Lipiec 2003

      data 

                                              dziennikczylinocnik               
29 lipca
2003
wtorek

1758 km za mną. Wystartowałem w niedzielę 20 lipca, wróciłem dziś. Jak to opowiedzieć w skrócie? Nie da się. Jak mnie to zmęczy to postawię kropkę i już. Start.
20 lipca - niedziela, nie mogłem już spać skoro wyjazd via Poznań postanowiony. O 3 rano jeszcze jakieś napoje kupowałem na drogę, o 4 wyjazd. Do Łowicza jeszcze ciemno trochę, potem koszmar. Jazda odcinkami: 20 - 30 km na godzinę, widoczność prawie żadna, taka mgła. Przede mną mleko, tylko z boku jakieś słupki widać. Co się przetrze to znowu kłęby białe na szybie. Jakoś dotarłem do Konina. Tam hajda na autostradę. A-2 podobała mi się, choć też kawałek był w remoncie. Docisnąłem na pustej trasie troszeczkę - tak 180 zacząłem lekko przekraczać i dałem spokój. Przeciętnie 140-150. W Poznaniu mimo mgły byłem o 7 rano, no i co robić? Nie wypada nikogo budzić, ulice puste, bo też sezon urlopowy, więc spokojnie pojeździłem po mieście, po znajomych kątach. Zgubiłem się oczywiście, ale uprzejmi poznaniacy ze stacji Shella naprowadzili mnie na drogę ku domowi "onemu". Na ulicy Szczęsnej ten dom i wiele szczęśliwych dni tam jako dzieciak spędziłem. Kolesiowi serdecznemu zrobiłem pobudkę i zaczęło się życie towarzyskie. Śniadanko z uroczą Iwonką co u przyjaciela domowe honory czyniła, kawa super + prysznic poranny, co trzeba więcej do szczęścia. O 11 spotkanie z Kasią i Krysią przyjaciółkami serdecznymi od piaskownicy jeszcze. Przyszywane kuzynki i koniec. Jak się dowiedziały, że Kórnika poza tym pisanym z małej litery nie widziałem, że o dęby Rogalińskie się nie oparłem - jazda na wycieczkę. W Kórniku jezioro piękne, park i pałac, i kobiety dwie uśmiechnięte ze mną. Stateczkiem malutkim spokojny rejs po jeziorze, potem przerwa na napoje zimne i powrót. Jednym uchem słuchałem historycznych objaśnień z głośnika, a cały pochłonięty odbiorem - co tam u znajomych, w rodzinie, i całym Poznaniu, i w okolicach. W Rogalinie długi spacer po wspaniałym parku, dąb najzdrowszy sfotografowany, muzeum powozów i pałac też. Ostatkiem sił dobrnąłem do stołu biesiadnego, gdzie uczta wspaniała czekała. Miejsce warte odwiedzenia i degustacji zwie się "Dwa pokoje z kuchnią". (Tel. 0-61 813 84 48). Można zjeść w środku - pokoje piękne, kredensy stylowe i stare, można i na świeżym lufcie. Sałatka serowo - warzywna na bazie "fety" z sosem winegret (?), winaigrette (do wyboru), chłodnik jasno fioletowy, prozaiczny schabowy, ale jaki kruchy i soczysty zarazem. Coś wspaniałego. Ceny przystępne, ale ... można dać się zaprosić. 10 obiadów jestem teraz winien miłym moim towarzyszkom. Nikły rewanż to wieczorne lody na Starym Rynku w towarzystwie koziołków. Parkowanie, jak w Warszawie. Wolne miejsce wskazuje "pomocnik". Pomógł w końcu, więc wracając szykuję kilka zł, a tu straż miejska prosi na bok i dokumenty mu sprawdza. W Warszawie nie do pomyślenia, pełna symbioza. Pijaczków wymuszających haracz za "pilnowanie" straż stołeczna nie zauważa. 
Uwaga motoryzacyjna. Światła palą się długo i wszyscy czekają spokojnie. Ruszają dostojnie i jadą jednym rządkiem, żadnych prób wyprzedzania, jazdy po torach itp. Ruszyłem jak to w mieście na światłach, ale potem... pokornie wróciłem do rządku.
Wieczorem grill w Szczęsnym ogrodzie. 

