skąd ta poufałość - moja? Bo od czasu fascynacji aniołem co ziemniaki obiera, doczekałem się finału tej bajki - anioł zostawił skrzydła, garnek na ganku i wszedł do domu - a tytuł obrazu - AMORY. Cicho, sza, przecież nie zadaje się aniołowi pytań !
Zaraz zatem obfotografowałem co piękniejsze obrazy, aby je tu umieścić. Może jeszcze namówię artystkę aby stanęła przy "Aniele i diable", bo coś te dwa skrzydlate mają z niej samej...

Jakie to wspaniałe odprężenie po codziennych trudach, wejście choć na chwilę w inny świat. A tu w naszym grajdołku co ? Czytam właśnie wyniki badań Instytutu Książki Biblioteki Narodowej z których wynika, że 46% Polaków w ogóle nie czyta książek, a prawie 60 % ich nie kupuje. No i stoczyłem się na ten margines jak mi przepowiadała dawnymi laty moja wychowawczyni. Nie dość że czytam, to jeszcze usiłuję sprzedawać. A jeszcze większy margines to ten, który mnie czyta. Zna litery, komputery i ten internet nieszczęsny. Tu już naprawdę procenty jakieś takie małe jak na butelkach piwa (bezalkoholowego zapewne). Ile razy próbowałem wysyłać jakieś strony na serwer (krajowy) to ciągle z duszą na ramieniu, że zaraz wszystko się skończy i ktoś otworzy zapiecek.com, a tam dziura czarna na białym tle! Ale za to w sobotę albo jeszcze lepiej w niedzielę wczesnym porankiem szybkość właściwa, strony fruwają jak kormorany nad Śniardwami. Tak, należę do tych zboczeńców co lubią wstać bladym świtem i jeszcze się cieszą jak słoneczko wschodzi, gdy inni tymczasem w odmętach marzeń sennych i ho, ho jeszcze do wstawania. Pewna pani mało mnie nie uszkodziła popielnicą ozdobną wielce, gdy sporo przed 6 rano usiłowałem zatrzeć ślady wczorajszej kolacji. I teraz gdy rodzina pomrukuje z zadowoleniem śniąc o zbliżających się wakacjach - ja spokojnie słucham (słuchawki) porannej prognozy dla rybaków, czy reportażu, który nie udało by się przeforsować w godzinach większej "słyszalności". 

A tak na zakończenie tych pierwszych słów czerwcowych pomarudzę też trochę. Na brak odpowiedzi zwłaszcza. Niby jak firma ma stronę internetową (teraz to modne mieć), to ma i swój adres z "małpą" w środku. I co - nic. Ja piszę, pytam, zapytowywuję i dociekam, a tu dalej nic. Telewizja kablowa (potentat podobno) nie odpowiada - za duży ten potentat? Poseł, a nawet przewodniczący Komisji bardzo ważnej - też nie odpowiada, bo nie ma czasu, a właściwie trzyma stołek to ma ręce zajęte. Dawniej jak się napisało do jakiegoś zamorskiego biura podróży na przykład, to zaraz przyszła odpowiedź i mapa Bahamów do tego. Teraz piszę do firmy, której chcę wpłacić pieniądze, pytam kiedy i o ile więcej skłonni są przyjąć za rozszerzenie usługi. I co? - nic. Może nie rozszerzają? Czytam wszelkie FAQ, co to wymyślono dla tych głupków co nic nie rozumieją i pytają o to samo - jak ja - i jak nie znajdę tam to co mam robić? No jak mawiali kresowiacy - prosto siąść i płacz.
Wpadła mi przy przeprowadzce magazynu, w rękę książeczka mała o jubileuszu wydawnictwa Gebethnera i Wolffa. Do tej książeczki dołączony był list właścicieli szalenie miły i elegancki, a na zakończenie napisali jeszcze -  z prawdziwym poważaniem. A teraz co?  nikt mi nie powie nawet: - a piessss ci mordę lizał!!!