Archiwum - styczeń 2002

      data 

                                              dziennikczylinocnik               
28 stycznia
poniedziałek

Dla oderwania od spraw codziennych zostałem oderwany od komputera przez koleżankę małżonkę i doprowadzony do Teatru Wielkiego. A to w ramach obchodów rocznicy powstania tej rodzinki i zamiast toastów - uczta duchowa. "Grek Zorba" opowiedziany tańcem tak pięknie i radośnie zarazem, że wychodząc czuło się jakąś radość z tego przeżycia. Zawsze (czyli stereotypowo i bez sensu) zdawało mi się, że nie lubię baletu. Czyli wyszło jak zawsze, nie znamy się na czymś to nie lubimy, zupełnie jak Liga-nudnych-rodzin na Unii Europejskiej. Opisuję tu spektakl czwartkowy, a sala mimo dnia powszedniego - pełna. Na zakończenie bisy wspaniałe, aplauz na stojąco (dwa razy!!). Dyrygent José Maria Florencio Júnior na kolejny bis odtańczył, a właściwie wyciął hołubców kilka - sala zamarła na sekundę, wybuchnęła śmiechem i znowu bisom nie było końca. Piękne solo wokalne Katarzyny Suskiej, tancerze wspaniali, ale najbardziej podobał mi się taniec Karoliny Jupowicz w roli Mariny (miłość do Amerykanina). Jej taniec przywiódł mi na myśl to co w ramach szkolenia muzycznego serwuje mi synek. O ile wywalczyłem już sobie prawo do - nie słuchania rapu, to podrygujące panie, na ogół od urodzenia opalone, akceptuję umiarkowanie. O ile jedna ma warunki głosowe, druga nadrabia falującym brzuszkiem, to większość niestety taniec ma ustawiony wyłącznie do rytmów tam-tamów i innych perkusyjnych urządzeń. Ta muzyka, tak już ma i koniec, ale co może wyrazić kobieta tańcem można się przekonać, tylko, o ile ma ona o tym tańcu pojęcie i ciało jej porusza się z melodią, a nie z bębnem. Ustalone zostało na rodzinnym forum, że rocznice,  jubileusze i tym podobne obchody, zastępowane będą ucieczką od stołu do innych uczt duchowych. 

Początek był kulturalny umiarkowanie i starczy. Życie ma swoje prawa, zmarli jakby mniejsze. Medialne nagłośnienie afery ze sprzedażą informacji przez lekarzy o tym, że pacjent już do pochówku się nadaje przypomina mi inną aferę. Tą z łapówkami za otrzymanie prawa jazdy. Obie sprawy są tej samej wagi i tak powszechne i znane jak kiedyś relacje dziennika z wytopu stali (pozytywne) czy braku sznurka do snopowiązałek (negatywne). Dziennikarze pewnie życia nie znają, albo sami jacyś nowi absolwenci relacjonują te zdarzenia, bo to co wszyscy wiedzą oni odkrywają jak mała dziecina pokój za łóżeczkiem. Zresztą wygodniej pisać o niedobrych lekarzach czy sanitariuszach, bo nikomu się nie narażą, a pióro poostrzyć można. Wracając do sedna sprawy to - od wielu lat wszyscy doskonale wiedzieli, że jakieś kontakty np. pogotowia czy szpitali z zakładami pogrzebowymi są. I wcale nie jest to handel zwłokami, a informacja pomagająca rodzinie zlecić innym załatwienie tych smutnych obowiązków. Po śmierci mojej mamy, lekarz pogotowia stwierdził zgon i zapytał czy może mi pomóc informując najbliższe biuro pogrzebowe. Zgodziłem się z wdzięcznością - byli za pół godziny. No więc skoro obie strony miały korzyści, a klient zadowolony? Wszystko zależy jak ta współpraca może się daleko posunąć, a że tylko ryby nie biorą pisałem już kilka dni temu. Z prawami jazdy też tak było. Powszechnie (znów ten "Poli szynel") wiadomo, że za dodatkowe jazdy poza rachunkiem, trzeba było dać, za pewną pomoc też, no to tak się to rozkręciło, że doszło do sytuacji krańcowych - kupując prawo jazdy napędzamy klientów do .. biur pogrzebowych. 
Wszystkiemu winne jest niedoskonałe prawo, które choć nie może przewidywać wszelkiej ludzkiej przemyślności, to powinno stanowić jakieś ramy w których obywatel(ka) ma swoje "od - do". Ale kto ma te prawo stanowić jak Lepper okupuje mównicę w Sejmie, bo mu uchylają immunitet. Wygląda na to że skoro Prezydent ma możliwość przedkładania projektów aktów prawnych, to może ten Sejm zastępować. Ale to już ogólna norma, że gdy lewe ucho swędzi, prawą nogę trzeba przerzucić przez plecy. 

Wracam do kultury. Zmarła Astrid Ligren. Napisała ok. 100 książek, a więc może warto przetłumaczyć jeszcze parę, aby nie ograniczać się tylko do znajomości "Fizi Pończoszanki". Nawet jakoś nie zastanawiamy się, ile do naszych przeżyć dziecinnych wnieśli pisarze ze Szwecji właśnie. Kiedyś miałem spory cykl książeczek małych, ładnie w płótno oprawionych. A tak przy okazji.  Kto pamięta ten tytuł wspaniały - "Dlaczego się kąpiesz w spodniach wujku?" i kto to napisał?. No i powiedz wujku, dlaczego nie czytasz, choć już kąpiesz się czasem? 

