Archiwum - kwiecień 2002

      data 

                                              dziennikczylinocnik               
29 kwietnia
poniedziałek

Miałem napisać coś miłego, sympatycznego i optymistycznego na koniec miesiąca kwietnia, aby z nową, "pozytywną" energią ruszyć w pochód majowy. Wszak jestem lud pracujący świątecznie, ale radośnie umiarkowany. Do rzeczy.
Dziś smutek wielki i wściekłość zarazem na Starym Mieście. Szyby powybijane, sklepy zdemolowane, poniszczone samochody.  To efekt "zabaw" kibiców "Legii", którzy świętowali zdobycie tytułu mistrza Polski przez kopaczy futbolowych. Jak taki mistrz Polski to emigrować trzeba, choćby do najbliższej lecznicy zdrowia psychicznego. Jakiś kretyn klubowy zaproponował na stadionie Legii - wymarsz na Starówkę. Oczywiście nikt nie przewidział, że kibice będą pijani, bo czym się mieli upić skoro piwo było darmowe. Nikt nie zastanowił się, że nie wpuszczeni na stadion będą chcieli gdzieś się władować i poszaleć. Organizator przecież - to klub pijanych, bo tylko odurzony i bez wyobraźni działacz zorganizował wyjazd drużyny na spotkanie z kibicami na Placu Zamkowym. Ciekawe czy to było uzgodnione z jakimikolwiek władzami. Oczywiście turyści, mieszkańcy won, teraz tłuszcza  się bawi. Od 20 wieczorem do 1 w nocy bez żadnej interwencji szaleli wandale. Wielu mieszkańców i kupców dawno nie przeżyło podobnego horroru. Co zawinili właściciele sklepu warzywniczego, że zdemolowano im sklep, wybito szyby, kto pokryje straty materialne w monopolu opróżnionym przez spragnionych gorzały? Co mają powiedzieć właściciele nowego renaulta, z Zapiecka gdzie wybito szyby i skakano po karoserii. Dla mnie jest oczywiste, że za wszystkie straty zapłaci klub - sportowy czy gorzałkowy nie ważne, ale pozbawiony wyobraźni na pewno. W całej codziennej prasie najbardziej głupią recenzję ze "święta sportu" napisał Michał Zaczyński w Życiu Warszawy. Zacytuję tu entuzjastę dla pamięci, bo zamknął oczy i numer przed czasem; "Nie było ani chuliganów, ani agresji, a świętujący legioniści pilnowali nawet, by w porywie niepohamowanej radości nikt nie wskakiwał na zablokowane przez tłumy samochody!" Z hamowaną radością czytam te głupoty i zapraszam na spacer po Piwnej gdzie świeży kit w oknach (Piwna 13) i tłuczone szkło np. Piwna 1/3 - w zamkniętym barze. Jak podaje "Rzeczpospolita" ; "Powybijane szyby w witrynach sklepowych i pociągach, 57 zatrzymanych oraz 27 interwencji funkcjonariuszy w śródmieściu Warszawy - to wstępny policyjny bilans świętowania wczoraj wieczorem przez kibiców zdobycia tytułu mistrza Polski przez Legię" Wybito szybę nawet w pałacu prezydenckim jak dziś podśmiewał się lekko w TVN red. Lis - gdzie jak zapewniał, mieszka pewien kibic "Legii". No i co Panie radosny Michale z Życia? A zdewastowany tramwaj i pociągi podmiejskie? Dorzuci się redakcja do pokrycia strat, czy nieco spuści z tonu entuzjazmu, chyba mało sportowego. Amen.  Nienawidzę takiego pisania o bezmiernej głupocie, jest mi nieco niedobrze. Po prostu nie lubię, gdy depcze się czyjąś pracę, niszczy czyjś dorobek albo ma w daaaalekim poważaniu prawa innych współobywateli (do spokoju, nie picia, ochrony godności, własności i takich tam głupot...). 

