|
data
|
dziennikczylinocnik
|
21
luty
czwartek
2002 |
|
Pogryzam
sobie ciasteczka owsiane, które dostałem w ramach odchudzania.
Sądząc po zawartości należy się spodziewać, że powolna
przemiana w Kłapouchego rozpoczęta. Dzięki Tolkienowi
pozostaję w świecie fantazji, a i do osłów zbliżyłem się
niechcący, co zaraz wyjaśnię. W niedzielę w południe zajrzałem
do kina "Femina", gdzie tłum straszny dopytywał się
o bilety. Były, ale tylko w pierwszym i trochę w drugim rzędzie
i to na 2300. Ponieważ posłuchałem dobrej rady, miłej
Pani w okienku, poszedłem jeszcze raz o 1915, wtedy
sprzedaje się bilety zarezerwowane telefonicznie i nie
odebrane. Kupiłem od Pana, co wziął dla znajomych i oni nie
dotarli - na moje szczęście. Na co te bilety - no oczywiście,
jedyne kolejki jakie są do kas, to tylko na "Władcę pierścieni".
Film jest dozwolony od lat 12, jest to baśń, legenda,
przypowieść czy fantazja, ale tak pięknie opowiedziana
obrazami, że czytając kilkakrotnie nie miałem tak
fantastycznych wyobrażeń. Scenografia przepiękna, porywająca
i zatykająca dech w piersiach. Na co dzień, mając pewne obawy
przed wejściem na zwykłą drabinkę, czułem jak mnie coś
wgniata w fotel, gdy kamera nagle zaczynała pikować w dół, w
głąb czeluści Mordoru, czy gdzieś z pionowej ściany. Zupełnie
jak na kolejce górskiej w niewesołym miasteczku. Ja stary
kinoman, z dziada pradziada, siedziałem z rozdziawioną gębą,
ale, ale ... wróćmy do naszych osłów. Seans niedzielny, sala
pełna, średni wiek widowni ok. 22-25. Film trwa 3 godziny. Po
kilku mocnych scenach (dla tych co maja lęk przestrzeni), zaczęły
się na sali, piski, chichoty, komentarze i tym podobne
niepokoje. W moim rzędzie siedziała "nieczytająca"
w objęciach "nieczytającego", a obok druga para w
tym samym stanie zajęcia, czytając Brailem (ci wyszli po
chwili ?!!). "Nieczytający" - pisany łącznie, to
typ czworonoga wspomnianego, z ukłonem w stronę salami. Typ
ten wie wszystko, bo wszystko już widział i słyszał. Czytać
nie musi, bo szkołę skończył. Jego percepcja jest
ograniczona, bo nikt nie strzela z pistoletu maszynowego, nikt
nie tarza się w łóżku i jakieś durne elfy, czarodzieje itp.
Dama "nieczytająca" po prostu trochę się boi i musi
chichotać aby nie pokazać po sobie, że film robi na niej wrażenie.
W sumie miałem nieco zepsuty seans, ale nic to wobec tego co
widziałem na ekranie. Na pewno będę chciał zobaczyć ten
film - na spokojnie - jeszcze raz. Warto.
Z całej tej kinowej przygody można wyciągnąć wniosek taki -
chodzą też Ci, którzy w towarzystwie rzucą - byłem, nic
ciekawego. Chodzą dla mody, bo inni byli, bo głośno o filmie.
Wychodząc z kina podsłuchałem: - Ty - wiesz - to takie trzy
grube tomy, kto to przeczyta? No właśnie, trzeba było kochać
Puchatka, Prosiaczka i Kłapouchego. Na początek.
