|

|
Archiwum
czerwiec - 2003 |
|
data
|
dziennikczylinocnik
|
26 czerwca
2003
czwartek
|
|
829
km wykazał licznik w samochodziku po wycieczce na południe. Tyle
przejechaliśmy łącznie kasując do zera licznik przy starcie
spod domu. Dla większości długi weekend zaczął się w środę
po południu (w czwartek Boże Ciało). Wyjazd do Niewodnej
(Beskid Niski czy też Pogórze Strzyżowsko-Dynowskie) nie był
wcale planowany. Kiedy zobaczyłem mapę pogody (http://meteo.icm.edu.pl/),
zadzwoniłem do żony; - bierz wolny poniedziałek jak dają, bo
coś opady się szykują i zimno idzie, więc pracy z książkami
nie będzie. O 410 wystartowaliśmy - kierunek Lublin,
Rzeszów, Krosno. Po raz drugi w swojej karierze
"dojazdowej" przegapiłem skręt na Lublin i pojechałem
w kierunku Mińska Mazowieckiego, kierując się bardziej na
Terespol jak na południe. Korekta trasy, skręt na Wiązowną i
powrót na właściwą drogę. Droga zdecydowanie lepsza jak w
zeszłym roku. Na większości trasy szerokie pobocza, dobre
oznakowanie. Znacznie gorzej w mijanych miasteczkach. Jest takie
miejsce, gdzie wielki napis Rzeszów - stoi na poboczu, ale
wskazuje jazdę w lewo, a trzeba nadal jechać prosto. To samo i
tuż obok z napisem Warszawa - w drodze powrotnej. Z postojami
dwoma i tankowaniem w Lublinie zajęło mi to 6 godzin. Dziwna
rzecz z tym tankowaniem. W Warszawie paliwo wlewam w sąsiedzkiej
stacji "Orlen" czyli chyba dawny CPN. W Lublinie wydaje
się, że także ta sama firma, a samochód po zatankowaniu, ruszył
jakby gwałtowniej i żwawiej. Może lubelska lepiej mu smakuje.
Choć zimno - powitania z rodziną gorące, przybyła na świat
dziecina całkiem nowa - Gabrysia. A jeszcze nie tak dawno (jak mi
się zdaje robiłem zdjęcia na I Komunii - szczęśliwej dziś
mamusi). W miejscach nam drogich i kochanych - zielono,
truskawkowo (jeszcze nieco) i poziomkowo. Choć trzeba było wędrować
po polach w kurtkach lub swetrach, z niechęcią myśleliśmy o
powrocie. Ludzie jak zwykle życzliwi i pomocni. Oto prosty przykład.
Oponka przednia prawa sflaczała nieco. Po naradzie ze szwagrem
dopompowaliśmy nieco i do wulkanizatora. Czynny zakład znaleźliśmy
po wjeździe do Strzyżowa od południa. Miły gospodarz
oponiarskiego fachu koło zdjął, obadał, pomoczył, posłuchał,
napompował i stwierdził po kilkunastu minutach że wszystko gra,
dziury nie ma i można spokojnie jechać. Zadałem tradycyjne
pytanie - Ile jestem winien? Odpowiedź brzmiała - Nic, przecież
naprawy nie było. W Warszawie nie do pomyślenia (czas stracony,
kompresor pracował, ręce brudne). W podziękowaniu polecam innym
na stronie; http://www.noclegi-relax.com/podkarpackie_sokolow-tylawa.html.
Powrót zajął mi już tylko 5 godzin na tej samej trasie.
Jak zwykle najgorsza nawierzchnia po wjeździe do Warszawy -
Grochowska, Targowa. Korków nie było, warto więc przedłużać
nieco nawet najdłuższy weekend, aby nie wracać w zbyt dużym
towarzystwie.
