|
Archiwum 007 - lipiec 2001
|
data
|
dziennikczylinocnik
|
|
30 lipca
poniedziałek
4:58 rano |
W środę odgrażałem się, że
jutro ciąg dalszy, a zeszło pięć dni. Czy warto pisać, że cały
tydzień lało, że burze, wiatry nachalne itp.? Mój przyjaciel Krzysio,
tak mnie popędza, że jak tylko jaka chmura wylazła na niebo, siadamy
do stukania. Ja przygotowuję makietę strony, on wnosi poprawki i tak w
dwa dni zrobiliśmy połowę województwa mazowieckiego. A wszystko dla
nowej witryny = http://noclegi-relax.com.
W takim tempie możemy skończyć wklepywać miejsca noclegowe w całym
kraju do końca roku. Potem już tylko opisy każdej miejscowości,
mapki, herby, zdjęcia i witrynka na jakieś 1000 stron gotowa. Trochę
przesadzam, ale niewiele.
Południe Polski pod wodą. Powódź
nie wiem czy nie gorsza niż 4 lata temu. Bo w wielu miejscach na raz.
Już nie pada, a rzeki wylewają nadal, bo w obrębie starych i
zniszczonych wałów nie mieszczą się te masy wody. Na Starym Mieście
zauważyłem dwie grupki cwaniaczków, którzy do pudełka z ręcznym
napisem POWÓDŹ zbierali datki, zaczepiając przechodniów. Coś
z buziek tych młodych ludzi wyglądało mi, że ta
"spontaniczna" inicjatywa nie tylko nie wspomoże powodzian, a
raczej zasili polski monopol spirytusowy. Ciekaw jestem czy Straż
Miejska sprawdza tych "zbieraczy". Zapytam ich dzisiaj, bo
wczoraj ledwo jeden patrol gdzieś w tłumie mi ginął.
W czasie dni deszczowych poświęciłem
trochę czasu na próby wydruków zdjęć z aparatu cyfrowego. Jak łatwo
się było domyślić (lub przeczytać w instrukcji) jako tako wychodzą
zdjęcia robione w najwyższej możliwej rozdzielczości. W zasadzie w
SHQ (Super High Quality) zdjęcia już są idealne, ale drukowane na
specjalnych papierach i to na drukarce termosublimacyjnej. Można
drukować na drukarce laserowej, ale wtedy lepiej taką odbitkę za szkło
i oglądać z odległości metra. Koszt wydruku strony A-4 (3-4 zdjęcia
można zmieścić) to 20 złotych - niestety drogo jeszcze. Na drukarce
laserowej będzie to już 9 złotych za A-4. Jeszcze zrobię próbę w
salonach Agfy lub Kodaka, gdzie cyfrowe produkcje przerzucają na papier
fotograficzny.
Przy okazji poszukiwań większej karty pamięci do mojego aparatu,
trafiłem dzięki reklamie (ulotki w gazecie) do firmy "FOTO
JOKER". Według kolorowego folderu, który również leży stosami
w salonach tej firmy - karta SmartMedia o pojemności 32 Mb kosztuje ok.
150 zł. Okazja jak cholera. Poleciałem natychmiast i co się okazuje,
mimo reklamy (oferta ważna do wyczerpania zapasów - do października
2001), pamięci są, ale dwukrotnie droższe i to w dodatku "w
promocji". Zapewne z innymi produktami jest podobnie. Atrakcyjna
cena przyciągnie klienta, a jak już dojedzie do "salonu" to
pewnie coś kupi. Odwiedziłem nieopatrznie taki salon w przejściu
podziemnym (Jana Pawła II - Dworzec Centralny). Sprzedawca mając przed
sobą trzy osoby pracowicie wypełniał jakieś druczki, poczym
oderwawszy dwie kopie od każdego oryginału - pracowicie usiłował to
znowu zebrać do kupy. W końcu po 10 minutach podarł część papierów
na drobne kawałeczki i zainteresował się kolejką. Całkiem
bezsensownie zapytałem o te karty pamięci, chociaż nie była moja
kolej. Zostałem za to odpowiednio potraktowany i przywrócony do porządku.