Walcząc
z chandrą, skokami ciśnienia pogodowego (właśnie zima wraca
jakby) zapisałem się na kurs nauki jazdy. Instruktor
sympatyczny, samochód chodzi jak zegarek, a ja trenuję
cofanie, skręty i parkowanie tyłem. Największe emocje to
jazda po mieście, szczególnie rondo ONZ, Świętokrzyska,
Marszałkowska i plac Bankowy. A jeszcze w lewo, i znowu
tramwaj, jedynka, gaz, sprzęgło, hamulec, sprzęgło, znów
jedynka. Zmora, szczególnie dla poza-warszawskich kierowców.
Bez względu na temperaturę na zewnątrz, czuję jak mi ciepło
w plecy. Przy pierwszej jeździe widzę tylko na dwa metry przed
maską, po kilku pole widzenia jakoś mi się gwałtownie
poszerza, nawet zdobywam się na odwagę spojrzenia w lusterko.
Już widzę, jak się znajomi śmieją z moich stresów, na szczęście
- przyjaciel mnie pociesza - po każdym wyjściu z samochodu
(pierwsze jazdy) - łydki dygotały mu jak jesienne liście.
Mnie nie dygotały, ale ciepłe plecy - to jest to. Najgorsza
cholera, to ten cienki słupek, który ma się pokazać w kąciku,
lewej małej szybki, a jak go minę (czy to ten właściwy?) to
mocno w prawo. Trenuję blisko klasztoru, niedawno widziałem
jak z gracją włącza się do ruchu zakonnica. Okazało się że
to "była" uczennica, "mojego" ośrodka i na
"moim" lanosie szkolona. Więc może i ja się nauczę?
Uczyć
się warto - to tak nudne i okropne stwierdzenie, jak tran na łyżce
stołowej. Ale gdyby w każdej nauce, znaleźć sobie element
zabawy, rozrywki nawet, wtedy nie jest to już
"nauka", a przyjemność poznania czegoś nowego. I
nie jest się już smutnym osiołem co do kina zaplątał się
przez przypadek. |
|
12
luty
wtorek
2002 |
|
Sądząc
z otrzymywanej korespondencji to nastrój walentynkowy w całek
pełni. Nakręcają go oczywiście sprzedawcy różnych gadżetów
z których czerwone serduszka konkurują z różowymi (..tfu).
Korespondencja ta, nie od Pań miłych memu sercu, a wytwórców
różnej maści, zachęcających mnie promocją dla ukochanej.
Na szczęście wiośniane uczucia nie zależą od świąt
handlowych, zawsze nadzieja że zostaną "one", na dłuższą
chwilę. Każdy oddzieli szmirę od uczuć i nie ma się czym
przejmować. Z drugiej strony walentynki - jaki to miły
pretekst, aby niespodziewanie zwrócić uwagę tej naszej,
wybranej na nasze mizerne wysiłki zmierzające do.. - no
wiadomo - Wasowski i Przybora określili to w swej piosence jako
"drżący dwu-kwiat naszych ciał".
Kasując kolejne reklamy muszę stwierdzić, że wysyła się
wszystko jak popadnie, a ja proszę o nie przysyłanie więcej
żadnych różowych peniuarów. Wolę czarne, czerwone też
czasem, ale nigdy różowe. W jednym z filmów z Doris Day
("Rozmowa towarzyska"?) była taka scena, gdzie kot
wpada do nowo urządzonego pokoju i nagle zjeżony wycofuje się
tyłem. Czasem mam podobne uczucie.
Dzięki
powracającym opadom i ulewom, mogłem kilka filmów obejrzeć i
w kinie, i w domu, dzięki niezłej wypożyczalni kaset, którą
wykryłem w pobliżu.
"Amelię" zachęcony internetowymi opiniami obejrzałem
w kinie. Właściwie ten film jest trochę jak koncert,
precyzyjny, choć pełen fantazji. Filmów w tak przyjemnym
klimacie ostatnio nie robi się, stąd pewnie tęsknota, za
takim spokojnym, melodyjnym obrazem. Ten film jest po francusku
piękny i nastrojowy.
