Archiwum maj - 2003

      data 

                                              dziennikczylinocnik               
31 maja
sobota
2003

Słoneczko świeci, niebo błękitne - nie ma czasu na rozważania pseudo filozoficzno - żartobliwe. Do pracy, do pracy - póki jest. Wyjazd z domu o 8 powrót 20. Obiad z kolacją razem sposobią mnie wyraźnie do pozycji horyzontalnej, więc już wkrótce nieustający ciąg dalszy, ale dopiero w czerwcu. Stąd w czerwcu znajdą się zapewne wspomnienia majowe. 
Na Zapiecku postawiono pod oknami poczty coś na kształt wiosła, co ma być zapewne tablicą reklamową koncernu ORLEN (choć nie ma informacji gdzie zatankować). Reklama ta zajmuje jednak ok. 20 % powierzchni - reszta to zdjęcia Starówki zburzonej. Niby ma to służyć turystom na historyczne wspominki, ale tubylcom nie podoba się. Wkrótce zdjęcia wkleję z komentarzem ludności mi znajomej.
Nasz idol - "czerwony łeb" pojechał do Rygi, gdzie zajął 7 miejsce. My "jedziemy do rygi" na sam widok i nasłuch piosenkowych zmagań niektórych. Analogiczne skojarzenia budzą niektóre wystąpienia (każdy może sobie wybrać) przed Komisją Śledczą do sprawy zakopania Sprawy Łapówki do której nie doszło. Nasze faworyty mają się dobrze po obu stronach stołu - obie postrzegamy jako symbole; dostojeństwa (podbródek naprzód - minister Waniek, oraz rubasznej ludowości - posłanka Berger.

Wszystkim DZIECIOM z okazji jutrzejszego Święta - życzymy wesołych i majętnych rodziców, a jak kto jeszcze nie posiada - wkrótce zamieścimy stosowne instrukcje. Podstawowe informacje znajdziemy u Słonimskiego i Tuwima np. w dziele "W oparach absurdu".

