|
data |
dziennikczylinocnik |
| 28
stycznia poniedziałek |
Dla oderwania od spraw codziennych zostałem oderwany od komputera przez koleżankę małżonkę i doprowadzony do Teatru Wielkiego. A to w ramach obchodów rocznicy powstania tej rodzinki i zamiast toastów - uczta duchowa. "Grek Zorba" opowiedziany tańcem tak pięknie i radośnie zarazem, że wychodząc czuło się jakąś radość z tego przeżycia. Zawsze (czyli stereotypowo i bez sensu) zdawało mi się, że nie lubię baletu. Czyli wyszło jak zawsze, nie znamy się na czymś to nie lubimy, zupełnie jak Liga-nudnych-rodzin na Unii Europejskiej. Opisuję tu spektakl czwartkowy, a sala mimo dnia powszedniego - pełna. Na zakończenie bisy wspaniałe, aplauz na stojąco (dwa razy!!). Dyrygent José Maria Florencio Júnior na kolejny bis odtańczył, a właściwie wyciął hołubców kilka - sala zamarła na sekundę, wybuchnęła śmiechem i znowu bisom nie było końca. Piękne solo wokalne Katarzyny Suskiej, tancerze wspaniali, ale najbardziej podobał mi się taniec Karoliny Jupowicz w roli Mariny (miłość do Amerykanina). Jej taniec przywiódł mi na myśl to co w ramach szkolenia muzycznego serwuje mi synek. O ile wywalczyłem już sobie prawo do - nie słuchania rapu, to podrygujące panie, na ogół od urodzenia opalone, akceptuję umiarkowanie. O ile jedna ma warunki głosowe, druga nadrabia falującym brzuszkiem, to większość niestety taniec ma ustawiony wyłącznie do rytmów tam-tamów i innych perkusyjnych urządzeń. Ta muzyka, tak już ma i koniec, ale co może wyrazić kobieta tańcem można się przekonać, tylko, o ile ma ona o tym tańcu pojęcie i ciało jej porusza się z melodią, a nie z bębnem. Ustalone zostało na rodzinnym forum, że rocznice, jubileusze i tym podobne obchody, zastępowane będą ucieczką od stołu do innych uczt duchowych. Początek
był kulturalny umiarkowanie i starczy. Życie ma swoje prawa, zmarli
jakby mniejsze. Medialne nagłośnienie afery ze sprzedażą informacji
przez lekarzy o tym, że pacjent już do pochówku się nadaje
przypomina mi inną aferę. Tą z łapówkami za otrzymanie prawa jazdy.
Obie sprawy są tej samej wagi i tak powszechne i znane jak kiedyś
relacje dziennika z wytopu stali (pozytywne) czy braku sznurka do
snopowiązałek (negatywne). Dziennikarze pewnie życia nie znają, albo
sami jacyś nowi absolwenci relacjonują te zdarzenia, bo to co wszyscy
wiedzą oni odkrywają jak mała dziecina pokój za łóżeczkiem.
Zresztą wygodniej pisać o niedobrych lekarzach czy sanitariuszach, bo
nikomu się nie narażą, a pióro poostrzyć można. Wracając do sedna
sprawy to - od wielu lat wszyscy doskonale wiedzieli, że jakieś
kontakty np. pogotowia czy szpitali z zakładami pogrzebowymi są. I
wcale nie jest to handel zwłokami, a informacja pomagająca rodzinie
zlecić innym załatwienie tych smutnych obowiązków. Po śmierci mojej
mamy, lekarz pogotowia stwierdził zgon i zapytał czy może mi pomóc
informując najbliższe biuro pogrzebowe. Zgodziłem się z wdzięcznością
- byli za pół godziny. No więc skoro obie strony miały korzyści, a
klient zadowolony? Wszystko zależy jak ta współpraca może się
daleko posunąć, a że tylko ryby nie biorą pisałem już kilka dni
temu. Z prawami jazdy też tak było. Powszechnie (znów ten "Poli
szynel") wiadomo, że za dodatkowe jazdy poza rachunkiem, trzeba było
dać, za pewną pomoc też, no to tak się to rozkręciło, że doszło
do sytuacji krańcowych - kupując prawo jazdy napędzamy klientów do
.. biur pogrzebowych. Wracam do kultury. Zmarła Astrid Ligren. Napisała ok. 100 książek, a więc może warto przetłumaczyć jeszcze parę, aby nie ograniczać się tylko do znajomości "Fizi Pończoszanki". Nawet jakoś nie zastanawiamy się, ile do naszych przeżyć dziecinnych wnieśli pisarze ze Szwecji właśnie. Kiedyś miałem spory cykl książeczek małych, ładnie w płótno oprawionych. A tak przy okazji. Kto pamięta ten tytuł wspaniały - "Dlaczego się kąpiesz w spodniach wujku?" i kto to napisał?. No i powiedz wujku, dlaczego nie czytasz, choć już kąpiesz się czasem?
