Archiwum - styczeń 2003

 

      data 

                                              dziennikczylinocnik               
31 stycznia 
2003
czwartek

Za oknem słoneczko zimowe, po wczorajszych zawiejach, ale mróz podobno idzie dopiero. Na sobotę dojdzie, a ja i tak jestem uziemiony. 380 jakoś mi wyskoczyło wczoraj i coś mi w płucach gra, pewnie jakaś zaraza miejscowa. Zdążałem jeszcze o poranku zaliczyć kilka ważnych urzędów, a to dla uzyskania zezwolenia na pracę. Jak zwykle co roku, koniec stycznia to czas zabiegów o to aby przez kilka miesięcy postać na tym zapieckowym handlu. Ale to dopiero w marcu. Może już przyjdzie wiosna? "Dwie wieże" - czyli druga część filmowej trylogii wg. Tolkiena, zaliczona. Na sali prawie komplet, oprócz pierwszych rzędów, ale to było o 13:15 w kinie "Femina", a więc ferie i trochę dzieciaków z babciami. Nie wiem czy były zachwycone. Siedziała obok mnie taka sympatyczna trójka. Babcia, wnuczek i wnuczka. Panienka co siedziała obok mnie przy mocniejszych scenach batalistycznych przyciskała się do mnie łokciem, zupełnie jak bym poszedł do kina z Martą. Jednak rodzinnie z udziałem dziecka ustalone zostało, że na Tolkiena jeszcze za wcześnie mimo V klasy. Michała zabraliśmy kiedyś na pierwszą wersję "IT" i tak się przestraszył kosmicznego ludka, że do dziś pamięta, choć już rok po maturze. 
Czeka nas mała domowa rewolucja - piessssssss. Tydzień temu po długich namowach i naradach pojechaliśmy na giełdę zwierząt, która się odbywa w szklarni w Łazienkach. Tłum ludzi w środku, koty, psy, rybki, gady, mychy i co tam jeszcze natura stworzyła. Smród przeokropny. Sprzedawcy po kilku godzinach pobytu nie nadają się na żadne przyjęcia. Chyba że będzie to spotkanie hodowców. Jamniki szorstkowłose za 800 zł, bo po rodzicach, maluszek jamnikowaty 100, podobno miniaturka, ale nie po rodzicach, tylko po sąsiadach. Spotkaliśmy terierki dwie, tak twierdził hodowca, bo pani sprzedająca twierdziła, że jeden to chłopczyk. Może nie wie. Psina gładkowłosa w czarno, białe łaty i pyszczek brązowy. Ponieważ zrobiłem zdjęcia piesków - Marta cały tydzień wyświetlała jedno ze zdjęć na ekranie monitora. Ach jakie śliczne, ach jakie milusie, ach, ach. No, niech już się stanie, co ma się stać. Sunia zamówiona przez telefon w sobotę przybywa. Gazety na siusianie, meble do obgryzania i dywan do szarpania przygotowane. 3 książki o psach małych na stole, i co kto przeczyta kawałek chwali się jakie to mądrości posiadł. Ostatnie rozważania dotyczyły psiej książeczki zdrowia (ma mieć) i "uwięzi" - obróżka czy szelki. Ach, żeby tylko takie sprawy istotne rozważać. 
Spacery mam zapewnione. Choć na poranne przebieżki żona też się deklaruje - z wykluczeniem dni wolnych od pracy oczywiście. No to trzeba psu kupić kalendarz i wmawiać, ze w sobotę, czy niedzielę można dłużej pospać. Po 5-6 latach może się przyzwyczaić. Ten stary oczywiście. 
Kaszel mnie meczy idę walnąć łyk syropu. O polityce nie będzie, choć ostatnie zdjęcie pewnej Pani wiceminister pobudza mnie do refleksji. Wygląda jak z okładki zachodniego magazynu, co nie wiem jak się pisze. Elegancja, szyk i wyciągnięta piękna szyja. Tyle o polityce, chyba, że Pani ta zlikwiduje powiaty. O Panach nie będzie też, nawet z ugrupowań rzepakowych, a piesss wam ..... Przepraszam teraz ..suka. 

