|
data
|
dziennikczylinocnik
|
25 marca
poniedziałek
|
|
Na
jutro zapowiadają minus pięć stopni miedzy Toruniem, a
Poznaniem, znaczy, to, że na rozbijanie namiotów w tym rejonie
pora to nie najlepsza. Sam niedługo rozbiję namiot na Zapiecku
(pewnie na znak protestu), bo już nawet na rogu Świętojańskiej
zamiast stoiska z książkami parking jakiś się zrobił. Straż
Miejska nie widzi, bo to tak trudno zauważyć, ale jak tylko
kobitka z obwarzankami zza rogu się wychyli to bieg, bieg. Z upływem
czasu, coraz bardziej zgryźliwy się robię, albo naiwny jaki. No
bo nikogo nie dziwi, że ruchome schody nie jeżdżą od lat, a
mnie dziwi, że w samym sercu miasta taka ruina i pośmiewisko.
Nie na darmo założyłem nową stronę o Starówce www.stare-miasto.com,
żeby chociaż tam zdjęciem, tę
"porutę" (jak mawia moja przyjaciółka z Poznania)
pokazać. Dla znawców i dla uśmiechu tam również ostry seks, w
dziale aktualności.
Śnił
mi się kilka dni temu Premier Miller, a to nic dobrego nie wróży.
Kiedyś śnił mi się Stalin i zaraz mi jakąś książkę
ukradli. No bez przesady, w końcu na Zapiecku Premier bywa i stąd
wiadomo, że kulturalny człowiek. A sen pewnie przez telewizję i
ten żółty krawat, co tak mi się wrył w pamięć, że marą
senną powrócił. Siedzieliśmy przy stole (w tym śnie oczywiście),
z boku jakaś pani, ale zdaje się, że coś mi się nie podobała,
bo co chwilę półgębkiem do Pan M. coś tam na nią niesympatycznego
donosiłem. Że źle pracuje, że robi błędy?? Skąd mi ta
lojalność przez sen się wzięła, ale, ale, ..jak we śnie
troskę się wyraża i niekompetentną kobitkę obgaduje - to w
rzeczywistości, czyli na jawie - jak nic tylko szara eminencja rośnie.
Skoro
mówimy o sukcesach, to cieszy nas niewątpliwie pojednanie
sportowców co na szczycie nawet miejsce miało. Skoczkowie nasi
musieli sobie nawzajem pomachać flagami - Polak - niemiecką,
Niemiec - polską, aby wszyscy wiedzieli, że nic do siebie nie
mają i szanują się nawzajem. Nawet radości nie ma, jak który
na łeb spadnie, bo zapomniał, że narta to nie hulajnoga. Taka
kultura teraz sportowa. A jakby, jakie gesty były to tylko
telewizja przeinacza i źle interpretuje. A jakie gesty? No czasem
machnie się łapą, albo pokaże palcem, bo jak ta łajza.. a
nie, to nie my. Pięknie jest i swojsko. Jak nasz biedak spadł i
potłukł się nieco, to nie myślał czy kręgosłup cały, tylko
pytał. Gdzie moje narty? Pilnujcie moich nart. No cóż. Pewnie
nasz skoczek nauki o społeczeństwie (naszym) lepiej opanował,
jak te loty podniebne.
Zastanawiałem
się czemu tak koledzy z hurtowni namawiają mnie na nowy towar, a
i w księgarni, do której zajrzę, to pusto zupełnie. Czyżbym
sobie zły zawód wybrał? Przez zimową przerwę w handlowaniu,
oderwałem się nieco od naszej książkowej rzeczywistości. I
dopiero dziecko własne płci dziewczęcej - zamówiło książki
u mnie. Tata - rzecze dziecina - kup mi coś nowego pani
Musierowicz. Okazało się że w domu już z 8 tomów leży, a
wszystko mało, bo sympatyczna poznanianka z Jerzyc tak pisze, że
dzieci muszą i koniec. Idziemy do księgarni, a tam cisza jak przystało.