Powinienem się w końcu cieszyć, że już oficjalnie pracuję (co oznacza, że wszelkie niezbędne pozwolenia i zgody dostałem), ale.. Czy podążając za ukochaną przez bezdroża, przeszkody i burze, nie można w końcu nieco się odkochać, gdy po zdobyciu szczytu okaże się, że czeka nas nieco zużyta piękność ze złośliwym chichotem. Jeśli rozpatrzenie podania złożonego w końcu stycznia wymaga wielkiej rozwagi to i tak dobrze, że zdążono rozpatrzyć je przed "tygodniowym weekendem" majowym, jaki nam teraz wyskoczył, z deszczami co drugi dzień. Pewnie w kratkę pada żebym się nie zmęczył codzienną pracą. Ale ja się nie męczę szybko fizycznie, tylko jak pisał pewien poeta gitarowo-piwny "czacha mi czasem dymi". W oczekiwaniu na lepsze czasy zapewne. A chichot ofiarodawcy zezwolenia na pracę moją polega na tym, że jak ten podejrzany meldować się muszę i co miesiąc słać podanie o uznanie, że stare książki o Starym Mieście, na Starym Mieście sprzedawane być mogą. Miasto ma pieniądze i moich nie chce. No co ja gadam, już chce. Wydaje się, że wszystkiemu winne urzędnicze ustalenia, kto, kiedy i komu jakie zezwolenia i na jakiej prawnej podstawie wydawać będzie. Ale z mojego dołka przy krawężniku to i krzywo czasem widać. Ale już. Nic nie pamiętam, co złego to ja i do pracy. 
W sobotę wiatr okropny i zimny wygonił mnie ze Starówki, choć jeszcze przez chwilę pozwiedzałem kiermasz książki na Placu Zamkowym. Biednie, nudno i akcyjnie.. A dziewczyny pokulone z zimna, pozawijane w swetry i kurtki, przytupywały raźno, nie zawsze przekonane co do celowości kiermaszu. W niektórych stoiskach to samo co w księgarni i w tych samych cenach. Gdzie niegdzie upusty do 10%. A gdzie niegdzie, te same albumy, w tej samej cenie-przecenie co lat temu kilka. Albumik o Warszawie z wyblakłymi kolorkami nie cieszył się powodzeniem choć za 6 zł tylko. Zresztą przy tej pogodzie i licznej gawiedzi zniszczyć drogie i piękne wydania łatwo i kto pokryje straty. Ale kiermasz jest, szef zgłosił i jechać trzeba, każdy swoją pracę szanuje, jak ma. Książki te "tanie" co rok temu rozdawano za 1 zł. (opisywałem) teraz za 8 zł od sztuki. Ale i tak warto bo to klasyka. Nabywców niewielu, ale najweselej w namiocie gdzie o wojnie, broni i okrętach. Nieco bełkotliwym głosem Pan rubaszny i wesoły gadał do telefonu, ale nie trzymając go przy uchu, a w wyciągniętej dłoni : "- Kto mi tu poprzestawiał te komórke bo jakieś logo gupie widze". Zmierzało przecie o poranku.
Powitaniom nie było końca, miłe spotkania z sąsiadami i znajomymi kupcami podkreślili bracia na koźle. " No - jesteś pan, znaczy sezon zaczęty. A będzie padać?"
Może i będzie, ale czyż mamy się smucić? Zaraz maj, ciepło i dziewczęco się zrobi. Może trochę będzie mądrzej i trochę normalniej. Może bardziej intelektualnie z nieco figlarnym uśmiechem, jak pewnego miłego księdza, który dziś stwierdził. że skoro jest książka z kawałami, to zawsze jeden darmo przeczytać można. Można. Ruszamy w maj. Opłata  za zajęty bruku kawałek - już wniesiona.