21 lipca rano jadę dalej - do Wolsztyna. Prawie 80 km za Poznaniem w kierunku Zielonej Góry. Na przydrożnej stacji uczynny młodzieniec sprawdził koła, dopompował co trzeba do właściwego ciśnienia i zdziwił się wielce drobnym wynagrodzeniem. Wolsztyn widziałem ostatnio 30 lat temu. Miasteczko szokujące. Kamieniczki zadbane, pieczołowicie odnawiane i restaurowane. Na wąskich uliczkach, żadnych papierów, śmieci czy niedopałków. Zastanawiałem się czy chodników też nie szorują? Czy to się da przenieść dalej na wschód? Pchamy się do Europy, a tam już dawno jest. Blisko rynku wspaniała klimatyzowana cukiernia. Lody pyszne. Spotkanie z Wojtkiem i Mirką - najbliższy kuzyn i jego przesympatyczna żona. W domu stały dostęp do internetu. Żaden szok, kiedyś po prostu nie było komputerów. Dwa jeziora w mieście, plaża z kąpieliskiem, przystań dla łódek, park gdzie bluszcz obrasta ogromne drzewa. Dom Turysty w remoncie, gdzie niegdyś chodziliśmy na piwo grodziskie z sokiem malinowym. Muzeum parowozów, już tylko z okien samochodu obejrzałem. Wieczorem na piwo do pobliskiej kawiarenki na świeżym powietrz. Upał nadal. Wszyscy klienci się znają, wymieniają pozdrowienia, ciekawostka taka - wszyscy po 40-tce. Taki właśnie lokalik.

22 lipca - niegdyś święto narodowe. Ja pracowicie w drogę. Start jeszcze po ciemku, pewnie było już po 4 rano. Wojtek ostrzega na drogę, przez lasy wolniej - zwierzyna. Niestety prawda. Mały koziołek zakończył życie potrącony, omijam go powoli. 
Przecinam kawałek województwa lubuskiego w drodze na południe, o 7 wjeżdżam do Wrocławia. Oznakowanie średnie. Na początku wiem dokąd jechać, potem przyczepiam się do samochodu z rejestracją krakowską i ten krąży po ulicach ze znajomością miasta. Okazuje się że było to dobre rozwiązanie, szybko przejeżdżamy miasto niebieskich tramwajów. Zwyczaje drogowe jak w Warszawie, aby szybciej do przodu, kierunkowskazy w szybkiej jeździe mało używane. Autostrada A-4. Nie biję już rekordów szybkości, choć odcinkami do 150. Strzałka powoli w dół, trzeba zatankować, nie widzę żadnej stacji, w końcu skręcam z autostrady w kierunku Strzelc Opolskich. Tam miła obsługa łącznie z myciem omuszonych szyb i reflektorów. Wracam na autostradę, ale gdzieś na trasie popełniam błąd, bo zamiast szukać dalszego ciągu A-4, jadę drogą nr 4 - skusił mnie napis - Kraków. No i wlokę się w oparach gorącego asfaltu, kurzu i tłoku na jednym pasie w obie strony. Koszmar. Przejazd przez Kraków śpiewająco - oznakowanie wspaniałe i przyjazne - odpowiednio wcześniej uprzedza o skrętach. Niestety za miastem stop. Ulica Wielicka - w przebudowie. Z trzech pasów wszyscy zjeżdżają na jeden, pół godziny w korku. Potem trasa na Rzeszów. Uśmiecham się do Tarnowa, gdzie czeka na mnie zaproszenie na kawę, ale nie tym razem niestety. W Pilźnie skręcam na Jasło, droga nieco gorsza, zaczynają się górki. Nie dojeżdżam do Jasła, bo widzę drogowskaz - Frysztak - to już blisko celu mojej podróży. Droga kręta tak niesłychanie, że zmęczony nieco zaczynam się zastanawiać, czy nie kręcę się w kółko. Na szczęście po jakimś czasie znajomy kościół na górze, potem jazda w dół jak na zjeżdżalni, jeszcze kilka kilometrów i jestem w Strzyżowie. 
Prysznic i obiad u rodziny, pierogów ruskich na szczęście nikt mi nie liczył, ale gdy zacząłem się rozglądać za jakimś łóżeczkiem, dziewczyny moje zaciągają mnie do samochodu i jazda do Niewodnej, do babci Stefanii - koniec jazdy. Urlop.