Ale nie z szacunku dla przybytku, a z braku klientów. Prawie
centrum Warszawy, godziny popołudniowe, dwie osoby na sali i
kasjerka (załoga), a jedyni klienci to my dwoje. Wybraliśmy dwie
książeczki cieniutkie, klejone, bez twardej oprawy i każda ok.
25 zł kosztuje. Zapłaciłem 50 z jakimś ogonkiem i już jestem
na ziemi. Kupuję po cenach umiarkowanych, sprzedaję tanio, więc
odwykłem od cen pędzących. Ale, która mamusia kupi nawet jak
dziecko płacze że chce czytać. Niech lepiej pozostanie przy
latających kaczorach, a ostatecznie "big brothera"
poogląda w końcu to "samo" życie. A za te książki
dwie malutkie to kupiła by i sweter, i kapcie, i pewnie ze dwa
zeszyty jeszcze. No to po co czytać. Po co czekać, aż Pani
Musierowicz nową książkę napisze. Nie zapłaci jej
wydawnictwo, bo nie ma sprzedaży, nie weźmie księgarz z
hurtowni, bo "nie idą". Kółko graniaste, czworo
kanciaste. Ach nie ma już ministra od orkiestr dętych, ale
zmienia się tylko.. pogoda. To zupełnie jak z tym podatkiem VAT
w budownictwie, wprowadzono najwyższy w Europie, ale jak to odkręcić?
Parafrazując Kopernika można powiedzieć, ze głupota większa
wypiera mniejszą. A dzieci, cóż, jedne wyrosną na tych co
czytają, a inne na tych co mówią o czytelnictwie i kulturze. No
i kto będzie miał lepszą dietę?
Na
koniec przeprosiny dla Pani Krystyny (z Warszawy, Poznania,
Torunia i.. zapomniałem). No właśnie. Przepraszam za brak życzeń
imieninowych, kartek, SMS-ów i stosownych wyrazów. Uściskam
osobiście w przypadku spotkania po latach i skruchę wyrażę.
Trzymajcie się dzielnie i wesoło Krysie kochane i zamiast
oczekiwać zdawkowych, ulotnych i okolicznościowych czułości z
daleka - spójrzcie na człowieka, co obok Was nogami przebiera i
też mu się chce - do człowieka - jak cholera. Wiosna przecie. |
|
21 marca
czwartek
|
|
Pierwszy
dzień wiosny i .. zapowiedź na jutro opadów śniegu i temperatury
nieco ujemnej. Wiosna - pora radosna, a więc zacząłem
dzisiejszy dzień egzaminem teoretycznym ze znajomości przepisów
ruchu drogowego. Wynik: 1 błąd na 18 pytań, (można było mieć
dwa błędy). Egzamin przed komputerami, gdzie zamiast klawiatury
- pudełko z przyciskami ułatwiającymi wybór odpowiedzi. Ale..
może się zdarzyć, że ktoś nie ma komputera, pierwszy raz
zasiada przed ekranem i do tego stres w związku z tą maszyną.