22 kwietnia
poniedziałek

Sezon na Zapiecku rozpoczęty. W sobotę pierwsze w tym roku rozstawienie stołów, wietrzenie książek i ...sympatyczne powitania. Babcie kochane, znajome przyszły z cukierkami (obowiązkowo kawowe - bo to cały dzień pracy). Rozczulił mnie zupełnie były dyrektor wydawnictw naukowych, który zgarbiony mocno i pochylony przydźwigał kilka książek, żeby antykwariusz miał pożytek i do ludzi poszło. Pogadaliśmy o poetach zapomnianych i socrealistycznie zmiecionych. 
W niedzielę Święto Warszawy, choć mało kto orientował się skąd się to święto wzięło. Pierwszego burmistrza wybrano ponad 200 lat temu i oto powód cały. Koncert na Placu Zamkowym ściągnął kilka tysięcy ludzi. Sprzedawców okularów, balonów, łańcuszków, orłów drewnianych, obwarzanków, pańskiej skórki, indiańskich amuletów i opasek (produkcja boliwijsko-polska) bez liku. Wszyscy nielegalnie, bo miasto pieniędzy nie chce i nikomu jeszcze papierów nie wydaje, choć lada chwila... podobno. Mandatów wlepiono kilka, do sądów grodzkich też wnioskowano za nielegalne handlowanie, bo legalnego i tak nie ma.
Lepiej pomówmy o kulturze, bo sprzedaż książek to już nie kultura, a przestępstwo. Choć może wykroczenie? A może nielegalne zajęcie miejsca? Strażnicy 1039 i 0667 spisali pracowicie wszystkie możliwe dokumenty, po czym poinformowali mnie o mojej sytuacji materialnej. Podobno kiepska, bo dzieci (starzeją się), ja tylko na rogu, jak ta służba społeczna. Wszelkie problemy rozwiązała burza po 17-tej i deszczyk. 
Miało być o kulturze. Już. "Kolacja dla głupca" komedia Francisa Vebera w teatrze "Ateneum". W czwartek byłem z koleżanką małżonką, dzieciska zostawiając na pastwę zeszytów szkolnych (ucz się, nie garb się itp..). Komedia sympatyczna, świetnie zagrana szczególnie przez Krzysztofa Tyńca i Piotra Fronczewskiego. Marzenę Trybałę lubię od zawsze i nawet jakby przyszła tylko posiedzieć trochę to i tak wieczór udany. "Głupca" czyli Tyńca nie doceniałem i tu się kajam i w piersi biję. Jego przerysowane role konferansjerskie nie zawsze mnie bawią, albo nie lubię konwencji w jakich je się grywa. Tu rewelacja. Sztywny urzędnik Ministerstwa Skarbu, pędzący od głupoty po przebłyski intelektu, aby znowu wrócić do kolejnego głupstwa. W sumie parodia wad naszych sympatyczna i miła. Nawet jeśli mój fotel nr 15 nie nadawał się do siedzenia, a mocniejszy ryk śmiechu mógł spowodować, że cały rząd fiknie (nie ma tu podtekstów politycznych), to i tak warto było. Wyposażenie i wystrój cały pewnie z lat 50-tych  XX wieku. Marmury można jeszcze odkurzyć, ale futryny już wypadają ze ścian, gruz się sypie i widać jak gdzie, niegdzie, jakiś "złota rączka" naprawiał doraźnie. Wyraźnie nikt z Ministerstwa Kultury tu nie bywa, bo ani patrona ani sponsora nie widać. Bieda okrutna i tylko patrzeć, jak aktorzy i publiczność padną sobie w ramiona po zarwaniu desek scenicznych i fiknięciu foteli zmurszałych. Oj, wolał bym jeden teatr nieco naprawić, niż sponsorować estradę dla gawiedzi, nawet jeśli to takie ważne święto stolicy, co nikt nie wie jakie i skąd się wzięło. W zasadzie można i jedno i drugie, ale jak trzeba dotować orkiestry dęte to na więcej już nie starczy. Skoro miasto nie chce pieniędzy za handel, opłaty targowe i inne takie drobne to jak wielkich placów już nie będzie do sprzedaży co wtedy? Trzeba dbać o małe strumyczki co zasilają wielką rzekę, bo ich jest wiele i stale z nich coś kapie, a jeden dopływ większy wyschnie i klapa. Życie w deficycie to nasza dewiza. Przynajmniej tak piszą we "WPROST" o nieustannie rosnącym zadłużeniu (wewnętrznym i zewnętrznym). Klasyków gatunku "pożyczalskich" trzeba będzie pośmiertnie przepraszać. A złotówka dalej mocna. No i jak to możliwe? Czyżbyśmy gonili Argentynę jak pisze gazeta? Wszystko możliwe, już lamy dobrze się u nas przyjmują, ostatnio nikt lepiej nie podskoczy jak nielegalny kangur (więc może Australię gonić, ale za co?). 
Za szukanie pieniędzy wzięły się ostatnio "wspólnoty mieszkaniowe" co zastępują stare administracje w domach komunalnych. Jak na razie to efekt na Starówce taki, że na Świętojańskiej zniknęły witryny i szyldy niektóre, bo takie opłaty sobie zawinszowano, że lepiej w ogóle nie reklamować się w ten sposób. Na szybie własnej musi wystarczyć. I tak - "wspólnota" nic nie ma i kupiec traci? A nikt małą łyżeczką jeść nie chce. Od razu rewolucja.
Ślepcy śpiewają ukraińskie dumki, Pan Witek - ostatni kowboj PRL-u wyje ku uciesze gawiedzi - sezon rozpoczęty. Niedługo każdy sam zobaczy nie wychodząc z domu, bo kamerę zaczęto instalować nad pocztą (Rynek 15). No i co powie koleżanka małżonka, jak przez te kamerę zobaczy, kto mnie do współczesnej literatury przekonuje?  