Odstałem swoje 15 minut, aby dowiedzieć się, że mogę zobaczyć w
szafie czy są. Teraz ja starałem się przywrócić sprzedawcę do porządku
i okazało się, że bidulek jest sam od rana i nie może się
zorientować. W końcu otworzył szafę i usiłował mi sprzedać kartę
typu CompactFlash (jak to się pisze?), co oczywiście nie pasuje do
mojego aparatu. Nie udało się ustalić jakiej firmy to karta ani jakie
ma napięcie. Nie wiedział również do czego pasuje. W końcu odnalazłem
sklep FOTO - KWIATEK na ul. Śliskiej, gdzie nie tylko byłem bardzo
uprzejmie potraktowany, ale pokazano mi wszelkie możliwe karty z objaśnieniem
- co do czego. Przy okazji dowiedziałem się wszystkiego o wydrukach,
statywach itp. Oczywiście kartę pamięci kupiłem - oryginalną
Olympusa, za cenę tej "promocyjnej" z Jokera. W dodatku moja
oryginalna karta ma gwarancję i dodatkowe funkcje jak np. foto-panorama
(z trzech zdjęć - jedno dłuuugie).
Martusia moja wróciła z kolonii -
radości co nie miara, bo bez dziecka, dom jakiś pusty był taki i
nudny. Akurat okolice Międzyzdrojów miały pogodę, więc dzieciaki
szczęśliwe, bo i wypoczynek świetnie zorganizowany z klimatyzowanym
autokarem i wycieczką zagraniczną włącznie. Tylko Pani wychowawczyni
mówiła, że już więcej nie pojedzie, bo ciągle przytrafiały jej się
jakieś przygody. A to zatrzasnęła się w pokoju i wyjść nie mogła,
a to przy otwieraniu szampana (owocowego) oblała się cała ...i tym
podobne, ku uciesze kolonistów. Pamiątki przywiezione, piasek w
butach, skarpetach i kieszeniach świadczy o udanym pobycie. Pranie i
szykowanie do następnej wyprawy - tym razem na wieś do babci, gdzie i
ja się wybieram, na dni kilka. Powód główny - to wesele w Krośnie,
gdzie już hulałem rok temu. Dopiero dzieciaki szły do komunii, a
teraz już na ślubnym kobiercu. Całe szczęście, że tyko one się
starzeją - ja już nie mam czasu, ani nerwów.
Inne miłe spotkania mam z Anią, która zaprasza mnie na wieczory
operowe na Zamku (koncerty z taśmy filmowej, ale na świeżym
powietrzu). Pracuje w królewskich "zasobach". To moja
najstarsza córka, ale nie powiem ile wiosenek liczy, bo sam się jakiś
stary robię od tego. Ważne tylko, że jest zakochana i szczęśliwa.
Amen.
Trochę zaniedbałem moje "zapieckowe"
strony, ale niech no tylko wyjdę na prostą i odpracuje przymusową
bierność. No bo, jak nie kręgosłup to opady i teraz trzeba
nadrabiać stracony czas. Koniec - już 6 rano się zbliża, po
pieczywko czas skoczyć. |
|
25 lipca
środa |
Mimo,
że zrobiłem znowu trochę nowych zdjęć, nie zdążyłem ich jeszcze
powklejać. Wszystko przez nowe szaleństwo, które nazywa się http://noclegi-relax.com
. To jest dopiero robota! Przenieść 400 stronicowy Informator
Turystyczny do internetu, zakrawa nieco na małe szaleństwo. Na razie
same teksty, jeszcze 100 i 1 odnośników powiązać, potem dla każdej
wioski i miasteczka krótki opis atrakcji i walorów, herb. Na razie
jako tako zaczęte są dwa województwa: pomorskie i warmińsko-mazurskie,
a do końca jeszcze ho, ho. Ledwo zaczęliśmy, a już mamy pierwsze
zlecenia na reklamę. Na razie nieśmiało w formie wizytówek (krótki
opis miejsca noclegowego). Trzeba zrobić wzór strony, może wtedy będzie
jakieś zgłoszenie na nieco większą pracę. Już mi się oczy kleją,
ledwo skończyłem wklepywać Mazury. Jutro dostukam coś jeszcze. |
|
19 lipca
czwartek |
Minęły
cztery dni, a pogoda zmieniała się z upalnej afrykańskiej do
huraganowej jak na morzach południowych. We wtorek okropna burza rozpętała
się nad Warszawą, straty mniejsze jednak niż w innych miastach. Początek
burzy na zdjęciu, które zrobiłem
ze swojego balkonu na 6 piętrze, potem już nie można było otworzyć
ani drzwi, ani okna, bo wichura chlustała wodą do środka. Na Starym
Mieście drzew jak na lekarstwo, ale jedno na Freta przygniotło
przechodnia, inne połamane po podwórkach. Na Zapiecku parasole
powyginane jak paragrafy. Jak musiało zalać Gdańsk, gdzie woda na
dworcu kolejowym sięgała do krawędzi peronów?. Rząd gwałtownie
szuka pieniędzy na załatanie dziur w budżecie, a więc obawa o los
ludzi, którzy potracili swoje domy, czy zbiory - uzasadniona. Jak
zwykle ogłosi się zbiórkę, dodatkowe losowanie totolotka itp., a
potem jakoś to będzie. Tylko ludzie zostaną ze swoją biedą, nieszczęściem
i sami będą dźwigać się od nowa. Rząd martwi się już
tylko, czy jeszcze starczy mu ministrów do końca kadencji, którzy
spadają jak przejrzałe gruszki. Jak przewidywałem następny w kolejce
pewnie Minister Obrony (takie dywagacje były dziś w porannej prasie).