21 stycznia 
2003 
wtorek

Dziękuję Panie Prezydencie za veto na ZSL-owskie pomysły uzdrawiania własnych kieszeni. Nawet jeśli ta partia inaczej się nazywa, to też niesłusznie. Jedyny wniosek jaki wyciągnęli to veto Prezydenta odrzucić, a ustawę o obowiązkowych biopaliwach nieco podretuszować. Bzdura goni bzdurę, bo kilku cwaniaków już fabryki pobudowało (z dawnych silosów po pgr-owskich) i płacze, że ludzie stracą pracę, której jeszcze nie mieli. Dlaczego w ogóle mnie to interesuje, skoro samochód czymkolwiek napędzany dopiero w dalszych planach? Bo nic tak człowieka nie wnerwia jak wmawianie choremu przysłowiowego jajka. Ale zjedz, to dobre, na pewno ci pomoże. Wygląda na to, że sejm jest po to aby dać zarobić - kto tam sie na ona kadencję załapał. Ponieważ już nigdy potem, to tylko teraz. Czyżby zdawali sobie niektórzy sprawę z ogromu kompromitacji i dlatego są tak zdeterminowani. O Rywinie nie będę pisał, bo suma za mała jak na taką śmieszność. Zasada jest prosta - 10 % tak jest przyjęte nawet w totolotku. 
Skoro już wlazłem od początku w polityczne dywagacje, to już ostatnie mam nadzieję wspomnienie, po byłym od kilku dni ministrze zdrowia, szczęścia, pomyślności. I nawzajem. Kompromitacja za kompromitacją, a podobno tylko na prawie się nie znał, więc obiecał oddłużenie jednej chorej kasy, co i tak nie leżało w jego kompetencjach. Za to na promocje zdrowia wydał 200 tyś zł, a to przy pomocy płyty CD z własnym głosem przekonywującym do reformy funduszy zdrowotnych. Gdyby to nie ważna persona można by zapytać; idiota czy złodziej? Ani jedno, ani drugie - taki system przyjęto po prostu. Ludziska już przywykli do stałych fragmentów gry i gdyby szwagier choć na tej płycie zarobił, to wiadomo, musiał. A tak głupota do kwadratu. Podobno obiecał, że nowo kupione samochody dla wiceministrów odda na przetarg. Może się załapię. Bo to nowa całkiem metoda, kupić nowe, sprzedać zaraz i zapewne znacznie taniej, bo już używane nieco -  przejazd od bramy do bramy. Widać z tego, że lekarz nie musi być ministrem, bo trochę trudno, a nawet dyrektorem szpitala też nie, bo tam ekonomistów teraz potrzeba. Szpital jak piłkarz, może zawrzeć kontrakt tylko tu - na usługi medyczne za określona kwotę. Jeśli zaś wie, że za te pieniądze połowę chorych musi leczyć metodą Kaszpirowskiego, to nie podpisuje i d.. blada. Teraz już wiadomo po, co były te studia z ekonomi socjalizmu. Ci co nie byli niech żałują - teraz pewnie krzyczą - Balcerowicz musi odejść. Nowy minister zdrowia, uśmiecha się tajemniczo, wszak to psychiatra. Ile przypadków teraz do oglądu i rozpoznania. Nie to co w administracji stołecznej Warszawy, którą skutecznie przestawia jego konkurent wyborczy, też minister choć były, ale od prawa i  sprawiedliwości.