|
| 23
stycznia (środa) |
Pierwszy
poranek od paru tygodni, kiedy zaświeciło słoneczko, ale już chmury
przyszły i znowu jesienno i ponuro tej zimy. Ciemno, mokro i
"wakacyjnie" bo trwają ferie szkolne, a dzieci okropnie nudzą
się w deszcz jak mówi piosenka. Dla poprawy nastroju zaliczamy kolejne
filmy - dozwolone oczywiście. W piątek w nocy odbyła się premiera
"Harry Pottera", a my tego samego dnia już go obejrzeliśmy.
Film zrobiony świetnie, na pewno pobije wszelkie rekordy kasowe, a do
tego należy on do tych filmów na który chodzi się po kilka razy. Właściwie
podczas jednej projekcji nie sposób dokładnie zaobserwować jak
kunsztownie zrobiono poszczególne sceny. Technika tak pędzi naprzód,
że gdy kiedyś z trudem ukrywano sznurek na którym wisiał aktor, trzęsąc
portkami, to teraz wszyscy latają swobodnie i bez wysiłku. Trudno porównać
film z książką, bo starano się wiernie odtworzyć atmosferę "H.P.
i kamień filozoficzny" , ale skoro na mnie starym kinowym
wyjadaczu (ze stażem) zrobił wrażenie to dla dziesięciolatków będzie
niezapomnianym przeżyciem. No i znowu pewnie odezwą się głosy o
propagowaniu czarnej magii, satanizmu itp. ale to już należy do
naszego rodzimego folkloru, ponieważ zawsze najlepiej poinformowani są
ci - co nigdy nie czytali, nie widzieli i nie uczestniczyli. Po
filmie wróciłem do lektury i w jeden dzień pochłonąłem 3 tom. W
wolnych chwilach zaglądam już do czwartego i czuję się jak kiedyś,
kiedyś tam, gdy czytałem "Pięcioro dzieci i coś". Polecam
- lektura i obcowanie z naszymi milusińskimi też odmładza, a
przynajmniej odświeża spojrzenie na nasze poczynania. Uzupełniając
stale strony turystyczne (www.123noclegi.info
) zaniedbałem swoje strony zapieckowe. Powoli przeglądam,
ujednolicam czcionki, uzupełniam o nowe zdjęcia, a przede wszystkim
porządkuję. Ponad 300 stroni z ogromną liczbą plików w jednym
katalogu powodowały, że suwak do przewijania stron osiągnął grubości
żyletki. Mądrzy ludzie podpowiedzieli (z grupy dyskusyjnej pl.comp.www)
że choć nazwa strony nieco się wydłuży, nie wpłynie to na czas
wczytywania, a ja dopiero odnajduję co do czego i po co? Okazało się,
ze z zeszłego roku mam sporą kolekcję niewykorzystanych zdjęć i
teraz pracowicie je wklejam. Zima i sporty zimowe w telewizji. Wszyscy czekają skoczy czy nie skoczy ten Małysz. Oczywiście na odpowiednią odległość, najlepiej 10 metrów dalej niż rywale. Nawet Pan Prezydent dał się ponieść emocjom, co skwapliwie relacjonowano. Jakby ten chudziak miły (Małysz oczywiście) miał dać tłumom satysfakcję za wszystkie codzienne niepowodzenia, musi, musi skoczyć daleko. No a to normalny człowiek, który dobrze wykonuje to co lubi, ale czasem dalej, czasem bliżej, a nasz narodek już tego nie akceptuje. Zapomnieliśmy jak