Archiwum - czerwiec 2002

 

      data 

                                              dziennikczylinocnik               
25 czerwca
2002
wtorek

Czas pędzi jak szalony, obowiązki nudzą mnie totalnie, a jeszcze do pracy chodzić trzeba. Dobrze mi teraz żartować, ciekaw jestem co tu napiszę w listopadzie. Każdy dzień słoneczka trzeba wykorzystać, bo i tak nigdy go za wiele. W ubiegłym tygodniu można było zwątpić w te słowa, bo ponad 30 stopni ciepła przez 4-5 dni to całkiem nieźle jak na "zapieckową" strefę klimatyczną. Od 13:30 słoneczko jak lampa żarowa nad stoiskiem i chowam się pod stół i do sąsiedniej galerii i za rogiem się kryję, aż do 16:30, gdy cień zbawczy Zapiecek ogarnie. W każdym innym kraju (gdzie jest taki?) nakrył bym wszystko, jakąś szmatą ozdobną, aby słoneczko liter nie wypaliło i poszedł gdzie na sjestę. Ale tu - niby starych książek nie kradną, bo co z tym zrobić, ale jak leży samo to kusi zawsze.
W niedzielę wyraźne załamanie pogody, czarne chmury od rana, choć w domu słoneczko z powodu święta taty. Procesja dziatwy poranna, laurka, prezent i wspólne śniadanko. W ramach nauki jazdy - tata jazda do Słomczyna na giełdę samochodową. To niby w ramach przyzwyczajania się, że jadą mi na przeciwko, a przejadą obok i mam się wcale nie bać. Słomczyn w okolicach Grójca - dobiliśmy tam około południa. Krajobraz jak na dzikim zachodzie. Tumany kurzu i piachu. W tym piaskowym obłoku, setki samochodów wyjeżdżają z giełdy, a po horyzont wydaje się, że tysiące stoisk ciągnie się kilometrami. Tandeta bazarowa skrzyżowana ze składem złomu, takie pierwsze dość egzotyczne wrażenie. 20 metrów drzwi pordzewiałych, 30 metrów opon, następny rewir - silniki, śruby, sprężyny. Komplety kół, kołpaków, blachy jakieś i tysiące części niewiadomo do czego (fachowcy wiedzą). Zapewne sprzęt ten wielokrotnie zmieniał właścicieli niekoniecznie drogą kupna.  Mając w pamięci niedawne upały i dobre rady miłych sąsiadek - kupiłem kapelusz słomkowy - w końcu po coś jechało się do tego Słomczyna. W drodze powrotnej, chcąc uniknąć powolnej jazdy w niekończącej się kolumnie, ruszyłem w stronę Warki. Objazd to musiał być znaczny, skoro nabiło się prawie 200 km.  W Warce sympatyczne zapachy z piwowarskiej fabryki, które dla tubylców nie koniecznie są pożądanym aromatem. Przypomina mi się od razu - moja praca w piekarni, gdzie już po tygodniu - miałem serdecznie dość zapachu świeżego pieczywa.

Jako dopuszczany przez synka do samochodowej spółki mam ciekawe wrażenia z kontaktów z władzami od parkingów. Władzami, bo jak się obywatel nie słucha - to parkować może ...na balkonie. W tym roku wprowadzono nowe udogodnienie dla mieszkańców - czyli tzw. abonament. Mała tekturka na której wypisano numery bodaj 5-ciu parkomatów jakie mieszczą się wokół mojego domu, upoważnia do stawania w ich pobliżu. Na czym polega usprawnienie?. Jeszcze dwa, trzy tygodnie temu wydawano "identyfikatory" tekturki nieco większe, ale upoważniające do bezpłatnego parkowania w całej Gminie Centrum (Śródmieście, Mokotów, Stare Miasto, Wola itd.) W ten sposób mieszkając np. na jednej ulicy, po przejechaniu np. 50 metrów - już muszę płacić (bo tam już nie moje parkomaty). Mieszkając w Śródmieściu i pracując w Śródmieściu pod domem nie płacę, pod pracą już WAPARK brudne łapy zaciera. Wrzucaj monety, bo mandat, blokada itp. Takie to usprawnienie dla warszawiaków zapewne wydebatowano przez dwa tygodnie. Ciekawe jak się teraz rozliczają? Bo na drogi i tak z tych opłat szło zaledwie kilkanaście procent. Ale co mnie to obchodzi? Ja chciałbym wiedzieć, dlaczego zabiera mi się uprawnienia jakie posiadałem wcześniej? Podwyżki nie ma, ale wpływy większe i to kosztem moim. Władze miasta i tak służbowymi wozami jeżdżą, więc takie tam dziamganie jakiegoś mieszkańca, to tyle co szczekanie mieszańca. Dopiero niedawno widziałem na Starówce super wóz terenowy, nawet nazwy nie znam - z napisem na boku, że to Wydział Ochrony Środowiska Urzędu (jakiego?). Młody człowiek co stał obok, zaraz ocenił - no ze 150 tysięcy na dzień dobry - dali. W końcu jak chronić środowisko to przed szarym człowiekiem, bo taki najwięcej szkodzi, a  w klimatyzowanym wnętrzu z napędem na wszystkie koła (z zapasowym) i świat jakby czystszy już nieco. Jak jeszcze raz podjedzie to mu pstryknę fotkę, a by podatnik miał pamiątkę, że to za jego...

