|
|
kwiecień 2003
|
|
data
|
dziennikczylinocnik
|
27 kwietnia
niedziela
|
|
Ech,
co to za dziennik, jak już prawie dwutygodnik. Mam jednak jak
zwykle wykręt pewien, a bo kiedy mi dobrze i nic wątroby nie
przewraca, to i dziennik skarżypyta odpoczywa. Najpierw więc -
podziękowania. Za jajeczne życzenia wielkanocne i imieninowe,
takoż. Nie wszystkim zdołałem odpowiedzieć, a więc niniejszym
dziękuję najserdeczniej. Im człowiek starszy tym obchody mu
milsze, a właściwie ciągle chciałby policzyć ilu to jeszcze
mu życzliwych na świecie. Nie dziwcie się zatem mili upiornym
staruszkom co o akceptację się dopominają, wszak jak dzieci
naiwni na powrót się stają i o dobre słowo żebrzą. Oczywiście
nie wszyscy, ale sporo ich, sporo, po różnych partiach bredzą i
przed komisją śledczą stają. A tam już tylko mili układni i
sympatyczni, ale skleroza jak cholera. Nic nie pamiętają, do
niczego się nie poczuwają, wszystko to "pierdoły" jak
to określił jeden światły czy też tylko dobrze oświetlony.
Dlatego też proszę o wybaczenie, że komentarzy celnych, a ciętych
brak, bo zainteresowanie moje (wszak jestem społeczeństwo) spadło
hydrologicznie poniżej strefy stanów niskich. Jeszcze tylko pobudzić
mnie może coś do "zrywania boków", ale nawet na damę
z samoobrony już nie liczę.
No to teraz o przyjemnych i wesołych chwilach jakie dostarcza stół
świąteczny, miłe rodzinne grono, telefony sympatyczne, klienci
nie targujący się nadmiernie i nieoceniony Pan Wieczorkowski
ratujący mnie bieżącą informacją "z obrad". Zabawka
dla mężczyzny czasem chyba ważniejsza jak dla dziecka, bo taki
więcej namiesza jak się nie wybawi. Ja mam to dzięki odkryciu
małej adrenalinki przy jeździe samochodzikiem całkiem nowym,
choć używanym. Minął miesiąc prawie jak jeżdżę po
Warszawie, przestałem się już zastanawiać jak się skręca w
lewo, trąbią na mnie już tylko czasem, a głownie z powodu
niezbyt szybkiego startu na skrzyżowaniach. Niestety jako człek
spokojny (w miarę) staram się aby najpierw opuścili je
maruderzy, którzy jeszcze na czerwonym starają się skręcić.
Zresztą osobliwe na jezdni panują zwyczaje - kierunkowskazy, które
mogą informować gdzie kto ma zamiar jechać w wielkiej są
pogardzie. Skręt w lewo, skok, skręt w prawo, wyprzedzanie i żadnych
kierunków mój sąsiad nie pokazuje, potem trąbi że chce skręcać,
ale żarówki oszczędza. Pewnie to te stare wygi co wszystko
wiedzą, wtedy wolę albo uciec do przodu jeśli jest gdzie, albo spokojnie
zmienić pas na wolniejszy - ale do tej pory nie wiem który to.
Na znaku ograniczenie do 50 km, ja mam 70 na liczniku i zdejmuję
nogę z gazu. Jeszcze nie zwolniłem a mijają mnie spokojnie z
obu stron - normalka. Tylko ciągle mnie martwi ile kosztuje
wymiana tej blachy co mam ją za plecami. Obym się nigdy nie
dowiedział. Wniosek z motoryzacyjnych rozważań powtórzę -
kupujcie panie swoim panom zabawki, a jeśli to samochodzik jaki
czy 50 ha do uprawy, to tym lepiej świadczy o sile uczucia.