19 maj
poniedziałek
2003

Kiedy słyszymy końskie dowcipy, to mamy do czynienia albo z pachciarską kobyłą, która jako frazeologizm przeszła do historii smutnego stąpania z opuszczonym łbem, albo jest to fenomen naszych czasów czyli posłanka samoobrony. Posłanka to takie małe posłania o których posłowie mawiają, jak sobie zabergujesz tak na dwa baty masz. Zainteresowanym wyjaśniam, że w ostatnim numerze „Wprost” ujawniono granice chuci, które zakreśla szeroko „rzeczona osoba”, a które objęły jakiegoś reportera, który na wywiad miał się wybrać z kolegą. Domyślać się należy, że wykształcenie podstawowe (już za rok matura) wystarcza do stosowania techniki dwóch batów nie tylko w masarni, ale i na sejmowych kwaterach. Nasze rozumienie tego fenomenu (fetyszyzm bachiczny, czy sadyzm rolniczy) obejmuje stan sytuacyjny taki, że chłosta to jaka, albo też - jeden trzyma, a drugi batem smaga po szerokim miejscu gdzie jak pisał poeta – plecy swą szlachetną nazwę kończą. Z wyjaśnień jakie w prasie udziela Pani B. podstawowym afrodyzjakiem w okolicach Piły jest owies. Teraz rozumiemy inaczej pieśń co to lud śpiewa, która zaczyna się „zasiali górale owies”. Dowiedzieli się i zasiali, a tylko oportunizm warstw niektórych, jak to zwykle bywa, każe siać żyto. Prasa informuje, że ma w oczach ogień taki co to na k... się nazywa i jak koń owies, tak samoobrona – do ataku. Cieszy nas to i smuci, bo jak się okazuje granice głupoty są nie mierzalne, co zresztą ma potwierdzać stwierdzenie posłanki, że kobita (ta właśnie) nie jest dżentelmenem. 
Skoro mowa o dżentelmenach to muszę wspomnieć o pewnym posłanku, co to Kuźmiuk się nazywa. Mąż ten bywały – szczególnie w audycjach Pani Jaworowicz „Sprawa dla reportera”, stwierdził niedawno co zapisałem skwapliwie;
„skoro Litwini i Słowacy są na niższym stopniu rozwoju....” Chodziło o wstąpienie do Unii Europejskiej, do której jego partyjka, po udanym szantażu prawnym się wybiera. Cytowane stwierdzenie miało nas utwierdzić w wierze, że wejdziemy, skoro na niższym szczeblu rozwoju też wchodzą. Kulturalne to i miłe, ale przy napoju co to w stodole z aparatu kapie, albo przy winku za 3 złote z siareczką dla zdrowia. Ciekaw jestem czy ambasady jaki protest złożą, ale raczej nie sądzę, ponieważ tłumacz i tak źle przetłumaczy. Inny działacz tego kółka, co to zatrzymał się na etapie orkiestr dętych i strażackich ochotniczych - głośno woła, że on do Unii nie chce i nie pójdzie. I słusznie, wcielą go po prostu i nawet nie zauważy, chyba, że dotację na trąbę będzie można uzyskać. Z rodu Podkańskich ten działacz się wywodzi i nic nie wskazuje, żeby Nekanda Trepka w swym dziele go umieścił. Być może pozostaje tak jak i wyżej wymienione osoby poza zasięgiem „Liber Chamorum”. 
Jaki spis („liber” to po łacinie spis znaczy) trzeba by założyć, aby gęby znajome tam umieścić. Wszak tylko delegacja „samoobrony w ramach własnej głupoty”, pozostała na miejscach nie wstając, kiedy to w unijnej siedzibie zgotowano Prezydentowi aplauz na stojąco. Klaskać nie musieli, ale że tyłki tak im od razu przyrosły do tych stołków znienawidzonych, rzecz to ciekawa i symptomatyczna.
Pośmialiśmy się i starczy. Teraz poważnie o ruchu drogowym na Starym Mieście. Na Zapiecku właśnie, a blisko poczty co to do niej od Rynku się wchodzi, jakiś nowy twór powstał. Krawężnik jak wąż boa, co pośród kolumn się zwija (jak pisał poeta) wysepkę utworzył na której rury do wierzchu wychodzą. Podobno ważny jakiś niebywale znak tam ma stanąć co to ruch ma usprawnić, czy też informację poszerzyć, a rura doprowadzi tam właśnie odpowiednie przewody z energią, co pozwala domniemywać, że będzie to świecić i w dzień, i w nocy. Jak tylko powstanie, zaraz stosowne foto na zapieckowych stronach umieścimy podziwiając nowy element zabytkowego krajobrazu. Z innych ciekawostek zapieckowych odnotować należy, że bankomat jest tu taki, co jak karty nie ukradnie to z konta nie odliczy. Gdzie taki? Już mówię, za licznymi informatorami, że na Świętojańskiej na przeciwko Katedry. Podobno do dwustu złotych wypłaca i konto nadal poprzedni stan odnotowuje. Dziś sprawdzałem, kolejek tam nie widać, więc albo naprawili, czyli zepsuli źródełko, albo działa tylko sporadycznie jak większość znanych nam urządzeń. 
Prognozy zapowiadają opady przelotne i uporczywe, a w telewizji TVN ciągle biega po ekranie chłopię dorosłe co ma czerwony łeb, przekłuty łuk brwiowy i coś tam jeszcze. Nieustający wywiad z kimś kto nie ma nic do powiedzenia przeprowadza Hubert Urbański i wtedy nie jest już ich troje, ale czworo, lub pięcioro. Szkoda, że to dzieje się w studiu, a nie w lesie wtedy barwa owłosienia naszego bohatera gwarantowała by, że nigdy się nie zgubi. Wszak jest już zgubiony po tym wywiadzie. Napisałem zgupiony i komputer mi poprawił. Pisze po raz drugi bo to też wydaje się prawda. Co to szklany „lufcik” (jak mawiał Wiech) może zrobić z człowieka, albo idiotę albo idola, czasem działa to łącznie. W dniach ostatnich kręcono na Zapiecku zdjęcia do obchodów Dnia Dziecka. Za dziecię słusznej postury robił red. Orłoś z obwarzankami na szyi, z misiem balonem i watą cukrową w garści. Zasłodził się chyba dokumentnie z ekipą, bo dubli było sporo. I tym słodkim akcentem przypominamy, że jutro ostatni termin płacenia podatku zryczałtowanego, za kilka dni dzień matki, a potem dziecka. W każdym przypadku portfel się przyda, choć nie zawsze z równie serdecznym uczuciem.