Kilka razy w warszawskiej prasie dyskutowano o wadach i zaletach zasłaniania kościołów, zabytków, kamieniczek - ogromnymi reklamami - sponsorów, którzy za to dokładają się do renowacji tych obiektów. Nie wiem, czy jakbym nie miał kasy na remont mojej chaty - nie kazał bym się zasłonić jaką szmatą. Ale w tym wszystkim interesuje mnie inny aspekt reklamy. Ona sama i przesłanie jakie z niej trafia do ludu. Jak wisi samochód na ścianie to skojarzeń nie ma, wiadomo sprzedaż kuleje i koniec. Ale jak wisi baba, albo nawet dwie to już gorzej. Na jednym stara, pytają po co - to już młodszych nie ma. Na drugim młoda, ale bezwstydnie się wypina - znów źle, albo lubieżnie loda żre (komentarze autentyczne, bo ludzie lubią się podzielić swoimi małymi radościami). Ja lubię jak się wypina, bo linie proste są nudne i tylko w pierwszych klasach przydatne. Natomiast co do tej, co lody pożera to mam wątpliwości, co do tej lubieżności.  Na stronie Dekerta muzeum historyczne zasłania reklama lodów i tam dziewczyna miła ma kłopot wielki. Ugryzła i teraz ma chyba łzy w oczach (ten blask oka, sarny zranionej). Paluszkami dwoma wyraźnie bada górną dwójkę , lewą. Ząb się rusza, albo tylko pękł trochę, ale żeby tak od razu robić z tego reklamę twardych lodów? 

Dziś na Starym Mieście koncert połączonych orkiestr dętych. Anglicy i Polacy w umundurowaniu historycznym, z repertuarem marszowym i koncertowym. Pięknie było i dostojnie i wszyscy bili brawo pod Syrenką. Potem było gorzej bo wyjce młodociane protest songi jakieś smutne i kontestacyjne dają. Fałsz czysty, wokal jeno chrypki i krzyku wymaga, za to elementy perkusyjne tak donośne, że okoliczne babcie z krzykiem wyległy. Straż miejska ma to w duuuużym poważaniu, ścigając jeno sprzedawcę spinek ozdobnych artystycznych. Mandat mu wlepili litościwie malutki, bo za puszczanie psa bez smyczy. Psa oczywiście nie ma tu żadnego - jeno taka konwencja. 