Mimo, że pan egzaminator wszystko dokładnie i powoli objaśnia
oraz przeprowadza tzw. test próbny, można np. wcisnąć klawisz
- koniec i .. oblać. No i następny termin. Czyli zdający musi
zdawać przed komputerem, a czy są inne możliwości zdawania
testów nie wiem? Raczej wątpię. Do prawa jazdy droga
jeszcze daleka - trzeba zapisać się na egzamin praktyczny, zdać
odpowiednie manewry i dopiero wyjazd na egzaminacyjną jazdę po
mieście. Ostatnio całą godzinę ćwiczyłem na placu manewrowym
i jazda "pod chorągiewkę" coraz bardziej wydaje mi się
bezsensowna. O ile jeszcze rozumiem, że powinienem się zmieścić
w miejscu przewidzianym do zatrzymania i wykonywać odpowiednie
ruchy kierownicą, to już ustawienie się do manewru przy
odpowiedniej linii jest już dla mnie niezrozumiałe. No bo czy jeżdżąc
już praktycznie, będę szukał odpowiedniej linii na jezdni aby
się dokładnie przy niej ustawić do wykonania parkowania? No cóż,
bardziej praktyczne było by przećwiczenie parkowania na
normalnym chodniku, zatrzymanie przy krawędzi jezdni czy wjazd do
jakiejkolwiek bramy. Ale tego na kursie nie ma - są chorągiewki
i już. Mam jeszcze jedna wątpliwość. Z rozeznania jakie robiłem
- nie ma ośrodka, który przygotuje przyszłego kierowcę -
amatora np. do wymiany koła, zatankowania (poza barem), czy
sprawdzenia co tam jest pod tymi blachami - jakieś akumulatory, płyny
hamulcowe, oleje i inne śrubki. Pewnie zakłada się, że te
wszystkie sprawy wysysa przeciętny Polak z mlekiem matki (nieco
skażonym motoryzacyjnie). Z powyższego wynika, że najlepszym i
jedynym środkiem pomocy przy jakiejkolwiek awarii samochodu jest
.. telefon komórkowy. Musi go mieć każdy, bo o telefonie przy
drodze można pomarzyć tylko, ale może nie mieć zasięgu, za to
pieniędzy jak najwięcej koniecznie. No i powstaje pytanie
- Panie po co to Panu... ?
Wiosenna
radość byłaby pełna, gdybym się nie dowiedział, że jestem
funkcją!!??
Jaką funkcją? Wiadomą!. Napisał do mnie, do wiadomości,
konserwator zabytków naszych, ze dopuszcza wprowadzenie funkcji
zgodnie z ustalonym zakresem i lokalizacją w terenie. Czyli ...
czytamy dalej - na mocy tej decyzji, zezwolenia na działalność
poszczególnych funkcji wydaje.... (tu nazwa urzędu). Może to
taki język prawno-konserwatorski, ale czy polski? Trzeba się będzie
zwrócić do tych co bronią polskości naszej i ziemi, może
jakie obce teraz tak piszą, aby nas skołować i sprzedać potem
do tej Unii. Funkcja jest wiadoma i to z 15 wiadomymi, bo dając każdemu
zainteresowanemu kopię, podano dokładne adresy zamieszkania
poszczególnych Jacków, Małgoś i in. z nazwiskiem oczywiście i
numerem domu i mieszkania. Przynajmniej możemy założyć związek
funkcji staromiejskich
bez ochrony danych osobowych, za to z ochroną zabytków. Tak
trzymać.
Tematy
korespondencji jaka ostatnio otrzymuję są nieco monotonne i
pisma te do sztuki epistolograficznej zaliczane być nie mogą.
Generuje czy wypluwa z wnętrza pisma owe bezduszna maszyna, a
bez... (radny, myślny, wolny - właściwe podkreślić) urzędnik
podpisuje wysyła i .. mam. Temat ten to oczywiście pieniądze.
Jestem na przykład winien 1 zł 80 gr. za energię dostarczoną
do magazynu. (Swoją drogą tanio, ale magazyn zdałem pół roku
temu i wtedy rozliczenia były na "zero"). Wysłano do
mnie listem poleconym (powiedzmy 2 złote opłata za znaczki)
dostarczył listonosz do domu policzył za doręczenie, dostał
"górką" 5 zł. Teraz ja mam wyjaśniać, czyli:
telefonować, pojechać i pokazać rozliczenie z lipca, wysłać
pismo wyjaśniające.