16 kwietnia
wtorek

Jaka grupa społeczna najbardziej popiera działalność kulturalną, czy raczej handlowo-kulturalną na Starym Mieście? Nie, nikt nie zgadnie. To dorożkarze. Dziś w pochmurne popołudnie wędrując przez Plac Zamkowy, słyszę - chodź Pan na chwilę pogadać trzeba. Bardzo mi się miło zrobiło, że chłopaki co koński zad najczęściej oglądają, o sprzedawcę książek też się martwią.  Stwierdzili miło, że nie mogą się doczekać kiedy wrócę do pracy, bo wtedy jakby ludzi więcej i coś się kręci. Gdzie handel, tam ruch i klient na inne atrakcje też się znajdzie. Ciekawe, że właśnie kilka dni temu mój sympatyczny, internetowy korespondent prosił mnie o kontakt z dorożkarzami staromiejskimi. Ledwo zdążyłem się zorientować co i jak mu pomóc, sam dojechał i co trzeba się wywiedział. Dorożkarz z kozła na świat patrzy, a choć nie zadziera nosa, to jednak z góry jakby lepiej widzi. Uznali mnie kilka lat temu za autorytet w sprawach przewidywania opadów i jak nie ma mnie na Zapiecku, nie ma do kogo krzyknąć - Jak tam Panie, będzie lało?  Meteorologicznych zdolności nie mam, ponieważ jednak papier wchłania nieźle wodę - sam się za chmurami oglądami i wiadomości pogodowe śledzę. Rozmówcy moi czasu wolnego mają aż nadto czekając na turystów, to i na filozoficzne rozważania czasem ich nachodzi. Dziś ze zdziwieniem pytali, kto mi tak długo wydaje zezwolenie na handel książkami nawet starymi, bo myśleli, że to ktoś od kultury musi stosowny papier podpisać. No, ale skoro zaliczyli mnie do kultury, to nawet przy koniu nie wypada się wyrażać, choćby w temacie oczekiwania na jakąkolwiek odpowiedź w sprawie pracy - od 31 stycznia. Zwracam honor - dostałem wczoraj pisemko krótkie, gdzie sympatyczny Pan (nie musiał mnie zawiadamiać) pisze, że sprawa moja została przekazana do dalszego rozpatrywania pod adres inny nieco. Dziennik niby prywatny, to sobie tu w kątku popłaczę cichutko, licząc, że może śliczna panienka zadzwoni z wiadomością miłą - do pracy, do pracy.  