14 maj
środa
2003

Zmieniono znak D-25 "poczta" usuwając z symbolu piktogram słuchawki telefonicznej (pozostała tylko "koperta"), gdyż nie zawsze na poczcie znajduje się ogólnodostępny telefon. Takie sympatyczne zadnie znalazłem właśnie w internecie, kiedy przeglądałem zeszłoroczne zmiany w kodeksie drogowym. Idziemy do Europy tyłem jakby, czyli na poczcie może nie być dostępnego telefonu. Przyjęcie takiego założenia jest równie idiotyczne jak budowa wychodka w którym nie przewiduje się zaopatrzenia w wodę czy stosowny papier. Zwróciłem też uwagę, jakie to punkty karne mi się należą, jak można mi je wlepić i kto o tym decyduje. Jakoś nie znalazłem komentarzy do tego nowego punktowania błędnych kierowców, a nasuwa mi się jedno ważne spostrzeżenie. W tej chwili wszelkie nasze przewinienia na drodze sumują się i "suma wszystkich strachów" może spowodować natychmiastowe odebranie prawa jazdy, które Pan policjant już trzyma w ręku (i nie odda). Dawniej wybierano najwyżej punktowane przewinienie i wpisywano do kartoteki. Tak więc od woli jednego człowieka zależy nasz dalszy byt "jezdny". A jeśli, nie daj Boże, urazimy czymś niechcący funkcjonariusza, albo będzie w złym humorze, nastroju (nie dostał podwyżki, żona nie rozumie), d... blada - jak mawiają nadmorscy górale. Mam na myśli - nie ciężkie naruszenie przepisów, kolizję jakąś okropną z wymuszeniem, ale sytuację przeciętną, w miarę spokojną "karnie" ale.. zależną od "widzi mi się" czyli interpretacji Pana w mundurze. Czy taka sytuacja nie stwarza możliwości nagłego zwrotu sytuacji, z napiętej w życzliwszą, dzięki szybkiemu wsparciu służb niedoinwestowanych? W każdym przypadku możemy oczywiście odwołać się do sądu grodzkiego, ale np. zaplanowane wakacje szlag trafił, praca nagle się kończy i inne takie problemy. I jak tu nie wchodzić w porozumienia? Nie twierdzę, że biorą, albo że dają, ja to wiem z dotychczasowej praktyki, bo codziennie o tym trąbią media. I jest to tylko malutkie porozumienie, a nie afera Rywina, FOZU, czy jakaś tam inna ogólnopaństwowa. A więc ponawiam pytanie - po co dawać bombę, kiedy można łagodniej, a skuteczniej. Szanując pracę policji (ostrożność nie zawadzi), która faktycznie zarabia gówniane pieniądze, pracując w warunkach co najmniej "szkodliwych", traktujmy ich nie jak tych, którzy mają się cieszyć bo mają jakąś tam pracę, ale jak tych, którzy mają jakąś misję do spełnienia. Może z czasem zajmą się nie tylko ratowaniem naszego życia, ale i tego przysłowiowego kota. Ale nasi prawodawcy muszą im dać szansę, a nie traktować jak kelnerów, którzy sobie dorobią. 
A teraz z innej beczki. Spotkałem koleżankę, która opowiada mi jak to próbowała pójść na studia, pracując równocześnie. Zakład pracy państwowy czyli popiera, kieruje i prowadzi politykę kadrową oczywiście. Moja kandydatka wybrała sobie kierunek studiów najbardziej zgodny z tym co robi w pracy, ale niestety wybrała złą uczelnię. A która jest dobra? Ta, gdzie wykłady ma kierownictwo ścisłe, tylko ta która współpracuje i realizuje, tak jak trzeba. A więc temat odmienny niby od drogowych dywagacji, a jakże zbieżny w konkluzji. A wszystko w tle "nieustającego dalszego ciągu" wzajemnych ułatwień, powiązań i ...korupcyjnych korporacji. Jakby napisała nasza noblistka - lepsza w totku kumulacja, czy niewielka kopulacja niż taka społeczna komunikacja, gdzie racja w kuszeniu kieszenią lub nęceniu karierą.