 

23 stycznia
(środa)

Pierwszy poranek od paru tygodni, kiedy zaświeciło słoneczko, ale już chmury przyszły i znowu jesienno i ponuro tej zimy. Ciemno, mokro i "wakacyjnie" bo trwają ferie szkolne, a dzieci okropnie nudzą się w deszcz jak mówi piosenka. Dla poprawy nastroju zaliczamy kolejne filmy - dozwolone oczywiście. W piątek w nocy odbyła się premiera "Harry Pottera", a my tego samego dnia już go obejrzeliśmy. Film zrobiony świetnie, na pewno pobije wszelkie rekordy kasowe, a do tego należy on do tych filmów na który chodzi się po kilka razy. Właściwie podczas jednej projekcji nie sposób dokładnie zaobserwować jak kunsztownie zrobiono poszczególne sceny. Technika tak pędzi naprzód, że gdy kiedyś z trudem ukrywano sznurek na którym wisiał aktor, trzęsąc portkami, to teraz wszyscy latają swobodnie i bez wysiłku. Trudno porównać film z książką, bo starano się wiernie odtworzyć atmosferę "H.P. i kamień filozoficzny" , ale skoro na mnie starym kinowym wyjadaczu (ze stażem) zrobił wrażenie to dla dziesięciolatków będzie niezapomnianym przeżyciem. No i znowu pewnie odezwą się głosy o propagowaniu czarnej magii, satanizmu itp. ale  to już należy do naszego rodzimego folkloru, ponieważ zawsze najlepiej poinformowani są ci -  co nigdy nie czytali, nie widzieli i nie uczestniczyli. Po filmie wróciłem do lektury i w jeden dzień pochłonąłem 3 tom. W wolnych chwilach zaglądam już do czwartego i czuję się jak kiedyś, kiedyś tam, gdy czytałem "Pięcioro dzieci i coś". Polecam - lektura i obcowanie z naszymi milusińskimi też odmładza, a przynajmniej odświeża spojrzenie na nasze poczynania.
Czekam teraz na filmową wersję "Władcy pierścieni" Tolkiena. Premiera w lutym, a zaczytywałem się jeszcze pierwszym wydaniem w miękkiej okładce (ale szyte) w tłumaczeniu oczywiście Pani Marii Skibniewskiej. Książka do której wracało się parę razy, więc z przyjemnością pójdę na ten film, nakręcony w zielonych plenerach Nowej Zelandii. Ponieważ wszystko u nas się poprawia, wydano nowe tłumaczenie "Władcy pierścieni" dokonane przez Jerzego Łozińskiego - no i klapa. Wydawnictwo AMBER jak się dowiedziałem w znajomej hurtowni, gwałtownie przecenia dopiero wydane tomy, bo klienci nie chcą wcale nowego tłumaczenia, tylko to pierwsze. Mamy jakąś dziwną manierę poprawiania tego co dobre, tak samo było z nowym tłumaczeniem "Wojaka Szwejka", że o zmianie płci naszego "Kubusia Puchatka" nie wspomnę. Tak samo dopisywanie "dalszych ciągów" jakoś nie wychodzi, choćby np. uzupełnienie Trylogii Sienkiewicza przeceniono w kilka miesięcy po wydaniu, a i do tej pory pewnie zawala magazyny. Przyjaciele zza oceanu zamówili u mnie Tolkiena - oczywiście w wydaniu tzw. kanonicznym czyli Marii Skibniewskiej. Właśnie MUZA wydała kolejne trzy tomy z lekkimi poprawkami i uzupełnieniami (zmieniono tytuł "Wyprawa" na "Drużynę pierścienia") a poza tym,  to jest to.

Uzupełniając stale strony turystyczne (www.123noclegi.info ) zaniedbałem swoje strony zapieckowe. Powoli przeglądam, ujednolicam czcionki, uzupełniam o nowe zdjęcia, a przede wszystkim porządkuję. Ponad 300 stroni z ogromną liczbą plików w jednym katalogu powodowały, że suwak do przewijania stron osiągnął grubości żyletki. Mądrzy ludzie podpowiedzieli (z grupy dyskusyjnej pl.comp.www) że choć nazwa strony nieco się wydłuży, nie wpłynie to na czas wczytywania, a ja dopiero odnajduję co do czego i po co? Okazało się, ze z zeszłego roku mam sporą kolekcję niewykorzystanych zdjęć i teraz pracowicie je wklejam.
Brak mi jedynie zdjęć Starówki robionych bezpośrednio po wojnie, w latach 50-tych czy 60-tych. Współczesne to sam uzupełnię, niech no tylko słoneczko wyżej pójdzie i wiosennie zaświeci. Może ktoś ma jakieś rodzinne, pamiątkowe i prześle do opublikowania?

Zima i sporty zimowe w telewizji. Wszyscy czekają skoczy czy nie skoczy ten Małysz. Oczywiście na odpowiednią odległość, najlepiej 10 metrów dalej niż rywale.  Nawet Pan Prezydent dał się ponieść emocjom, co skwapliwie relacjonowano. Jakby ten chudziak miły (Małysz oczywiście) miał dać tłumom satysfakcję za wszystkie codzienne niepowodzenia, musi, musi skoczyć daleko. No a to normalny człowiek, który dobrze wykonuje to co lubi, ale czasem dalej, czasem bliżej, a nasz narodek już tego nie akceptuje. Zapomnieliśmy jak to przez lata całe skoczkowie nasi lądowali na 25-30 miejscu, a jedyna satysfakcja naszych oglądaczy i radośc przed ekranem, to jak który "obcy" się wywalił, bo wtedy może "nasz" awansuje do pierwszej dwudziestki. Ton nadają sprawozdawcy, a że ma być emocjonalnie, sensacyjnie i "na gorąco" to często wychodzi głupio i bez sensu. Jak nie skoczy daleko, to zawiódł nadzieje, jak trzeci to już nie w formie itp. Najbardziej smutno, gdy ładna buzia pani w telewizorze musi czytać takie brednie i widać jak się męczy i chciała by coś dodać od siebie, a tu litery uciekają... 