"American beauty" obsypany nagrodami nie zrobił na
mnie wrażenia, ani głębią psychologiczną, której nie widzę,
ani "śmiałymi" tekstami. A produkcja krajowa -
"kaszana" czyli podroby i to nieświeże nieco.
Obejrzałem dwie produkcje rodzime tj. "Wiedźmina" i
"Pieniądze to nie wszystko". Pierwszy wg. cyklu powieści
Sapkowskiego podobno nie umywa się do pierwowzoru (nie czytałem),
ale widziałem i .. szkoda czasu. 20 minut przed końcem syn
popatrzył na mnie błagalnie i mówi - tata może coś innego.
Zdecydowanie coś innego. Akcja niespójna, dialogi mętne, film
jakiś pocięty, a najlepsi (niby krzyżacy, za to w czerwonych
płaszczach) to zupełne nieporozumienie. Linę widziałem za to
współczesną - taką można kupić na placu Grzybowskim i po
co chodzić do kina?
"Pieniądze..." w reżyserii Juliusza Machulskiego to
nie to samo co "Vabank", czy "Seksmisja" to
zupełnie inny biegun. Główne hasło filmu, które jest też
na reklamowej stronie internetowej brzmi: "Piniondze to nie
fszystko, ale fszystko bez piniendzy to ....".
Zamiast kropek, w filmie nieudolnie zasłania się trzy litery,
związane kiedyś z dyskusją, czy pisze się przez samo
"H", czy "CH". W roli głównej Marek
Kondrat, który waha czy nie skoczyć z wieżowca - skoczyć na
piwo i dać sobie spokój z winem marki "wino". Bo o pędzeniu
tego napoju jest cały film, jako lekarstwo na bezrobocie w byłym
PGRze. Szkoda czasu.
Ze starszych filmów - obejrzałem z przyjemnością "Foresta
Gumpa" i "Czerwoną planetę".
Po "Harrym Potterze' czekam niecierpliwie na "Władców
pierścienia". (Poza konkurencją wszelką).
Te mini konfrontacje doprowadziły mnie do jednego wniosku.
Najlepszym filmem roku jest .............. SHREK. Bez względu
na wiek, wyznanie, łysinę, szkołę czy nieustabilizowane poglądy
- za humor, dialogi i .. całokształt. To trzeba zobaczyć i to
dwa, trzy razy, wtedy dotrą wszystkie smaczki i teksty. W
wersji wideo i dvd jest świetna końcowa piosenka, parodia
znanych przebojów - kapitalne.
Korespondentki
miłe, (i Ty: Dominiko, Krysiu, Kasiu, Gosiu, Ewo i...) bądźcie
kochane i na św. Walentego, i na wiosnę, i na każdy dzień
roku. A wyznający swe uczucia - w każdej formie (od czerwonego
serduszka do koronkowej, małej czarnej) niech oprócz wielkich
wyznań znajdą dla was trochę ...........przyjaźni. |
|
|
2
luty
sobota
2002
|
Co za
data, same dwójki, zupełnie jak kiedyś w szkole. No w końcu każdy
miał jakieś okresowe wzloty i upadki. Dlatego w tak dwójkową datę
wziąłem się do pracy i wyszukałem większość zdjęć o murach
obronnych naszej Starówki. Mam już cały odcinek od placu Zamkowego do
Barbakanu. Za chwile okaże się że mury były dookoła i trzeba
jeszcze dodać fragmenty od Brzozowej. Jeszcze ciekawsze są tablice
pamiątkowe jakie umieszczano na murach - szczególnie od Podwala. Jutro
słoneczna niedziela, może uda się zrobić kilka nowych zdjęć.