Skoro w obu wątkach piszę w końcu o pieniądzach, zdarzenie z dnia dzisiejszego. Woda z prysznica przestała odpływać, ręczne perswazje zawiodły, zapisałem się więc w mojej Administracji Budynków Komunalnych nr 4 na wizytę hydraulików. Pani od razu ostrzegła, że płacę prywatnie, bo administracja nie odtyka. Rozumiem, zamawiam. O godzinie 13:10, dwóch panów przybywa, przez zawór od pralki w ścianie rurę przetyka sprzętem z korbką, co nazywa się - sprężyna. Pomagam trzymać, poproszony o pomoc i po 10 minutach kręcenia woda poooszła. Dziękujemy, kłaniamy się. Ile jestem winien? 80 złotych - pada odpowiedź. Jak na załóżmy maksymalnie 15 minutową wizytę to stawka powalająca. Poprosiłem więc pana "dowodzącego" o rachunek. Naskoczył na mnie, że oni rachunków nie wystawiają, może kierownik, ale wtedy powinienem to wcześniej zgłosić. Poinformowałem panów o średnich zarobkach w kraju, dochodach Prezydenta i dorożkarzy, jednak zrozumienia nie znalazłem. Kiedy stwierdziłem, że mogę dać 50 zł, albo poczekam na rachunek i wtedy zapłacę, szybko wzięli pieniądze, podziękowali (!) i poszli. Zadzwoniłem do kierownika technicznego, który nie wiedział, kto był u mnie, pracowników nie zna bo to wynajęta firma, a na moje sugestie że sam jest w dwuznacznej nieco sytuacji - wytłumaczył mi zasady pertraktacji. Skoro mi mówią, że prywatnie się naprawia, to trzeba było uzgodnić cenę wcześniej. A jak za drogo, to wołać pogotowie z ogłoszenia, albo straż i tak wyjdzie taniej. Tu był mój błąd negocjacyjny. Spodziewałem się kwoty od 20-30 zł (dwóch pracowników musi się podzielić), ale widać jest jeszcze dodatek dla kierownictwa, którego dawniej nie było. Gdybym wyszedł nie ogolony, w szlafroku, a na podłodze leżały by jakieś resztki dawnej świetności mógłbym też być "wyceniony" niżej. Sytuacja w zasadzie typowa i codzienna, ale jak się okazuje, liczne kierownictwa ADK czy ABK (gospodarka komunalna) właśnie żegnają się z pracą, a nawet jakieś tam oskarżenia ktoś próbuje formułować. Czyli korupcji nieustający ciąg dalszy. Tak więc morał mi wychodzi taki - żądajmy na wszystko kwitów, pokwitowań bądź dokumentów stosownych i albo cena spadnie zaraz albo robimy sobie tzw. ścieżkę odwoławczą, a tego żaden "korupcyjant" nie lubi. Można też nagrywać, ale Gazeta Wyborcza nie podała jaki sprzęt jest teraz najlepszy.
No i po co oglądać te sprawozdania z Komisji Śledczej, od razu człowiek dostaje jakiegoś uczulenia. A swoją drogą kumulacja w totku, też nie pomogła - zainwestowane 30 zł - wygrane 10 zł ("trójka"), co i tak należy uznać za wynik niezły. Zupełnie jak w naszej gospodarce, deficyt się zwiększa, a optymizm kierownictwa lica krasi. 
Niech już przestanie padać, za robotą mi się tęskni, że o przyjezdnych warszawiankach nie wspomnę.