A w Warszawie w telewizorze posłanka Beger z sejmowej mównicy
opowiada o zmowie przeciwko Samoobronie. Media wszystkie zmówiły
się i nie dają żyć tej prężnej organizacji, która właśnie
po kilku latach owocnej działalności przesłała swój program
dziennikarzom, a ci pod presją - nie czytają. Musiałem wyłączyć,
bo brakowało mi tylko puenty - "niech mnie ktoś
przytuli" , którą wypowiada sympatyczny osioł w filmie
"Shrek" . Dzieci oglądają po raz pewnie 20 i ja też
polecam. Podatki zapłacimy te same, a w efekcie nieco większe,
co rekompensuje stratę ministra wesołości powszechnej. Znowu będą
nudne konferencje o cyfrach, zamiast o krojeniu chleba (gdy
wnoszono wielki bochen) czy też o nożycach, które się rozewrą
jak się w stół uderzy. Drżyjcie studenty - Kołodko wraca do
nauki. Drugi minister, od zdrowia powszechnego, tak nawywijał, że
musiano go nawet z lewicowej partii wyrzucić. Ale nie za
tworzenie prawa dla swoich kombinacji, a za napuszczenie dwóch młodzianów
młodzieżowo-lewicowych na dziennikarza, który fotografował
zacne grono przy kawiarnianym stoliku. Szef funduszu zdrowotnego
też wyleciał, więc teraz kasy chorej niema, funduszu nie ma i
do lasu marsz po zioła. Okadzanie i gusła wracają, bo albo nie
stać nas na te usługi medyczne, albo nie można ich świadczyć,
bo w marcu wyczerpano limit całoroczny na chorowanie. I słusznie,
lato się zaczęło czas w pole ruszać, póki nie opodatkują
rolnika naszego biednego. W gazecie czytam, że świń za dużo,
za to zboże ukradli i pewnie je te świnie zjadły dlatego tak się
utuczyły. Śledztwo trwa, ale nic nie wykaże, bo to stary
proceder, że "państwowym" się obraca, a swoje w
stodole trzyma. Ryzyko mniejsze i straty nie występują. A co
mnie to obchodzi. Kiełbaska wiejska pyszna była, a pieczona na
polu urok ma szczególny jeśli podparta aromatycznym ogórkiem.
Jeszcze 2 - 3 tygodnie i znowu podróż. Na razie pada w kratkę,
więc może by tak do pracy, bo rachunki przychodzą bezsensowne.
Ech, przyrodo, co ja tu robię na tym staromiejskim bruku? |
|
16 czerwca
2003
poniedziałek
|
|
Do
słownictwa powszechnego dodajemy dwa "sformułowania".
Pierwsze "jest pan zerem" jest niekaralne i uprawnione
jak to podobno prokuratura interpretuje ortograficznie. Drugie
doszło dzisiaj - "ordynarna manipulacja". Takie dopuścił
się był podobno poseł Rokita, zeznając przed Premierem Rzeczypospolitej
naszej. Wszystko w ramach Komisji, która bada ile kasy dało by
się wycisnąć, gdyby nie posyłać tam nieudolnego posłańca.
Tam, też jest określeniem nieprecyzyjnym, bo albo miał dać
redaktor naczelny Adam Michnik, albo miała wsiąść spółka
Agora. Zerem jest poseł jeden, a drugi dopuszcza się ordynarnej
manipulacji. Dobrze, że w tej komisji tak mało opozycji, bo
przecież posłankę Begier trudno uznać za opierającą się.
Swoją drogą cóż to znaczy ta ordynarna manipulacja. Czy jest
to skrajne wykręcenie kota ogonem czy też knota legislacyjnego.
A może coś tam ordynarnie nie dopowiedział, czy nie doczytał
poseł ów? W sumie czy zero lepsze od manipulanta okaże się
dopiero po zmianie rządu. Skoro zaś cytujemy władze najwyższe
usłyszeliśmy niedawno ciekawą wypowiedź że Pan ... latał
F-16, pływał łodzią podwodną, ale twardo stąpa po ziemi. Jak
stąpa to znaczy chodzi, a jak chodzi to cóż widać - więcej
nogawek niż kapeluszy. Sam mam taką perspektywę. Ale ja już
nawet żądzy nie mam do rządzenia kimkolwiek. Cóż radzić -
pozostaje piedestał - zawsze szersza perspektywa. Nie wstydźmy
się pomników, z nich możemy wszak dopiero spojrzeć szerzej,
czasem aż po horyzont. Za to, w oczy nie trzeba już nikomu
patrzeć.
Dziś miałem dzień wolny (opady + sprawy różne domowe) i stąd
telewizor w domu gadał. Naogląda się człowiek różności, a
potem filozoficzne dywagacje go nachodzą. Wracam zatem do
kroczenia, a w zasadzie "krocza" (kroczem nazywamy
miejsce zwane kiedyś poetycznie "memłonem". Tak jakiś
dowcipniś dzisiaj określił wystawę pewną, gdzie rysunków rój
ogromny, a wszystkie pokazują to samo miejsce ściśle tajne w
zasadzie, choć damskie przede wszystkim. Obsługiwałem fotograficznie
wernisaż, gdzie wisiało plansz wiele, na każdej po 6 rysunków
w formacie większej pocztówki. Cena 5.000 zł za planszę. Niektóre
fragmenty dość niewyraźne, ale to profesorska ręka zadrżała
ze wzruszenia. Przedstawiono wszystkim Panią co natchnienie dała,
komentował też seksuolog udatnie, a ja kroczem dalej i nie kupię
bo mi się nie podoba. A co? Musi?