Praca,
praca jak tylko słoneczko zaświeci. Miłe spotkania, często z
klientami sprzed lat, no znów ta miła cecha każdego handlu, że
każdy dzień grosz jakiś przynosi i na pensję czekać nie
trzeba. Koszty też są, ale o podatkach to jest specjalna strona
internetowa i tam wszystko światły mąż wytłumaczy, że będzie
lepiej jak tylko trochę się podniesie.
Na Starówce sensacja niebywała, ledwo przyszedłem do pracy już
miałem informacje "z pierwszej ręki". Geslera wywożą,
krzyknęli sąsiedzi. Chodzi oczywiście o dom restauracyjny
Gesler, kiedyś częściowo zwany "Krokodylem". Znany
ten lokal w Rynku najpierw opróżniony został z alkoholi
wszelkich w asyście policji i straży miejskiej oraz wielu
zainteresowanych, po kilku dniach opróżniano lokal z mebli,
szaf, foteli itp. Jak wieść niesie właściciel za lokal nie płacił
prawując się z miastem, no więc nie płacąc czynszu - nie
dostał zezwolenia na sprzedaż alkoholu. Podobno jest własna
rozlewnia i jak tu nie sprzedawać, w Polsce przecie. Zaległości
wylicza "ulica" na 3 miliony, co jest dla przeciętnego
sprzedawcy książek kwotą równie miłą co nieosiągalną.
25 kwietnia właśnie, cała Warszawa została zakorkowana demonstracjami
"Solidarności". Nie jest to już walka o wolność, a
podobno z bezrobociem. Jednak po ostatnim światłym i pięknym
kierownictwie, związek ten odziedziczył niemoc sprawczą. Gdzie
ja to przeczytałem? Nie wiem. W każdym razie zamiast wręczyć
petycję, zrobili zadymę, za co oblano ich z sikawki i poszli z
katarem do domu. Wiaterek zimny powiewał.
Cieplejsza i milsza atmosfera panowała na Starym Mieście, gdzie
Pani Prezydent Indonezji podejmowana była (chyba w
"Bazyliszku") i zwiedzała co nieco. Nasza Pani
Prezydentowa też podobno, ale nie widziałem niestety, choć
aparat pod sukmaną skrycie trzymałem. Skończyło się na
wymianie zdjęć z reporterami czerwono-białych (ichnia flaga
odwrócona). Przy okazji wysprzedałem się z wszelkich albumów o
Warszawie i jak tu nie cenić wymiany doświadczeń z dalekimi
krajami.
Zdarzenia te odbywały się spokojnie i życzliwie pod okiem służb
odpowiednich, co muszą się co chwilę po głowie podrapać, żeby
coś do rękawa powiedzieć. Policja nasza też miła, światowymi
markami już jeździ. Jednak zaskoczyli mnie funkcjonariusze parkujący
swe niebieskie pojazdy na Zapiecku. Jeden obszedł samochód dookoła
i coś na dachu majstruje, za chwilę drugi przy swoim robi to
samo. Okazało się, że Panowie ci ostrożni są i nawet przy rządowej
delegacji antenki wykręcają, upychając po kieszeniach. Może zapotrzebowanie
jest właśnie na takie policyjne i małe? Ale, czy ktoś nie mógłby
im popilnować?
W
ramach rozrywki i rekreacji rodzinnej wywiozłem moje dziewczyny w
"lany poniedziałek" do Żelazowej Woli i Niepokalanowa.
W końcu książki wody nie lubią, a polewali się ponoć
solidnie, więc pretekst do jazdy piękny. Zdjęcia i wrażenia na
stronach "podróży i wycieczek" każdy znajdzie. Warto
jechać, choć już wszyscy byli. Choćby tak, bez żadnego szkolnego
obowiązku. Park przepiękny, dworek mniejszy jakby jak przed
laty. W drodze powrotnej skręciliśmy na Niepokalanów i
choć wiele budowli sakralnych widziałem, to bazylika robi
wspaniałe wrażenie. Ponad 40 metrów wysokości i ponad 80 długości
daje piękną perspektywę. Zakonnicy życzliwi bardzo, kiedy
zapytałem o możliwość zrobienia zdjęć - jeden z braci zdziwił
się bardzo - Ależ, prosimy, oczywiście. Po powrocie zaopatrzyłem
się w książeczkę "Mazowsze w weekend" i studiuję,
jaki tu zamek odwiedzić, czy skansen jaki. Jeszcze trochę i kozę
zacznę kupować.