Nic mi nie leżało na wątrobie, dopóki nie zjadłem tych śledzi z cebulką, co na luz w tramwaju maja wpływ nieodgadniony. Dlatego też lepiej coś z lubością kontemplować niż tu żółci wylewać jakoweś. Rocznicem miał małżeńskom i obchody były. Przy okazji okazało się, że żona już też po 30-tce czas jakiś - stąd pewnie samochód przyjdzie kupić od ministra, żeby mi się tam jaki za kobitką zgrabną nie oglądał. W miarę starzenia się dzieci, niektóre rozsądne damy szlachetnieją, a inne dziady (bijąc się w piersi) - tyją. Chłop w stresie żyć musi, bo zaraz poleguje, z lodówką się zaprzyjaźnia, na polityce "sie zna" i głupich myśli dostaje. Styczeń, a czas o pracy pomyśleć, by jak co roku od nowa Golgotę swą odbyć. Podania składać, upraszać i motywować inteligentnie, że jeszcze chciałbym popracować trochę, książeczki sprzedawać starawe, a choćby na 3 metrach tylko na moim zapieckowym zagłębiu. Wierni klienci, wiedzą, że przerwa zimowa, a piszą, dopominają się i zamawiają, choćby na wiosnę. Kultura zatem, a czytelnictwo przede wszystkim na hobbistach się opiera, nawiedzonych badaczach i kilku studentach co muszą. Inni nie muszą, ja niby też nie, bo czytać coraz bardziej mi się nie chce, szczególnie w zakresie nowych odkryć literackich, co potem przykryte leżą w taniej książce. Z Martusią napisaliśmy nową legendę o Zapiecku i w ten sposób wejdziemy do literatury, choćby internetowej. Pomysł zaczerpnęliśmy od Sobieszczańskiego, kto wie niech sprawdza. Zaraz ją gdzieś zamieszczę. 
O literaturze bezpieczniej i nie zna się tylu co na polityce, dlatego ciekawa wydała mi się gdzieś zasłyszana, czy "podczytana" dyskusja o współczesnej percepcji dzieł Żeromskiego. Komuna zawłaszczała go solidnie, nie koniecznie z pożytkiem dla dzieł samych. Dyskusji była taka, że odchodzi ta literatura do lamusa, że nie wszystkie dzieła były tak sztandarowe, że nudne nieco. Ja tam nie widzę czym by zastąpić Syzyfowe Prace, ale dzieci będą już same wybierać. Literatura też się starzeje zapewne i nikt mi nie wmówi, że Kraszewski czy Orzeszkowa są ponadczasowi. Każde pokolenie ma inne preferencje, jeno w moim rankingu Żywoty Pań Swawolnych zawsze zwyciężą. W końcu na czymś się człowiek musiał kształcić, skoro jeszcze nie było Strategii 2000 ministra Kołodki.
Obejrzałem dziś z Martą na kasecie nową wersję filmową "W pustyni i w puszczy". Czas niby nie stracony całkiem, ale poza przerobieniem słonia na słoninę, ciekawszych dialogów brak. Staś pewnie wybrany "po uważaniu", bo do poprzednika ma się jak rudy kurdupel do przystojnego młodziana. Nell sympatyczna, ale gdzie ten dawny aniołek z poprzedniej wersji filmu. Polskie araby, tylko końskie jako takie, bo na dwóch łapach i śmieszne i straszne. No i po co to było. A na koniec - miodek.
Muzyka pyszna w wykonaniu orkiestry Symfonia Varsovia pod dyr. Krzesimira Dębskiego. No to już wiem kto ma filmy kręcić - filharmonia. I Pani Beata Kozidrak - bardzo przyjemna melodia "Rzeka marzeń". Pappa ra rara, pa pa, papa rarara, pappa... No tak to leci.