List drugi wzywa mnie do rozliczenia licznika za wodę (ostatnie
krople) w wysokości 2 zł 40 gr. za grudzień - w
mieszkaniu, które opuściłem, zdałem i rozliczyłem w
listopadzie. Teraz ja mam wyjaśniać ... ? A nie, zaczekam, aż
kwoty te wzrosną znacznie, albo też inny błąd je naprawi. Jak
wzrosną to większy kłopot dla tego co zdał się na
automatyczne wysyłanie rachunków nie wnikając w treść wcale.
Wystarczy nie zmienić danych np. najemcy w kartotece i już można
naliczać mu latami, nawet jak dawno spogląda na te starania z
najbliższej chmurki.
Ja czasami lubię napisać np. do jakiejś miłej panienki, w
odpowiednim wieku. Ale z tym kłopot, bo odpowiadają miłe
korespondentki, piszą nieustający ciąg dalszy i tak to potem
dochodzi do wyjaśnień, że żonaty, dzieciaty i .... takie tam.
Za to na pisma do Szanownej Pani Dyrektor, czy Szanownego Pana
Kierownika odpowiedzi brak zupełnie. Brak odpowiedzi to też
odpowiedź (dla przeszkolonych). Na jedno pismo (były nawet dwa
warianty) nie odpowiada mi nikt od kwietnia roku zeszłego (a to
urząd, urząd, nie firma "Krzak") - mieli zadzwonić,
ale pewnie zapomnieli. Na inne od stycznia czekam i też nie
dostanę. Tu już jestem przeszkolony. Zapragnąłem kiedyś
naiwnie osobiście przedstawić swoje racje. Pani Dyrektor
przyjmuje w godzinach od do... Sekretarka była by nawet skłonna
mnie zapisać, ale terminu nie ma wolnego, może na piśmie o co
Panu chodzi? Dałem na piśmie trzy zestawy pytań do
wylosowania. Niestety nikt mnie nie chce dopuścić przed oblicze
nawet jak zdradziłem temat rozmowy. Może zły temat, albo te
panie sekretarki tak szybko się zmieniają i co chwilę inny
temat jest ważny. Napisano do mnie kiedyś takie piękne słowa..
"Dziękujemy Panu za pomysł zagospodarowania obiektu
zabytkowego, komisja rozważy itp. itd. Zawiadomimy niezwłocznie
o wyniku - celem uruchomienia procedury przetargowej" No i
co? Nic - to dawne czasy - minęło może 4, może 5 lat od
tamtej pory i nadal nie wiem co dalej? Obiekt wyremontowano. A co
w środku? Tego nikt nie wie. Ale dowiem się już w lecie -
mam pretekst. I tu opiszę.
Po
co narzekać na urzędników to temat tak stary i nudny, a w
dodatku stres wszyscy przeżywają okropny. Mogą stracić pracę.
Do tej pory wiecznie nieusuwalni - nagle mogą przestać być
potrzebni - no tak podała dzisiaj gazeta o tych co pracują w
samorządowych organach. Zmiana ustroju stolicy i teoretycznie -
bez pracy. Choć ja jestem spokojny, że nikt nie zgubi tych
diamentów, a liczne nowe organy (trzeba będzie powołać) wchłoną
tę wspaniałą kadrę bez zgrzytów. Wszystko zależy od
szczebla. Na niskim, nisko się lata, ale dłużej żyje. Na
wysokim żyje się wesoło i dostatnio, ale podglądają, judzą i
podkopują. No bo czy to nie znów jakaś prowokacja, skoro
spokojny, żonaty (i serce ma po lewej stronie), a niecnie
sfilmowany z zasadzki mąż stanu - w sytuacji normalnej, uczciwej
i serdecznej współpracy był właśnie, z personelem co mu tłumaczy
. Od kiedy to obejmowanie, cmokanie, czy nawet jakieś tam
ocieranie godne jest potępienia? Przecież to nasz sarmacki
obyczaj, serdecznie białogłowy przycisnąć do łona. A i dowód
dworności i uczuć wyższych przecie. O nędznych chuciach
pismaki piszą nienasycone, co im w tej Brukseli, Genewie czy
Poznaniu kazano pod drzwiami czekać. Powinniśmy brać przykład
- nie z bezdusznych co petenta nie widzą i nie piszą nawet do
niego biednego, ale z tych co z sercem otwartym, uśmiechem
jasnym, naprzód kroczą ku Europie - trzymając dłoń na
pulsie, a nawet nieco poniżej i obejmując tzw. całokształt.