13 maj
wtorek
2003

"13-tego nawet w grudniu jest wiosna" - o ile pamiętam taki optymizm wyrażała piosenka, którą skomponowano sporo przed stanem wojennym. Mimo wszystko w dni feralne z 13-tka nie wierzę, a czy słusznie?
Grzesiu, co czasem pomaga mi rozstawić stoisko przyjechał z godzinnym opóźnieniem, tak więc niebo z jasnobłękitnego zrobiło się nieco szare. Nie jego to wina, lecz ciąg dalszy nastąpił. Ledwo wszystko zostało ładnie ułożone, kilka tytułów lepiej wyeksponowanych - spadło kilka kropel, e... tam - lekceważymy. Po chwili trzeba było wyciągnąć folie i przykryć cały interes. Na chwilę przestało - myk - odsłaniam dzieła przebrane. Na nic cały optymizm, po kilku minutach znowu kropi, potem pada co raz mocniej choć spacerowiczów i wycieczek dużo. Duszno i ciepło, a ja moknę i co raz bardziej "mam za złe". Zadzwoniłem do syna, przyjedź składamy interes. A ten mówi, że nie może, bo jedzie właśnie na uczelnię na zajęcia. Po co? - pytam, przecież zajęcia masz w środę. Dziś środa - mówi. Upewniłem się u sąsiadów, jasne że wtorek do tego 13-tego. Tak mnie to rozbawiło, że przestałem się marszczyć na opady. Spakowaliśmy się szybko, jedziemy do magazynu, a tu na wąskim przejściu zaparkowały damy mercedesem. Więc szukamy, gdzie polazły, bo dookoła miejsca, a miejsca, że o parkingu pustym i płatnym nie wspomnę. Może takie oszczędne. W końcu znalazły się, odjechały. Przejechaliśmy naszym wózkiem bagażowym kilka metrów i znów stoimy. Nie można do magazynu, bo wielka ciężarówa zatarasowała bramę wjazdową na "nasze", magazynowe podwórko. Stoimy i czekamy - w końcu uzgodniliśmy, że przejedziemy po opuszczonym podeście i jakoś poszło. Kiedy już wszystko schowaliśmy, mokrzy, ale zadowoleni cieszymy się, że tylko do samochodu i za chwilę w domu. Nic z tego. Samochód zablokowany przez meblarzy. Czekamy pół godziny, a tam jeszcze kartonów, pakunków na godzinę roboty. W końcu tyłem przejechałem znów po ich podnośniku, aby objechać dookoła kilka podwórek i wydostać się przez inna bramę. Tyle miałem szczęścia, że właśnie ktoś ją otworzył. Ledwo dotarłem do domu, zrobiłem sobie herbatę, a tu słoneczko wychodzi. I tak do wieczora, a ja tylko myślę czy folie wyschną do jutra i czy nic nie zamokło. Ech, jednak coś z ta 13-tką "jest na rzeczy" jak mawiają czasem w telewizji. 
Korzystając z wagarów przymusowych oglądam co tam w Komisji Śledczej, a tu Pan Selin zeznaje, że w obecności premiera proponowano szefowi "Polsatu" co tylko można, aby nie sprzedał swojej telewizji Agorze. No i ten miły człowiek twierdzi, że nie było lepszego momentu do złożenia pozycji korupcyjnej przez Rywina. Znów się zrobiło ciekawiej. Jeszcze ciekawsze rzeczy opowiada były minister zdrowia, szef SLD na Mazowszu - Łapiński. Media tak atakują - twierdzi, że trzeba oczyścić środowisko dziennikarskie. Dalej nie będę cytował, bo facet bredzi jak Piekarski na mękach, albo ma tak, jak niektóre biedaki, co im w głowie drugi gada. To się nawet jakoś tam nazywa, a bierze się pewnie z zadawnionej i nieutulonej tęsknoty za dawnym pięknym czasem. Wtedy pisano słusznie i to co trzeba, a jak się który wychylił to go się "zamkło", albo wywaliło z roboty i spokój. Ech, to były czasy, ex-minister mógłby latami reformować, nagradzać oddanych, kupować samochody, robić listy leków na przeczyszczenie itp. A w nagrodę jakiś producent, szwajcarski zapewne, zaprosił by na konferencję na Mauritiusie i czy innych Bermudach. Widać i na niego 13-tka działa, a może ma ją rok cały. 
Wracam do komisji śledczej, bo jakoś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że "właściwy" ton przeważa, przynajmniej zapewni to zgodne głosowanie słusznej większości. Pewnie dlatego też wzywają na przesłuchanie Prezydenta Warszawy. No, bo jak nic nie wie w sprawie, to może się zdenerwuje, może coś powie co da się wykorzystać i może w ten sposób notowania Prawa i Sprawiedliwości spadną. Nazwa ta jakaś taka drażniąca. Przecież prawo było, sprawiedliwie też i całkiem dobrze w ogóle np. za Gierka czyż nie? Wystarczy zapytać Pana co zdrów "w zasadzie" nadal, tylko ministrem już nie jest. Na zakończenie tej feralnej opowieści wracam do piosenki. Śpiewano kiedyś; "13-tego - każda droga jest prosta" - aj, waj, no może prosta, ale czasem mokra i pośliznąć się można. 
"13-tego - nie liczą się dni...", czyżby już tylko pieniądze? Przypominam jutro środa i kumulacja w totolotku. Do wygrania 7 milionów złotych. 

