Archiwum - marzec 2002

      data 

                                              dziennikczylinocnik               
25 marca
poniedziałek

Na jutro zapowiadają minus pięć stopni miedzy Toruniem, a Poznaniem, znaczy, to, że na rozbijanie namiotów w tym rejonie pora to nie najlepsza. Sam niedługo rozbiję namiot na Zapiecku (pewnie na znak protestu), bo już nawet na rogu Świętojańskiej zamiast stoiska z książkami parking jakiś się zrobił. Straż Miejska nie widzi, bo to tak trudno zauważyć, ale jak tylko kobitka z obwarzankami zza rogu się wychyli to bieg, bieg. Z upływem czasu, coraz bardziej zgryźliwy się robię, albo naiwny jaki. No bo nikogo nie dziwi, że ruchome schody nie jeżdżą od lat, a mnie dziwi, że w samym sercu miasta taka ruina i pośmiewisko. Nie na darmo założyłem nową stronę o Starówce www.stare-miasto.com, żeby chociaż tam zdjęciem, tę "porutę" (jak mawia moja przyjaciółka z Poznania) pokazać. Dla znawców i dla uśmiechu tam również ostry seks, w dziale aktualności.

Śnił mi się kilka dni temu Premier Miller, a to nic dobrego nie wróży. Kiedyś śnił mi się Stalin i zaraz mi jakąś książkę ukradli. No bez przesady, w końcu na Zapiecku Premier bywa i stąd wiadomo, że kulturalny człowiek. A sen pewnie przez telewizję i ten żółty krawat, co tak mi się wrył w pamięć, że marą senną powrócił. Siedzieliśmy przy stole (w tym śnie oczywiście), z boku jakaś pani, ale zdaje się, że coś mi się nie podobała, bo co chwilę półgębkiem do Pan M. coś tam na nią niesympatycznego donosiłem. Że źle pracuje, że robi błędy?? Skąd mi ta lojalność przez sen się wzięła, ale, ale, ..jak we śnie troskę się wyraża i niekompetentną kobitkę obgaduje - to w rzeczywistości, czyli na jawie - jak nic tylko szara eminencja rośnie. 

Skoro mówimy o sukcesach, to cieszy nas niewątpliwie pojednanie sportowców co na szczycie nawet miejsce miało. Skoczkowie nasi musieli sobie nawzajem pomachać flagami - Polak - niemiecką, Niemiec - polską, aby wszyscy wiedzieli, że nic do siebie nie mają i szanują się nawzajem. Nawet radości nie ma, jak który na łeb spadnie, bo zapomniał, że narta to nie hulajnoga. Taka kultura teraz sportowa. A jakby, jakie gesty były to tylko telewizja przeinacza i źle interpretuje. A jakie gesty? No czasem machnie się łapą, albo pokaże palcem, bo jak ta łajza.. a nie, to nie my. Pięknie jest i swojsko. Jak nasz biedak spadł i potłukł się nieco, to nie myślał czy kręgosłup cały, tylko pytał. Gdzie moje narty? Pilnujcie moich nart. No cóż. Pewnie nasz skoczek nauki o społeczeństwie (naszym) lepiej opanował, jak te loty podniebne.