W ramach narodowego kabaretu, jutro były wicemarszałek Sejmu ma być pozbawiony immunitetu. A taki był polityczny, a tak przewodził, że nic tylko go lekko powściągnąć, nieco oszlifować i będzie nasz. Jakoś się nie dał ugłaskać i pokazał jak może być wesoło i głupio i smutno zarazem ...i wstyd. Pozostaje tylko pytanie, czy długi już umorzone, czy za niespłacenie kredytów - wyrok w zawieszeniu? Tak samo dziwne jak z szefami PZU, zresztą można w gazecie poczytać. Czyżby wysokość wyroku ustalana była (niezawiśle oczywiście) odwrotnie proporcjonalnie od zagarniętego mienia? W Warszawie od dawna mówiono, że tylko ryba w Wiśle nie bierze, ale i to już  nieaktualne, bo i one dostosowują się do zmieniającego się środowiska naturalnego. Wczoraj sąd apelacyjny zdecydował, że Bagsik musi mieć pełny zasądzony wymiar, najwyżej wyjdzie po połowie (już prawie). Ten to zdolny i podziwiany do dziś przez wielu absolwent szkoły średniej (co z satysfakcją podkreślał telewizyjny komentarz), rozkręcił "oscylator", co  pozwoliło mu uzyskiwać nienależne dochody z oprocentowania, a skarb pastwa naszego stracił. Pytał mnie właśnie koleżka miły - no jaki on złodziej skoro w worku nie wyniósł, nocą się nie zakradł i rąk nikomu do góry nie kazał podnosić. Ustaliliśmy w końcu, ze wielu na tym zarobiło, z udziałem samych bankowców przecie, no bo kto wykładał gotówę na przerzucanie z banku do banku, ale na niego "bęc", bo nie dość że na dużą skalę to jeszcze ten Izrael itp. itd.  Tylko jakoś zabrakło nam odpowiedzi, kto taki system stworzył, że go przekręcić można było, łatwiej niż rosyjski budzik. Temida jest ślepa, co widać zresztą  pod samym sądem kiedyś na Lesznie, później na Świerczewskiego, a dziś Solidarności (adres ten sam). Mafia taksówkowa parkuje blokując chodniki, a straż miejska jakoś ślepnie. Pewnie dlatego zlikwidowano legalny postój, aby teraz dać zarobić chłopakom, co pewnie na zasiłku mercedesy muszą utrzymywać. Zresztą bezrobotni też mają zajęcie pod sądem, bo mimo parkomatów, sami ustawiają wjeżdżających na wolnych miejscach. Buźki nieco fioletowe, ale w końcu praca na świeżym powietrzu, nieco barwi lica tak jak śliwowica nieco niebieska zresztą. No i jak nie zaparkujesz zgodnie ze wskazaniem grubego czy fioletowego, to możesz usłyszeć, że czasem jakieś "ktosie" porysują karoserię, albo jeszcze gdzie przestawią to twoje cudo na 4 kołach. 
Dziś największa afera we wszystkich mediach to "handel zwłokami" czyli znowu -  ile przedsiębiorca pogrzebowy musi dać w łapę ludziom z pogotowia, aby ułożyć zmarłego na wieczne spoczywanie? Pewnie za dużo chowających, mało umiera, za dużo się ludziska leczą i to wbrew, czy na przekór "kasom chorych" i stąd kryzys. W mediach sensacja, a od dawna tajemnicą powszechnie znaną jest fakt, ze sam lekarz pogotowia powiadamia zakład pogrzebowy. I że sam proponuje przy szczęśliwym "zejściu"  najbliższy zakład. A że taki zakład odwdzięcza się to już normalne i naturalne, przynajmniej w naszym ekosystemie bałtycko-tatrzańskim. 
Media twierdzą, że pan lekarz przyspieszał nieco zejście, co już nawet eutanazją nie jest, a raczej "leczeniem na odwrót" osiąganym przez podawanie środków duszących skutecznie. I tak doszliśmy do zupełnego absurdu, a przecież chodzi tylko o zwyczajne "dawanie w łapę". Czy można się zatem spodziewać się, że jak nie dam urzędnikowi za odpowiednie zezwolenie, to ten dusić mnie zacznie (jak te Desdemone nie przymierzając) i czy moja reakcja - w szybkim dostarczeniu czego potrzeba - pozwoli określić mój czyn jako obronę konieczną? Jedyna rada - wymagane załączniki dostarczaj niezwłocznie wraz z dokumentem właściwym.

Stukając tutaj czasem pomyślałem o innych dziennikach. Najwięcej ten rodzaj twórczości radosnej występuje w ramach tzw. blogów (czy nie ma już odpowiednich słów rodzimych?) czyli wielkich witryn grupujących setki i tysiące indywidualnych dzienników. Działa to wg. pewnego schematu, który można modyfikować graficznie, a treść zależy już od autorów, na ogół przygotowujących się jeszcze do matury za lat parę. Największą  poczytnością sądząc po komentarzach, które można wstawiać do każdego wpisu (!) cieszą się takie jak np. - robiłam wszystko aby go zachęcić, a on poszedł z Gośką z IIIc. Jak emocjonalne były komentarze można się domyślać albo poczytać, jak kto ma czas i ochotę.
No cóż wiadomo i szkoda zarazem, okres dojrzewania mam już za sobą - pora spadać. W każdym razie, po pogotowie nie dzwonię.