to przez lata całe skoczkowie nasi lądowali na 25-30 miejscu, a jedyna satysfakcja naszych oglądaczy i radośc przed ekranem, to jak który "obcy" się wywalił, bo wtedy może "nasz" awansuje do pierwszej dwudziestki. Ton nadają sprawozdawcy, a że ma być emocjonalnie, sensacyjnie i "na gorąco" to często wychodzi głupio i bez sensu. Jak nie skoczy daleko, to zawiódł nadzieje, jak trzeci to już nie w formie itp. Najbardziej smutno, gdy ładna buzia pani w telewizorze musi czytać takie brednie i widać jak się męczy i chciała by coś dodać od siebie, a tu litery uciekają... W
ramach narodowego kabaretu, jutro były wicemarszałek Sejmu ma być
pozbawiony immunitetu. A taki był polityczny, a tak przewodził, że
nic tylko go lekko powściągnąć, nieco oszlifować i będzie nasz.
Jakoś się nie dał ugłaskać i pokazał jak może być wesoło i głupio
i smutno zarazem ...i wstyd. Pozostaje tylko pytanie, czy długi już
umorzone, czy za niespłacenie kredytów - wyrok w zawieszeniu? Tak samo
dziwne jak z szefami PZU, zresztą można w gazecie poczytać. Czyżby
wysokość wyroku ustalana była (niezawiśle oczywiście) odwrotnie
proporcjonalnie od zagarniętego mienia? W Warszawie od dawna mówiono,
że tylko ryba w Wiśle nie bierze, ale i to już nieaktualne, bo
i one dostosowują się do zmieniającego się środowiska naturalnego.
Wczoraj sąd apelacyjny zdecydował, że Bagsik musi mieć pełny zasądzony
wymiar, najwyżej wyjdzie po połowie (już prawie). Ten to zdolny i
podziwiany do dziś przez wielu absolwent szkoły średniej (co z
satysfakcją podkreślał telewizyjny komentarz), rozkręcił
"oscylator", co pozwoliło mu uzyskiwać nienależne
dochody z oprocentowania, a skarb pastwa naszego stracił. Pytał mnie właśnie
koleżka miły - no jaki on złodziej skoro w worku nie wyniósł, nocą
się nie zakradł i rąk nikomu do góry nie kazał podnosić. Ustaliliśmy
w końcu, ze wielu na tym zarobiło, z udziałem samych bankowców
przecie, no bo kto wykładał gotówę na przerzucanie z banku do banku,
ale na niego "bęc", bo nie dość że na dużą skalę to
jeszcze ten Izrael itp. itd. Tylko jakoś zabrakło nam
odpowiedzi, kto taki system stworzył, że go przekręcić można było,
łatwiej niż rosyjski budzik. Temida jest ślepa, co widać zresztą
pod samym sądem kiedyś na Lesznie, później na Świerczewskiego, a
dziś Solidarności (adres ten sam). Mafia taksówkowa parkuje blokując
chodniki, a straż miejska jakoś ślepnie. Pewnie dlatego zlikwidowano
legalny postój, aby teraz dać zarobić chłopakom, co pewnie na zasiłku
mercedesy muszą utrzymywać. Zresztą bezrobotni też mają zajęcie
pod sądem, bo mimo parkomatów, sami ustawiają wjeżdżających na
wolnych miejscach. Buźki nieco fioletowe, ale w końcu praca na świeżym
powietrzu, nieco barwi lica tak jak śliwowica nieco niebieska zresztą.