Zastanawiałem się czemu tak koledzy z hurtowni namawiają mnie na nowy towar, a i w księgarni, do której zajrzę, to pusto zupełnie. Czyżbym sobie zły zawód wybrał? Przez zimową przerwę w handlowaniu, oderwałem się nieco od naszej książkowej rzeczywistości. I dopiero dziecko własne płci dziewczęcej - zamówiło książki u mnie. Tata - rzecze dziecina - kup  mi coś nowego pani Musierowicz. Okazało się że w domu już z 8 tomów leży, a wszystko mało, bo sympatyczna poznanianka z Jerzyc tak pisze, że dzieci muszą i koniec. Idziemy do księgarni, a tam cisza jak przystało. Ale nie z szacunku dla przybytku, a z braku klientów. Prawie centrum Warszawy, godziny popołudniowe, dwie osoby na sali i kasjerka (załoga), a jedyni klienci to my dwoje. Wybraliśmy dwie książeczki cieniutkie, klejone, bez twardej oprawy i każda ok. 25 zł kosztuje. Zapłaciłem 50 z jakimś ogonkiem i już jestem na ziemi. Kupuję po cenach umiarkowanych, sprzedaję tanio, więc odwykłem od cen pędzących. Ale, która mamusia kupi nawet jak dziecko płacze że chce czytać. Niech lepiej pozostanie przy latających kaczorach, a ostatecznie "big brothera" poogląda w końcu to "samo" życie. A za te książki dwie malutkie to kupiła by i sweter, i kapcie, i pewnie ze dwa zeszyty jeszcze. No to po co czytać. Po co czekać, aż Pani Musierowicz nową książkę napisze. Nie zapłaci jej wydawnictwo, bo nie ma sprzedaży, nie weźmie księgarz z hurtowni, bo "nie idą". Kółko graniaste, czworo kanciaste. Ach nie ma już ministra od orkiestr dętych, ale zmienia się tylko.. pogoda. To zupełnie jak z tym podatkiem VAT w budownictwie, wprowadzono najwyższy w Europie, ale jak to odkręcić? Parafrazując Kopernika można powiedzieć, ze głupota większa wypiera mniejszą. A dzieci, cóż, jedne wyrosną na tych co czytają, a inne na tych co mówią o czytelnictwie i kulturze. No i kto będzie miał lepszą dietę? 

Na koniec przeprosiny dla Pani Krystyny (z Warszawy, Poznania, Torunia i.. zapomniałem). No właśnie. Przepraszam za brak życzeń imieninowych, kartek, SMS-ów i stosownych wyrazów. Uściskam osobiście w przypadku spotkania po latach i skruchę wyrażę. Trzymajcie się dzielnie i wesoło Krysie kochane i zamiast oczekiwać zdawkowych, ulotnych i okolicznościowych czułości z daleka - spójrzcie na człowieka, co obok Was nogami przebiera i też mu się chce - do człowieka - jak cholera. Wiosna przecie.

21 marca
czwartek

Pierwszy dzień wiosny i .. zapowiedź na jutro opadów śniegu i temperatury nieco ujemnej. Wiosna - pora radosna, a więc zacząłem dzisiejszy dzień egzaminem teoretycznym ze znajomości przepisów ruchu drogowego. Wynik: 1 błąd na 18 pytań, (można było mieć dwa błędy). Egzamin przed komputerami, gdzie zamiast klawiatury - pudełko z przyciskami ułatwiającymi wybór odpowiedzi. Ale.. może się zdarzyć, że ktoś nie ma komputera, pierwszy raz zasiada przed ekranem i do tego stres w związku z tą maszyną. Mimo, że pan egzaminator wszystko dokładnie i powoli objaśnia oraz przeprowadza tzw. test próbny, można np. wcisnąć klawisz - koniec i .. oblać. No i następny termin. Czyli zdający musi zdawać przed komputerem, a czy są inne możliwości zdawania testów nie wiem? Raczej wątpię.  Do prawa jazdy droga jeszcze daleka - trzeba zapisać się na egzamin praktyczny, zdać odpowiednie manewry i dopiero wyjazd na egzaminacyjną jazdę po mieście. Ostatnio całą godzinę ćwiczyłem na placu manewrowym i jazda "pod chorągiewkę" coraz bardziej wydaje mi się bezsensowna. O ile jeszcze rozumiem, że powinienem się zmieścić w miejscu przewidzianym do zatrzymania i wykonywać odpowiednie ruchy kierownicą, to już ustawienie się do manewru przy odpowiedniej linii jest już dla mnie niezrozumiałe. No bo czy jeżdżąc już praktycznie, będę szukał odpowiedniej linii na jezdni aby się dokładnie przy niej ustawić do wykonania parkowania? No cóż, bardziej praktyczne było by przećwiczenie parkowania na normalnym chodniku, zatrzymanie przy krawędzi jezdni czy wjazd do jakiejkolwiek bramy. Ale tego na kursie nie ma - są chorągiewki i już. Mam jeszcze jedna wątpliwość. Z rozeznania jakie robiłem - nie ma ośrodka, który przygotuje przyszłego kierowcę - amatora np. do wymiany koła, zatankowania (poza barem), czy sprawdzenia co tam jest pod tymi blachami - jakieś akumulatory, płyny hamulcowe, oleje i inne śrubki. Pewnie zakłada się, że te wszystkie sprawy wysysa przeciętny Polak z mlekiem matki (nieco skażonym motoryzacyjnie). Z powyższego wynika, że najlepszym i jedynym środkiem pomocy przy jakiejkolwiek awarii samochodu jest .. telefon komórkowy. Musi go mieć każdy, bo o telefonie przy drodze można pomarzyć tylko, ale może nie mieć zasięgu, za to pieniędzy jak najwięcej koniecznie.  No i powstaje pytanie - Panie po co to Panu... ?