 

17 stycznia
czwartek

Dziś rocznica "wyzwolenia Warszawy", którą obchodzono przez ponad 40 lat prawie jak święto narodowe, a niezamierzonym symbolem tego wyzwolenia pomnik na Pradze. Ten gdzie żołnierz wyciąga rękę w kierunku Wisły. Wyciąga, wyciąga, ale nogi nie idą naprzód, bo macha tylko do tych, co walczą po drugiej stronie rzeki - tam dogorywa Powstanie Warszawskie. Inny symbol wdzięczności wyzwolicielom to pomnik przy cerkwi na Pradze - tzw. "4 braci śpiących". Stają żołnierze z opuszczonymi głowami, śpią na stojąco opierając się na karabinach. W ten sposób nasza "komuna" dziękowała Armii Radzieckiej za nie przyjście z pomocą Powstaniu. Oczywiście był to efekt niezamierzony, bo przecież nie było takiego działania w tym ustroju, którego nie można zepsuć.
Prezydent Putin odwiedził Warszawę, w drodze powrotnej z Paryża. Nie wspominał o wyzwoleniu Warszawy (przynajmniej nie usłyszałem w przemówieniach), za to złożył kwiaty pod pomnikiem Armii Krajowej obok Sejmu. Taki gest - do niedawna jeszcze nie do pomyślenia. Nie było chyba w programie zwiedzania Starówki, więc i zapieckowego reportażu nie ma. Poczekam aż specjalnie przyjedzie z małżonką i nie będzie to tylko "po drodze". Do przyszłego powitania Prezydenta Rosji jesteśmy odpowiednio przygotowani (kilka pokoleń powojennych) bo już od 4 klasy mieliśmy przymusową (przepraszam - obowiązkową) naukę języka rosyjskiego. Inna sprawa, że z tego obowiązku - większość cierpi na wtórny analfabetyzm.  Sądzę, ze nie hodujemy w sobie nienawiści do Rosji, przecież pomordowani na wschodzie i tak mają już jeden cmentarz - największy na świecie. Od Białegostoku do Władywostoku. Żadnych odszkodowań Rosja nikomu nie wypłaci, bo musiała by grzebać się we własnej historii i zakopać 70 lat istnienia Związku Radzieckiego. Nie stać ich na to, nie finansowo, ale moralnie. Zawsze byliśmy albo "priwislinskim krajem" czy też "bękartem traktatu wersalskiego" , pora aby rosyjski niedźwiedź zauważył, że z polskim jeleniem można żyć w dobrym sąsiedztwie skoro w zasadzie oba zwierzaki są roślinożerne. Piszący przemówienia obu prezydentom pewnie się dogadali - stawiając na kulturę i sztukę. Nieobecność rodzi nieufność. Nie ma tam naszych artystów, a u nas - w ogóle wstyd powiedzieć. Siedząc tylko w historycznych uwarunkowaniach, nie wydajemy prawie żadnej literatury rosyjskiej. W literaturze światowej klasyka rosyjska ma swoje "laurowe" miejsce, ale nie w naszych księgarniach. Dzieła Czechowa ukazały się tylko raz i tylko raz jeszcze w niewielkim nakładzie jego dramaty. Bo albo wydawano masowo makulaturę prokomunistyczna i jedynie słuszną, albo w końcu przestano wydawać cokolwiek wrzucając wszystkich do jednego wora. A Puszkin - w latach 50-tych wydano 2 razy wybór jego dzieł i co? - koniec.
Oni widzą ciągle żołnierza bohatera-wyzwoliciela w szynelu, my sołdata z karabinem na sznurku "dawaj czasy". Czas zmienić bohaterów tego zapomnianego serialu. 
Ludzie sami, bez nakazu jakiejkolwiek partii, czy tzw. rządowej polityki, dadzą sobie radę. Od lat ręczny handel na naszych ulicach i bazarach, sprzyja zbliżeniu, tym bardziej, że wielu Rosjan osiadło tu na stałe, doskonale mówią po polsku i mają tu wielu przyjaciół. Muzycy i artyści zmuszeni brakiem pracy u siebie, szukając zarobku na naszych ulicach cieszą się sympatią, bo często to artyści prawdziwi (nawet z filharmonii) i wspomóc ich trzeba. Osobiście tylko "biełyje rozy" już mi się nie podobają, ale tego musiałem słuchać za często i za głośno. 