No i jak nie zaparkujesz zgodnie ze wskazaniem grubego czy fioletowego,
to możesz usłyszeć, że czasem jakieś "ktosie" porysują
karoserię, albo jeszcze gdzie przestawią to twoje cudo na 4 kołach. Stukając
tutaj czasem pomyślałem o innych dziennikach. Najwięcej ten rodzaj twórczości
radosnej występuje w ramach tzw. blogów (czy nie ma już odpowiednich
słów rodzimych?) czyli wielkich witryn grupujących setki i tysiące
indywidualnych dzienników. Działa to wg. pewnego schematu, który można
modyfikować graficznie, a treść zależy już od autorów, na ogół
przygotowujących się jeszcze do matury za lat parę. Największą
poczytnością sądząc po komentarzach, które można wstawiać do każdego
wpisu (!) cieszą się takie jak np. - robiłam wszystko aby go zachęcić,
a on poszedł z Gośką z IIIc. Jak emocjonalne były komentarze można
się domyślać albo poczytać, jak kto ma czas i ochotę.
|
| 17
stycznia czwartek |
Dziś
rocznica "wyzwolenia Warszawy", którą obchodzono przez ponad
40 lat prawie jak święto narodowe, a niezamierzonym symbolem tego
wyzwolenia pomnik na Pradze. Ten gdzie żołnierz wyciąga rękę w
kierunku Wisły. Wyciąga, wyciąga, ale nogi nie idą naprzód, bo
macha tylko do tych, co walczą po drugiej stronie rzeki - tam dogorywa
Powstanie Warszawskie. Inny symbol wdzięczności wyzwolicielom to
pomnik przy cerkwi na Pradze - tzw. "4 braci śpiących". Stają
żołnierze z opuszczonymi głowami, śpią na stojąco opierając się
na karabinach. W ten sposób nasza "komuna" dziękowała Armii
Radzieckiej za nie przyjście z pomocą Powstaniu. Oczywiście był to
efekt niezamierzony, bo przecież nie było takiego działania w tym
ustroju, którego nie można zepsuć. Po
raz kolejny dostałem "Kwestionariusz produktów i usług"
opracowany przez firmę Claritas Polska. Zauważcie mili jaka zbieżność
nazw z Caritas Polska, ależ zapewne zupełnie przypadkowa. Zupełnie
jak z tym radiem na bazarze co nazywa się Panasonix i nie ma nic
wspólnego z firmą Panasonic, tylko przypadkiem literę zmieniono.
|
| 10
stycznia czwartek |
Aby
ustalić tożsamość obywatela (..elki) trzeba aby posiadał(a) dowód
osobisty, lub inny dokument ze zdjęciem. Nie wydadzą listu na poczcie,
nie porozmawiasz z policjantem (no bo co powiesz na: - dowód proszę).
Teraz wydaje się dowody tak solidne, że nie tylko można lód z okna
samochodu zebrać, ale i jako broń sieczną stosować (po ukończeniu
odpowiedniej katrate-kid, albo karte-git szkoły). Trwałe, podobno, nie
do podrobienia i łatwe w stosowaniu. Chociaż, chociaż nie zawsze. Każda
zmiana zamieszkania, stanu cywilnego, czy jakiegokolwiek zakodowanego
tam wpisu wymaga zmiany tego dokumentu na nowy. Bo wszystko jest
zatopione w plastiku na amen i już. Dawniej z czułością mogłeś
spoglądać na zdjęcie sprzed 30 lat i uśmiech, co dawno już znikł z
wymiętego oblicza. Co dziecię przybyło to wpisali, w zakładzie pieczątkę
wstawili, numer jakiś tam w urzędzie, adres za każdą przeprowadzką
i każde otwarcie tej książeczki, to dawnych wspomnień czar. Czar
prysł, zmysły prysły, nowoczesność w domu i zagrodzie. Aby w końcu
złożyć podanie o dowód trzeba zdjęcie zrobić. Zakład foto nazywa
się "Top-Express" w środku miła panienka, a więc robimy.