9 stycznia
2003
czwartek

Nasza zima zła - tak było w dziecinnej piosence. Nasza może nie taka zła, ale mroźna, dziś rano za moim oknem - minus 170, przy gruncie podobno mniej , bo minus 220. Premierowi było pewnie cieplej z emocji kiedy dziś polatał sobie amerykańskim myśliwcem F 16. Całe szczęście, że ten przetarg wreszcie rozstrzygnięto, bo codzienne oglądanie komentarzy byłego ministra Komorowskiego poważnie narusza mój system obrony. Dlatego tylko już oglądam rezygnując z fonii. Dużo więcej ma teraz do powiedzenia minister - "rozbiegane oczko". Co chwilę deklaruje, że z własnych, jedynie słusznych poczynań nie będzie się opowiadał. Za "kiełbasę wyborczą" uznano jego bajania o lekach za złotówkę, podobno dla najbiedniejszych. Pani z apteki w wywiadzie powiedziała, że można sobie za ta złotówkę kupić dwa Apapy lub mały plaster. Kiedyś odsyłało się książki Żukrowskiemu, teraz może należało by wysłać ministrowi zdrowia, tabletkę przeciwbólową na ten zbolały i plaster (nie psu na budę) ale też na ten zbolały. Z nowej reformy zdrowia, wyszło, że już chorować nie można, a jeśli to najwyżej 1/2 - 3/4 tego co dawniej i to nie we wszystkich rejonach kraju. Są limity chorowania, badania i leczenia - więc musimy się dostosować do możliwości finansowych resortu. Kupiło się dwa nowe super wozy dla wiceministrów, co nie byłoby dziwne, gdy jednocześnie brak pieniędzy na ratowanie życia. Tak to się społecznie odbiera. Oczywiście te dwa samochody nic nie znaczą, ale wymowa medialna jest piękna. 
Nowe emocje w Sejmie związane z powołaniem komisji śledczej. Powoli odchodzić będzie w cień zapomnienia -  propozycja łapówki Lwa Rywina dla Adama Michnika czy raczej Gazety Wyborczej albo spółki Agora. No bo w końcu komu chciał dać jak już tylu osobom naopowiadał? Komisja będzie się żarła w Sejmie, bo najpierw będzie spór, ilu, za ile i na ile. Jaki ma być przewodniczący, skoro Pan Kalisz tylko do Kutna? No i kto postawi wreszcie pytanie o kondycję polskiej korupcji? Jaką kondycję, ta zawsze była świetna, może tradycję raczej. Tradycja dawania i brania była dawna i historyczna. Patriotycznym wręcz czynem było korumpowanie zaborcy, okupanta. Dawało się w łapę z całą odrazą i wstrętem, bo dla Sprawy, Ojczyzny i takie tam. Po wojnie, dawanie w łapę, mogło nie tylko ratować życie, ale wręcz napędzać gospodarkę. A to za przydział materiałów deficytowych, a to za zezwolenie na coś tam, co było zarezerwowane, albo niejasno rozstrzygnięte. Obyczaj dawania stał się tradycją i sposobem okazywania wdzięczności. Dawano nawet wtedy, gdy nic od tego dawania nie zależało, a nawet obdarowany nie zawsze wiedział skąd kolejny koniak czy puszka szynki. Kiedyś w Wydziale Finansowym Rady Narodowej (tak za komuny nazywano urzędy skarbowe), byłem świadkiem scen dantejskich prawie. Może raczej gargantuicznych, bo dotyczyło to żarcia, kiełbas, szynki w okresie tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Podatników prywatnych było wtedy jeszcze niewielu, drżeli przed fiskusem jak liście osiki, więc w okresie poprzedzającym rozliczenie roczne - starali się jak mogli. Nikt nie spotkał się z odmową czy