W polu zboże dojrzałe, lada dzień żniwa. Kłosy aż kłaniają się, tak pełne ziarna. Oczywiście wieczorem telewizor gdacze, że zbiory będą o 20 % mniejsze z powodu suszy. Kolejna bzdura "narzekaczy", a na wsi mówią, że zbiory będą piękne, bo padało kiedy miało, a wysuszyło też na czas. 
Pola obejrzane, pszenica i owies na zdjęciach, że o lesie i polnej drodze nie wspomnę. Czas na odwiedziny i zwiedzanie okolicy. Artystyczne doznania właśnie w Strzyżowie, gdzie mam przyjemność poznać ciekawą grafikę, akwarele i obrazy olejne Bożenki Baranowskiej. W ciągu jednej godziny zdołała mi opowiedzieć i o wrażeniach włoskich, i o tym jakie kwiaty rosną na jej drzewach, i o grupie z którą malowała "wspólne płaszczyzny". Nie dość, ze maluje, to jeszcze grafiką komputerową się bawi, recenzuje podręczniki i wykłada nauczycielom jak mają dzieciom o sztuce mówić. Wkrótce szczegóły na zapieckowych stronach. 
W Lubli niedaleko za Frysztakiem jak się na Jasło skręci, jest XVI wieczny kościółek drewniany, gdzie proboszcz sympatyczny wielce z zapałem pracuje i opowiada. Ksiądz Julian Bartnik ciągle jest zajęty, bo nie tylko niebo przybliża, ale buduje dom gościnny dla turystów, boisko dla dzieci wiejskich, ogród skalny. Zajmuje się stolarką, pszczelarstwem (miody z Lubli), poluje - a do tego wszystkiego jeszcze opowiada o swoich pasjach za pośrednictwem internetu. Zajrzyjcie na www.lubla-bart.com - szczególnie polecam galerię zdjęć, nie muszę dodawać, że o fotografii cyfrowej też rozmawialiśmy. Wkrótce i moje nieudolne zdjęcia stamtąd zamieszczę, dlatego pierwszeństwo daję zacnemu i wielcy sympatycznemu księdzu. Pojechałem tam raz jeszcze Martusi mojej piękny kościółek pokazać. Na drodze spotkaliśmy młodego pana co skrzynkę żółtą niesie. Okazuje się, że to gospodarz miły tych kościelnych włości, złowił właśnie rój pszczół, który w ulu przykościelnym swój dom znajdzie. Tyle pierwszych wrażeń. 
W Warszawie normalnie, posły do kozy się szykują (tak zwano niegdyś areszt), minister tekę chce oddać, ale nie wie którą, rozkopali i moją ulicę, ale to się wyrówna, w banku debet do spłacenia był, zrobi się następny - i tak się cieszę - prysznic działa, autko dojechało. Zdjęć zrobiłem ok. 300, coś z tego powklejam. Kiedy? Jak czas pozwoli - za chwilę. Nie dojechałem do Inowrocławia, nie dojechałem do Rzeszowa, wybaczcie... Mam nadzieję, że kiedyś, niedługo może znów wyruszę.

19 lipca
2003 
sobota

Jadę, znowu jadę, dlatego przerwa w dzienniku do środy następnej. Jestem usmażony jak placek na staromiejskim bruku, bo temperatury mieliśmy solidne. Do Niewodnej wybieram się przez Poznań, Wolsztyn, Katowice, Kraków. Ile tego będzie razem pewnie ok. 1500 km. Taki mam kilkudniowy urlop, związany z odwiedzinami u bliskich. Niestety nie wszystkie plany mogą być zrealizowane, ale co się odwlecze to będzie lepiej smakować. Tak proszę Pani. Przyjadę nawet na kawę. Wszystko zrobię by uciec przed Komisją Śledczą, wiadomościami o nieustannej poprawie i radościami jakich nam życie politycznych asów nie szczędzi. Nie interesuje mnie już co Prezes Kwiatkowski, co poseł Lewandowski (owsem macha przed nosem posłanki Beger), co ona sama i ta co to wstrzymała się od głosu żeby było śmieszniej. Jutro jadę na inspekcję osiągnięć ministerstwa infrastruktury (nigdy tego słowa nie zrozumiem). Czyli będę testował drogi, paliwa i radary. Panie ministrze niech autko wytrzyma, bo się obrażę i powiem wszystko. Pa, kochani, zdjęć zrobię ze 200 będzie na zimowe wieczory. Odpowiem wszystkim po powrocie, startuję o 4 rano, a jeszcze kanty trzeba przeprasować. Achoj, przygodo. 