11 maj
niedziela
2003

Jak zwykle pogoda ducha ważniejsza od zjawisk meteorologicznych. Tak więc ufając prognozom do pracy wybrałem się nie w piątek i w sobotę, ale w niedzielę, kiedy zaczęły się opady przelotne, przechodzące w ciągłe. Tak to  bywa, gdy zaufamy telewizji, co same nagrody zbiera, a potem okazuje się, że żadnej nie przyznali, bo to co dali do łapy prezesowi to pamiątkowa plakietka. W sobotę korzystając z porannego zachmurzenia i drobnego deszczyku wmówiłem żonie, że prognozy są niekorzystne i warto samochodzikiem odjechać, gdzieś dalej. Ustaliliśmy więc rodzinną wizytę w Radomiu u sympatycznego Mateuszka, co dopiero nauczył się siedzieć, a już rwie się do biegania. Oczywiście pomysł ten tak wpłynął na aurę, że słoneczko wyszło prawie natychmiast i dzień był piękny o bezchmurnym niebie. Na Starym Mieście tłumy dzikie bo Parada Schumana czyli wszelkie imprezy wesołe za wejściem do Unii przekonujące. Jak zeznawali sąsiedzi sprzedawcy - oglądających setki, kupujących tyle co w dzień przeciętny. Nie ma czego żałować, bo jazda przyjemna, dziecko nowe całkiem w rodzinie i śliczne niebywale, jak na młodych i pięknych rodziców przystało. Mam nadzieję, że dziecię jeszcze nie słucha i wyrośnie spokojnie i normalnie, czyli mówiąc prościej jak za młodu za bardzo głaszczą to potem nic, tylko politykiem można zostać, aby narodowi przewodzić i tłumaczyć wszystko co trzeba, ciemnotom. 
Wracając do frajdy z jazdy, to czasem jak się trafi kawałek lepszej drogi to już się człowiek cieszy. W każdym razie za Białobrzegami robią dwa pasy i może za lat kilka mostek jaki powstanie, aby nie mijać się z TIR-ami z dusza na ramieniu. O tym, żem kierowca świeży całkiem, świadczy nieustanne moje zdziwienie, gdy widzę znak ograniczenia szybkości do 70 km, u mnie na liczniku 80, a mijają mnie wszyscy, z prawej też. Z tych zdziwień zapewne, dalej nieco przyspieszam do 120 km, ale efekt ten sam. Poza maluchami, wszystko pędzi jak szalone od poloneza do subaru imprezy, a jak nie pędzi i spogląda na kwitnące sady to znaczy, że albo się policji boi, znakom wierzy, albo też wie, że spokojniej dalej dojedzie. A znaki swoja drogą i tak bez sensu.  
Dziś niedziela, wiec mimo szarego nieba rwę się do pracy, ale już po godzince kap, kap z góry i biegiem do piwnicy po stary parasol, aby mimo opadu niewielkiego sprzedać co nieco. Z godziny na godzinę drobny deszczyk, robił się co raz mniej drobny, a ja smętnie spoglądałem na wyniki pracy, czy starczy na jutrzejszy przegląd techniczny samochodu. Starczyło w końcu, więc pakowanie i do domu, dopiero się rozpadało, żebym nie żałował wcześniejszego pójścia do domu. 
Będąc jeszcze przy sprawach drogowych - właśnie usłyszałem wiadomość, że biskup elbląski jechał "na chuchu" i miał prawie promil w wydychanym powietrzu. Pewnie gdyby nie drobna kolizja pojechał by dalej, bo widać mszalne nie tylko do mszy służy. Ale albo to koniaczek, albo dwie flachy wina obalił. Dziwić się nie można, bo Polak prawdziwy do 2 promili to jedzie spokojnie. Powyżej dopiero zaczyna lepsze harce. A do tego grzech ma jeszcze podobno i z nazwiska biedaka podano. Poseł jak jedzie po pijaku to podają tylko inicjały i dla ciekawych - z jakiego rejonu gorzelni go wybrano. 
Lekko podcięty facet to życzliwy jest bardzo, rozmowny i przychylny ludziom. Widać w sferach rządowych pija się jakby rzadziej, skoro posła nazywa się zerem. W końcu jak dojdziemy do dwóch zer to już wychodek, a jak jeszcze więcej, to poważne zadanie dla ministra finansów. Jak zobaczyłem w telewizji minę (wyraz twarzy) niejakiego Leppera co dostał zaproszenie na posiedzenie Unii, to było już mniej niż zero. Zagubiony, malutki i ujemny, odzyskał dopiero swój ładunek energetyczny jak zobaczył znajomych przeciwników. Co przewodniczący pasiastych krawatów opowiadał wszyscy wiedzą, bo słyszeli, a co z tego rozumie elektorat, to już jego sprawa. Bo ten elektorat ma milczeć i słuchać, albo blokować jak każą, a jak chwilę pomyśli to go zaraz wyrzucą. 