Okazuje się, że "nie było woli politycznej" aby odwołać
wiceministra O.N., mimo "pewnych sygnałów" , no więc lepiej
było iść do knajpy na gorzałę. Miałem nie pisać o polityce, tylko
o Starym mieście, książkach i ogólnej szczęśliwości, ale
wystarczy między jedna ulewą, a drugą wyskoczyć do pracy i już każdy
spieszy ze swoim komentarzem. Chyba nie lubię polityki. Zresztą
wszyscy tak mówią, a szczególnie ci, którzy za to biorą pieniądze.
Teraz
będę się banku czepiał. Dziś rano zamarzyło mi się założyć
ciekawy, kolorowy licznik odwiedzin na stronach, które usiłuje jakoś
posklejać. Znalazłem ofertę takich liczników - oczywiście z Wrocławia
jak i mój provider, więc pędzę do banku, bo dadzą mi wieczyście
licznik tyko muszę wpłacić 20 zł. OK. lub - no problem - jak mawiają
Rosjanie. Problem powstał przy okienku. Pani pyta - czy jest Pan
klientem banku (czy mam konto), - Mam, jestem. - Proszę pokazać kartę.
- nie mam, nie musze nosić. - To opłata 15 złotych, więc nie wiem
czy opłaca się Panu wysyłać. - Nie mam jak udowodnić, że mam nawet
mały debet, ale do tej pory w żadnym oddziale tego SA banku nikt mnie
nie pytał czy mam konto czy jestem obcy?. W końcu znalazłem jakąś
pomięta kartkę, pokwitowanie z bankomatu. Pani nawet nie spojrzała,
policzyła opłatę 5zł. Teraz proszę napisać, kto wysyła. OK. Teraz
proszę umieścić mój adres (e-mail).
- Niestety nie mam na klawiaturze takiego znaczka - Jak pan mówi - małpa?.
- To może wyrzucić tą klawiaturę? A my chodźmy do ZOO, popatrzeć
na prawdziwe i żywe, aby odetchnąć od tych codziennych radości.
Muszę
na chwilę do polityki, bo coś właśnie mi się przypomniało. Były
minister spraw wewnętrznych z byłym prezydentem maja tworzyć nową
partię polityczną, liczą nawet na 3 % poparcia. Należy się cieszyć,
że mechanik samochodowy i elektryk nareszcie razem - teraz to już
pojedzie. A co pojedzie i gdzie i po co? - nie wiadomo.
Kiedyś pisało się na Berdyczów i jechało do Rygi - czy są jakieś
nowe wytyczne? |
|
15 lipca
niedziela
2001 |
Upał
piękny, 35 stopni w cieniu było o 1600 na domowym balkonie
- teraz jest 2105 i jest 30 C. Na Starówce ludzi trochę,
spoconych, zziajanych i porozbieranych jak tylko można. Aby choć trochę
zasłonić się przed palącym słońcem otworzyłem parasol, ale mało
nie pofrunąłem razem z nim. Wicher w porywach okropny, a ciepły -
jakby ktoś drzwiczki do piecyka otwierał. Mimo to sympatycznych rozmówców
nie brakowało, tym bardziej, że sąsiedzi ze Starego Miasta i znajomi
przychodzili mi poopowiadać jak to pokazali mnie w Dzienniku TV i wcześniej
w Kurierze Warszawskim (WOT). A wszystko przez to, że trzynastego w piątek
obie stacje telewizyjne postanowiły zrobić niezależnie od siebie sondę
wśród warszawiaków - z czym wam się kojarzy 13 i piątek - jako w
domniemaniu dzień feralny. Mnie się już nie kojarzy bo za gorąco, więc
odpowiedziałem, że w taki dzień najlepiej zagrać w totolotka, a dla
podniesienia ducha, dodałem, że i czasem też wygrywam. No i patrzcie
państwo - puścili to. Jak się sam obejrzałem to mało nie padłem -
konieczne uzupełnienie dolnej czwórki, a takie wygodne miejsce na lufkę
do papieroska. Gomułka tak palił - "sporta" na pół i w
lufkę. Chociaż ja nie palę od 8 lat co najmniej. W każdym razie
wszyscy skonstatowali - jak przyszedł w ten upał do pracy, to pewnie
jeszcze nic nie wygrał.