Dziś
mokra niedziela, więc dostateczny pretekst do pouzupełniania
internetowych zaległości. Na zapieckowych stronach przybyły właśnie
piękne prace Doroty Dziekiewicz-Pilich. Jak już mi całkiem oczy
wyszły na wierzch od tego wklejania obrazków, pojechaliśmy na pływalnię.
Teraz takie nowoczesne z rzeką rwącą, zjazdem na własnej ... ,
jacuzzi itp. Niby dziecko trzeba było pomoczyć, ale sam chętnie
w wannie 4 osobowej się zanurzyłem pod bąbelkami, a tu
przyjemnie coś plecy masuje i jakaś noga obcej damy szuka
oparcia. Same radości, wymagające jednak nieco ostrożności. W
południe udałem się za przyjacielem co "w turystyce
robi" na targi turystyczne, co na terenie Akademii Wychowania
Fizycznego się odbywały. Sznur samochodów czekał cierpliwie,
aby powoli wtaczać się na teren. Ochroniarz na czarno ubrany
kasował 5 zł, szlaban w dół i jazda alejkami. Wszędzie setki,
jeśli nie tysiące pojazdów. Za każdym rogiem następny
"czarny" pokazuje - jechać dalej. W ten sposób nagle
po kilku postojach i wielu zakrętach znalazłem się na drodze
polnej jakiejś, co w dół schodzi. Okazało się, że już
wykierowano mnie poza teren uczelni i mogę całą operację od
nowa powtórzyć. Jakoś straciłem ochotę, bo kwitka nie dostałem
(o 13 nie dawali) i co tu reklamować. Zawróciłem i opodal
znalazłem puste miejsce bez opłaty. Jednak później zobaczyłem,
że kwitki już dają i jakoś poczułem się głupio. Oczywiście
smucić się nie muszę, ale uważam, że to niezdrowe, aby kilku
panów zrobiło sobie prywatne podwórko z potężnej imprezy.
Nawet nie bardzo mnie ciekawi ile utargowali na wpuszczaniu bez
papierka. Na targach dziewczyny piękne, choć już nieco tłumem
zmęczone (3 dzień targów). Życzliwych krocie, wszyscy zachęcają
do odwiedzenia, zarezerwowania, do degustacji i zakupów. Dziś po
znajomości oczywiście polecam: Lewin Kłodzki. Z miasteczka tego
zakupiłem sok aroniowo-jabłkowy, tłoczony naturalnie w koszach
wiklinowych i rozlewany do butelek. Na terenie ziemi kłodzkiej można
zamówić do domu. Jak kto będzie w tej okolicy to warto, bo
dobre i nawet witaminy jakieś pożyteczne, a świeże. Po znajomości
podaję telefon (0-74) 869-89-69 lub 0 502 240 600. Za sympatyczną
rozmowę z miłą Panią dostałem w prezencie herbatę z aronii.