Takich nam trzeba w tych trudnych czasach kryzysu. Czepili
się też pasterza co poznańskie trzody na łąki niebieskie
kieruje. No jak kieruje - sam wie najlepiej i żadną
korespondencją ambonową ogłaszać nie musi, ale czyni to dla
dobra i zrozumienia, a nie
poniewierki i kpin jakich. Kleryk jak młody to na różne
podszepty wyczulony, po postach licznych - serdeczności nie
zwyczajny - to i głupoty plecie. Gdy pasterz obejmie nawet, to i
wie co czyni. Wszak każdą owcę przed "strzyżą"
uspokoić należy, że o baranach nie wspomnę.
Na
koniec znowu optymizmu nieco. Kupcy staromiejscy dla których
niecnie gazetkę wewnętrzną prowadzę, umyślili co by ukazać
dokonania swoje w internecie. Stąd nowa strona, tylko Starówce
poświęcona powstaje. Choć o Zarządzie, statucie i dokonaniach
być musi, to raczej zmierzać będę w stronę miłego dla ucha i
oka informatora. Takiego co przyda się do spaceru, wyskoku na
kolację przy świecy czy choćby do wyszukania jakiego zabytku
czy legendy. No i reklama, jako dźwignia całego przedsięwzięcia
i pokazanie co kto tam smaży w swej knajpie czy kuje w
pracowni.
A wszystko pod adresem www.stare-miasto.com
Wszelkie uwagi niemile widziane. Wystarczy że nazwa
genialna. |
|
13 marca
środa
|
|
Lubię
sobie ostatnio pooglądać wiadomości, bo nieco inaczej brzmią
one o 19 a już nieco inne spojrzenie prezentuje telewizja o
19:30.
To zupełnie jak z pewnym sympatycznym dziadkiem, z którym dawno
temu grałem w szachy. Dziadzio ów sympatyczny wielce, opowiadał
mi jak ocenia pracę lekarzy, bo z ta samą chorobą szedł
najpierw do jednego, a za dni parę aby się upewnić co do istoty
schorzenia do drugiego. Siadał potem i w zadumie badał otrzymane
recepty. Jeden dawał leki obniżajże ciśnienie, drugi z kolei
chciał dziadziowi dodać nieco wigoru, a więc te same wyniki
badań skłaniały go do zapisania leku, który to ciśnienie
podnosił. Dość ciekawą zabawą było badanie, jak organizm wytrzyma te
eksperymenty. Pan A. doznawał coś na kształt
"odjazdu", jak obecnie określa się stan po
narkotykach. Nieco go to bawiło, ale i niepokoiło, czy też taki
eksperyment skończy się na drżeniu rąk, czy przejazdem na
cmentarz. Jakie znalazł wyjście. Poszedł do trzeciego lekarza,
który zalecił jeszcze inne leki. Zapewne w tej loterii wybrał
leczenie właściwe, bo żył jeszcze dość długo. A więc jeśli
jeden program telewizji podaje mi to co właściwe i pewne, warto
po chwili sprawdzić jakie komentarze wywołują te same fakty na
programie drugim. Od pewnego czasu właśnie, bawią mnie
komentarze TVN w konkurencji z dziennikiem z I programu. Tam
sensacja, najwyższe napięcie, a po pół godzinie spokój, uśmiech
i jakiś inny komentarz. Najbardziej podoba mi się jak reporter
zamiast odkrywać swoje widzenie świata pozwala opowiadać
swobodnie rozmówcy. Dopiero wtedy można "boki zrywać"
jak cudownie bredzą "przedstawiciele narodu", którzy
jakby na złość lub na przekór (komu?) zostali wybrani. Mój
faworyt od orkiestr dętych nie zawodzi mnie nigdy. Nawet teraz
gdy "własną piersią" broni polskiej ziemi przed
obcym. Najśmieszniejsze jest to, że ostrząc przepisy prawa tak,
aby żaden obcokrajowiec nie mógł kupić polskiej ziemi, równocześnie
może się utrudnić jej nabycie nawet tym rdzennym. No znowu ta
partyjka od kujawiaka i dętej orkiestry, najpierw chce dawać
certyfikaty, zezwolenia i tym podobne, na oranie i sianie, a nawet
ograniczyć wielkość "ha" do zakupu. No jak
zezwolenia, to swoim, albo za kasę i znowu wiemy jak to się skończy,
już to przerabialiśmy.