Namawiają mnie na odpust po tych grzesznych uciechach więc
wybieram się do Łowicza. Podobno tam w Boże Ciało ten odpust
najważniejszy. Pewnie jak tylko słucham co tam Komisja gada do
świadka i świadek do Komisji to już grzeszę, tak więc
odpuszczenie jakieś by się przydało. Ministrowi od dobrego
samopoczucia finansowego też już odpuszczono, ale udział w rządzie.
13 -tego feralnie rząd sam się przegłosował sejmowo, że się
popiera, więc zamiast tu bredzić od rzeczy czas w piersi uderzyć,
pokory szukać, choćby z aparatem fotograficznym. Stąd ta myśl
o Łowiczu właśnie.
Nie
pisze tu za często, nie piszę do przyjaciół, a przyjaciółek
przede wszystkim. Skoro nie jestem w rządzie mogę wszystko zwalić
na sklerozę, zapracowanie i techniczne trudności. Pozdrawiam
zatem Kasię i Krysię i jeszcze raz Krysię (wszystko Poznań),
pozdrawiam Kraków (wszystko panna D.) i pozdrawiam Panów ze Śląska.
Jeden malarz, drugi rzeźbiarz, a oba sympatyczne. Pozdrawiam Panią
od dziecka w rzeźbie i Panią od malunku anioła co ziemniaki
obiera. Rodziny nie pozdrawiam, - odwiedzę i obeżrę, bo właśnie
jestem na etapie kolejnego odchudzania i wizyty rodzinne pozwolą
mi znowu zapomnieć o tych fanaberiach. Pozdrawiam też Jurka co
ma problemy wrażliwe, za to talent do pisania taki, że może
trochę pożyczyć. Na koniec pozdrawiam sympatycznych przyjaciół
z RPA, życząc przyjemnego pobytu Pani Mirkowej na ziemi białostockiej.
Mąż lata po afrykańskim niebie, a żona zwiedza. Ech, też by
się chciało i polatać i pozwiedzać.
Jak ktoś zoczy przemykające białe "suzuki na bosaka",
niech pomacha, to na pewno ja. I tak nie zobaczę, bo tak się
kurczowo trzymam kierownicy. Pracuję nad "pracą nóg".
Odjazdy mam już coraz szybsze. A co! I ja mam swój kawałek władzy
przy kółku (jak nikt nie widzi...). |
|
8 czerwca
2003
niedziela
|
|
58,8
% taki wynik sondaży - jest godz. 22 - więc jednak TAK. Głosowaliśmy
za wejściem do Unii. Bałem się tylko tego okropnego wstydu, jeśli
nie przekroczylibyśmy tego 50% progu. Za wejściem spośród głosujących
ponad 80 %. Wrzodaki, skoczne Jankowsie i inne nawiedzone jakoś
posmutniały. A pies wam mordę lizał, jak mawiał mój "św.
pamięci" tato. A jednak może było by mniej tych nerwów i
niepewności, gdyby tak na wszystkie guziki dopięto przygotowania
i zapewniono więcej informacji. Dziś rano dowiedziałem się, że
do Komisji Wyborczej na ul. Jezuickiej 1/3 staruszki o kulach
ledwo mogły się wdrapać, bo lokal z urną przygotowano na
wysokim I piętrze i podobno - jak mi relacjonowano, żadnych kotar czy miejsc
odosobnionych do intymnego skreślania nie było. No i taka babinka
właśnie powiedziała, że miała powód głosować "na
nie" za tą organizację. W mojej komisji gdzie głosowaliśmy
z rodzinką w sobotę, aż trzy boksy z kotarami przygotowano, za
to nazwy ulic, przypisanych do poszczególnych członków komisji sprawdzających
dowody, napisano ręcznie na kartkach wyrwanych z zeszytu. Ta
komisja mieściła się na ul. Chłodnej w straży pożarnej.
Przyglądałem się w telewizorze jak głosował premier i tam też
wydawało mi się, że kartka z nazwami ulic była napisana ręcznie.