Jak nie będę nic pisał przez dni parę, to pewnie z nadmiaru
witamin i po masażach wodnych - jestem chwilowo zajęty,
powiedzmy poznawaniem przyrody. Co i moich miłych korespondentów
spotkać może. |
|
13 kwietnia
2003
niedziela
Palmowa
(handlowa)
|
|
Można
w zasadzie ogłosić ostateczny koniec zimy, skoro na Zapiecku dziś
stopiła się ostatnia piguła brudnej zawiesiny, niegdyś zwanej
śniegiem. Pracuję od soboty, stąd pierwsze obserwacje mrówczej
pracy miłych współobywateli. Ostatnie opady dość obfite
spowodowały konieczność odśnieżania choćby środka
staromiejskich uliczek dla przejazdu zaopatrzenia czy służb
miejskich. Dzielna firma sprzątająca wynajęta przez miasto o
nazwie chyba ZMORA (?), cały śnieg zapieckowy wrzuciła pod
galerię informując zdumione "galernice" że przyjedzie
ciężarówka i wywiezie. Oczywiście żadna ciężarówka nie
przyjechała, a na niepokój "zasypanych" odpowiedziano,
że teren przed Galerią "ZAPIECEK" nie podlega sprzątaniu,
bo skoro go dzierżawią to same mają sprzątać. Dzielni sprzątacze
dali się przekonać do odgarnięcia śniegu (30 zł), ale akurat
na miejsce mojej siedziby. W sobotę przyszło dwóch
przeszkolonych, rozdziobali bryły starego śniegu i poszli. Słońce
i temperatura dokonały reszty.
Wynika z tego morał ogólny - jakie baran szef wydaje rozkazy -
takie owcze wykonanie.
Słoneczko
świeci, straż miejska się kłania, ja też, klienci uśmiechnięci,
dziewczyny niektóre w szalach inne brzuszki wietrzą. Rozmowy
niespieszne, a ucieszne;
1.
Rozmowa pierwsza:
- Panie, panie. Ma pan taką książkę skąd Michnik wziął
pieniądze?
- Pierwsze słyszę, miła Pani - mnie ciekawi bardziej skąd ja
wezmę.
- Panie, pisali w "Tygodniku Solidarność", że wysyłkowo
sprzedają, skąd ma Michnik pieniądze.
- No to czemu Pani nie zamówi, mnie to nie interesuje.
- Bo na ulicy taniej.
2.
Rozmowa druga:
- Ile kosztuje Słownik Języka Polskiego?
- 50 zł.
- Jeden tom?
- Nie, wszystkie trzy.
- Aha. A jest coś o kotkach?
Rzeczy
zwyczajne, codzienne. Niecodzienna nieco, a odkrywcza wielce była
wypowiedź pani poseł Beger co w stosunku do własnej osoby
stwierdziła odkrywczo;
- Jestem kobietą, nie jestem dżentelmenem.
Jeśli stwierdziła - Nie jestem dżentelmenem, jestem kobietą -
sensu to nie zmienia.
W partii, którą reprezentuje w Komisji Śledczej Ta Pani, nikt
nie jest dżentelmenem. Nikt o tym głośno nie mówi bo oczywiste
fakty nie wymagają dyskusji. Wystarczy zapytać lub spojrzeć.
Nawet w telewizor bez fonii. Samoocena żadna, samozadowolenia -
Himalaje. Rozum kury, apetyt rekina ludojada. Reprezentanci
jakiego odłamu społeczeństwa (bez programu), mogą porwać byłych
PGR-owskich pijaczków? Chociaż alkoholik to człek chory, ale często
swój honor ma. Tu jest to pojęcie nieznane, obce i wrogie.
Jedyne hasło znane i porywające - (do śmiechu) to -
Balcerowicz, musi odejść. Program zaś sprowadza się do - tzw.
"rozliczenia złodziei". Zupełnie jak z tym złodziejem
co krzyczał, że ukradli, ukradli i pierwszy w pogoń ruszał.
O przewodniczącym szkolonym przez służby nieznane w dalekiej
Argentynie (podobno razem z ojcem toruńskiego radia) nie
wspomnę, bo to ostatni zwolennik Saddama Husajna. Jednak
terroryzm post-pgr'owski mi nie straszny, bo i tak na czymś
przecie jakże znajomym się poślizną i z twarzą wtuloną w
ciepły placek śnić będą o potędze bez Unii, Balcerowicza,
NBP i ...szkoły.