Upalne
dni przerzedziły nieco turystów, choć co roku i tak ich jakby mniej -
mam więc nieco czasu na poczytanie, choć po kilku chwilach, gdy słoneczko
grzeje w plecy, głowa się zaczyna kiwać i powieki opadają. Z tej
rozpaczy, że moje pieniądze gdzieś łażą bez sensu zamiast
zameldować się przy książkowym stoisku - odświeżyłem sobie kilka
książek ....Rodziewiczówny (!). No tak, nie ma się co śmiać,
twierdzę, że jej pisarstwo ma swój urok, a przede wszystkim przenosi
nas w świat bajki z dawno, dawno, minionych czasów. Bohaterowie jej
powieści żyją, hen gdzieś na kresach, w trudzie i znoju ciężko
pracują, chowają skrwawione sztandary po klęsce powstania, nie dają
się rosyjskiemu zaborcy i trwają, trwają. Są to ludzie honoru,
ludzie prawi i szlachetni, a kilku mniej szlachetnych czy trochę podłych
występuje tylko dla kontrastu - tak nieliczni. Bajka, bo jak to się
ma, do rzeczywistości naszej obecnej. Wystarczy otworzy gazetę, czy
telewizor. Niby też Polacy, nawet posłowie, nawet w rządzie, a nawet
ministrowie czy sekretarze stanu, a zupełnie z innej bajki. Kłamią,
kradną, oszukują, piją - najchętniej przed wejściem do samochodu, a
przede wszystkim węszą jak tu wsiąść, bo zaraz kadencja się skończy.
Nie dziwota, że biorą, bo jak awansowano prostaczków i dano im władzę,
to "zawrót głowy od sukcesów", a troska o przyszłość to
wysokość "działki". Dwa miesiące do końca kadencji rządu,
a ministrowie lecą jak świeże śliwki. Najbardziej śmieszy mnie
sytuacja w Ministerstwie Obrony (przed nami samymi?). Niejaki F. bez
uprawnień, ale koleś wiceministra, grzebie w papierach kontraktowych
na zakup broni. A tymczasem sam Minister nic nie wie, co robi jego zastępca,
bo jakoś (kurna - jak mówią w telewizji), jakoś się nie lubią. No
nic tylko boki zrywać, minister nie wie, jak zawiera się kontrakty na
zakup np. myśliwca. Może zresztą nie wiedzieć, bo jest w takiej
partii co nazywa się podobnie jak stary motocykl, (chyba SHL). A partia
ta ma siedzibę, w jednej herbowej knajpie na Starym Mieście, no to jak
ma czytać jakieś tam kontrakty. Zresztą partii tej już też nie ma,
bo podobno weszli na platformę, a tam wszyscy toną, poza trzema
tenorami co śpiewają chórem. Minister łączności (z naszymi) -
(taka szyszka, no) szybko też odwołan, bo łapówki wzięli i się nie
podzielili, a może tylko chcieli i im nie wyszło. A w końcu pewnie
sam zrezygnował, bo już się gubię w tym galimatiasie. Jedno jest
pewne. Szanowni kolesie nie czytali wcale, a wcale Pani Rodziewiczównej
powieści dawnych, a pysznych. Dlatego nie słyszeli nic - o ludziach
honoru, prawych, oddanych, wiernych, szlachetnych. Morał z tego taki -
choć na prawicy, nie prawy, choć herbowym się mieni - to z czworaków.
A z czworaków wychodzi się na czworakach - każdy to wie.
A dodatkowo wyjaśnić trzeba, jak na rezygnację, czy dymisję wpływa
wielkość odpraw. Bo jakoś wpływa.