No przecież nawet pani sklepowa na Starym Mieście jak sklep
zamyka to pisze (zamknięte do odwołania - "renament"),
ale pisze drukowanymi na komputerze, a nie jak kura pazurem.
Coś śmierdzi rządowo - czyżby wesoły dziś Pan premier chciał
udać się do innych zajęć? A może jak przypuszcza jutrzejsze
WPROST, zmieni się minister finansów w panią ministrową i
podatek liniowy w prowadzi? No i jak na tym tle linowo zostanę
potraktowany - zobaczymy. Na razie idę w kimono, bo mi się już
litery plączą, za mną pracowity weekend i do tej pory - 18 dni
pracy "non stop". |
|
7 czerwca
2003
sobota
|
|
"Tak"
to nasz znak. Ma to być krzyżyk, albo iks w odpowiedniej kratce,
a nie żadne kółko na czole, czy inny ptaszek. Dziś pierwszy
dzień referendum o przystąpieniu do Unii Europejskiej. Cisza
wyborcza, a ja tu nie agituję, tylko wspominam lub opisuję gołe
fakty. Ponieważ obywatel jestem świadomy (w szczególności do
"onych" gołych faktów), wykazałem się wczoraj czujnością
i zdusiłem w zarodku. Przy ul. Świętojańskiej 14, obok drzwi
do sklepu z biżuterią srebrno-bursztynową są drzwi drugie, żelazne,
które nikt nie otwiera wcale, są zamknięte na głucho bo
prowadzą na zaplecze sklepu z kryształami, do którego wchodzi
się od Rynku. Drzwi te ulubione są z powodu stopnia na którym
siadają akordeoniści, szarpidruty i bębniarze, oraz panienki co
wyją z kartki pieśni różne. Wczoraj stało tam pudełko dość
duże z otwartym wiekiem na którym napisano coś o pomocy dla
bezdomnych. Myślałem, że to kolejna zbiórka na faceta w
bramie, a tu nikogo nie widać, tylko ludzie podchodzą czasem i
coś tam oglądają. Zajrzałem i ja po chwili. W środku koperty
grube białe, a na kopertach jakieś napisy, wierszyki. Czytam co
to za twórczość, a w środku plik kartek gruby i co kartka to
sama esencja radia Maryja, antyunijne brednie, rewelacje o Żydach,
Niemcach i inne takie. Cisza trwa, a tu taka agitacja, straży
miejskiej nie widziałem prawie cały dzień (raz przejechali
samochodem), a więc pudełko pod pachę i do śmieci. Duże to było
i do kosza się nie mieściło, wiec za kosz schowałem. Ledwo z
ładną sąsiadką wymieniliśmy celne uwagi o pogodzie, zerkam na
kosz, a tam już czyjaś tajemniczą ręka zabrała swoje
wypociny. Jednak ktoś w bramie czuwał i obserwował. A, piessss
z nim tańcował.
Czerwiec
to miesiąc piękny słoneczny i upalny, tak więc praca, praca,
praca. Nawet wczorajsza burza poranna nie zachęciła mnie do pozostania
w domu. Miesiąc zaczął się od Dnia Dziecka oczywiście, co tak
się przekłada na kupowanie dzieciom książek jak moje
uczestnictwo w balecie klasycznym. 1 czerwca pierwszą osobą która
zapytała o bajki dla dzieci, była sympatyczna babcia. A stało
się to o godzinie 19, kiedy zaczyna się pakowanie i likwidacja
stoiska. Od rana nikt nie wykazał się troską o bajkowe
wychowanie, za to balony, jojo na gumie "szły" jak
szalone. Właśnie nowe jojo sprzedają gwałtownie, bo wyszedł
zakaz sprzedaży (nawet w dzienniku TV mówili). To zakazane jojo
- to kula z żelem w środku na elastycznej lince. No i dziecko
podobno dusiło się już niejedno, bo to działa jak argentyńskie
"bolas" (jeśli dobrze pamiętam pampasy). Jak się
nieumiejętnie machnie to można sobie na szyjce zacisnąć.
Cholera, a mieli na kongresie samoobrony rozdawać, kto to odwołał?
Minister
Waniek poszła po rozum do głowy i zarządziła "odpolitycznione"
wybory do Krajowej Niedorajdy. Tak wiec samodzielnie i bez żadnych
odgórnych instrukcji może przyczynić się do upadku czyli odejścia
prezesa państwowej telewizji. Nowa rada może odwołać, bo stara
miała taki układ, że nie mogła. Bo by się wydało i już.