odprawą. Każdy koniak, puszka szynki, paczka kawy itp. deficytowe naonczas produkty znajdywały uznanie i miejsce należne w przepastnych czeluściach szaf, biurek i segregatorów. W zamieszaniu jakie powstało z upychaniem kolejnej piękniej i pękatej reklamówki pod biurko, otrzymałem anielski uśmiech i podziękowanie, po wręczeniu druków, choć z niczym - przyszedłem. Ot, takie sympatyczne nieporozumienie. I tak to już zostało do dziś. Tradycja i system to nierozerwalne sprawy. W warszawskim ratuszu gotuje się, bo nowy Prezydent miasta łączy wydziały, przenosząc kompetencje i uprawnienia nieco wyżej. I tak ucieka nadzieja na wdzięczność, przez lata i systemowo wypracowywana. Dziennikarze maja to szczęście, że żyją nieco nad poziomem zwykłego załatwiacza i często w ich sprawach sama legitymacja prasowa wystarcza. Inni dają, bo myślą że tak trzeba, bo taka tradycja, a i sami może gdzie biorą. Nie opisuje żadnych "konkretnych" historii, ale skoro wiadomo powszechnie, że za tę sprawę to wypada dać tyle, a tyle. Tu żadne przykłady nie są potrzebne. Potrzebny jest też nie nowy naród, bo ten dał się wpuścić w tą maszynkę dawania i dzielenia, ale takie działania Państwa, które te korupcyjne starania uczynią zbędnymi. Nie będzie wtedy ministra z domem co mu emerytka kupiła i biznesmena szemranego, co dziecko męczy nową terenówą.
Tak więc Panie D. z telewizji - jak Panu tłumaczy Pan M. że opisana przez Gazetę afera nie ma żadnego związku z ustawą o radiofonii i telewizji, to znaczy że wyraźnie ma dosyć Państwa skorumpowanego, gdzie powstaje złudzenie, że stery dzierżą bracze - załatwiacze. A jak Państwo nie chce być takie brzydkie właśnie, to niech się zastanowi, bo my Państwu podziękujemy. Nie, nie temu Państwu, - temu - temu co tam siedzi. (Tak było w reklamie, a oni się znają, bo też dają).
Dziś tak patriotycznie i na szczeblu, więc jeszcze apel ostatni. 
Szanowny Panie Prezydencie! Nadzieję mam ogromną, że powie Pan NIE, pomysłodawcom "ratowania" własnej kieszeni, przy pomocy bio-paliw. Choć samochód posiadać dopiero zamierzam, nie jestem przekonany (historycznie także) do idei jedynie słusznych i rozwiązań powszechnie obowiązujących. Niech naukowcy badają, inżynierowie konstruują, a my niech mamy wybór. Chce ktoś lać 4,5 % , choć na codzień bywało i 40%, niech leje. Ale uszanujmy i takich co piją mniej, i takich też co czasem lepsze gatunki zdegustują. Ludzie już dawno są wolni. I wolną wolę mają już w biblii zapisaną podobno. Tak więc jak chcą niech mają i niech się to sprawdzi, ale nie na mojej bryczce. Jak zaryzykuję to wleję bio-paliwo, a ostrożniej będzie - tak, jak producent zaleca. Obrażą się rolnicy wielosethektarowi, obrażą się Ci od koncesji jeszcze nie uchwalonych, ale tylko na trochę, bo ratować coś trzeba. Coś na czym się siedzi, bo jeszcze ktoś podziękuje i postać przyjdzie, ale to i tak zdrowe, bo w miejscu gdzie trawa zielona i ptak zaśpiewa. 
Zima mroźna, oj mroźna, ale ...gorąca.
Acha.  Ja biorę. Albo inaczej, przyjmuję wyrazy wdzięczności. Na przykład za pozytywne opisanie jakiegoś polityka na tych łamach. Mogę nawet zmienić tło na różowe, jak On lubi.