Trzeba mieć zdrowie, żeby nie być bezrobotnym, ten tylko się dowie, co zasmakował w tzw. działalności gospodarczej na własny rachunek. Prawda jak to urzędowo pobrzmiewa? Minister od zdrowia cytowany już przez satyryków z Radziwiłłem rozmawiać nie chce, co nawet ideowo do człowieka lewicy może pasować. W końcu nazwisko jednak nie to. A jakby tak na Naczelnego Izby Lekarskiej postawić Ignaca Sochę, albo chociaż Brzęczyszczykiewicza Leona, czy nie spolegliwszy byłby jeden z drugim do rozmów. Jak na razie popisy trwają, lica płoną rumieńcem zdrowym, jedne leki obniżyć, inne podwyższyć - te na raka o 80 % w górę, ale ogólnie i tak jak mówi Pan Minister o 20 % taniej. Młody, to pewnie nie pamięta jak za Władzia Gomułki staniały lokomotywy, to ogólnie też było taniej. Ta pisało (!) w gazecie. Z zagadek "zdrowotnych inaczej" - jedna mnie dręczy szczególnie, czy pracownik, który zaprosił Przewodniczącego Śląskiej Kasy Chorych (a nie miał być zaproszony, bo ma inne zdanie) - to jeszcze pracuje, czy powierzono mu inne zadania. Swoją drogą uśmiało się pół kraju jak pokazali faksik taki malutki, że Panie taki, a taki - zaproszenie wczorajsze na naradę - dziś nieważne wcale, bo dostał Pan przez pomyłkę. Nie wyjaśniono jak inni (przewodniczący - też kas chorych) bez pomyłki mogli dostać, co czasem się jednak zdarza. Nie politycznie coś na tej Miodowej się dzieje, skoro sam premier musi zapraszać (na piątek) tych co ich przedtem minister z rozmów wykluczył. A mają o czym gadać, bo kas chorych nie będzie, ale wszystkim równo pieniążki się podzieli. Było i się sprawdziło tak owocnie jak poprzedni ustrój. Centralnie to można, ale u siebie przy kaloryferze i to z poszanowaniem kompetencji pana hydraulika, tych co grzeją wodę i tych co te dziurę potem zamurują. Utworzy się wojewódzkie ośrodki dzielenia tego co za mało. I tyle samo dostanie specjalistyczne lecznictwo np. oparzeń na Śląsku, co ośrodek leczenia rolników nizinnych w - powiedzmy - ciechanowskim powiecie. Jak słyszę że będzie równo to można być pewnym, ze równo dostaną pensje, odprawy i takie tam inne drobiazgi, szefowie tych wojewódzkich ośrodków, co podzielone dostaną do dalszej dystrybucji. Równie śmiesznie wyszło z podatkami. Sympatyczny i zawsze uśmiechnięty minister od napełniania państwowej kasy, zaskoczony został, że mu ladaco jakie papiery ważne wyniosło i do prasy podało. A tam projekcik malutki reformy podatkowej, co bezrobotnym podatki ujmie (i tak nie płacą), a średniej klasie - co do tej średniej dojść nie może, skrzydełka podetnie leciutko. Zrobiłem symulację na pewnej miłej mi damie i wyszło, że wejdzie w inny próg podatkowy i kilka tysięcy złotych rocznie jak mówią ci od siekiery - "w plecy", czyli do tyłu. Pisownia polska figle płata, bo logiczna jest niesłychanie jak w zdaniu: w inny próg wejdzie sam sobie winny. Pozostaje napój winny co zawróci w głowie i złe myśli przegna. Wracając do podatków, to dziś właśnie dla osłody tamtej "roboczej tylko" wersji podano o znacznych uproszczeniach i ułatwieniach dla podatników. Okazało się że kilka spraw papierkowo-proceduralnych wyprostuje się przy okazji, co dawno mogło się już odbyć, ale dziś właśnie, jest to korzystne i postępowe. Zyskam też wiele!! Już nikt nie będzie żądał, abym do 20 stycznia złożył oświadczenie jaką wybieram formę opodatkowania na cały rok. Znaczna poprawa - dziękuję.  Czyż nie wesołe jest życie!, a jak zdrowe to i kosztowne przy okazji. 
Co do demokracji to bez przesady proszę Państwa. Wszak nie dojrzeliśmy jeszcze do bezpośrednich wyborów burmistrzów, wójtów i tym podobnych dziwactw. Jak sama nazwa wskazuje działaczy się wyznaczy, centralnie. Przecież aktyw znamy. A że przedwcześnie nieco rzuciło się parę obietnic przedwyborczych, to życie, kochani, samo życie, weryfikuje takie demokratyczne głupoty. 
Nie wiem dlaczego przypomniał mi się, jakoś tak bez okazji, pewien sympatyczny hipopotam z poznańskiego zologu (Zoo tak się tam nazywa). Biedaczek dostał coś nieświeżego i produkt ten w nieco zdeformowanej formie opuścił gwałtownie jego organizm - w linii horyzontalnej - w ścianę budynku oddalonego nieco. Trenowałem właśnie skok w bok. Ach, młodość.