16 czerwca
2002
niedziela

Pierwsza niedziela "pracowita" po dwóch weekendach deszczowych. Sympatyczni sąsiedzi nie pozwalają się nudzić. W oczekiwaniu na klienta czytam "Pierścień mroku" Nika Pierumowa. Tytuł oryginału pierwszego tomu "ELFIJSKIJ KLIONOK". Wynika z powyższego wywodu, że pisarz rosyjski napisał dzieło trzytomowe, jako kontynuację "Władcy pierścieni" Tolkiena i "Ostrze Elfów" tę trylogie otwiera. Zacząłem czytać z pewna powściągliwością i niedowierzaniem, jak można nawet 200 lat po zakończeniu przygód Froda ciągnąć to dalej. Okazuje się, że można i to nawet z udanym skutkiem, skoro wciąga mnie to co raz bardziej. Książkę mam od Pana Aleksandra Wieczorkowskiego, autora "Mojego PRL-u", który dokształca mnie w biegu z frapujących nowości. Dama pewna zobaczyła, zamówiła i nie odebrała (a miałem już sprzedać) teraz sam poczytam. 
Będąc przy literaturze muszę wspomnieć o innych młodych damach na które zwróciłem uwagę życzliwą i baczną, niepotrzebnie jednak podsłuchując je także. Otóż okazało się, że wykryły na moim stoisku "Imię róży". Jedna z nich zapytała drugą - o czym to? Koleżanka odpowiada - nie wiem, nie słyszałam. Już chciałem podpowiedzieć, że jak sam tytuł wskazuje - to o hodowlę róż chodzi, zresztą dawno temu i w okolicach jakiegoś klasztoru. Ale z drugiej strony taki tekst mógłby panny ostatecznie zniechęcić, a mogło by i paść podejrzenie, że podryw tu jakiś odchodzi. 

Skoro o radosnych przyjemnościach mowa, to najnowsza męska zabawka w rodzinie to samochód maści białej, co ma nową rejestrację - na WY się zaczyna. A już myślałem że my to my, a tu znów wy. Na warszawskiej Woli tak rejestrują i już. Zresztą szalenie szybko i sympatycznie odwaliliśmy wszelkie formalne i urzędowe - rejestracje, podatki i ubezpieczenia, czemu poniedziałkowe klęski piłkarzy znacznie pomogły. Z uwagi na mecz w południe petentów wyraźnie mniej mimo 85 numeru na oczekiwanie. Krytykując urzędnicze przywary (sam byłem) musze oddać sprawiedliwość wolskiemu urzędowi na Solidarności. Szybko, sprawnie, kompetentnie i za każdym razem przez telefon mogłem uzyskać informację szczegółową jakie papiery i zaświadczenia potrzebne. A mając wszystko w garści załatwiłem bez problemu w jeden dzień. Mieszkałem 20 lat na Mokotowie i tam nad tym samym zagadnieniem pracowano by z uwagą dni trzy. Choć może i tam się zmieniło, skoro już maja luźniej i im głowy nie zawracam. Aby radość nie była tak pełna i nudna wspomnieć musze o firmie co kasuje warszawiaków za postawienie samochodu w jakiejś tam okolicy maszyny od brania pieniędzy, co nazywa się strefą płatnego parkowania. Oczywiście parkingi to niestrzeżone, jeśli nie liczyć sinonosych, którzy usiłują (czasem z zaburzeniami równowagi) kierować ruchem wjeżdżających i i odjeżdżających. Firma ta parkingowa WAPARK się nazywa i jak sama nazwa wskakuje jak nie w parku to choć w krzakach na Placu Grzybowskim stoi (budka filialna). Miałem to nieszczęście, że akurat władze miejskie podpisywały jakiś ważny protokół (może to związane z wejściem do Unii) i Wapark rzeczony nie wydawał tzw. identyfikatorów, które pozwalają postawić samochód pod domem, bez narażenie się na założenie blokady na koła. Poszedłem do tej budki wzmiankowanej - grzybowskiej i tam młody Pan i Panna za biurkiem, a służba mundurowa wokoło. Dowiedziałem się, że identyfikatorów nie ma, a płacić muszę za stanie pod domem, choć jako mieszkaniec mam prawo do stania bezpłatnego. Tak to okazało się, że zadrukowana tektura jest jedynym dowodem mojego uprawnionego istnienia na jezdni lub chodniku. No bo nikt nie przewidział, że w trakcie tych procedur protokolarnych, jakiś człowiek może kupić sobie samochód i jeszcze chce go pod domem trzymać. Jedna życzliwa Pani z Centrali Waparku na Nowym Świecie poradziła mi, abym samochód do czasu wznowienia wydawania tekturek - trzymać na jakimś podwórku. Mam znajomą dziuplę na Zaciszu, ale to niewygodne nieco i dojazd daleki. Ciekawostka też na onym Grzybowskim Placu jest taka, że pism żadnych nie przyjmują, pieczątki na niczym nie przystawią. Zdeterminowany poprosiłem Pannę i Pana o przedstawienie się. To też nie stosuje się. (Żadnych nazwisk, może to strefa tajnego parkowania?) One te Waparki parkami siedzą i tylko numerami się posługują. Jedno ma numer 110, a drugie 122, ale jaki numer do jakiej płci przynależy - nie zapisałem i męczy mnie to teraz okrutnie. Zachowałem się tchórzliwie i wbrew radom walecznych przyjaciół zmotoryzowanych, nie wywiesiłem kartki na szybie, że jestem tutejszy. Dogadałem się z sąsiednią szkołą, gdzie ciała nauczycielskie parkują i mnie dano tam stanąć na popas, póki rzeczonej tektury nie dostanę. Jutro poproszę, może za trzy dni wypiszą.
Pozostając w kręgu uczuć wzniosłych, a nie znanych mi do tych pór; stwierdzić muszę, że siedzenie za kółkiem to frajda jednak. Szczególnie gdy się strach przezwycięży, bo jak ten dziewic jaki po kursie się czułem. Zawsze Pan życzliwy obok poradził i wspomógł, a tu samodzielnie trzeba. Okazuje się, że najważniejszym wydarzeniem tygodnia było samodzielne wyjechanie na stację benzynową, zatankowanie paliwa (po co tyle gatunków, pomylić się łatwo) i powrót do domu z parkowaniem włącznie. Z emocji zamiast kilka razy w prawo, ale na około, to na stację pojechałem najkrótszą drogą  ze skrętem w lewo, przed tramwajem, co zawsze dawało mi miłe uczucie ciepła na plecach. 
Cała filozofia jazdy samochodem w mieści stołecznym Warszawie sprowadza się do ........ permanentnej ucieczki. Przed tymi z tyłu co trąbią, przed tymi co skręcają, bez kierunkowskazów, przed autobusem, przed .....itp., itd.  