Skoro już do polityki doszło to właśnie Liga Polskich Rodzin się obraziła i wyszła, bo (jechał ich sęk) jak poseł Pęk zgłosił ze 300 poprawek do poprawki o referendum unijnym to mu głos odebrali. A słusznie bo ile można czytać to samo i z samym sobą dyskutować, po to tylko żeby nie dać, nie pozwolić i narodowo przewodzić głupocie. Biedni staruszkowie biegają po Starym Mieście z wielkimi epistołami (dwustronne A-4) usiłując wcisnąć każdemu uzasadnienie, ze Unia 'be". Byle sekta nawracająca na studiowanie Biblii wręcza karteczki małe i zgrabne choć treść podobna. 
Jakoś tak dziwnie się składa, że Ci co z takim przekonaniem - przekonują, dziwnie uśmiechu się pozbyli. Widać powołanie takie mają, że przekonać mnie mogą tylko marsem poważnym, co brak myśli - ideologią dziwną równoważy.  Babule zawzięte i  działacze (co Polskę "ratują") pytają mnie ciągle czy mam coś Pająka albo Nowaka. Do tej pory odpowiadałem, że o pająkach nic nie ma bo mało wyszło, a Nowak owszem jest - Jeziorański. Teraz pytają o tego "własciwego" Nowaka co obnaża i chłoszcze. Więc mam na podorędziu egzemplarz czarnej książeczki, gdzie autor "właściwy" pisze o grzechach występkach i zaprzaństwie tych co "te Polskie" i tak dalej, i tak dalej. Widzą biedne kontrolery, że jest, widać firma słuszna i patriotyczna, ale nie kupują, bo albo mają, albo udają. 
Wesoło jest, ech wesoło w końcu maj, nawet jak pada to i na gorący łeb czasem kapnie i może schłodzi nieco.

4 maj
niedziela
2003

Święta, święta i po świętach. Tym razem długi weekend majowy z piękną słoneczną pogodą, przez co dla mnie pracowity, z wyjątkiem soboty. Od kilku dni prognozy (które śledzę namiętnie i obowiązkowo) mówiły o opadach przelotnych, acz gwałtownych i to właśnie w sobotę w godzinach popołudniowych. Pretekst to znaczny aby korzystając ze słonecznego przedpołudnia udać się na samochodową wycieczkę. Tym razem pojechaliśmy niedaleko, bo do Ogrodu Botanicznego w Powsinie, który leży prawie już w Konstancinie-Jeziornej. Byłem tam po raz pierwszy, a moje dziewczyny po raz wtóry. Zdziwiłem się, że tak dużo ludzi jedzie w jednym kierunku i tak samo dużo skręca na "ogrodowy" parking. A wydawało się, że wszyscy już z Warszawy wyjechali i to daleko. Bilety w cenach umiarkowanych w zasadzie. Parking 5 zł. (niestrzeżony), wstęp dla dorosłych 6 zł, dla dzieci 4. Po wejściu szok cenowy przy pawilonie z lodami - jedna kulka 3,50. Okazało się, ze na stoisku nie należy kupować, bo z boku jest wejście do sklepiku, a tam znacznie taniej, chodź lody z gatunku  wieczno-trwałych. 
Sam ogród po ostatniej wizycie w Żelazowej Woli zrobił na mnie dość marne wrażenie. Wydaje się, że jest to duża placówka naukowa, gdzie w odpowiednich miejscach porozmieszczano różne okazy flory, tak żeby studenci mieli blisko siebie pokrewne gatunki. Teren płaski i nudny, oczka wodne marne, a skałki niedostępne (w trakcie urządzania). Pierwsze wrażenie to wielki jarmark handlowy (rozumiem nasiona, sadzonki, krzewy itp. - dla własnego ogrodu czy balkonu), ale też kapelusze, okulary, kosze, dzbanki i fajanse, oraz niezastąpione i uniwersalne urządzenia do ...mycia okien. 
Pięknie kwitnące morele, wspaniałe magnolie o wielu kolorach i odmianach, różnorodne krzewy i iglaki poprawiają nastrój. Jednak kiedy usiedliśmy na chwilę na ławeczce, widok górek (ma to być w zamyśle ogród skalny) tak beznadziejny, ze fotografować się nie da. Taśmy zasłaniające przejście rozumiem, bo w budowie, komin w tle, pewnie musi być, ale po co tam pseudo pasterska chata "spod samiućkich Tater", tego nie rozumiem. Bo te dwa kopce do gór, mają się jak ja do smukłej sylwetki wczesnego Banderasa. 
Przed wielu laty bywałem często w poznańskim ogrodzie botanicznym i tam ogródki skalne też były, ale ze wspaniałymi strumykami i bardzo ciekawie urządzone. Jak wpadnę znów do Poznania muszę tam pójść koniecznie. Wejście jak pamiętam było od ul. Dąbrowskiego.