Ambitnie, za ambitnie wziąłem się za informowanie internetem, o tym co warto zobaczyć na Starym Mieście, w ramach kupieckiej strony staromiejskiej = www.stare-miasto.com . Okazuje się, że naiwny jak dziecko błądzę we mgle, bo zaczęło mi się wydawać, że darmowe informowanie o czyimś istnieniu ucieszy, a to muzeum jakie, a to inny do zwiedzania ośrodek, że o społeczeństwie nie wspomnę. W jednym pozapalano mi wszystkie światła dla lepszego zdjęcia, kieszenie pełne folderów i uśmiech miły na zachętę. W drugim - zawisło pytanie, a po co nam to? Zdjęcia w muzeum? Bez zgody dyrekcji - nie można. Prawdaż, każdy ma jakąś dyrekcję. Idę do dyrekcji, a ona też ma dyrekcję i też nie może, bo za zdjęcia się płaci, a muzeum biedne. No to zdeterminowany plotę trzy po trzy, że zapłacę. Ale... nie ma cennika. Ha!!! I tu wycofałem się zgrabnie tyłem zresztą, aby tej cudnej chwili nic nie uronić. Chwilo trwaj - jesteś piękna. 
Zapraszam na pewno do Muzeum Szewców. Sympatyczna starsza Pani (od mojego syna oczywiście) z takim przejęciem i werwą opowie, że naprawdę byłem miło zaskoczony. Wąski Dunaj 10, buty wiszą nad drzwiami.

Teraz dla zmotoryzowanych - nie masz gdzie postawić samochodu - hajda na Starówkę. Kolega sympatyczny co działa na rzecz Warszawy i porządku jakiegoś, zrobił fotoreportaż o parkowaniu na Starym Mieście, gdzie jest to "w zasadzie nie dozwolone" i zamieścił w internecie, zawiadamiając stosowne organa. Poprosił mnie o komentarz, ale zaczym adres strony dostałem, już straż miejska ochoczo i spontanicznie pozakładała blokady na wszystkich w okolicy. No prawie wszystkich. Oto siła internetu. ( http://michal.pawlik.com/brd/ ). 

Wczoraj usłyszałem o śmierci Szymona Kobylińskiego. Szkoda tubalnego brzuchacza, którego najprostszy rysunek miał tyle głębi politycznej, co niejeden rząd wypracować nie może. Rozmawialiśmy po raz pierwszy dawno, dawno temu kiedy podpisał mi pierwsze wydanie swojej i Pana Siuchińskiego "Ilustrowanej Historii Polski". A było to na kiermaszu książki - chyba jeszcze w Alejach Ujazdowskich. Spotkaliśmy się kilka razy na Starym Mieście, przy książkach oczywiście. Ostatnio, w zeszłym roku, był chyba z wnukiem na spacerze. Ponarzekaliśmy na ceny, obiecał, że kupi innym razem ...i już nie przyjdzie. Szkoda.
Druga śmierć w Niewodnej. Naszego wakacyjnego zakątka - jeden z gospodarzy sąsiadów - 30 parę lat -zawał. I po chłopie. Życzliwy, pomógł każdemu nie oczekując zapłaty, sympatyczny, lubiany i po co on tam na górze. Niechby na swojej górce siedział. 
A tak na marginesie, chyba słysząć o śmierci blisko, każdy się mimo woli zastanowi - daleko to od mojej półki? I tak jakoś nostalgicznie i poważnie zaczyna być. Ja wysiadam. (cytat z Grzesiuka).