Wiosenna radość byłaby pełna, gdybym się nie dowiedział, że jestem funkcją!!??
Jaką funkcją? Wiadomą!. Napisał do mnie, do wiadomości, konserwator zabytków naszych, ze dopuszcza wprowadzenie funkcji zgodnie z ustalonym zakresem i lokalizacją w terenie. Czyli ... czytamy dalej - na mocy tej decyzji, zezwolenia na działalność poszczególnych funkcji wydaje.... (tu nazwa urzędu). Może to taki język prawno-konserwatorski, ale czy polski? Trzeba się będzie zwrócić do tych co bronią polskości naszej i ziemi, może jakie obce teraz tak piszą, aby nas skołować i sprzedać potem do tej Unii. Funkcja jest wiadoma i to z 15 wiadomymi, bo dając każdemu zainteresowanemu kopię, podano dokładne adresy zamieszkania poszczególnych Jacków, Małgoś i in. z nazwiskiem oczywiście i numerem domu i mieszkania. Przynajmniej możemy założyć związek funkcji staromiejskich bez ochrony danych osobowych, za to z ochroną zabytków. Tak trzymać. 

Tematy korespondencji jaka ostatnio otrzymuję są nieco monotonne i pisma te do sztuki epistolograficznej zaliczane być nie mogą. Generuje czy wypluwa z wnętrza pisma owe bezduszna maszyna, a bez... (radny, myślny, wolny - właściwe podkreślić) urzędnik podpisuje wysyła i .. mam. Temat ten to oczywiście pieniądze. Jestem na przykład winien 1 zł 80 gr. za energię dostarczoną do magazynu. (Swoją drogą tanio, ale magazyn zdałem pół roku temu i wtedy rozliczenia były na "zero"). Wysłano do mnie listem poleconym (powiedzmy 2 złote opłata za znaczki) dostarczył listonosz do domu policzył za doręczenie, dostał "górką" 5 zł. Teraz ja mam wyjaśniać, czyli: telefonować, pojechać i pokazać rozliczenie z lipca, wysłać pismo wyjaśniające. 
List drugi wzywa mnie do rozliczenia licznika za wodę (ostatnie krople) w wysokości 2 zł 40 gr. za grudzień -  w mieszkaniu, które opuściłem, zdałem i rozliczyłem w listopadzie. Teraz ja mam wyjaśniać ... ? A nie, zaczekam, aż kwoty te wzrosną znacznie, albo też inny błąd je naprawi. Jak wzrosną to większy kłopot dla tego co zdał się na  automatyczne wysyłanie rachunków nie wnikając w treść wcale. Wystarczy nie zmienić danych np. najemcy w kartotece i już można naliczać mu latami, nawet jak dawno spogląda na te starania z najbliższej chmurki. 
Ja czasami lubię napisać np. do jakiejś miłej panienki, w odpowiednim wieku. Ale z tym kłopot,  bo odpowiadają miłe korespondentki, piszą nieustający ciąg dalszy i tak to potem dochodzi do wyjaśnień, że żonaty, dzieciaty i .... takie tam. Za to na pisma do Szanownej Pani Dyrektor, czy Szanownego Pana Kierownika odpowiedzi brak zupełnie. Brak odpowiedzi to też odpowiedź (dla przeszkolonych). Na jedno pismo (były nawet dwa warianty) nie odpowiada mi nikt od kwietnia roku zeszłego (a to urząd, urząd, nie firma "Krzak") - mieli zadzwonić, ale pewnie zapomnieli. Na inne od stycznia czekam i też nie dostanę. Tu już jestem przeszkolony. Zapragnąłem kiedyś naiwnie osobiście przedstawić swoje racje. Pani Dyrektor przyjmuje w godzinach od do... Sekretarka była by nawet skłonna mnie zapisać, ale terminu nie ma wolnego, może na piśmie o co Panu chodzi?  Dałem na piśmie trzy zestawy pytań do wylosowania. Niestety nikt mnie nie chce dopuścić przed oblicze nawet jak zdradziłem temat rozmowy. Może zły temat, albo te panie sekretarki tak szybko się zmieniają i co chwilę inny temat jest ważny. Napisano do mnie kiedyś takie piękne słowa.. "Dziękujemy Panu za pomysł zagospodarowania obiektu zabytkowego, komisja rozważy itp. itd. Zawiadomimy niezwłocznie o wyniku - celem uruchomienia procedury przetargowej" No i co? Nic - to dawne czasy - minęło może 4,  może 5 lat od tamtej pory i nadal nie wiem co dalej? Obiekt wyremontowano. A co w środku?  Tego nikt nie wie. Ale dowiem się już w lecie - mam pretekst. I tu opiszę.