Po raz kolejny dostałem "Kwestionariusz produktów i usług" opracowany przez firmę Claritas Polska. Zauważcie mili jaka zbieżność nazw z Caritas Polska, ależ zapewne zupełnie przypadkowa. Zupełnie jak z tym radiem na bazarze  co nazywa się Panasonix i nie ma nic wspólnego z firmą Panasonic, tylko przypadkiem literę zmieniono. 
Po raz kolejny nie odpowiem na żadne z kilkuset chyba pytań niezwykle dociekliwych. Teoretycznie ma to służyć zbadaniu moich preferencji "zakupowych", a praktycznie prześwietla dokładnie i na wylot. Do tego nie jest to ankieta anonimowa, jakich wiele znamy o preferencjach w jakiejś tam grupie ludności, ale imienna, gdzie nasze dane są bardziej szczegółowe niż w dowodzie osobistym czy paszporcie. Domyślam się, że na takie "dane" będzie wielu chętnych, nie tylko z kręgu oferujących wyroby, ale może nawet z tych kręgów, które chciały by -  mnie pozbawić, luksusu posiadania niektórych wyrobów. Cha, cha, cha.
Dlatego też nie odpowiem ile wydaje się tygodniowo w mojej rodzinie na zakupy bieżące (pytanie-B8), jak często odwiedzam kolekturę lotto (A12) - hazardzista, ani w jakim przedziale mieszczą się moje rachunki telefoniczne (C1) - gaduła. Nie odpowiem też czy ja czy moja partnerka (od tenisa zapewne) nosimy okulary czy szkła kontaktowe (D10-03)- ślepoty odrzucić. Ciekawe pytanie to (D11) - czy w Pan(i) rodzinie są osoby zainteresowane otrzymywaniem materiałów informacyjnych dotyczących m.in.: wrzodów żołądka, bezsenności, hemoroidów itp. Bardzo ciekawe czy całkiem zdrowi chcą takie materiały do czytania przy kolacji na przykład?. Od razu odpowiem tu i teraz. "Shrek" - zobaczcie ten film, o ile was dziecko zabierze, wychodząc z toalety wykonuje gest charakterystyczny co i ja z ową dociekliwą ankietą czynię. Nie lubię cwaniaków co badają stan mojego odbytu, gardła, portfela. Nie musze nikomu obcemu spowiadać się z kim mieszkam, kiedy urodziło się 4 dziecko, i czy partnerka (znowu od tenisa) ma podstawowe wykształcenie. Nie podam adresu zakładu pracy, konta w banku itd. itp. Sam nie mogę się dowiedzieć jaki ma telefon sąsiadka za ścianą, bo nie wiem jak się nazywa i mam tylko jej adres. A dlaczego - nikt mi nie poda? - ustawa o ochronie danych osobowych. Tymczasem przyjaciela nie widzianego od 20 lat znalazłem bez trudu w zagłębiu Saary i w dodatku przez internet. Jaki kraj takie obyczaje, a obywatel może tylko zadzwonić do Pani Karoliny Patrzałek co swoim dziecinnym podpisem firmuje pytania Claritasu. Nie mylić z Caritasem. Tu i tam widać troskę o człowieka,  tylko jakoś inaczej pojętą.

 

10 stycznia
czwartek

Aby ustalić tożsamość obywatela (..elki) trzeba aby posiadał(a) dowód osobisty, lub inny dokument ze zdjęciem. Nie wydadzą listu na poczcie, nie porozmawiasz z policjantem (no bo co powiesz na: - dowód proszę). Teraz wydaje się dowody tak solidne, że nie tylko można lód z okna samochodu zebrać, ale i jako broń sieczną stosować (po ukończeniu odpowiedniej katrate-kid, albo karte-git szkoły). Trwałe, podobno, nie do podrobienia i łatwe w stosowaniu. Chociaż, chociaż nie zawsze. Każda zmiana zamieszkania, stanu cywilnego, czy jakiegokolwiek zakodowanego tam wpisu wymaga zmiany tego dokumentu na nowy. Bo wszystko jest zatopione w plastiku na amen i już. Dawniej z czułością mogłeś spoglądać na zdjęcie sprzed 30 lat i uśmiech, co dawno już znikł z wymiętego oblicza. Co dziecię przybyło to wpisali, w zakładzie pieczątkę wstawili, numer jakiś tam w urzędzie, adres za każdą przeprowadzką i każde otwarcie tej książeczki, to dawnych wspomnień czar. Czar prysł, zmysły prysły, nowoczesność w domu i zagrodzie. Aby w końcu złożyć podanie o dowód trzeba zdjęcie zrobić. Zakład foto nazywa się "Top-Express" w środku miła panienka, a więc robimy. Poprawiamy loki i krawaty, siadamy, miła panienka robi dwa razy pstryk - z ręki i już. Do kasy 52 złote. Jutro o 14 odbiór - bez kwitka - na nazwisko. Jest jutro. Odbieram. Przepraszamy, mniej miła panienka mówi, że nie wyszło, bo cień na ścianie, poprawimy proszę o 17. Jesteśmy o 17, pstryk 2 (dwa) ujęcia - z ręki, proszę przyjść jutro o 14. Nieśmiało zapytałem czy mają statyw, bo ja mam i mogę pożyczyć - cisza. Jest jutro. Panienka podaje dwa zdjęcia i dziękuje. Zdjęcia są wyblakłe, twarze mocno naświetlone lampą, okropność. Właściciel twarzy męskiej sam sobie winien - twarz, jak życie urozmaicone, zmiany odnotowała. Ząb czasu, prawda ekranu. Ale za co te 52 złote? Proszę o rachunek. Panienka już wcale nie jest miła. Odmawia. Kategorycznie odmawia. 
- Czy jakieś zaświadczenie, że dałem Pani 52 złote dostanę? 
- Nie, mógł Pan wsiąść paragon. Klienci nie biorą i potem jakieś pretensje.
W końcu kiedy już bardzo niemiła panienka usłyszała, że ja muszę - zmiękła nieco. Jeszcze ostatkiem sił rzekła - nie wystawię - nie pamięta Pan NIP-u, ani PESEL-a. Podałem ten Pesel z głowy (powinni chyba tatuować przy urodzeniu). Jest wydruk Faktura VAT nr 6/1152/02 z 10.01.02 15:04. Ostatnie pytanie, czy jakąś ulotkę z cennikiem dostanę, - Nie, cennik jest wyklejony na ladzie i każdy widzi. Na moją prośbę dopisano cenę. 
- A na co to wszystko? - Dla urzędu kontroli skarbowej - no bo kogo innego to obchodzi?
Zakładzik omawiany mieści się nomen omen przy Al. Solidarności - OMIJAĆ.