Zacząłem
przyjemnie i ciepło więc i tak - zakończę. Niepotrzebnie czepiałem
się programu "Amazonki" . Bardzo ładnie kręcą
biustami (w staniczkach) więc nic zdrożnego się nie dzieje, po prostu
to ma być "kuszący" program. Wystarczy tylko wyłączyć
fonię. Jest 2210 i temperatura wynosi na moim 6-tym piętrze,
w ciemnym cieniu oczywiście - 29 stopni Celsjusza. Czacha dymi - jutro
wszystko odszczekam. |
|
10 lipca
wtorek
2001 |
Zauważyłem,
że kolejne wpisy w tym dzienniku zaczynam od pogody, ale to chyba
normalne dla takiej (takiego) co stoi na rogu. Zacznę od niedzieli.
Pogodowa zapowiedź nieciekawa - będzie padać - może po południu, może
wieczorem. Pojechałem z Michałem rano, pospacerowaliśmy trochę,
chmur coraz więcej - wracamy do domu. Po godzinie wyszło słońce.
Pobudka (synek już zdążył usnąć) i jedziemy drugi raz. Po dwóch
godzinach burza z piorunami, na szczęście wiatr słaby, ale deszcz
obfity. Parasol, folie, nic nie zmokło. Minęła godzina - idzie następna
fala deszczu. Na trzecią już nie czekaliśmy. Mokry parasol (ma ze 6 m2)
chowam do piwnicy, a tu kucharka z "Kmicica" pyta - czy to w
wasz parasol tak huknął piorun, bo aż szyby dzwoniły. Na szczęście
nie, bo pewnie nie było by tej rozmowy. Uderzył gdzieś blisko, może
w jakąś wieżę kościelną co nas chroni, ale uciekliśmy natychmiast
do sklepu obok.
Wczoraj na Dworcu Centralnym po 22, czekałem na moją Panią, a tu na
tablicy opóźnienia pociągów z Gdańska - do 200 minut. (Na szczęście
wracała z kierunku szczecińskiego). Dopiero dziś rano dowiedziałem
się jaka okropna ulewa spadła na Trójmiasto, dwa domy się zawaliły,
a woda dochodziła do krawędzi peronów. Do rana nie odszedł żaden
pociąg.
Dla
poprawy nastroju wczoraj - wernisaż Hanny Iglikowskiej i Andrzeja
Gieragi. Jak się okazuje - rodzina artystyczna - warto
spojrzeć na zdjęcia. Na wernisażu zagadałem się z Panem
Zbyszkiem Lengrenem - ten znany rysownik ma już 82 lata i choć
twierdzi, że jest staruszkiem, to całkiem żwawym i wesołym. Ile razy
przyjdzie się przywitać, zawsze opowie mi jakąś anegdotkę,
ciekawostkę, czy wesołą dykteryjkę. Dawno powinienem założyć
rubrykę - Zbyszek Lengren opowiada.
We
wczorajszej "Gazecie Wyborczej" ciekawy artykuł Tadeusza
Sobolewskiego "Bronię pornografii". Autor stwierdza, że woli
czystą pornografię od nowego programu jaki proponuje nam telewizja.
Chodzi o "Amazonki". Do programu wytypowano grupę młodych
dziewcząt i młodych chłopaków. Mają wspólnie się podrywać,
uwodzić, ale nie ma to raczej nic wspólnego z romantycznymi
uniesieniami czy pierwszą miłością, mamy tu do czynienia z
normalnym kolejnym podglądactwem na temat, który z którą i która z
którym. Chciałem zobaczyć jakie to "pięknoty" będą
podrywane, a zobaczyłem wstęp do dalszej wulgarnej akcji. Scena nad
basenikiem, dziewczyny w kostiumach z niechęcią i sztucznym uśmiechem
wchodzą do zimnej wody. Chłopcy dookoła z plastykowymi rurami:
pierwszy komentarz - ale laski. Po chwili ktoś daje sygnał Panowie
"dmuchamy". Panowie dmą w rury zanurzone w wodzie, bąbelki
lecą. Dmuchają. W tym momencie jakikolwiek ciąg dalszy przestał mnie
interesować. Wulgarny żarty i słowny onanizm seksem zbiorowym,
przypominają humor celi więziennej lub koszar, gdzie dawno nie dawano
przepustek. Nie będę oglądał kolejnej ordynarnej bzdury, gdzie
"szybki numerek na stojaka" - oczywiście w budce
telefonicznej - żeby się wszyscy domyślili - będzie zapewne tym
samym - dla realizatorów, co delikatny pocałunek w rękę w
towarzystwie, które ja preferuję. Nie dziwię się zatem, że grupa reżyserów
z Panem Wajdą na czele zgłosiła zbiorowy protest przeciwko emisji
"Amazonek". Jeśli już musi ktoś to oglądać to czemu nie
po 23 wieczorem. Czy miłe popołudnie w rodzinnym gronie ma być
przerywane tekstami o rurach, laskach, dmuchaniu itp., choć jak w
reklamie z piwem "bezalkoholowym" sugeruje się, że te same słowa
znaczą zupełnie co innego?