3 stycznia
2003
piątek

Z Nowym Rokiem - nowym krokiem. Żwawiej, weselej, wszak lat ubywa, szczególnie gdy zaczyna się  obchodzić urodziny po kilka razy te same. Artyści nazywają to benefisem,  a ja ..urodziny mam dopiero w październiku, więc co się będę martwił.
Początek roku można uznać za udany. Każdy to potwierdzi, kto przeżył ten dreszcz rozkoszy po zejściu z fotela dentystycznego. Dreszcze jak dreszcze, ale co za ulga i radość niewysłowiona. 2 stycznia o 8 rano odprowadziłem Martę do szkoły, a potem z miną zbolałą (i bez żadnego współczucia przechodniów) udałem się do przychodni "stomatolo..". Tak rano żaden szanujący się gabinet prywatny nie pracuje. Akurat do pracy przyszła sympatyczna i szczupła panienka, ale skoro recepcjonistka powiedziała, że zaraz przyjdzie pan doktór - nawiałem. A właściwie wyszedłem, pod pretekstem wysłania totolotka, że niby potem nie będę miał głowy. Nie widząc krzty zrozumienia dla mojego cierpienia w ośnieżonym nieco narodzie - wróciłem po niecałej godzince. Pan dentysta czekał. Okazał się mistrzem, po 10 minutach byłem wolny jak ptak i radosny, choć mało lotny i mało "mówny". Nie żebym miał coś przeciwko szczupłym panienkom, wręcz odwrotnie, nie chciałem jej tylko narażać na przykre doznania, przy rwaniu korzeni, lepiej widzę ją - jak rwie świeże wiśnie, na drabinie oczywiście.
Wesół i radosny mogę spojrzeć śmiało w przyszłość - czasem wystarczy tylko zdjąć ciasne buty dla poprawy nastroju, a czasem coś wyrwać.
1 stycznia, kilka godzin po polskiej premierze poszliśmy rodzinnie na film "Harry Potter i komnata tajemnic". Sala nabita mimo, że seans o 1330, film długi, dziecko w radosnym szoku. I o to chodzi. Sam obejrzałem z przyjemnością, a Zgredek - niby duszek domowy w dawnej Anglii, a jednak kilka postaci naszych rodzimych .. jako żywo przypomina. Efekty niesamowite, przesłanie o zwycięstwie dobra nad złem, oczywiste. Bohaterów negatywnych łatwo rozpoznać - nie uśmiechają się. Zupełnie jak nasi. Wąż Bazyliszek też w warszawskiej legendzie gości, wiec poloniców w tym obrazie, bez liku. Polecam. Szczególnie tym łysiejącym blondynom, co wzrokiem bazyliszka mnie przeszywają, a to z powodu wejścia do Unii, a to że biopaliwa nie chcę, ani ustawy o władaniu ziemią. No bo jak kupię domek pod lasem, nawet na ugorze, skoro szkoły sadzenia ozimych nie skończyłem, a moja przykrótka praktyka pastucha nie znajdzie uznania. Czyjego? A tych co sądzić będą resztę świata. Działaczy rolno-spożywczych z Grzybowskiej ulicy gdzie siedzibę swą ma obrońca ojczyzny Kalinosiu. Podejrzewam, że gdyby nie sojusz tej partyjki z SLD, to o kilka knotów legislacyjnych było by mniej. O drugiej partyjce, co na mniejszej kanapie siedzi i pisać "hadko", bo choć to Samoobrona, to przed czym? Szpital, czy odwieszenie wyroku. Tylko w Polsce przedeuropejskiej zapewne było możliwe, że wiceprzewodnicząca sejmowej komisji sprawiedliwości  (czy na pewno?) fałszuje przepustki by dostać się do więzienia na widzenie, a sama przed sądem ucieka, z powodu wyłudzenia kredytu. 
Wracam do filmu, bo od dywagacji adrenalina rośnie. Sam cieszę się na drugą część Tolkiena, już wkrótce podobno "Dwie wieże". Pewnie tak jak poprzednio, sam pójdę, a potem rodzinkę nakuszę na kasetę do obejrzenia w domu. Kupiłem niedawno część pierwszą i z przyjemnością obejrzałem po raz drugi, na małym ekranie. Ech, nie ma to jak dobra literatura, przynajmniej jest z czego robić filmy. No, a sprzedaż książek wzrasta również kolosalnie - i o to chodzi. W tej dziedzinie chyba jest już normalnie.

Za oknem szaruga, deszcz ze śniegiem, w nocy może być podobno -10, nie wychodzę w nocy, ani nad ranem, bo jutro niedziela. Rodzina śpi dłużej, a ja po cichu do komputera. Musze poszukać pisma o nazwie Biznesmen, lub Biznes, bo dopiero co dziewczyny z Galerii Zapiecek pokazywały mi wycinek prasowy o tych stronach właśnie. Dają tam gwiazdki w swoim rankingu. Na 5 możliwych dostałem 3. Jak pamiętam to napisano, że strona ciekawa, graficznie marna, ale skoro amatorska to ***. Dziękuję, w imieniu i ku chwale. Paniom z Galerii i ich sympatycznej szefowej p. Mirosławie, też dziękuję noworocznie, za piękną grafikę (dziewczynka), która dostałem chyba za moje wklejanie reportaży z wernisaży. Tak, dziewczynki lubię, sam mam. I mała i dużą. I innym polecam też mieć. Nawet na ścianie lub w gablocie. Zawsze to ładniej niż te odwieczne narzędzia do spożywania gorzały. 
I tak na koniec wyszło mi życzenie na Nowy Rok - weselej, żwawiej, kulturalniej i bliżej dziewczynek, a  zdrowe zęby też się przydadzą. 

do góry, do góry... 


Strona główna    Zapiecek    Antykwariat   Galeria Zapiecek  Przyjaciele książek   Dziennik
Stare Miasto   Rynek    Plac Zamkowy    Pomniki
Artyści: Wiesława Kwiatkowska,     Grzegorz Bialik,    Joanna Sierko,
Poeci: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska,    Bolesław Leśmian