Rozrywek wiele niesie nam życie i wiele niespodzianek. Nie mogę odżałować, że nie dostałem się na spotkanie w bardzo ciekawej firmie - zaraz opowiem. Zadzwonił do mnie przyjaciel, z którego namowy sklejam turystyczne strony i zaprasza mnie na spotkanie, na które z kolei zaprosił go sam dyrektor Rossowski. Niby nie to samo co dawny Konstanty i "k" brakuje, ale jakaś emocja jest. Tym bardziej, że przyjaciel dziwnie zaaferowany niedawnymi swoimi rozmowami - kusi mnie jakąś współpracą turystyczno-internetową. Pędzimy na 12, w garniturach, no bo sam Pan dyrektor zaprasza, nie wypada inaczej. Na I piętrze domofon, nazwisko, drrrrrrr, weszliśmy. Panienka z tacą obrzuca nas wzrokiem - tylko jeden, imiennie zaproszony. Ale, proszę Pani to wspólnik, on się zna na internecie, więc myślałem, że dobrze będzie..  - Zapytam dyrektora. Na korytarzu, sami eleganccy, będzie z 5-6 osób. Oni też na spotkanie o 12. No jak to mieliśmy być my, a tu jakieś zbiorowe misteria? Właśnie kończy się jedno, zaraz będzie drugie. Spotkania co pół godziny z nową grupą. Co oni tam tam odprawiają? Uchylają się drzwi, na stołach niebieskie grube księgi, muzyczka nastrojowa, w środku ok. 10- 12 osób. No to się mój przyjaciel wściekł nieco i wyciągnął mnie za drzwi - namawiać nas będą na co czy co? Na zbiorowe mitingi-marketingi nie idziemy. A szkoda, dowiedział bym się czemu zapraszali właśnie właścicieli małych, jednoosobowych firm, i po co im to. Przygoda opisana i niedokończona odbyła się nie na Mariensztacie, a na ul. Mazowieckiej w firmie BTM (Better Than Money). Jest strona internetowa, ale tylko dla fachowców, co maja username i password - ja nie mam i całe szczęście. Money, money, money.

 

8 stycznia
wtorek
2002

Zima zrobiła się mokra, szara i brudna, a jeszcze tydzień temu -16o za moim oknem. Śniegu tyle napadało, że do dziś odgarniają. Na uliczce naszej niby (prawie) śródmiejskiej - jeszcze trzeba sobie szukać przejścia, ale co tam. 
W Niewodnej (podkarpackie) naszej rodzinnie zaprzyjaźnionej, to dopiero zima - sarny pod dom przychodzą o jabłka się dopominają, a zaspy do 3 metrów i więcej jak jaką kotlinkę zawiało. Szwagierka chcąc przebić się do chałupy (na zdjęciu z letnich wakacji - jest) - kopała od dołu, kochany nasz gospodarz Jurek od góry i tak po dobrej godzinie spotkali się w wąskim tuneliku. Co my mieszczuchy wiemy o zimie, trzeba by kiedy usiąść tam - za oknem (przy piecu jednak) i od grudnia do marca powspominać, popisać i pomyśleć nieco. Oj, byłby czas na refleksje. 

Zimno i śnieg, to nowe atuty dla naszych sympatycznych "nie załatwiaczy". Najpierw mówili - przyjdź pan po świętach, potem po Nowym Roku. Początek stycznia to z kolei remanenty, a jeszcze droga oblodzona i pociągi się spóźniają więc nawet jak nasz decydent mieszka na sąsiedniej ulicy to i tak ma pretekst, aby zaprosić nas w innym terminie. Odpuszczam więc wszelkie kolędowanie po urzędach w terminach niestosownych i niedogodnych, co i innym polecam dla spraw załatwienia. Ostatnio zadziwiła mnie bardzo ważna firma co zarządza wszystkimi telefonami w Polsce. Ma "ona" tzw. Biura Obsługi Klienta zwane inaczej BOK-ami i słusznie bo "boki zrywać można" jak się czasem na jaką ciekawostkę trafi. A  oto przykład: BOK na ul Twardej w Warszawie ma tylko jeden (1) numer telefonu  i wszystkie miłe Panie i Panowie równie mili wiszą na tej samej linii. Łatwo więc wpaść na to, że o żadnym dodzwonieniu skutecznym mowy być nie może. A mnie się raz udało, acha!!. Kiedyś usiłowałem uzyskać numer osoby z którą miałem podpisać stosowną umowę i co - po dwóch dniach dzwonienia, pojechałem (jeden przystanek) tramwajem i dowiedziałem się wszystkiego w 10 minut. No i po co marudzić - tak trzeba było od razu. Czasem tylko myślę sobie, że teraz trzeba w naszej telekomunikacji żyć bardzo oszczędnie, bo na Twardej właśnie buduje się największa siedziba firmy onej, no i wszystkie siły pewnie na ten domek 50-cio piętrowy (no może 30-to). Stąd można się spodziewać dalszych oszczędności. Jakieś plotki "chodziły", że nie na swoim gruncie budują. Ala i nie na moim, a szkoda.  Jest jeszcze inna firma ciekawa z którą i koresponduję i odwiedzam, a jest to .....(tu trzeba głos zawiesić jak ten z jury co ogłasza że zwycięzcą został .. no wiecie..) nasza jedna z dwojga - telewizja kablowa. Firma dawniej zwana PTK, a teraz UPC. Główna siedziba jej mieści się na Mokotowie w okropnie strzeżonym i wspaniałym wieżowcu. Nie wiedziałem, ze Ona ma też tzw. BOK-i i polazłem do dyrekcji, jak mnie wpuścili nie wiem, bo przepustki nie miałem, nie byłem umówiony i nie wiedziałem do kogo mam iść. Starego gamonia wsadzili do windy, potem miła panienka odebrała pismo i powiedziała, że przekaże, bo to i tak nie tutaj. Pewnie tak samo będzie z telefonią, jak już ten gmach zbudują. Telewizja kablowa też ma jeden telefon i do tego w Katowicach. Skąd by się nie dzwoniło i tak do Katowic petenta przerzuca. Monter nie przyszedł, dzwonie - mówię z jakiej ulicy i jaki numer domu, a Panienka pyta - a w jakim mieście? No w Paryżu tak ogólnie, a dokładnie to już nie wiem. Jak by ktoś potrzebował, to niech zapisze, bo w Biurze Numerów jest tylko jeden telefon do tej kablowej - 9480. Ciekaw jestem tylko, czy jak nas odpytuje automat, każąc co chwilę wciskać jakieś przyciski i nadając co jakiś czas muzyczkę - to płacimy jak za miejscową, czy zamiejscową czy tą dla niecierpliwie zakochanych. 