Po co narzekać na urzędników to temat tak stary i nudny, a w dodatku stres wszyscy przeżywają okropny. Mogą stracić pracę. Do tej pory wiecznie nieusuwalni - nagle mogą przestać być potrzebni - no tak podała dzisiaj gazeta o tych co pracują w samorządowych organach. Zmiana ustroju stolicy i teoretycznie - bez pracy. Choć ja jestem spokojny, że nikt nie zgubi tych diamentów, a liczne nowe organy (trzeba będzie powołać) wchłoną tę wspaniałą kadrę bez zgrzytów. Wszystko zależy od szczebla. Na niskim, nisko się lata, ale dłużej żyje. Na wysokim żyje się wesoło i dostatnio, ale podglądają, judzą i podkopują. No bo czy to nie znów jakaś prowokacja, skoro spokojny, żonaty (i serce ma po lewej stronie), a niecnie sfilmowany z zasadzki mąż stanu - w sytuacji normalnej, uczciwej i serdecznej współpracy był właśnie, z personelem co mu tłumaczy . Od kiedy to obejmowanie, cmokanie, czy nawet jakieś tam ocieranie godne jest potępienia? Przecież to nasz sarmacki obyczaj, serdecznie białogłowy przycisnąć do łona. A i dowód dworności i uczuć wyższych przecie. O nędznych chuciach pismaki piszą nienasycone, co im w tej Brukseli, Genewie czy Poznaniu kazano pod drzwiami czekać. Powinniśmy brać przykład - nie z bezdusznych co petenta nie widzą i nie piszą nawet do niego biednego, ale z tych co z sercem otwartym, uśmiechem jasnym,  naprzód kroczą ku Europie - trzymając dłoń na pulsie, a nawet nieco poniżej i obejmując tzw. całokształt. Takich nam trzeba w tych trudnych czasach kryzysu.  Czepili się też pasterza co poznańskie trzody na łąki niebieskie kieruje. No jak kieruje - sam wie najlepiej i żadną korespondencją ambonową ogłaszać nie musi, ale czyni to dla dobra i zrozumienia, a nie poniewierki i kpin jakich. Kleryk jak młody to na różne podszepty wyczulony, po postach licznych - serdeczności nie zwyczajny - to i głupoty plecie. Gdy pasterz obejmie nawet, to i wie co czyni. Wszak każdą owcę  przed "strzyżą" uspokoić należy, że o baranach nie wspomnę. 

Na koniec znowu optymizmu nieco. Kupcy staromiejscy dla których niecnie gazetkę wewnętrzną prowadzę, umyślili co by ukazać dokonania swoje w internecie. Stąd nowa strona, tylko Starówce poświęcona powstaje. Choć o Zarządzie, statucie i dokonaniach być musi, to raczej zmierzać będę w stronę miłego dla ucha i oka informatora. Takiego co przyda się do spaceru, wyskoku na kolację przy świecy czy choćby do wyszukania jakiego zabytku czy legendy. No i reklama, jako dźwignia całego przedsięwzięcia i pokazanie co kto tam smaży w swej knajpie czy kuje w pracowni. 
A wszystko pod adresem www.stare-miasto.com
Wszelkie uwagi niemile widziane. Wystarczy że nazwa genialna. 