Okazuje się zresztą że TVN "Wielkim Bratem" stoi no i
jak który uczestnik "reality szoł" porusza zadkiem, to
zaraz oglądalność rośnie. Jak pieprzyć to w sposób
zorganizowany z udziałem 3 milionów oglądaczy. No i teraz widać
jak jesteśmy zapóźnieni telekomunikacyjnie. Zamiast sobie
obejrzeć gdzieś w sieci co dusza zamarzy, trzeba w telewizorze,
a jeszcze bachory z pokoju wygonić, teściową zamknąć itd.
itp. Dostępu do internetu na lekarstwo, komputery drogie,
pozostaje sapanie na ekranie w "Big Brotherze. No i co robić?
Ziemie chcą nam polską wyrwać, golizna limitowana i jeszcze
podatki rosną.
Zupełnie
mniej śmieszne jest szukanie korka do dziury budżetowej w mojej
kieszeni. Właśnie złożyliśmy z koleżanką małżonką PIT-y
do rozliczenia. Osobno. Jeszcze rok temu mogliśmy razem, teraz
nie bo jestem podatnik zryczałtowany. Dostajemy "w
kuchnie" tak ok. 2.500 złotych. Jak półroczna emerytura
mojej teściowej. Rozliczając się razem dostali byśmy większy
zwrot kwot wpłaconych, a tak "figa z
makiem". Pewnie cieszyć się należy i z tego, bo w końcu
można by znaleźć jeszcze lepszego haka i nic nie zwrócić.
Walcząc
z nudą skończyłem kurs prawa jazdy. Egzaminy wkrótce to szczegółowo
opiszę, bo sam jestem ciekaw. Jak na razie udało mi się
zorientować, że po przepisowych 20 godzinach za kółkiem, moje
umiejętności są co najmniej umiarkowane. Oczywiście kupiłem
dodatkowe jazdy tzw. doszkalające. Coś mi się zdaje, że sporo
czasu z tych jazd marnujemy na doskonalenie manewrów na placu między
chorągiewkami. Jak pamiętam, kiedyś nie robiono z tym problemów,
bo jazdy odbywały się wyłącznie na mieście, a manewry nie na
wymyślonych liniach, a na konkretnym podjeździe, wjeździe czy
bramie. Teraz dotknięcie chorągiewki "skucha", bliżej
lub dalej jak 30 cm przed linią kończącą manewr - źle. Łuk
nie wyszedł i ... nie zdałeś. No cóż, może te utrudnienia były
potrzebne, bo wtedy można nie dopuścić do dalszej jazdy i
jeszcze trochę podszkolić..