Poprawiamy loki i krawaty, siadamy, miła panienka robi dwa razy pstryk
- z ręki i już. Do kasy 52 złote. Jutro o 14 odbiór - bez kwitka -
na nazwisko. Jest jutro. Odbieram. Przepraszamy, mniej miła panienka mówi,
że nie wyszło, bo cień na ścianie, poprawimy proszę o 17. Jesteśmy
o 17, pstryk 2 (dwa) ujęcia - z ręki, proszę przyjść jutro o 14.
Nieśmiało zapytałem czy mają statyw, bo ja mam i mogę pożyczyć -
cisza. Jest jutro. Panienka podaje dwa zdjęcia i dziękuje. Zdjęcia są
wyblakłe, twarze mocno naświetlone lampą, okropność. Właściciel
twarzy męskiej sam sobie winien - twarz, jak życie urozmaicone, zmiany
odnotowała. Ząb czasu, prawda ekranu. Ale za co te 52 złote? Proszę
o rachunek. Panienka już wcale nie jest miła. Odmawia. Kategorycznie
odmawia. Rozrywek wiele niesie nam życie i wiele niespodzianek. Nie mogę odżałować, że nie dostałem się na spotkanie w bardzo ciekawej firmie - zaraz opowiem. Zadzwonił do mnie przyjaciel, z którego namowy sklejam turystyczne strony i zaprasza mnie na spotkanie, na które z kolei zaprosił go sam dyrektor Rossowski. Niby nie to samo co dawny Konstanty i "k" brakuje, ale jakaś emocja jest. Tym bardziej, że przyjaciel dziwnie zaaferowany niedawnymi swoimi rozmowami - kusi mnie jakąś współpracą turystyczno-internetową. Pędzimy na 12, w garniturach, no bo sam Pan dyrektor zaprasza, nie wypada inaczej. Na I piętrze domofon, nazwisko, drrrrrrr, weszliśmy. Panienka z tacą obrzuca nas wzrokiem - tylko jeden, imiennie zaproszony. Ale, proszę Pani to wspólnik, on się zna na internecie, więc myślałem, że dobrze będzie.. - Zapytam dyrektora. Na korytarzu, sami eleganccy, będzie z 5-6 osób. Oni też na spotkanie o 12. No jak to mieliśmy być my, a tu jakieś zbiorowe misteria? Właśnie kończy się jedno, zaraz będzie drugie. Spotkania co pół godziny z nową grupą. Co oni tam tam odprawiają? Uchylają się drzwi, na stołach niebieskie grube księgi, muzyczka nastrojowa, w środku ok. 10- 12 osób. No to się mój przyjaciel wściekł nieco i wyciągnął mnie za drzwi - namawiać nas będą na co czy co? Na zbiorowe mitingi-marketingi nie idziemy. A szkoda, dowiedział bym się czemu zapraszali właśnie właścicieli małych, jednoosobowych firm, i po co im to. Przygoda opisana i niedokończona odbyła się nie na Mariensztacie, a na ul. Mazowieckiej w firmie BTM (Better Than Money). Jest strona internetowa, ale tylko dla fachowców, co maja username i password - ja nie mam i całe szczęście. Money, money, money.