Posłanka B. deklaruje wykształcenie rolnicze średnie, podczas
kiedy na Forum "Polityki" czytamy, że ma podstawowe, bo
z powodu uniesień sercowych nie ukończyła. Pisać umie, bo jak
twierdzi prokuratura w mieście Piła, wpisała własną rączką
1800 razy - imiona, nazwiska i "pesel" tych, co niby
mieli na nią głosować. Z czytaniem cyferek gorzej, bo próby
odczytania bilingów zakończyły się wykryciem dziewięciu numerów
telefonów u jednego świadka, co go próbowała przesłuchiwać.
Pewnie jakiś "numerant". Na razie zagrożona jest karą
do lat trzech, za fałszerstwo, ale .. kto w "proroka"
nie wierzy, ten do partii nie należy.
Popierający "Samoobronę", może muszą coś odreagować,
może sami byli bici, gdzieś w kątku. Jeśli popiera ich 30 %
podobno, to 25 % po prostu ma ochotę komuś przy..solić za własne
niepowodzenia, a reszta ucieka przed prokuratorem - na drogę, lub
pod wagon, a jak się da, to i do Sejmu.
Dziś wyjątkowo nie będę pisał o burakach co szantażują społeczeństwo.
Jeszcze myślą. Bo jak przejdzie ich ustawa o "biopaliwach",
to wejdą do Unii, a jak nie to nie wejdą.
Wszystko tak piękne, jak Michał Wiśniewski w TVN. Relacji z życia
codziennego idola nie będzie (jest w okienku), bo co to za życie?
Płakać można, ale lepiej przy cebuli, zdecydowanie zdrowiej. Śmiać
się też można, ale powód niejasny, bo jak śmiać się z kogoś,
kto tak się męczy dla nas, czy dla mas? |
|
10 kwietnia
2003
czwartek
|
|
Wczoraj
o tej samej porze, a dokładnie o 1648 zwalony został
w Bagdadzie pomnik Saddama Husaina. Było to w 21 dniu wojny, a
ten historyczny moment świadczyć może, że to ostatnie dni
dyktatury i początki nowego Iraku. Wszystkie zachodnie
telewizje (włoskie, francuskie, angielskie, amerykańskie,
niemieckie) które mogłem znaleźć na swoim telewizorze, relacjonowały
to zdarzenie na żywo. Polska telewizja za którą płacimy
abonament, nie wpadła na to, że to tak ważny moment i relacji
"na żywo" - jako żywo nie było. W Teleekspresie o 1700
pokazano tylko jak cokół pomnika ktoś młotem obija, ale to było
godzinę temu. Być może w tym samym czasie stawiono "wiechę"
na nowym telewizyjnym biurowcu na Woronicza i Pan Prezes
Kwiatkowski otwierał, zaszczycał i inaugurował. No to kto mógł
podjąć decyzję, że coś naprawdę historycznego można pokazać
na żywo? Zresztą co tam jakaś wojna, tu dokonanie mamy piękne,
nowe "biurwy" zasiądą w nowym biurowcu i będą pisać
sprawozdania dla Krajowej Rady jak to ładnie rośnie zadowolenie,
oglądalność i dobre samopoczucie. Gdyby tak jednak okazało się,
za czas jakiś, że już nie ma komu pisać tych sprawozdań i zbędne
są one w ogóle - to może nie będziemy obalać pomników, ale
choć jakąś tablicę pamiątkową się przybije. Choćby dla
niestrudzonej doktorantki z właściwym stażem naukowym "na
kierunku" marksizmu-leninizmu, co teraz przewodzi Krajowej
Radzie nędznej telewizji i limitowanej radiofonii. Jest rzeczą słuszną,
że kadry liczą się najbardziej. Kadry są sprawdzone, i słusznie
im się należy to co otrzymują. Mamy to już przerobione i
naukowo udowodnione, choć w innej nieco epoce. Beton z domieszką
azbestu jak pisze dziś prasa zdobi wiele polskich domów, stąd w
wielu organizmach dwunożnych również wielka jego obecność.
