|
Jaka
grupa społeczna najbardziej popiera działalność kulturalną,
czy raczej handlowo-kulturalną na Starym Mieście? Nie, nikt
nie zgadnie. To dorożkarze. Dziś w pochmurne popołudnie wędrując
przez Plac Zamkowy, słyszę - chodź Pan na chwilę pogadać
trzeba. Bardzo mi się miło zrobiło, że chłopaki co koński
zad najczęściej oglądają, o sprzedawcę książek też się
martwią. Stwierdzili miło, że nie mogą się doczekać
kiedy wrócę do pracy, bo wtedy jakby ludzi więcej i coś się
kręci. Gdzie handel, tam ruch i klient na inne atrakcje też się
znajdzie. Ciekawe, że właśnie kilka dni temu mój
sympatyczny, internetowy korespondent prosił mnie o kontakt z
dorożkarzami staromiejskimi. Ledwo zdążyłem się zorientować
co i jak mu pomóc, sam dojechał i co trzeba się wywiedział.
Dorożkarz z kozła na świat patrzy, a choć nie zadziera nosa,
to jednak z góry jakby lepiej widzi. Uznali mnie kilka lat temu
za autorytet w sprawach przewidywania opadów i jak nie ma mnie
na Zapiecku, nie ma do kogo krzyknąć - Jak tam Panie, będzie
lało? Meteorologicznych zdolności nie mam, ponieważ
jednak papier wchłania nieźle wodę - sam się za chmurami oglądami
i wiadomości pogodowe śledzę. Rozmówcy moi czasu wolnego mają
aż nadto czekając na turystów, to i na filozoficzne rozważania
czasem ich nachodzi. Dziś ze zdziwieniem pytali, kto mi tak długo
wydaje zezwolenie na handel książkami nawet starymi, bo myśleli,
że to ktoś od kultury musi stosowny papier podpisać. No, ale
skoro zaliczyli mnie do kultury, to nawet przy koniu nie wypada
się wyrażać, choćby w temacie oczekiwania na jakąkolwiek
odpowiedź w sprawie pracy - od 31 stycznia. Zwracam honor -
dostałem wczoraj pisemko krótkie, gdzie sympatyczny Pan (nie
musiał mnie zawiadamiać) pisze, że sprawa moja została
przekazana do dalszego rozpatrywania pod adres inny nieco.
Dziennik niby prywatny, to sobie tu w kątku popłaczę
cichutko, licząc, że może śliczna panienka zadzwoni z
wiadomością miłą - do pracy, do pracy.
Trzeba
mieć zdrowie, żeby nie być bezrobotnym, ten tylko się dowie,
co zasmakował w tzw. działalności gospodarczej na własny
rachunek. Prawda jak to urzędowo pobrzmiewa? Minister od
zdrowia cytowany już przez satyryków z Radziwiłłem rozmawiać
nie chce, co nawet ideowo do człowieka lewicy może pasować. W
końcu nazwisko jednak nie to. A jakby tak na Naczelnego Izby
Lekarskiej postawić Ignaca Sochę, albo chociaż Brzęczyszczykiewicza
Leona, czy nie spolegliwszy byłby jeden z drugim do rozmów.
Jak na razie popisy trwają, lica płoną rumieńcem zdrowym,
jedne leki obniżyć, inne podwyższyć - te na raka o 80 % w górę,
ale ogólnie i tak jak mówi Pan Minister o 20 % taniej. Młody,
to pewnie nie pamięta jak za Władzia Gomułki staniały
lokomotywy, to ogólnie też było taniej. Ta pisało (!) w
gazecie. Z zagadek "zdrowotnych inaczej" - jedna mnie
dręczy szczególnie, czy pracownik, który zaprosił
Przewodniczącego Śląskiej Kasy Chorych (a nie miał być
zaproszony, bo ma inne zdanie) - to jeszcze pracuje, czy
powierzono mu inne zadania. Swoją drogą uśmiało się pół
kraju jak pokazali faksik taki malutki, że Panie taki, a taki -
zaproszenie wczorajsze na naradę - dziś nieważne wcale, bo
dostał Pan przez pomyłkę. Nie wyjaśniono jak inni
(przewodniczący - też kas chorych) bez pomyłki mogli dostać,
co czasem się jednak zdarza. Nie politycznie coś na tej
Miodowej się dzieje, skoro sam premier musi zapraszać (na piątek)
tych co ich przedtem minister z rozmów wykluczył. A mają o
czym gadać, bo kas chorych nie będzie, ale wszystkim równo
pieniążki się podzieli. Było i się sprawdziło tak owocnie
jak poprzedni ustrój. Centralnie to można, ale u siebie przy
kaloryferze i to z poszanowaniem kompetencji pana hydraulika,
tych co grzeją wodę i tych co te dziurę potem zamurują.