Wracam do książek bo to grunt jakby spokojniejszy i lepiej mi znany. Ale jak zwykle na polityczne wywody chęci nie mam. Dziś jak zwykle odebrałem uwagi na temat postawy Tuwima w latach 50-tych, oraz od starszego Pana na temat Walerego Sławka. Może nie jestem specjalnie sympatyczny, ale nie zawsze podzielam chęć uzyskania od swoich rozmówców jedynie słusznego wytłumaczenia, jakie to prądy, dążenia i określone siły. Wydaje  się, że niektórzy swoje emocje sprzed lat 30-tu albo i 60-ciu nadal w sobie noszą i dzieląc się nimi ze mną jakiś sobie upust dają. Więc czasem wykazuję w takich rozmowach zrozumienie racji z dawno zapomnianych dyskusji, a nawet pozwalam sobie na wnikliwe pytanie - jak do tego doszło? To jednak wyzwala wulkan nowych wiadomości, komentarzy i dociekań i wiać muszę na teren bardziej mi przyjazny. 

Zacząłem dzisiejsze wspomnienia od książki, którą przywlokłem na domową półkę, czas zatem wspomnieć o innej nowo przybyłej. Jest to "Księga pamięci kadetów II Rzeczypospolitej". A tam przodek mój kochany, no tata oczywiście. W 1936 roku otrzymał przydział do 68 pułku piechoty we Wrześni. W kampanii wrześniowej d-ca 2 kompanii ckm 68 pp w 17 DP (dywizji piechoty). Kiedyż może napiszę o tym szerzej tylko nieco stare zdjęcia przekopię.