10 kwietnia
środa

O! tfu, tfu-rcy nawiedzeni i przekonani do liter wklejania. Jakże cierpicie nieszczęśni, gdy pisać trzeba, a nie ma o czym.  Przejrzałem prasę z ostatniego tygodnia i wiadomości albo smutne (fakty) albo nijakie (komentarze) - bo cóż pisać na wesoło nawet w tym dzienniku, skoro chciało by się o czymś radosnym, a tu chichotu i podskoków brak. Giełda przewraca papiery co raz mniej wartościowe, politycy bredzą umiarkowanie i smutno, że aż pośmiać się nie ma z czego, a ostatni kabaret w Sali Kongresowej (zjazd partii chłopskiej - karanej) to impreza smutna i tragiczna w swej wymowie. Jedyne pocieszające w tej całej partii, że tak na prawdę to nikt nie wie o co chodzi, byle przewodniczący wiedział. No to Go na stojąco, z aplauzem potwierdzono, zatwierdzono i umocniono w wierze, że Unii (Europejskiej) nie wierze i ziemi obcemu nie oddam, a dopłaty wezme, zborze na tory wysypie i blokade zrobie. Młodzieżówka co się sama też obroni, powołana została i tak jak ci starsi nieco - też nie wie o co sie rozchodzi. (w pisowni - ogonki celowo obcięte). Jak wynikało z wywiadów, są dopiero kilka dni po wylęgu i piór jeszcze nie ma. Przewodniczący wszystko wie i starczy. 
No w końcu to jednak może i śmieszne, ale zbyt smutne, aby za czarną komedię wpisywać, w dzieje zbliżania się do Białorusi. 

Kalinosiu co drugiej chłopskiej rabacji przewodzi, od biurka oderwie się czasem i co wyciągnie to nowy królik ustawowy. Teraz chłop kupi ziemie, (jak sobie nowe prawo uchwalą) gdy nauki skończy, kwalifikacje potwierdzi i cyrograf podpisze. Duszę jedynej słusznej partii odda, za to Niemca, Holendra czy innego nie wpuści.
Partia za to, da mu prawo do ziemi od - do. Bo nie może mieć za mało - chłop potęgą jest i basta i nie może mieć za dużo, a jak ma powyżej 300 ha, to się "uchacha" i nie obrobi. Więc tylko od-do. Ale wyjątki będą, bo przecież życie naprzód idzie i certyfikaty, zezwolenia i koncesje trzeba będzie dawać tym co "słuszni w sprawie" - rzeki i inne wody kijami zawracają. W zasadzie rolnik z Marszałkowskiej, (a może Grzybowskiej) będzie miał większe szanse. Już przodek mój zacny, chcąc namolnej małżonce dać odpór - uległ i konformistycznie i bez komfortu - nabył parasolkę chińską (przeciw słoneczną), a jak? Zapisując się jednorazowo do towarzystwa polsko-chińskiej przyjaźni. Wstąp, a będzie Ci dane. Daj, a zyskasz. Tak mówi pismo - nie koniecznie święte, ale życiowe.

W dobie spisu powszechnego, który w tym roku policzy i zmierzy - bezrobotnych dłonią - kraj nasz jak długi i szeroki, szukać będę pewnych danych. Jaki procent w stosunku do wszystkich mieszkańców wsi, stanowi partia, co wie za wszystkich i za wszystkich rozstrzyga. Już kiedyś, a całkiem niedawno, zdawało się partii pewnej, że języczkiem u wagi będąc - wie już wszystko i wszystko rozumnie przewidzi. Tylko społeczeństwo jakby nie dorosło, odwróciło się i mamy teraz - 2% poparcia - w niektórych regionach. W innych nie słyszeli. I żadne marsze, transparenty i huraa optymizmy nie pomogą. Jak śmiesznie jest wierzyć, że zbiorowe myślenie zastąpi indywidualne. Ale jak wygodnie.