Mimo że truje, to w zasadzie żyć z tym można. Chyba że znów
się ustrój zmieni z centralnej demokracji naszej lewicowej na coś
nowego, mniej pachnącego. Już po rowach się czają specjaliści
od blokad z krawatami w paski z indonezyjskiej flagi, choć czasem
przyznają się do pokrewieństwa z Monako - głównie księżne
obór i kurników oraz niektórych komisji. I tak źle i tak
niedobrze. Ciekawi mnie tylko do jakiej milczącej większości
mnie zaliczą. Bo gdyby tak dodać wszystkich partyjnych razem to
może się okazać, że nawet z sympatykami i dzieckiem na ręku
to jest tego ze 200-300 tyś. No, jedno miasteczko wojewódzkie małe,
co to po Gierku zostało. Może podziękować i innych wybrać
jakoś po nowemu? Naród myśli i coś wymyśli. Jak nie do
realizacji, to choć do śmiechu. Przez całe moje życie młodociane
powtarzano mi, że mogła nas uratować tylko - amerykańska
okupacja, teraz dowiaduję się, że jedynie Unia Europejska może
nas uratować. Wprowadzi przepisy dotyczące rozmiarów ogórka, a
jednocześnie pożegna kadry, beton i azbest. Podoba mi się ten
pomysł, aby ktoś co zna się na finansach prowadził kasę, aby
ktoś nie limitował na co babci wolno chorować i żeby ktoś
pomyślał. POMYŚLAŁ. Dlatego czekam na przepisy o ogórkach i
reszcie.
Dziś
z klasą V b byłem na wycieczce w Łazienkach. A dokładnie w
muzeum Łowiectwa i Jeździectwa, które tam się też mieści.
Ekspozycje ciekawe, sale klimatyzowane sympatyczna, kruczoczarna
Pani przewodniczka mówiła ciekawie, tak że jeleniowi
"bachory" rogów nie urwały, sowa ma całe skrzydła, a
nawet za toaletę nie kazali płacić. Zresztą czwartek to w
muzeach dzień darmowy i pewnie dlatego pokazano nam za darmo
wystawę obrazów o tematyce "łowczej". Na co dzień
jednak za wejście na tę salę płócien małżeństwa Zofii i
Tomasza Konarskich płacić trzeba i to podobno nawet 7 zł.
Malarstwo Pani Zofii polecam, natomiast małżonek zapełniając
90% wystawy ma pojęcie o malowaniu, technikach takoż. Tylko ten
wyraz. Ciekaw jestem czy można pertraktować co do ceny wejścia;
- dla 3-8 obrazków pani Z. 2 zł, a nawet 3.-, ale resztę nie
oglądam, bo czarne drzewa na białym tle przygnębiają mnie
nieco. A jeden warchlak wychodzący o świcie - wiosny nie
czyni.
Mam nadzieję, że w końcu wiosna przyjdzie, bo przez ostatnie 4
dni biały samochód na białym tle powodował u mnie dziwną
melancholię. Opony letnie założono już w marcu w autokomisie,
a tu "zawieje i zamiecie". Zamiataliśmy i my parę
razy, żeby chociaż udawać, że samochód jeździ o każdej
porze. Coś z dachu spada z hukiem co chwilę - znaczy idzie nowe.
Tak trzymać. |
|
3 kwietnia
2003
Ryszarda
|
|
Pierwszego
kwietnia minęło bez fajerwerków śmiechu, zrywania boków i tym
podobnych. Życie niesie tyle niespodzianek, zaskakujących zwrotów
i dziwactw, że wszystko żartem się staje, igraszką z naszego
rozsądnego myślenia. Tak więc kolejne święto spoważniało,
albo uległo stłamszeniu przez rzeczywistość. Komisja Śledcza
cieszy mnie już umiarkowanie. Nie śledzę już z zapartym tchem
jak "idą w zaparte" i nic nie pamiętają, (np.
dzisiaj; dwugodzinnej rozmowy telefonicznej z komórki służbowej
- oczywiście). Pociecha moich oczu Pani Jakubowska przeminęła
jak sen złoty, zapędziła tylko Komisję segregatorami obfitymi
do śledzenia akt różnych. Odbiór mój z szacunku dla kobiety
ograniczam wyłącznie do kontestacji ubioru i wykwintu postaci.