13 marca
środa

Lubię sobie ostatnio pooglądać wiadomości, bo nieco inaczej brzmią one o 19 a już nieco inne spojrzenie prezentuje telewizja o 19:30. To zupełnie jak z pewnym sympatycznym dziadkiem, z którym dawno temu grałem w szachy. Dziadzio ów sympatyczny wielce, opowiadał mi jak ocenia pracę lekarzy, bo z ta samą chorobą szedł najpierw do jednego, a za dni parę aby się upewnić co do istoty schorzenia do drugiego. Siadał potem i w zadumie badał otrzymane recepty. Jeden dawał leki obniżajże ciśnienie, drugi z kolei chciał dziadziowi dodać nieco wigoru, a więc te same wyniki badań skłaniały go do zapisania leku, który to ciśnienie podnosił. Dość ciekawą zabawą było badanie, jak organizm wytrzyma te eksperymenty. Pan A. doznawał coś na kształt "odjazdu", jak obecnie określa się stan po narkotykach. Nieco go to bawiło, ale i niepokoiło, czy też taki eksperyment skończy się na drżeniu rąk, czy przejazdem na cmentarz. Jakie znalazł wyjście. Poszedł do trzeciego lekarza, który zalecił jeszcze inne leki. Zapewne w tej loterii wybrał leczenie właściwe, bo żył jeszcze dość długo. A więc jeśli jeden program telewizji podaje mi to co właściwe i pewne, warto po chwili sprawdzić jakie komentarze wywołują te same fakty na programie drugim. Od pewnego czasu właśnie, bawią mnie komentarze TVN w konkurencji z dziennikiem z I programu. Tam sensacja, najwyższe napięcie, a po pół godzinie spokój, uśmiech i jakiś inny komentarz. Najbardziej podoba mi się jak reporter zamiast odkrywać swoje widzenie świata pozwala opowiadać swobodnie rozmówcy. Dopiero wtedy można "boki zrywać" jak cudownie bredzą "przedstawiciele narodu", którzy jakby na złość lub na przekór (komu?) zostali wybrani. Mój faworyt od orkiestr dętych nie zawodzi mnie nigdy. Nawet teraz gdy "własną piersią" broni polskiej ziemi przed obcym. Najśmieszniejsze jest to, że ostrząc przepisy prawa tak, aby żaden obcokrajowiec nie mógł kupić polskiej ziemi, równocześnie może się utrudnić jej nabycie nawet tym rdzennym. No znowu ta partyjka od kujawiaka i dętej orkiestry, najpierw chce dawać certyfikaty, zezwolenia i tym podobne, na oranie i sianie, a nawet ograniczyć wielkość "ha" do zakupu. No jak zezwolenia, to swoim, albo za kasę i znowu wiemy jak to się skończy, już to przerabialiśmy. 
Okazuje się zresztą że TVN "Wielkim Bratem" stoi no i jak który uczestnik "reality szoł" porusza zadkiem, to zaraz oglądalność rośnie. Jak pieprzyć to w sposób zorganizowany z udziałem 3 milionów oglądaczy. No i teraz widać jak jesteśmy zapóźnieni telekomunikacyjnie. Zamiast sobie obejrzeć gdzieś w sieci co dusza zamarzy, trzeba w telewizorze, a jeszcze bachory z pokoju wygonić, teściową zamknąć itd. itp. Dostępu do internetu na lekarstwo, komputery drogie, pozostaje sapanie na ekranie w "Big Brotherze. No i co robić? Ziemie chcą nam polską wyrwać, golizna limitowana i jeszcze podatki rosną.

Zupełnie mniej śmieszne jest szukanie korka do dziury budżetowej w mojej kieszeni. Właśnie złożyliśmy z koleżanką małżonką PIT-y do rozliczenia. Osobno. Jeszcze rok temu mogliśmy razem, teraz nie bo jestem podatnik zryczałtowany. Dostajemy "w kuchnie" tak ok. 2.500 złotych. Jak półroczna emerytura mojej teściowej. Rozliczając się razem dostali byśmy większy zwrot kwot wpłaconych, a tak "figa  z makiem".  Pewnie cieszyć się należy i z tego, bo w końcu można by znaleźć jeszcze lepszego haka i nic nie zwrócić. 