Powtórzę za Panem Sobolewskim (G.W.) wolę czystą pornografię - tam
nikt nie oszukuje. I jest to tylko mój ewentualny wybór. Tu pod płaszczykiem
niewinnych zalotów (czytaj - obmacywanek) i słownych żarcików
sprzedaje się chamstwo w nieco zawoalowanej postaci koszarowego
sracza. Tylko te biedne dziewczynki, czy po programie będą postrzegane
jako kobiety, z którymi chce się spędzić kawał życia, czy jako te
- na jeden "telefon".
Dzień
bez sapera to dzień stracony. Czekam dzień cały na przyjaciela, którego
w czasach studenckich nazywaliśmy saperem, bo poszedł do takiej szkoły
oficerskiej. Teraz prowadzi Agencję Informacji Turystycznej i wydaje co
roku bardzo gruby przewodnik po wszystkich (zapewne) miejscach
noclegowych w Polsce. Jego zachwyty nad "Zapieckiem" przełożyły
się na długotrwałe namowy do zrobienia w internecie stron pod
tytułem - noclegi w Polsce. Jest takich stron już ze 20 (samych
portali), są regionalne, indywidualne, piękne, zachwycające i proste
np. zrobione dla zaprezentowania wynajmowanego domku. W "Wirtualnej
Polsce" na hasło - noclegi - wyświetliło mi się 39.667 możliwych
odpowiedzi. W "Onecie" ponad 22 tysiące. I po co to robić?
Może z przekory, może dla sprawdzenia się. Projekt pierwszej strony i
kilkanaście stron województwa pomorskiego i zachodniopomorskiego już
mam. Najpierw robiłem to tak jakby na "odczepnego", potem
zaczęło mi się podobać i trochę mnie wciągnęło. Po tygodniu
zrobiłem przerwę aby policzyć ile to zajmie czasu - wychodzi mi, że
całą zimę. Przyjaciel zgromadził przez lata około 12 tysięcy adresów,
jest co wklepywać, a do tego opis miejscowości, herb miasta, atrakcje
itp. W założeniu ma to służyć do reklamy, w dodatku płatnej - choć
bardzo taniej. Tylko moje obliczenia, co do ewentualnego dochodu,
można określić jako nieco sceptyczne. |
|
6 lipca
piątek
2001 |
Nareszcie
prawdziwe lato, upały w Warszawie nie należą do przyjemności, ale na
Starym Mieście zawsze wmawiam klientom, że od Wisły jest lekki
wiaterek i dlatego milej niż gdzie indziej. Dziewczyny z sąsiednich
sklepów wychodzą się ochłodzić na zacienione wąskie uliczki, bo w
murach jeszcze goręcej, dziś podobno będzie 29 stopni C. Ja i tak
jestem pozytywnie nastawiony, bo czerwcowe kłopoty powoli się oddalają.
Mam już nowy magazyn - przydzielony mi przez staromiejskie władze
mieszkaniowe. Suszarnia w piwnicy do której jest tylko 6 schodów.
Zawsze to lepsze niż piwnica pod "Kmicicem" gdzie schodów krętych
było 16. No i jak tu te 250 kilo książek wrzucić na stoisko, kiedy
od samego liczenia schodów pot kapie. Synek pomaga mi dzielnie, bo z
moją dyskopatią długo nie nachodził bym się po tych schodkach. Kupiłem
nowy pojazd - wózek na czterech kołach pneumatycznych i wczoraj była
pierwsza próba przewiezienia wszystkiego za jednym razem. Kibiców nie
brakowało, sąsiad - Pan Janek nawet przybiegł pomóc. no i jak teraz
przyjemnie kupować. Zupełnie inaczej niż parę lat temu - nie ma to
jak rynek klienta. Zadzwoniłem, do firmy od dystrybucji wózków,
kazali podać NIP, adres i za 2 godziny wózek - czterokołowiec w miłym
kolorku, już miałem przy stoisku - pozostało tylko wypłacić
pieniążki i uścisk dłoni.