|
| 8
stycznia wtorek 2002 |
Zima
zrobiła się mokra, szara i brudna, a jeszcze tydzień temu -16o za
moim oknem. Śniegu tyle napadało, że do dziś odgarniają. Na uliczce
naszej niby (prawie) śródmiejskiej - jeszcze trzeba sobie szukać
przejścia, ale co tam. Zimno i śnieg, to nowe atuty dla naszych sympatycznych "nie załatwiaczy". Najpierw mówili - przyjdź pan po świętach, potem po Nowym Roku. Początek stycznia to z kolei remanenty, a jeszcze droga oblodzona i pociągi się spóźniają więc nawet jak nasz decydent mieszka na sąsiedniej ulicy to i tak ma pretekst, aby zaprosić nas w innym terminie. Odpuszczam więc wszelkie kolędowanie po urzędach w terminach niestosownych i niedogodnych, co i innym polecam dla spraw załatwienia. Ostatnio zadziwiła mnie bardzo ważna firma co zarządza wszystkimi telefonami w Polsce. Ma "ona" tzw. Biura Obsługi Klienta zwane inaczej BOK-ami i słusznie bo "boki zrywać można" jak się czasem na jaką ciekawostkę trafi. A oto przykład: BOK na ul Twardej w Warszawie ma tylko jeden (1) numer telefonu i wszystkie miłe Panie i Panowie równie mili wiszą na tej samej linii. Łatwo więc wpaść na to, że o żadnym dodzwonieniu skutecznym mowy być nie może. A mnie się raz udało, acha!!. Kiedyś usiłowałem uzyskać numer osoby z którą miałem podpisać stosowną umowę i co - po dwóch dniach dzwonienia, pojechałem (jeden przystanek) tramwajem i dowiedziałem się wszystkiego w 10 minut. No i po co marudzić - tak trzeba było od razu. Czasem tylko myślę sobie, że teraz trzeba w naszej telekomunikacji żyć bardzo oszczędnie, bo na Twardej właśnie buduje się największa siedziba firmy onej, no i wszystkie siły pewnie na ten domek 50-cio piętrowy (no może 30-to). Stąd można się spodziewać dalszych oszczędności. Jakieś plotki "chodziły", że nie na swoim gruncie budują. Ala i nie na moim, a szkoda. Jest jeszcze inna firma ciekawa z którą i koresponduję i odwiedzam, a jest to .....(tu trzeba głos zawiesić jak ten z jury co ogłasza że zwycięzcą został .. no wiecie..) nasza jedna z dwojga - telewizja kablowa. Firma dawniej zwana PTK, a teraz UPC. Główna siedziba jej mieści się na Mokotowie w okropnie strzeżonym i wspaniałym wieżowcu. Nie wiedziałem, ze Ona ma też tzw. BOK-i i polazłem do dyrekcji, jak mnie wpuścili nie wiem, bo przepustki nie miałem, nie byłem umówiony i nie wiedziałem do kogo mam iść. Starego gamonia wsadzili do windy, potem miła panienka odebrała pismo i powiedziała, że przekaże, bo to i tak nie tutaj. Pewnie tak samo będzie z telefonią, jak już ten gmach zbudują. Telewizja kablowa też ma jeden telefon i do tego w Katowicach. Skąd by się nie dzwoniło i tak do Katowic petenta przerzuca. Monter nie przyszedł, dzwonie - mówię z jakiej ulicy i jaki numer domu, a Panienka pyta - a w jakim mieście? No w Paryżu tak ogólnie, a dokładnie to już nie wiem. Jak by ktoś potrzebował, to niech zapisze, bo w Biurze Numerów jest tylko jeden telefon do tej kablowej - 9480. Ciekaw jestem tylko, czy jak nas odpytuje automat, każąc co chwilę wciskać jakieś przyciski i nadając co jakiś czas muzyczkę - to płacimy jak za miejscową, czy zamiejscową czy tą dla niecierpliwie zakochanych. Jak już przy telefonach jestem, to przelatując te nie śnieżące ekrany, (w niektórych u mnie śnieg pada, ale mają naprawić jak się dodzwonią z Katowic do montera) - wpadłem na jakiś napisy wieczorem - informujące o możliwości zadzwonienia za 4 cztery złote za minutę. Może to ta nowa taryfa, ale okazało się, że to jest reklama