Piszą moi sympatyczni korespondenci w sprawach różnych, acz wesołych zawsze, rozumiejąc jak i ja, że życie uśmiechu wymaga, nawet jak się czyjś pysk nie podoba. Moim rodakom na ogół czyli zawsze - się, jakiś nie podoba.
Zapytano mnie korespondencyjnie także czy jestem za wejściem do Unii Europejskiej. Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować nieocenioną 100dentkę (jak się podpisuje ostatnio Dominika). Oto propozycja pytania na niedalekie referendum:
Czy nie negujesz faktu swojego sprzeciwu wobec potwierdzenia braku poparcia dla wycofania inicjatywy zaprzeczenia przez Prezydenta RP zrezygnowania z odmowy ratyfikacji układu akcesyjnego z UE?
Tak więc choć jestem przeciwko dopłacaniu pewnemu ugrupowaniu, że o osobach konkretnych nie wspomnę, jestem za, a nawet przeciw. Oznacza to, że jak rozszyfrowałem byłego Prezydenta - idea dobra, jeno wykonanie może być - jak zwykle. Co z kolei można tłumaczyć już łatwo; pieniądze sam zarobię jak tylko nie będą mi specjalnie przeszkadzać, natomiast z radością pojadę bez paszportu gdziekolwiek, gdzie tylko trawa zielona i droga bez znaków (garb, lub ściek poprzeczny albo Uwaga wyboje).
Ponieważ sam nie bardzo rozumiem, czy to co piszę jest dostatecznie jasne, oznacza to jedynie, że chciałem nieco zrozumieć niektóre wypowiedzi - za i przeciw. Stąd ton ten niejasny i zawiły. Można powiedzieć prosto i jasno, ale czy to będzie znaczyło, że czytelnik wie coś o karierze naukowej mówcy?
Pozostała mi zatem do rozstrzygnięcia kwestia ostatnia, czy pysk się nie podoba jakiś. Mój może się nie podobać, tak więc pomny zeszłorocznych występków kibiców, co głodni dalszych wrażeń wracają z meczu - dziś oddaliłem się wcześniej z mojego miejsca pracy. Mecz Legia - Polonia miał dostarczyć wielu doznań i uniesień - jak mnie poinformowali mili chłopcy w kamizelkach dziwnie pikowanych, a grubych, do tego mieli jeszcze kaski z szybą opuszczaną i pałeczki czarne i długie. A to oznacza środek przymusu bezpośredniego.  Nie lubię być przymuszany do niczego, poza obfitym stołem i obfitym biustem oczywiście, czego wszystkim staruszkom życzę tej wiosny i kilku następnych. 
Na listy w sprawie Komisji Śledczej nie odpowiadam, za nikogo się nie wstydzę, jestem jak premier "tylko człowiekiem" i jak słyszę co gadają - jednym naciśnięciem guzika mogę zawsze przejść na Discovery o ptakach, wężach i lwach. 

do góry, do góry... 


Strona główna    Zapiecek    Antykwariat   Galeria Zapiecek  Przyjaciele książek   Dziennik
Stare Miasto   Rynek    Plac Zamkowy    Pomniki
Artyści: Wiesława Kwiatkowska,     Grzegorz Bialik,    Joanna Sierko,
Poeci: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska,    Bolesław Leśmian