Utworzy się wojewódzkie ośrodki dzielenia tego co za mało. I
tyle samo dostanie specjalistyczne lecznictwo np. oparzeń na Śląsku,
co ośrodek leczenia rolników nizinnych w - powiedzmy -
ciechanowskim powiecie. Jak słyszę że będzie równo to można
być pewnym, ze równo dostaną pensje, odprawy i takie tam inne
drobiazgi, szefowie tych wojewódzkich ośrodków, co podzielone
dostaną do dalszej dystrybucji. Równie śmiesznie wyszło z
podatkami. Sympatyczny i zawsze uśmiechnięty minister od napełniania
państwowej kasy, zaskoczony został, że mu ladaco jakie
papiery ważne wyniosło i do prasy podało. A tam projekcik
malutki reformy podatkowej, co bezrobotnym podatki ujmie (i tak
nie płacą), a średniej klasie - co do tej średniej dojść
nie może, skrzydełka podetnie leciutko. Zrobiłem symulację
na pewnej miłej mi damie i wyszło, że wejdzie w inny próg
podatkowy i kilka tysięcy złotych rocznie jak mówią ci od
siekiery - "w plecy", czyli do tyłu. Pisownia polska
figle płata, bo logiczna jest niesłychanie jak w zdaniu: w
inny próg wejdzie sam sobie winny. Pozostaje napój
winny co zawróci w głowie i złe myśli przegna. Wracając do
podatków, to dziś właśnie dla osłody tamtej "roboczej
tylko" wersji podano o znacznych uproszczeniach i ułatwieniach
dla podatników. Okazało się że kilka spraw
papierkowo-proceduralnych wyprostuje się przy okazji, co dawno
mogło się już odbyć, ale dziś właśnie, jest to korzystne
i postępowe. Zyskam też wiele!! Już nikt nie będzie żądał,
abym do 20 stycznia złożył oświadczenie jaką wybieram formę
opodatkowania na cały rok. Znaczna poprawa - dziękuję.
Czyż nie wesołe jest życie!, a jak zdrowe to i kosztowne przy
okazji.
Co do demokracji to bez przesady proszę Państwa. Wszak nie
dojrzeliśmy jeszcze do bezpośrednich wyborów burmistrzów, wójtów
i tym podobnych dziwactw. Jak sama nazwa wskazuje działaczy się
wyznaczy, centralnie. Przecież aktyw znamy. A że przedwcześnie
nieco rzuciło się parę obietnic przedwyborczych, to życie,
kochani, samo życie, weryfikuje takie demokratyczne głupoty.
Nie wiem dlaczego przypomniał mi się, jakoś tak bez okazji,
pewien sympatyczny hipopotam z poznańskiego zologu (Zoo tak się
tam nazywa). Biedaczek dostał coś nieświeżego i produkt ten
w nieco zdeformowanej formie opuścił gwałtownie jego organizm
- w linii horyzontalnej - w ścianę budynku oddalonego nieco.
Trenowałem właśnie skok w bok. Ach, młodość.
Ambitnie,
za ambitnie wziąłem się za informowanie internetem, o tym co
warto zobaczyć na Starym Mieście, w ramach kupieckiej strony
staromiejskiej = www.stare-miasto.com
. Okazuje się, że naiwny jak
dziecko błądzę we mgle, bo zaczęło mi się wydawać, że
darmowe informowanie o czyimś istnieniu ucieszy, a to muzeum
jakie, a to inny do zwiedzania ośrodek, że o społeczeństwie
nie wspomnę. W jednym pozapalano mi wszystkie światła dla
lepszego zdjęcia, kieszenie pełne folderów i uśmiech miły
na zachętę. W drugim - zawisło pytanie, a po co nam to? Zdjęcia
w muzeum? Bez zgody dyrekcji - nie można. Prawdaż, każdy ma
jakąś dyrekcję. Idę do dyrekcji, a ona też ma dyrekcję i
też nie może, bo za zdjęcia się płaci, a muzeum biedne. No
to zdeterminowany plotę trzy po trzy, że zapłacę. Ale... nie
ma cennika. Ha!!! I tu wycofałem się zgrabnie tyłem zresztą,
aby tej cudnej chwili nic nie uronić. Chwilo trwaj - jesteś piękna.
Zapraszam na pewno do Muzeum Szewców. Sympatyczna starsza Pani
(od mojego syna oczywiście) z takim przejęciem i werwą
opowie, że naprawdę byłem miło zaskoczony. Wąski Dunaj 10,
buty wiszą nad drzwiami.
Teraz
dla zmotoryzowanych - nie masz gdzie postawić samochodu - hajda
na Starówkę. Kolega sympatyczny co działa na rzecz Warszawy i
porządku jakiegoś, zrobił fotoreportaż o parkowaniu na
Starym Mieście, gdzie jest to "w zasadzie nie
dozwolone" i zamieścił w internecie, zawiadamiając
stosowne organa. Poprosił mnie o komentarz, ale zaczym adres
strony dostałem, już straż miejska ochoczo i spontanicznie
pozakładała blokady na wszystkich w okolicy. No prawie
wszystkich. Oto siła internetu. ( http://michal.pawlik.com/brd/
).
Wczoraj
usłyszałem o śmierci Szymona Kobylińskiego. Szkoda tubalnego
brzuchacza, którego najprostszy rysunek miał tyle głębi
politycznej, co niejeden rząd wypracować nie może. Rozmawialiśmy
po raz pierwszy dawno, dawno temu kiedy podpisał mi pierwsze
wydanie swojej i Pana Siuchińskiego "Ilustrowanej Historii
Polski". A było to na kiermaszu książki - chyba jeszcze
w Alejach Ujazdowskich. Spotkaliśmy się kilka razy na Starym
Mieście, przy książkach oczywiście. Ostatnio, w zeszłym
roku, był chyba z wnukiem na spacerze. Ponarzekaliśmy na ceny,
obiecał, że kupi innym razem ...i już nie przyjdzie. Szkoda.
Druga śmierć w Niewodnej. Naszego wakacyjnego zakątka - jeden
z gospodarzy sąsiadów - 30 parę lat -zawał. I po chłopie.
Życzliwy, pomógł każdemu nie oczekując zapłaty,
sympatyczny, lubiany i po co on tam na górze. Niechby na swojej
górce siedział.
A tak na marginesie, chyba słysząć o śmierci blisko, każdy
się mimo woli zastanowi - daleko to od mojej półki? I tak
jakoś nostalgicznie i poważnie zaczyna być. Ja wysiadam.
(cytat z Grzesiuka). |