stron internetowych pod tytułem xxxlaski i podpisane przez jakąś organizację (?) co się nazywa Legion Polski. Nic nie rozumiem. Laski to niezbyt ładne słowo, ale się nie czepiam, bo to może z czeskiego, a sympatycznym sąsiadom też nasze nie muszą się podobać. A nie rozumiem co to za nazwa organizacji, jakiej narodowej może i poważnej takiej. Bo legion już brzmi groźnie, a co polskie to wiadomo - też powaga. Czy jest tu jakaś analogia czy zbieżność z Ligą Rodzin też Polskich? Pewnie nie. Ale ocierając się ciągle o teorie spiskowe, to kto ich tam wie co pod skorupą kipi.. W każdym razie laska to w zasadzie pręt taki metalowy na którym zwisają i kręcą się wokół panie rozbierając się czasem, albo już bez ubrania. Muszą mieć jakąś karę żeby tak zwisać i skakać, bo i brzydkie są okropnie i pewnie tylko w tej kablówce mogą występować. Tylko kto ma tutaj karę, czy pokutę - oglądający - niedobrze mu, niedobrze, czy też te nieszczęsne, co na bezludnej wyspie orangutana by przestraszyły. Dlatego ten telefon ratunkowy pewnie taki drogi i znów będą chcieli pieniędzy na tą resocjalizację czy rekultywację xxxlasek. Tyle się mówi o tych tam no.. kochających inaczej i może to dla nich te xlaski? Jak demokracja to dla wszystkich, nawet dla dociekliwych dziennikarzy co wnuczce Premiera każą za podróż do Papieża płacić. A tu okazuje się, że złośliwie dziecka się czepiają, a dawny minister kręcono-włosy właśnie odbył takich podróży nie kilkanaście, a jeszcze i jeszcze "..naście". Do tego rządowym samolotem, bo rejsowe pewnie i nudne i pełne tego no .. narodu. Co się czepiać ministra i tak były, prokurator teraz się czepia np. byłych doradców, sekretarzy i rzeczników co to zapewne bez wiedzy swych zapracowanych wicepremierów, ministrów i takich tam - jakieś pieniądze wyciągali z kasy, państwowej czyli niczyjej, czyli naszej. No i w ekonomicznej teorii dzisiejszej - okazuje się, że krótsze urlopy macierzyńskie czy oszczędności na zasiłkach potrzebne były właśnie na pokrycie niedoborów cha, cha ...budżetowych. Ciekawy kraj, gdzie matce można zabrać, a durniowi w ministerialnym surducie (czy Pani senator też ma jaki strój służbowy?, a Pan wicemarszałek?) zwrócić uwagę, że było to niezbyt etyczne i może nazbyt kosztowne. Niemniej jednak dla dobra kraju.... Jak teraz - O Językoznawcy!- traktować słowo - żłób. Dawne znaczenie to tępak, drewniak, tuman itp., potem żłób to znów źródło dóbr wszelakich z którego czerpać można niestrudzenie (stąd - "dorwać się do żłobu"). A dziś żłoby one zlały się znaczeniowo - w jedno. I tak jak dawniej - żłób to miejsce końskiego posiłku, to teraz - żłób, miejsce gdzie niezbyt lotny umysłowo może czerpać słuszne korzyści, co mu demokratycznie gwarantuje negatywny elektorat. Amen.
|
|
1
stycznia |
Zaczynam rok od porządków niewielkich na stronach dziennika, bo jak się okazuje zgubiłem gdzieś, niecnota kawałek początku. Akcja niby się toczy, choć z przerwami co raz większymi, ale introdukcji - nie ma. Jak to dobrze mieć trochę śmietnika, to i stare pliki znaleźć można. Sklejone i zeszyte. Siedzę
sobie wygodnie, pod jemiołą choć już podeschniętą nieco. Po
lampach i kwietnikach serpentyny zwisają, balony nieco zmęczone, goście
odjechali. Cisza i spokój, ale już jutro znów się zacznie... jakże
oczekiwany choć z niepokojem pewnym - rok, który z racji dwóch
skrajnych dwójek i dwu zer w środku - symetryczny jakiś. Niech teraz
numerolodzy i analitycy dociekliwi kombinują co to może oznaczać.