Sprawozdań z Komisji Śledczej nie oglądam (praca), ale czasem
przed zaśnięciem obszerne fragmenty widzę jeszcze jak przez mgłę,
dzięki nocnym relacjom Polsatu i TVN. Wynika z tych relacji
niezbicie, że najbardziej podejrzany jest poseł Rokita co
przeczytał SMS-a bez stosownych uprawnień. Ma przechlapane, bo
poseł Błochowiak jak Doleores Ibarui wykazuje się taką czujnością
lewicową, że nawet prezydent Warszawy jest winien, bo słyszał
o aferze Rywina i nie doniósł. A minister sprawiedliwości czy
premier też słyszeli i milczeli, ale widocznie w SLD tak trzeba.
Najpierw milczenie potem myślenie. Jednak może być za późno i
wszelkie gwałtowne dymisje nic nie zmienią. Jak już pisałem rząd
chyli się ku upadkowi, jak wierzba iwa co na niej diabeł nasz
polski Rokita siedzi. (Zbieżność absolutnie nieuprawniona i
przypadkowa.) Chyli się i chyli, ale znów się podnosi znad
pustego stołu, bo liczenie kasy nic nie daje, skoro nikt się nie
wywiązał jak trzeba. Wszyscy to same zera, a jak staną obok to
zaraz śmierdząca afera. Jak stwierdziła prokuratura zerem nazwać
można, więc nazywam. A dwa zera jak się kojarzą z wychodkiem
to nie moja wina, tylko co zrobić jak tych zer jest więcej?
Ach
co tam polityka, wakacje zaczynają się piękne, a lato ma być słoneczne
i suche. Tak więc na pewno sikawki, konewki i inne polewaczki zdrożeją,
ale czy tak szczególnie po wejściu do Unii? Tam co chwilkę
pada, więc pewnie te akcesoria nie idą.
Sam bym zaraz wsiadł do samochodziku i pojechał w siną dal,
gdzie woda czysta i trawa zielona (proszę nie kojarzyć tego
stwierdzenia z podobnym tytułem filmu polskiego o dobrym
sekretarzu - oczywiście s.f.). Samochodzik usprawniony został,
czyli wymieniono; tarcze hamulcowe (2 szt.), klocki i przegub napędowy.
Jak się więc okazuje, autko było dobrze
"przygotowane" do sprzedaży. Niby tylko wsiadać i
jechać, ale raczej prosto do warsztatu. I tak lepiej trafiłem niż
przyjaciel co kupił volkswagena z pękniętym blokiem silnika. Też
w autokomisie. Stacja fachowa i markowa jakoś krzywych tarcz nie
wykryła, a skrzypienie i stękanie przy hamowaniu na karb
przegubu poszło. Tak więc zasięgnąłem rady innego fachowca i
już zrobione co trzeba. Domyślam się, że po ostatnim przeglądzie
w fachowej i autoryzowanej stacji, gdzie co nieco poprawiono za
odpowiednią kwotę i wyznaczono następne spotkanie na naprawę -
dopiero cykl spotkań rozpoczęto. Na następnym poinformowano by
naiwnego właściciela o nowych odkryciach i nowych rzeczach do
zrobienia. Za niewiedzę trzeba płacić, ale tylko naiwnym, co
liczą na głupotę klienta. Pójdzie taki po rozum do ...drugiego
mechanika i już nie wróci. Warto więc czasem być życzliwym,
solidnym i uczciwym, ale jak już pisałem bajek dla dzieci mało
się teraz kupuje.
Przez te emocje samochodowe stan kasy uległ był..., co tam pisać
- destrukcji totalnej, ale mam dobrego ministra finansów i w dwóch
ratach zapłaciłem. Może by tak nareszcie na Świętokrzyskiej
ulicy gdzie siedziba ministerstwa finansów się mieści, też
jakiś praktyk pomagał, a nie sami naukowcy. To nie tylko samochód
by naprawili, ale dróżkę jaką asfaltową, a może i państwo
całe. Ale to znów fantastyka (nie naukowa).
Koniec
na dziś - budzę synka, bo dojrzał już do głosowania, a swoją
drogą patrzeć muszę, żeby kratki nie pomylił i właściwie
krzyżyk postawił na dotychczasowych dokonaniach
"naszych". |
|
do góry, do
góry...
|