9 czerwca
2002
niedziela

Pada, siąpi albo leje. Zapowiadane przejaśnienia maja ustąpić intensywnym opadom - możliwe burze. Takie sympatyczne niedzielne perspektywy roztaczają prognozy telewizyjno-radiowe. Czy to jest powód do rozpaczy, skoro tyle nowych sympatycznych zdarzeń nas czeka, a i wspominać ostatnie dni też warto. Samochód synkowi kupiony, używany, niemiecki od 2 właściciela. To z powodu zdanej matury i ogólnej mamowej dobroci, oszczędzała, skrywała lat kilka i na Opla starczyło. Zakup udany bo od Pana, który z pojazdami mechanicznymi ma na codzień do czynienia we własnym warsztacie. A samochód szykował dla żony, więc zadbany szczególnie. Dostaliśmy szczegółowe instrukcje kiedy następny przegląd, wymiana oleju i tym podobne historie, na których znam się stanowczo umiarkowanie. Misio nawet dał się staremu przejechać, pokaszleć silnikiem z powodu nieumiejętnego użycia sprzęgła, tak to bywa ze starymi, a świeżymi kierowcami po kursie. No i wydało się nareszcie, że 20 latek lepszy jest od 50-cio latka - czemu się dziwić nie należy, a przyznać bez bicia. W końcu czasy takie, że monopol starego na wiedzę zakrawa na żarty, uczmy się więc od dzieci także, bo to żaden wstyd posiąść nowe umiejętności i pogadać ..na temat.
Wiedza moja na temat handlu samochodami znacznie wzrosła, ofert tyle, że głowa boli - wszystko polega na umiejętności wyboru i zdolności do słuchania rad innych. Ze znajomym taksówkarzem zaliczyliśmy kilka autokomisów i w jednym składzie złomu (autentyczne), który w internecie ma piękne zdjęcia wozów - odkryliśmy prostowane blachy młotkiem pod stodołą, koła ukośnie załamane w cenie samochodów, które choć używane stan mają wręcz idealny. Wszystkim los i przeznaczenie kierują, bo z wszystkich ofert z aukcji na "Allegro" ofert prasowych, Auto-Moto, Gazety Wyborczej i innych wybraliśmy coś co nie było wcale brane pod uwagę, choć wiadome od początku. Kolega polecił samochód znajomego i ..zapomnieliśmy o tym - mając "lepsze" oferty. Po rezygnacji z samochodów świeżo oclonych, mercedesa 190 z "dużym spożyciem" i przebiegiem oraz Hondy Civic w wersji kanadyjskiej (części!!) - jest Opel Astra, który na kilka lat starczy do trenowania przestarzałych i młodocianych. Jeszcze tylko rejestracja na nowych właścicieli, opłata od umowy, ubezpieczenie itd., itp. 

Pomimo opadów, w ostatni dzień słoneczny umówiłem się z Marysią z Peru. Prawda jak to ładnie brzmi? Pani Maria likwidowała mieszkanie po zmarłym polskim bracie (kuzynie?), i ja ze swoim szkolnym angielskim zdołałem zrozumieć i historię jej rodziny i wszelkie niuanse związane z likwidacją dóbr doczesnych przez obcokrajowca. Zakup udany jakościowo - między innymi Malarstwo Polskie Dobrowolskiego (3 tomy), ale targować się w Peru też potrafią nieźle. Dama uparła się nieco i tanio nie było, ale warto mieć nieco atrakcyjnych pozycji.

W słoneczne dni majowo-czerwcowe wśród wielu odwiedzin - sympatyczne odwiedziny koleżanki z internetu, młodszej nieco, bo o jakieś 30 lat. Dominika zdaje na studia dziennikarskie w Warszawie i dokształca się na specjalnym kursie. Oczywiście wykryła strony "zapieckowe" przez poetyczne nastawienie do Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej - stąd sympatyczne zdjęcie na pamiątkę. Jakoś przyjaciół z zagranicy nie widać, ale to dopiero początek sezonu. Najbardziej martwię się o Borysa, który na listy nie odpowiada, a z doktorami różnymi czasem walczy. Ma tylko 83 wiosenki, ale rześki to był zawsze i rozdyskutowany młodzian. Do dziś jego książkę sprzedaję, a im starsza tym się lepiej czyta. Wspominam też Yano (taki sympatyczny Jankowy pseudonim), któremu Olymusa  swojego zawdzięczam, dla rodzinnych pamiątek i ozdoby stron staromiejskich. Zapraszam wszystkich ze stron bliskich i dalekich - być może w środę już padać przestanie. 

do góry, do góry... 


Strona główna    Zapiecek    Antykwariat   Galeria Zapiecek  Przyjaciele książek   Dziennik
Stare Miasto   Rynek    Plac Zamkowy    Pomniki
Artyści: Wiesława Kwiatkowska,     Grzegorz Bialik,    Joanna Sierko,
Poeci: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska,    Bolesław Leśmian