Trzeba los chwalić bo choć czasem dołek, to zawsze jest nadzieja na
lepsze jutro. Nasz Premier zawsze ma nadzieje, od początku - prawie do
końca kadencji. Ale co tam polityka, ministrowie zmienią się jak rękawiczki
- można nie nadążyć z poznawaniem nowych. Jedno wydaje się pewne
kampania wyborcza w toku i kaczory w natarciu. Jednemu obiecają prawo,
drugiemu sprawiedliwość, a trzeciemu "łepek urwała i poleciała".
O dobrobycie mówił Gierek, a teraz cisza ...i to mnie martwi.
Służba
Zdrowia w Polsce słusznie się tak nazywa, pielęgniarki służą, za
co im nie płacą, lekarze się (!) poświęcają, za co muszą brać
prywatnie, a pacjenci powinni mieć zdrowie aby przystąpić do
leczenia. Do tego jeszcze przydały by się znajomości, a przede
wszystkim pieniądze, duże najlepiej. Aby dowiedzieć się co mi tam w
krzyżu strzyka, muszę odstać po numerek do lekarza rodzinnego (2
godziny do okienka, godzinę pod gabinetem, bo sezon letni i mniej
pacjentów), miła i znajoma Pani da mi skierowanie do neurologa, tam
dostanę się za dwa tygodnie albo za miesiąc (bo sezon letni i są
urlopy). Miła Pani wysłucha, wypisze kilka recept, każe przyjść za
miesiąc z prześwietleniem, bo wcześniej nie zrobi przychodnia, chyba
że w spółdzielni to za dwa dni. A tu już minęły dwa miesiące, za
które płacić trzeba ZUS-owi prawie 600 zł miesięcznie, po to aby
dostać się do przychodni, lekarza domowego, on da skierowanie ..... i
tak dalej. No to za pieniądze własne. Do spółdzielni, tłok, płacimy,
czekamy godzinę, wychodzimy po 15 minutach - trzy recepty, Po 2
tygodniach stan jakby lepszy, bo leżeliśmy, a po lekach jakby nic. No
to dzwonimy po znajomych - co robić? Do lekarza - co się zna na
chorobach kręgosłupa - i już - najlepszy rehabilitant, masażysta.
Cha, cha, jest taki na moim własnym podwórku magister co prywatnie
przeszkolił się w Holandii - wizyta 80 zł - godzina różnych technik
na lepsze podniesienie nogi, wyginać się jak lord, oraz
szkolenie - jak żyć, jak ćwiczyć, jak powrócić do normy? Leków
żadnych, wizyta za 5 dni następna. Lepiej ..., lepiej dać sobie spokój
z tą Służbą Zdrowia, kasą chorych, ZUS-em, przychodnią itp.
Ktoś już obliczył, co może sobie i jak leczyć za te składki, co całe
życie płacił, a emerytura wyniesie 40% dawnego uposażenia. Abyśmy
zdrowi byli i bogaci, to i kochać nas też będą. |
|
3 lipca
wtorek |
Polskie
lato w pełni czyli, przelotne deszcze, przelotne ochłodzenia i
nadzieja, że coś się poprawi pod koniec tygodnia. No i znowu mi jakaś
alegoria wyszła. Teraz uwaga! Będzie ekshibicjonistycznie i
autobiograficznie. Jak informuje prasa (komputerowa), każdy kto pisze
od czasu do czasu o sobie i swoich nudnych sprawach uczestniczy w czymś
co określa się nazwą "BLOGU" . Oczywiście nawet nie
wiedziałem co to ten "blog", ale już wiem zajrzawszy na
stronę http://www.blog.pl/ . Wiedziałem
co to blaga, ale choć termin pierwszy wywodzi się z angielskiego, często
obie definicje są tożsame. Czyli jak nie ma się co pisać to zmyśla
się ile wlezie. Wszystko zależy od talentu i polotu. Jak się okazuje
człowiek żyje w nieświadomości, bo w sposób zorganizowany pisze
pamiętniki już 2658 osób, a czyta 10 razy tyle. I znów wyszło, że
jestem niezorganizowany. A już myślałem, że jak nie napiszę nowych
"Listów do Pani Z.", a choćby ..do Pani B., to mnie pewnie
rozerwie i wrócę do pisania tradycyjnego czyli sztuki
epistolograficznej. Namiętności tej oddawałem się lat kilkanaście
pisząc do Pań przeważnie. Efekty pisania bywały różne - od przyjaźni
do małżeństwa włącznie. Jednak tu jest bezpieczniej. Cha!! Tak więc
stwierdzam, że autor artykułu nad którym się znęcam, oparł swoje
wnioski na analizie jednej witryny, a tu 1001 pamiętników powstaje
codziennie. Wiedzie prym oczywiście Pani Krystyna Janda - adres już
kiedyś podawałem. Mało tego, jest kulturalna i miła i odpowiada na
listy.