Jedno jest pewne - jeśli lud rozważa takie "poważne"
zagadnienia, to nie tylko nic strasznego dziać się nie będzie, ale i
wesoło i w zasadzie normalnie i nudno. Życzenie więc wychodzi
takie - Spokojnie ale z Uśmiechem przeżyjmy to kolejne kalendarzowe
wydarzenie, które jak zima, corocznie nas zaskakuje. A wracając do całowania
pod jemiołą - niech każdemu los da okazję do wiosennych uniesień od
1 stycznia poczynając. W dziennikowym pisaniu - w grudniu nieco się zaniedbałem, ale powody są wystarczające; remont, przeprowadzka i ...nareszcie cisza. Nie słyszę tramwajów samochodów, nawet sygnałów pogotowia czy straży pożarnej. Raz pospałem sobie aż do wpół do dziesiątej. No i jak tu się nie cieszyć z nowej siedziby, którą znam od 1957 roku. Starzy sąsiedzi też nie zawiedli, sympatyczni i życzliwi. Aby nie popadać w nadmierny entuzjazm i nie zacząć unosić się nad podłożem, umawiam się z serwisem zmywarkowym, bo drzwi do tej diabelskiej pralki od "statków" przestały się zamykać, w piątek wykonawca nowej rury w ścianie, będzie usiłował ja przepchać, bo coś poziom wolno mi opada - wody oczywiście. Tak się złożyło, że rok temu w styczniu coś tam pisałem o filmie, a i teraz prawem serii "muszem". Jeszcze przed przeprowadzką oglądałem w telewizji "Ogniem i mieczem" i jakoś wcale nie żałuję, że odpuściłem kinowy pokaz. Scorupco piękna, no i "momenty" były, choć pływała dość krótko - może woda zimna? Ogólnie panoramy piękne, sceny też, tylko mam takie jakieś wrażenie, że to sklejanie scen nie wyszło na dobre filmowi. Płynności brak mi jakoś, a może to serial na film przerobili? Zdecydowanie jednak protestuję przeciwko poprawianiu Sienkiewicza, bo jakoś nie pamiętam abym czytał w Trylogii coś o innych orientacjach seksualnych. A tu ni z gruszki, ni z pietruszki - wiedźma Horpyna uszko kniaziównie - liże, jakieś niecne sugestie czyniąc. Albo inna scena - chan tatarski leży na kobiercach - trzyma w objęciach i karmi postać jakoby dziewczęcą - gronem winnym do ust niosąc, co dojrzalsze. Dziewczę ono - okazuje się pacholikiem płci męskiej raczej. Znowu nie pamiętam, aby ta starożytna przecie orientacja na płeć tą samą - opisana w rzeczonym dziele była. Aktora co tego chana odgrywał, pamiętam raczej z ról pierdołowatych gangsterów, co oczywiście winą aktora nie jest. Jak go obsadzą, to jak trzonek (kołek?) w łopacie grać musi (cytat - znajomy szwagra). O "Quo vadis" nie piszę bo nie widziałem - ale komentarze po wstępnym entuzjazmie jakby opadły z powodu za bardzo umiarkowanych przychodów. Całe państwa plajtują, a tu nawet zasłanianie się zainteresowaniem Papieża niewiele pomoże. Nowa
ekipa, aby nas uchronić przed plajtą, jak w argentyńskim tangu kroki
stawia śmiało. Tylko że tyłem kroczy, ale i tak tańczyć można.
Najpierw obciąć urlopy macierzyńskie, potem dodatki pielęgnacyjne i
same takie co to bolą, ale tych z niższej półki zarobkowej. Bogatemu
jak mówi przysłowie "chleb masłem na ziemię spadnie", a
biednemu nawet jak nie pije i nie pali, to żona się puszcza na
zawodach latawcowych. W końcu matematyka to nauka ścisła, więc jak
ściśnie się te 90% społeczeństwa, to i od każdego te parę groszy
się wyciśnie. A cóż bogatych ściskać jak ich raptem od 3 do 5 %
(reszta to błąd statystyczny). Czasem tylko obywatel się pyta
jak jak w radiu Erewań nie przymierzając: - czemu 19 latek jeździ
mercedesem - czy to z pracy rąk czy "kałasznikowa", - czemu
pożyczkobiorca z wielomilionowym niespłaconym długiem mieszka kątem
u teściowej - a ona co? - znalazła? - czemu złodziej kilkunastu
ciężarówek mieszka w M-600 w trzy osoby, bo z powodu choroby
(klaustrofobia) - do ciupy nie może, czemu polityk znany i zapozany z
doradztwa czubków korzysta, sam rozumek skrzętnie ukrywając? (jakiś
zwój przecie mieć musi).
|