Walcząc z nudą skończyłem kurs prawa jazdy. Egzaminy wkrótce to szczegółowo opiszę, bo sam jestem ciekaw. Jak na razie udało mi się zorientować, że po przepisowych 20 godzinach za kółkiem, moje umiejętności są co najmniej umiarkowane. Oczywiście kupiłem dodatkowe jazdy tzw. doszkalające. Coś mi się zdaje, że sporo czasu z tych jazd marnujemy na doskonalenie manewrów na placu między chorągiewkami. Jak pamiętam, kiedyś nie robiono z tym problemów, bo jazdy odbywały się wyłącznie na mieście, a manewry nie na wymyślonych liniach, a na konkretnym podjeździe, wjeździe czy bramie. Teraz dotknięcie chorągiewki "skucha", bliżej lub dalej jak 30 cm przed linią kończącą manewr - źle. Łuk nie wyszedł i ... nie zdałeś. No cóż, może te utrudnienia były potrzebne, bo wtedy można nie dopuścić do dalszej jazdy i jeszcze trochę podszkolić..

Rozpocząłem nowe dzieło dla kupców staromiejskich. Mają zaistnieć w internecie, a więc potrzebna im strona, która nie tylko będzie przynudzać o posiedzeniach, postanowieniach i dokonaniach, ale będzie informować co tam właściwie jest. No i reklama sklepów, galerii, kafejek. Wykorzystam swoje zapieckowe wiadomości historyczne, a "zapiecek" skupi się na swoich lokalnych sprawach. Już pierwsza strona jest pod adresem www.stare-miasto.com . Można zachodzić w głowę dlaczego taka domena jeszcze się uchowała. Bo "stare miasto" bez myślnika dawno wykupione, choć żadna witryna pod tym adresem nie istnieje. Pewnie wykupiono dla dalszej odsprzedaży. Zresztą żadnej nazwy pokrewnej nie mogłem znaleźć bo wszystko zajęte. Ale o tym za chwilę....

6 marca
środa
2002

Mój dziennik co raz bardziej na psy schodzi, nie ubliżając sympatycznym czworonogom. Pracując na Zapiecku już chyba z 8 lat mogłem się zaprzyjaźnić z niemałą czeredą, która węsząc kiełbaski jakoweś, albo pierniczki, merdając wyraża mi swoje poparcie dla kulinarnych gustów. Jak na razie to marazm okrutny i nikt mi swojego poparcia nie daje, czyli czytać to trzeba, że wyję jak pies, albo wilk do księżyca oczekując na ... no na co? - na zezwolenie na pracę. Stąd nastrój nie do pisania, ani merdania czymkolwiek, kłów oszczędzam na stare lata, więc i warczeć cichcem jeno czasem sobie pozwolę.  Powoli dochodzę do wniosku, że to nasze władze kochane zajmują się produkcją bezrobotnych, co tylko lament dziennikarzy w mediach większy i czasem jaka babina też zawyje .. - Oj Jezu!! Jezu!!...
Prawdać to czy nie, ale powiadają mądrzy na urzędzie, że już tylko jedna opinia waży o tym, jakie stoiska i jakich handlarzy dopuści się do handlu i szpekulacji, a wyrazić ją może jedynie szef główny od konserwacji zabytków w stolicy naszej. Zatem spokojny jestem, bo nieco siwizną przypruszony, a i łysawy nieco za zabytek narożny robić mogę. Gorsze liszaje na kamienicach widać, co je powoli do porządku (za odpowiednią reklamę) przywracają, więc i może mnie zatwierdzą po drobnej renowacji. Póki co na dziko czasem po rogach z watą słodką na patyku się czają, czasem jakiś zawyje przy akompaniamencie lub bez oglądając się czy czasem gdzież z bramy lub zza rogu patrol Straży Miejskiej nie wyskoczy.
Nawet pocztówki z rynku zniknęły czając się trwożnie na jednym stojaczku w głębi bramy, pamiątki z murów staromiejskich także. Wszyscy zastygli w oczekiwaniu na ważną konserwatorską pieczęć.