Rozpocząłem nowe dzieło dla kupców
staromiejskich. Mają zaistnieć w internecie, a więc potrzebna
im strona, która nie tylko będzie przynudzać o posiedzeniach, postanowieniach
i dokonaniach, ale będzie informować co tam właściwie jest. No
i reklama sklepów, galerii, kafejek. Wykorzystam swoje zapieckowe
wiadomości historyczne, a "zapiecek" skupi się na
swoich lokalnych sprawach. Już pierwsza strona jest pod adresem www.stare-miasto.com
. Można zachodzić w głowę dlaczego taka domena jeszcze się
uchowała. Bo "stare miasto" bez myślnika dawno
wykupione, choć żadna witryna pod tym adresem nie istnieje.
Pewnie wykupiono dla dalszej odsprzedaży. Zresztą żadnej nazwy
pokrewnej nie mogłem znaleźć bo wszystko zajęte. Ale o tym za
chwilę.... |
|
6 marca
środa
2002
|
|
Mój
dziennik co raz bardziej na psy schodzi, nie ubliżając
sympatycznym czworonogom. Pracując na Zapiecku już chyba z 8 lat
mogłem się zaprzyjaźnić z niemałą czeredą, która węsząc
kiełbaski jakoweś, albo pierniczki, merdając wyraża mi swoje
poparcie dla kulinarnych gustów. Jak na razie to marazm okrutny i
nikt mi swojego poparcia nie daje, czyli czytać to trzeba, że
wyję jak pies, albo wilk do księżyca oczekując na ... no na
co? - na zezwolenie na pracę. Stąd nastrój nie do pisania, ani
merdania czymkolwiek, kłów oszczędzam na stare lata, więc i
warczeć cichcem jeno czasem sobie pozwolę. Powoli dochodzę
do wniosku, że to nasze władze kochane zajmują się produkcją
bezrobotnych, co tylko lament dziennikarzy w mediach większy i
czasem jaka babina też zawyje .. - Oj Jezu!! Jezu!!...
Prawdać to czy nie, ale powiadają mądrzy na urzędzie, że już
tylko jedna opinia waży o tym, jakie stoiska i jakich handlarzy
dopuści się do handlu i szpekulacji, a wyrazić ją może
jedynie szef główny od konserwacji zabytków w stolicy naszej.
Zatem spokojny jestem, bo nieco siwizną przypruszony, a i łysawy
nieco za zabytek narożny robić mogę. Gorsze liszaje na kamienicach
widać, co je powoli do porządku (za odpowiednią reklamę)
przywracają, więc i może mnie zatwierdzą po drobnej renowacji.
Póki co na dziko czasem po rogach z watą słodką na patyku się
czają, czasem jakiś zawyje przy akompaniamencie lub bez oglądając
się czy czasem gdzież z bramy lub zza rogu patrol Straży
Miejskiej nie wyskoczy.
Nawet pocztówki z rynku zniknęły czając się trwożnie na
jednym stojaczku w głębi bramy, pamiątki z murów
staromiejskich także. Wszyscy zastygli w oczekiwaniu na ważną
konserwatorską pieczęć. Z
tej chandry musi się coś twórczego narodzić, a więc kończę
powoli kurs samochodowy. Jazd odbyłem już prawie wymagane
minimum, ale uważam, że 20 godzin za kółkiem to nieco mało,
aby w wielkomiejskim ruchu uczestniczyć bez anioła stróża, który
na czas w łeb walnie, pedał hamulca przyciśnie, albo kierownicą
skręci. Nie, nie ma obawy, w łeb już nie biją, najwyżej
wiedzę opornym wbijają jako i ja ciemnota-piechota. Świat zza
kierownicy zupełnie inny i pieszego spojrzenie na niewiele się
tu przydaje. Nie ma co patrzeć w niebo, ani oglądać się za
panienką po 30-tce, trzeba jechać i jeszcze na czas wykonywać różne
dziwne ruchy rękami, nogami, że o skrętach tułowia nie wspomnę.