Jak już przy telefonach jestem, to przelatując te nie śnieżące ekrany, (w niektórych u mnie śnieg pada, ale mają naprawić jak się dodzwonią z Katowic do montera) - wpadłem na jakiś napisy wieczorem - informujące o możliwości zadzwonienia za 4 cztery złote za minutę. Może to ta nowa taryfa, ale okazało się, że to jest reklama stron internetowych pod tytułem xxxlaski i podpisane przez jakąś organizację (?) co się nazywa Legion Polski. Nic nie rozumiem. Laski to niezbyt ładne słowo, ale się nie czepiam, bo to może z czeskiego, a sympatycznym sąsiadom też nasze nie muszą się podobać. A nie rozumiem co to za nazwa organizacji, jakiej narodowej może i poważnej takiej. Bo legion już brzmi groźnie, a co polskie to wiadomo - też powaga. Czy jest tu jakaś analogia czy zbieżność z Ligą Rodzin też Polskich? Pewnie nie. Ale ocierając się ciągle o teorie spiskowe, to kto ich tam wie co pod skorupą kipi.. W każdym razie laska to w zasadzie pręt taki metalowy na którym zwisają i kręcą się wokół panie rozbierając się czasem, albo już bez ubrania. Muszą mieć jakąś karę żeby tak zwisać i skakać, bo i brzydkie są okropnie i pewnie tylko w tej kablówce mogą występować. Tylko kto ma tutaj karę, czy pokutę - oglądający - niedobrze mu, niedobrze, czy też te nieszczęsne, co na bezludnej wyspie orangutana by przestraszyły. Dlatego ten telefon ratunkowy pewnie taki drogi i znów będą chcieli pieniędzy na tą resocjalizację czy rekultywację xxxlasek. Tyle się mówi o tych tam no.. kochających inaczej i może to dla nich te xlaski? 

Jak demokracja to dla wszystkich, nawet dla dociekliwych dziennikarzy co wnuczce Premiera każą za podróż do Papieża płacić. A tu okazuje się, że złośliwie dziecka się czepiają, a dawny minister kręcono-włosy właśnie odbył takich podróży nie kilkanaście, a jeszcze i jeszcze "..naście". Do tego rządowym samolotem, bo rejsowe pewnie i nudne i pełne tego no .. narodu. Co się czepiać ministra i tak były, prokurator teraz się czepia np. byłych doradców, sekretarzy i rzeczników co to zapewne bez wiedzy swych zapracowanych wicepremierów, ministrów i takich tam - jakieś pieniądze wyciągali z kasy, państwowej czyli niczyjej, czyli naszej. No i w ekonomicznej teorii dzisiejszej - okazuje się, że krótsze urlopy macierzyńskie czy oszczędności na zasiłkach potrzebne były właśnie na pokrycie niedoborów cha, cha ...budżetowych. Ciekawy kraj, gdzie matce można zabrać, a durniowi w ministerialnym surducie (czy Pani senator też ma jaki strój służbowy?, a Pan wicemarszałek?) zwrócić uwagę, że było to niezbyt etyczne i może nazbyt kosztowne. Niemniej jednak dla dobra kraju....    

Jak teraz - O Językoznawcy!- traktować słowo - żłób. Dawne znaczenie to tępak, drewniak, tuman itp., potem żłób to znów źródło dóbr wszelakich z którego czerpać można niestrudzenie (stąd - "dorwać się do żłobu"). A dziś żłoby one zlały się znaczeniowo - w jedno. I tak jak dawniej - żłób to miejsce końskiego posiłku,  to teraz - żłób, miejsce gdzie niezbyt lotny umysłowo może czerpać słuszne korzyści, co mu demokratycznie gwarantuje negatywny elektorat. Amen.

 

1 stycznia 
NOWY ROK
2002

Zaczynam rok od porządków niewielkich na stronach dziennika, bo jak się okazuje zgubiłem gdzieś, niecnota kawałek początku. Akcja niby się toczy, choć z przerwami co raz większymi, ale introdukcji - nie ma. Jak to dobrze mieć trochę śmietnika, to i stare pliki znaleźć można. Sklejone i zeszyte. 