Drugi dzień zeznań - spodnie poszły w kąt, spódnica powraca,
śmiało rozcięta. Nóżka jasna, oko piękne, jeno niewielki
nadmiar brązu na policzku. Na dzień trzeci makijaż już
perfekcyjny, nóżka czarna, jakieś odcienie granatu w ubiorze.
Treści same zostawiam fachowcom, bo tych ci u nas nie brak.
Ja zielenieję z wiosną, podskakuję na jednej nodze i zamiast
robić kawały prima aprilisowe ....dziękuję ludziom za życzliwość,
serdeczność i miłe podejście do drugiego człowieka. A tak, a
tak. Od kiedy wlazłem jedną nogą do klanu zmotoryzowanych, sąsiad
zaczął mi się kłaniać i pyta jak tam się skręca w lewo. Na
stacji obsługi objaśniają co do czego służy i kiedy trzeba
poddać oględzinom fachowym. A już zupełnie indywidualnie dziękuję
Panom z Suzuki Motor Poland. Szczególnie Panu Krzysiowi B. za sympatyczną
pomoc, albo przy montażu owiewek, albo zdobywaniu oryginalnych głośników.
Policji dziękuję, że trąbi na mnie umiarkowanie, kiedy żabką
opuszczam skrzyżowanie. Z parkowaniem - to samo. Mam blisko domu
teren nie pilnowany, a ogrodzony i kilka samochodów tam staje. I
mnie dopuszczono za symboliczna opłatą, tak że z okna widzę na
co moja biedna żona ostatni grosz wydała. Dni temu kilka popędziłem
na złamanie karku wyłączać pozostawione światła - okazało
się , że nic się nie świeci, tylko żarówki małe są żółto-pomarańczowe.
I jak tu się nie cieszyć z życia. Pierwsze dni to nauka jazdy
od nowa, bo samochód inny i do przodu sam wyrywa. Teraz już nie
wsiadam z duszą na ramieniu i nie zastanawiam się jakie skrzyżowania
mam pokonać, tylko jadę bo mam tam gdzieś, coś załatwić.
Jedno co spędza mi sen z powiek, to aura nieszczęsna.
Wiosna zimą powiewa, śnieg zapowiadają , a ja chcę do pracy,
do pracy. Tylko jak tu pracować, jak rączki klientom grabieją?
Nawet urząd co mi zezwolenia wydaje na pracę, głosem pięknej
niewiasty mnie uspokaja. Zezwolenia nie ma, ale opłatę Pan uiści
i można pracować. Straż powiadomiona, łapać nie będzie.
Jutro ma przyjechać do Warszawy przyjaciel serdeczny co w Ameryce
osiadł, a kraj stary raz na rok nawiedza. No i jak tu nie cieszyć
się wiosną. Ministrem nie będę, bo odwołują co chwilę, tak
że nawet jak wieczorem opowie kandydat o programie jakimś, to
rano nawet słyszeć nie chcą bo już drugiego wybrali. Domyślam
się, że te szybkie zmiany w rządzie dyktuje chęć zapewnienia
odpraw właściwych i pensji za czas jakiś - tym co się jeszcze
nie załapali, a należą do tego samego kółka graniastego.
Potem przyjdzie jakiś inny rząd co też ma poglądy i inni będą
się zmieniać. A ja już nie muszę. Jak mi tylko dadzą
popracować to nawet na wycieczkę pojadę, najchętniej w Beskid
Niski. Dziś pojechałbym do Rysia, bo to jego imieniny, a to właśnie
szwagier mój serdeczny. Jak zwykle sprawdzają się przyjaźnie w
rodzinie nie bezpośrednio skoligaconej. A gdyby to rząd jaki też
wziął to pod uwagę, albo do serca. |
|
do góry, do
góry...
|