Wydłużam sobie szkolenie z premedytacją, bo chciałbym się
nauczyć, a nie mieć jeszcze jeden kartonik w portfelu. Dziś
rano pochodziłem sobie trochę po znajomych uliczkach, uzupełniając
brakujące zdjęcia kamieniczek do mojego albumu staromiejskiego,
który tu właśnie mam zaszczyt przedstawiać. Na razie to
schemat - zdjęcie, historia domu, jakie to firmy się mieszczą
pod omawianym adresem, czasem ciekawe elementy architektoniczne. Później
dochodzić będą różne opowieści związane z poszczególnymi
domami, dalsze zdjęcia (sprzed lat itp., itd.). Szukając opisów
i historii tych kamieniczek, coraz częściej uświadamiam sobie,
że odbudowa Starego Miasta to realizacja jakiejś tam wizji przyjętej
w latach powojennej odbudowy. Sporo domów skrócono o kondygnację,
zmieniano wygląd zewnętrzny odchodząc od tego co było np. w
1939 roku na rzecz wyglądu znacznie wcześniejszego. Może to i słuszne,
bo przecież przedwojenna Starówka nie była zbyt piękna, a i
niewiele elementów autentycznych uchowało się po wojennych
zniszczeniach. Żal mi jedynie katedry, której widok renesansowy,
przedwojenny zamieniono na gotycki. Na szczęście znam to tylko
ze zdjęć i opowiadań zaprzyjaźnionej babci, która każdej
wiosny, pierwsza mnie wita na Zapiecku. Daj jej Boże zdrowie. No
i tak powoli rodzi mi się następny, choć smutny temat. Stare
Miasto na obrazach i fotografiach przedwojennych, a także wojenne
ruiny, powstańcze barykady itp. W
zeszłym roku dojeżdżałem na Stare Miasto autobusem, od strony
Miodowej, teraz tramwajem od Placu Bankowego i przez tunel
zapomnianej trasy W-Z. Niszczeją tablice bohaterów pracy i
przodowników co trasę budowali, krzywią się schody, którymi
wspinamy się do Zamku. Ale najbardziej mi żal i wstyd, o to, że
ruchome schody od lat nieruchome, wejścia zapuszczone i brudne.
Rdza żre dołem, władza górą, a ludek pnie się pracowicie po
kamiennych krzywych schodach. No cóż, te schody to piękniejsze
wspomnienie mojego dzieciństwa, do dziś nie znam odpowiedzi na pytanie
czy fajnie by się zjechało na ty... (spodniach) - tak z samej góry
na dół po gładkiej powierzchni pomiędzy schodami, których było
aż trzy. Jedne stały w rezerwie, a czasem dwa pasy w górę,
jeden w dół jechały. I który koleś zza Warszawy przyjechał,
to pierwsze pytanie było - schody widziałeś? No
i na wspominki mi się zebrało, bo coś ciągle chce mi się
przywracać coś co dobrze działało, a i ludziom dawało nieco
ulgi i przyjemności. A co? Mam pisać o kolejnym byłym działaczu
z chrześcijańskiej solidarności, którego przymknęli, bo brał
za mało, czy o innym, co już go wiozą zza granicy, bo brał
nieco więcej. I wcale nie chodzi o tę wesz komunistyczną czy
ortodoksyjnego działacza, ale o tych psubratów, co mamiąc jakąkolwiek
ideą kradną, oszukują i sprzeniewierzają. No i znowu psubrat
mi wyszedł, wybaczcie pieski, kundel na czterech łapach to
komplement, dwunożne kundle to już przekleństwo. No czemu ten
Wańkowicz pisał o kundliźmie?? A?? . Na
zakończenie uśmiech dla Pań wszystkich i choć bez dyżurnego
(urzędowego) tulipana, święto niech się święci - już za dwa
dni i co tam gadać - sympatyczne jest. Jak te baby, co to je łyżkami
można jeść. (No co, taka piosenka była) |
|