Siedzę sobie wygodnie, pod jemiołą choć już podeschniętą nieco. Po lampach i kwietnikach serpentyny zwisają, balony nieco zmęczone, goście odjechali. Cisza i spokój, ale już jutro znów się zacznie... jakże oczekiwany choć z niepokojem pewnym - rok, który z racji dwóch skrajnych dwójek i dwu zer w środku - symetryczny jakiś. Niech teraz numerolodzy i analitycy dociekliwi kombinują co to może oznaczać. Jedno jest pewne - jeśli lud rozważa takie "poważne" zagadnienia, to nie tylko nic strasznego dziać się nie będzie, ale i wesoło i w zasadzie normalnie i nudno. Życzenie więc wychodzi  takie - Spokojnie ale z Uśmiechem przeżyjmy to kolejne kalendarzowe wydarzenie, które jak zima, corocznie nas zaskakuje. A wracając do całowania pod jemiołą - niech każdemu los da okazję do wiosennych uniesień od 1 stycznia poczynając. 
Skoro jemioła jest półpasożytem, to na polskie warunki idealna - choć tu wykorzystana dla podtrzymania nastroju, to jako pretekst do nieustającego ciągu dalszego - służyć może.

W dziennikowym pisaniu - w grudniu nieco się zaniedbałem, ale powody są wystarczające; remont, przeprowadzka i ...nareszcie cisza. Nie słyszę tramwajów samochodów, nawet sygnałów pogotowia czy straży pożarnej. Raz pospałem sobie aż do wpół do dziesiątej. No i jak tu się nie cieszyć z nowej siedziby, którą znam od 1957 roku. Starzy sąsiedzi też nie zawiedli, sympatyczni i życzliwi.  Aby nie popadać w nadmierny entuzjazm i nie zacząć unosić się nad podłożem, umawiam się z serwisem zmywarkowym, bo drzwi do tej diabelskiej pralki od "statków" przestały się zamykać, w piątek wykonawca nowej rury w ścianie, będzie usiłował ja przepchać, bo coś poziom wolno mi opada - wody oczywiście. 

Tak się złożyło, że rok temu w styczniu coś tam pisałem o filmie, a i teraz prawem serii "muszem". Jeszcze przed przeprowadzką oglądałem w telewizji "Ogniem i mieczem" i jakoś wcale nie żałuję, że odpuściłem kinowy pokaz. Scorupco piękna, no i "momenty" były, choć pływała dość krótko - może woda zimna? Ogólnie  panoramy piękne, sceny też, tylko mam takie jakieś wrażenie, że to sklejanie scen nie wyszło na dobre filmowi. Płynności brak mi jakoś, a może to serial na film przerobili? Zdecydowanie jednak protestuję przeciwko poprawianiu Sienkiewicza, bo jakoś nie pamiętam abym czytał w Trylogii coś o innych orientacjach seksualnych. A tu ni z gruszki, ni z pietruszki - wiedźma Horpyna uszko kniaziównie  - liże, jakieś niecne sugestie czyniąc. Albo inna scena - chan tatarski leży na kobiercach - trzyma w objęciach i karmi postać jakoby dziewczęcą - gronem winnym do ust niosąc, co dojrzalsze. Dziewczę ono - okazuje się pacholikiem płci męskiej raczej. Znowu nie pamiętam, aby ta starożytna przecie orientacja na płeć tą samą - opisana w rzeczonym dziele była. Aktora co tego chana odgrywał, pamiętam raczej z ról pierdołowatych gangsterów, co oczywiście winą aktora nie jest. Jak go obsadzą, to jak trzonek (kołek?) w łopacie grać musi (cytat - znajomy szwagra). O "Quo vadis" nie piszę bo nie widziałem - ale komentarze po wstępnym entuzjazmie jakby opadły z powodu za bardzo umiarkowanych przychodów. Całe państwa plajtują, a tu nawet zasłanianie się zainteresowaniem Papieża niewiele pomoże. 

Nowa ekipa, aby nas uchronić przed plajtą, jak w argentyńskim tangu kroki stawia śmiało. Tylko że tyłem kroczy, ale i tak tańczyć można. Najpierw obciąć urlopy macierzyńskie, potem dodatki pielęgnacyjne i same takie co to bolą, ale tych z niższej półki zarobkowej. Bogatemu jak mówi przysłowie "chleb masłem na ziemię spadnie", a biednemu nawet jak nie pije i nie pali, to żona się puszcza na zawodach latawcowych. W końcu matematyka to nauka ścisła, więc jak ściśnie się te 90% społeczeństwa, to i od każdego te parę groszy się wyciśnie. A cóż bogatych ściskać jak ich raptem od 3 do 5 % (reszta to błąd statystyczny).  Czasem tylko obywatel się pyta jak jak w radiu Erewań nie przymierzając: - czemu 19 latek jeździ mercedesem - czy to z pracy rąk czy "kałasznikowa", - czemu pożyczkobiorca z wielomilionowym niespłaconym długiem mieszka kątem u teściowej - a ona co? -  znalazła? - czemu złodziej kilkunastu ciężarówek  mieszka w M-600 w trzy osoby, bo z powodu choroby (klaustrofobia) - do ciupy nie może, czemu polityk znany i zapozany z doradztwa czubków korzysta, sam rozumek skrzętnie ukrywając? (jakiś zwój przecie mieć musi).
A oto odpowiedź godna radia Erewań - z powodu okrągłego stołu, masonów, żydów i Unii Europejskiej do której podstępem nas wciąga swym protestem Liga Polskich Rodzin z tym - no tym ...zawsze dziewicem na czele i wrzodem ursusem co do kwowadisa się nie dostał.