Z tej chandry musi się coś twórczego narodzić, a więc kończę powoli kurs samochodowy. Jazd odbyłem już prawie wymagane minimum, ale uważam, że 20 godzin za kółkiem to nieco mało, aby w wielkomiejskim ruchu uczestniczyć bez anioła stróża, który na czas w łeb walnie, pedał hamulca przyciśnie, albo kierownicą skręci. Nie, nie ma obawy, w łeb już nie biją,  najwyżej wiedzę opornym wbijają jako i ja ciemnota-piechota. Świat zza kierownicy zupełnie inny i pieszego spojrzenie na niewiele się tu przydaje. Nie ma co patrzeć w niebo, ani oglądać się za panienką po 30-tce, trzeba jechać i jeszcze na czas wykonywać różne dziwne ruchy rękami, nogami, że o skrętach tułowia nie wspomnę. Wydłużam sobie szkolenie z premedytacją, bo chciałbym się nauczyć, a nie mieć jeszcze jeden kartonik w portfelu. 

Dziś rano pochodziłem sobie trochę po znajomych uliczkach, uzupełniając brakujące zdjęcia kamieniczek do mojego albumu staromiejskiego, który tu właśnie mam zaszczyt przedstawiać. Na razie to schemat - zdjęcie, historia domu, jakie to firmy się mieszczą pod omawianym adresem, czasem ciekawe elementy architektoniczne. Później dochodzić będą różne opowieści związane z poszczególnymi domami, dalsze zdjęcia (sprzed lat itp., itd.). Szukając opisów i historii tych kamieniczek, coraz częściej uświadamiam sobie, że odbudowa Starego Miasta to realizacja jakiejś tam wizji przyjętej w latach powojennej odbudowy. Sporo domów skrócono o kondygnację, zmieniano wygląd zewnętrzny odchodząc od tego co było np. w 1939 roku na rzecz wyglądu znacznie wcześniejszego. Może to i słuszne, bo przecież przedwojenna Starówka nie była zbyt piękna, a i niewiele elementów autentycznych uchowało się po wojennych zniszczeniach. Żal mi jedynie katedry, której widok renesansowy, przedwojenny zamieniono na gotycki. Na szczęście znam to tylko ze zdjęć i opowiadań zaprzyjaźnionej babci, która każdej wiosny, pierwsza mnie wita na Zapiecku. Daj jej Boże zdrowie. No i tak powoli rodzi mi się następny, choć smutny temat. Stare Miasto na obrazach i fotografiach przedwojennych, a także wojenne ruiny, powstańcze barykady itp. 

W zeszłym roku dojeżdżałem na Stare Miasto autobusem, od strony Miodowej, teraz tramwajem od Placu Bankowego i przez tunel zapomnianej trasy W-Z. Niszczeją tablice bohaterów pracy i przodowników co trasę budowali, krzywią się schody, którymi wspinamy się do Zamku. Ale najbardziej mi żal i wstyd, o to, że ruchome schody od lat nieruchome, wejścia zapuszczone i brudne. Rdza żre dołem, władza górą, a ludek pnie się pracowicie po kamiennych krzywych schodach. No cóż, te schody to piękniejsze wspomnienie mojego dzieciństwa, do dziś nie znam odpowiedzi na pytanie czy fajnie by się zjechało na ty... (spodniach) - tak z samej góry na dół po gładkiej powierzchni pomiędzy schodami, których było aż trzy. Jedne stały w rezerwie, a czasem dwa pasy w górę, jeden w dół jechały. I który koleś zza Warszawy przyjechał, to pierwsze pytanie było - schody widziałeś?

No i na wspominki mi się zebrało, bo coś ciągle chce mi się przywracać coś co dobrze działało, a i ludziom dawało nieco ulgi i przyjemności. A co? Mam pisać o kolejnym byłym działaczu z chrześcijańskiej solidarności, którego przymknęli, bo brał za mało, czy o innym, co już go wiozą zza granicy, bo brał nieco więcej. I wcale nie chodzi o tę wesz komunistyczną czy ortodoksyjnego działacza, ale o tych psubratów, co mamiąc jakąkolwiek ideą kradną, oszukują i sprzeniewierzają. No i znowu psubrat mi wyszedł, wybaczcie pieski, kundel na czterech łapach to komplement, dwunożne kundle to już przekleństwo. No czemu ten Wańkowicz pisał o kundliźmie?? A?? . 

Na zakończenie uśmiech dla Pań wszystkich i choć bez dyżurnego (urzędowego) tulipana, święto niech się święci - już za dwa dni i co tam gadać - sympatyczne jest. Jak te baby, co to je łyżkami można jeść. (No co, taka piosenka była)