Od razu mam pretekst do dywagacji pogodowych, bo co to za zima, jak
jutro ma być do 16 stopni ciepła. Dziś w ogrodzie Saskim podziwialiśmy
z Martą młode pędy i świeże trawki. Na wiosnę chyba jeszcze za
wcześnie. Podobnego zdania są pewnie panowie z Miejskich Zakładów
Autobusowych, bo w ramach spaceru przejechaliśmy się kawałek linią
100. Linia ta wiedzie od placu Zamkowego do Łazienek, zahaczając po
drodze o pomnik Powstania, Getta, Zachętę i inne atrakcje do pokazania
z okien autobusu piętrowego. Wracając do Panów z MZA to w zimowym śnie
jeszcze - sądząc po szybach tak brudnych, że o fotografowaniu mowy
nie ma, a i objaśniając obok czego jedziemy, trzeba wykonywać dziwne
ruchy, aby wypatrzyć kawałek mniej zamazany. Linia turystyczna i
czynna tylko w święta, no to umyjcie czasem, skoro autobus jeździ raz
na godzinę.
Rodzinka
przed telewizorem ogląda na TVN - "Drogę do gwiazd", gdzie
śpiewać każdy może, o ile ma jakieś ku temu talenta, czego
doszukuje się u pań i panów w wieku każdym - Zbigniew Wodecki. Najsłynniejsza
gwiazda wylansowana tym programem, o której szeroko w prasie również,
to Pani Irena Staniek. Sukces wspaniały, głos jeszcze wspanialszy. Co
ciekawsze kariera jej dopiero się zaczyna, mimo że dama w wieku dojrzałym.
Sopran koloraturowy, a wyprzedziła w rankingach sprzedaży płyt Kylie
Minogue. Czy to nie żart losu, kiedy ma się już za sobą i smutki, i
radości, i trudy różne - spada sukces tak zasłużony. Popędziłem
od razu po płytę, jak tylko się ukazała, od razu kupiłem też
"Lunę" Sary Brightman. A to dlatego, że obie panie zaczęto
w prasie i telewizji porównywać, pewnie dlatego że każda wykonywała
"Time I said good bye". No, ale czy kto piszący posłuchał
obu płyt jak ja - wątpię. Każda jest inna i wielka na swój sposób.
Tylko my musimy zaraz na ten najwyższy piedestał, wypinając co tam
kto musi w narodowej dumie.
Równie
śmieszne larum, wokół zaufania do służby zdrowia, które jakoby
podkopują niecni, acz zaradni sanitariusze bratając się z pogrzebową
służbą. Przypomina mi to zupełnie symbiozę w jakież żyje pomoc
drogowa, informując szybko naszą kochaną policję o każdej stłuczce
i innej kolizji drogowej. Ich bezinteresowna gotowość, widoczna jest
szczególnie w stolicy, gdzie czasem jeszcze przed strażą pożarną
czy pogotowiem uda im się dojechać. Widocznie sami kierowcy w dbałości
o swoje czterokołowe i drogocenne pojazdy nawet w ostatnim tchnieniu
polecają się ich naprawczej trosce. A wracając do zaufania to
najbardziej śmieszy mnie jak jakiś związek występuje w trosce o
czystość szeregów, twierdząc, że jeden co bierze, reszty nie psuje
bo inni godni są i tylko nikt im dać nie chce. No ja nie musze mieć
zaufania do związku - żadnego, był radziecki i wiadomo jak się to
skończyło, był też taki zawodowy co wychował odpowiednie kadry co
kadrły (no taki musi być neologizm jak "łódka Bols" w
reklamie). A do kogo mam zaufanie w takim razie, w kraju takim właśnie
- do biorącego? No, zastanówmy się - jak już bierze to daje gwarancję
niby, bo ryzykuje też niby. I tak wszystko na niby, dla żartu jak to
pisanie właśnie. Miało być o przyrodzie, kulturze, a wyszło .. jak
zawsze. Skąd my to znamy.
Żeby jeszcze symbiozę i temat ratować - podaję do wiadomości, ze
nikt nie wycina jemioły. Ile można się całować do cholery. Już
innymi ulicami chodzę. A drzewa schną i schną. Potem przyjdzie burza
i złamie, a ten "jemioł" napisze, że traci zaufanie.
|