W dobie demokracji (no niechby troszkę sterowanej) znów powraca wiara wtopiona i wrosła w umysły "tfu-rcze", że centralnie to łatwiej, lepiej i mądrzej. Zarządzić, przekazać, ustalić i trwać. Centrala wyda okólnik, zarządzenie i wskaże słuszny kierunek. Co z tego że było i się nie sprawdziło? Ale jakże to było wygodne i słuszne. W końcu zawsze jest jakiś aktyw, co wie lepiej. No i jak tu nie być tym aktywem. Wiara i na lewicy i na prawicy (sejmu) czyni cuda. Wierzmy, że wydając ustawę bezrobotnych ubędzie, wydając zarządzenie pewnie nawet zniknąć mogą - statystycznie. I będzie wesoło, bo najwyżej te 2-3 miliony zaliczy się do innej grupy. I będzie postęp. Wystarczy podnieść składkę, opłatę i podatek. I już. Pracodawcy zapłacą, ci co mają konta, i kota też. Wszyscy. Dlatego manipulacje wszelkie jakie się obecnie czyni przy Kodeksie Pracy dadzą nam tyle nowych miejsc pracy co krzak czerwonej porzeczki - rodzynek(!). Właśnie wymyślono, ze podniesienie składek na ubezpieczenie zdrowotne da więcej pieniędzy pielęgniarkom. O naiwne, naiwne działaczki związkowe. Przecież wyśrubowana składka da ogólny spadek wpłat - bo będą kombinować, chorować, itp., a także jeśli wpłyną jakieś pieniądze to czy na właściwe konto? Na płace nie pójdą, bo trzeba restrukturyzować, a nie płacić (czyż nie?). 

Istnieje wiele zrzeszeń, związków i innych organizacji, które pojawiają się i znikają i mnie nęcą niegodnego (zdarzyło się). Twór taki powstaje, gdy działaczy grono dojdzie do wniosku jedynie słusznego, że oni właśnie stanowić będą godną reprezentację handlu, przemysłu, drobnego przetwórstwa, czy regionu środkowo-zachodniego na przykład. Prowadzone są intensywne negocjacje, spotkania na szczeblu wojewody i jakimś tam jeszcze. Zwołuje się kilku prezesów, członków rad nadzorczych, czy innych naczelników organizacyjek różnych i już. Powołujemy centralny związek, izbę, związek stowarzyszeń itp. Wystarczy wywiadów kilka, hasełek też o porozumieniu i że razem. Składeczkę tylko poprosimy - te kilka tysiączków rocznie dla waszej organizacji to tak ulgowo, no bo prezes naczelny i sekretariat i grono specjalistów i zespół negocjatorów i telefony i biuro małe choćby. Potem trwamy i wszystko przetrwamy, aby tylko jakąś nieruchomość posiąść, potem wynająć korzystnie i już do śmierci samej spokój. A te członki marne - masować jak drętwieją.

Wracam na swoje podwórko na chwilkę małą, bo wczoraj właśnie pewien sympatyczny młody człowiek, po 50-tce, rzekł do mnie: - Proszę w ciągu 3 tygodni  zgłosić się do swojego Wydziału Komunikacji. Nie pytałem czy zdałem, wiałem. Żeby tylko zdania nie zmienił. I tak zakończyła się moja nauka jazdy - jedyna refleksja. Było bardziej życzliwie, sympatycznie i po ludzku niż się spodziewałem. Nauczającym zależy na uczniach, szkołom jazdy na opinii, a nam - żeby bez stresu pokręcić tym kołkiem, które kupimy z najbliższej pensji, dokładając tylko trochę z oszczędności. Czego państwu i sobie życzę w ramach nieustających primaaprilisowych obchodów.