Aura
sprzyjała ostatnio czytaniu prasy i w najnowszej "Polityce"
wyczytałem właśnie, że Pan Pilch pisze powieść w odcinkach z udziałem
publiczności. Znany laureat i pupil tego tygodnika napisał odcinek
pierwszy i oczekuje aby każdy chętny proponował dalsze losy młodej
pary bohaterów co się spotkać nie mogą. Potem redakcja i autor
wybiorą co można i dalszy ciąg nastąpi. Uśmiałem się z pierwszego
odcinka, bo budując nastrój nieznanego dalszej ciągu, autor opisuje
spotkanie pary młodych ludzi, którzy zauroczeni sobą, w pośpiechu,
wyznaczyli sobie spotkanie za rok w nadmorskiej miejscowości. Właśnie
rok minął i chłopak siedzi w piwiarni - popijając łapczywie wodę
mineralną, ma przed sobą laptopa i oczekuje. Ubrany jest elegancko jak
na spotkanie na plaży przystało. Wspomina rozstanie z dziewczyną na
peronie pierwszym Dworca Centralnego. I tu dodaję ja swój komentarz.
Znam ten dworzec trochę i peron też. Pociągi z kierunku zachodniego
kończą bieg na następnej stacji (Warszawa Wschodnia), a te w druga
stronę jadą ze Wschodniej do Poznania, Szczecina czy Zielonej Góry.
Wnioskuję, że jak "czekali na pociągi jadące w całkowicie
przeciwnych kierunkach" to jedno pojechało tylko kawałek i to na
dość nieciekawy dworzec. Jak wynika z tego wywodu - cała powieść
zmierza w stronę wielkiej parodii na melodię starej opowiastki =
"młoda staruszka, siedziała na drewnianym kamieniu ..itp".
Aby było śmieszniej - podobny komentarz napisałem do
"Polityki", bo mnie tak redakcja zachęcała. I co? Nic - Po
zakończeniu komentarza wyświetlił się napis - przesłano do
moderatora, czyli do cenzury?. No i jest śmiesznie, a to lubię
najbardziej. Są inne komentarze - już czytałem - 90% to: zachęta do
kontynuacji, świetny pomysł, doskonała zabawa itp. Sam Pan Jerzy
Pilch należy do autorów bezkompromisowych i w tejże
"Polityce" pisze: "Nie reaguję, nie odnoszę się i nie
odpowiadam na internetową korespondencję, także dlatego, że ja nie
ubiegam się o czytelników. Mnie po prostu nie zależy, mnie to w najściślejszym
słowa tego znaczeniu wisi". Dalej zapoznany autor pisze, jeszcze,
że i tak za dużo ludzi go czyta, a nie wiadomo po co, bo między nim,
a czytelnikami jest ocean. No i tu bym się zgodził z autorem. Jeszcze
nikt z moich klientów nie zapytał mnie o Jerzego Pilcha. Pozostaje
pytanie - jeśli ten wspaniale zapowiadany i zapowiadający się talent
podparty nagrodami nie rozwinie się w pełni, czy tylko felieton w
tygodniku wystarczy. Z wysokości pomnika dół widać słabo, ale
czasem śmiech i do piedestałów dociera. No może znów się czepiam,
ale ja lubię swoich klientów, a pisarz ma ich tysiące i czasem winien
im dobre słowo. Czytelnik głosuje nogami - nie pójdzie nie kupi - i
książka znów do przeceny. A potem kto wyda? Na zakończenie
informacja konserwatywna - autor odpisuje - jak twierdzi, na listy
pisane tradycyjnie. Na zakończenie powieści w jednym odcinku rada taka
- nie czekajcie schludne trzydziestolatki w krawatach, okularach, w
piwiarniach przy wodzie i z laptopem, bo możecie mieć potem trudności
ze wsiadaniem do pociągu byle jakiego. Miejscowa młodzież też się
nudzi. |
|