16 lipca
2003
środa

777 taki stan licznika odnotowałem po powrocie z trasy Warszawa - Lublin - Rzeszów - Niewodna (i okolice), powrót tą samą trasą. Tam w 4 godziny 30 minut z dwoma małymi postojami. Powrót prawie 6 godzin, postojów pewnie osiem (dzieci okropnie nudzą się i męczą siedząc długo w jednym miejscu). W Warszawie pierwsze wiadomości mało optymistyczne pogodowo, burze, opady i tym podobne. Na szczęście padało tam gdzie powinno czyli u ogrodników pod Warszawą (Rembertów), na Starym Mieście - tylko kilka kropel spadło. Ledwo człowiek wyjedzie na chwilę, a tu bałagany takie. Samotny młody skrzypek nawet ładnie gra, a 15 metrów od niego duet fujarowo-gitarowy, a ja stoję na przeciwko nich i zastanawiam się któremu w łeb dać za bezmyślność. Kakofonia dźwięków jak przy próbie orkiestry smyczkowej. Wydarłem się tak, że na Ryku słyszeli - poskutkowało. Rozeszli się w różne strony, nie wadząc sobie nawzajem. 
Gdyby tak w polityce było można, tylko kto krzyknie? I jak to usłyszą? Albo taki ma powiązania albo na "cyku" i jeszcze jedzie w świetlaną przyszłość.
Nie, nie będzie żadnej polityki. Mile wspomnienia sympatycznych spotkań tylko. 
Jeszcze nie pisałem o sobotnich pogwarkach z Jurkiem Besalą (autor "Żółkiewskiego", i wielu dziesiątków innych tekstów dziennikarskich). Jakoś przypadliśmy sobie do gustu, stąd nieco filozoficzne rozważania o tym co komu w duszy gra. 
Drugim sympatycznym Panem Jurkiem spotkałem się w Cieszynie (Cieszyna to wioska w gminie Wiśniowa). Wcześniej nawiązaliśmy kontakt dzięki internetowi. Zgadaliśmy się kiedyś o wspólnej znajomości z Grzesiem Bialikiem, którego obrazy są na zapieckowych stronach i o wspólnej wielkiej sympatii do niewysokich górek i pięknych krajobrazów Pogórza Strzyżowsko-Dynowskiego. Historyczne spotkanie nastąpiło 13 lipca. Zwiedzaliśmy razem fortyfikacje, a właściwie gigantyczny schron kolejowy, gdzie w czasie wojny spotkał się Hitler z Mussolinim. Tunel gdzie mieścił się skład długiego pociągu robi niesamowite wrażenie. Oprowadzał nas niezwykły pasjonat fortyfikacji wszelkich - Pan Rafał Jaworek. Ten młody człowiek (student chyba) może godzinami opowiadać o swojej pasji do fortyfikacji wszelkich. Opowiadał nam też o planach władz gminnych, które opiekują się tym tunelem i udostępniają turystom. Oczywiście jak zwykle chodzi o pieniądze, choćby potrzebne na utrzymanie całości w możliwym stanie, czy też na wykupienie prywatnych baraków, które stoją w ruinie, a ich cena rośnie w miarę postępu planów. Moim zdaniem należało by w takim tunelu zorganizować jakieś techno-party. Pogłos niesamowity, jakieś 1000 osób mogło by się bawić np. trzy razy w ciągu sezonu. Ładna kasa by wpadła, na zewnątrz nie słychać, a mury pancerne wytrzymają. Wkrótce reportaż na stronach wycieczkowo-podróżniczych, muszę tylko zdjęcia przejrzeć. Dziękuję za wakacyjna korespondencję. Jak nie odpowiem natychmiast, to pewnie znów jadę. Nie wszędzie wpadnę gdzie mnie serce ciągnie. Na razie plany wyłącznie rodzinne - może odwiedzę Poznań i Wolsztyn w przyszłym tygodniu, a stamtąd przez Katowice - autostradami do Krakowa i dalej na wieś odpocząć przy porzeczkach, malinach i spacerach po okolicy. Po dawce witamin polecam szczególnie kiełbaskę z Jodłowej. Taki aromat, że gdzie jechałem wolniej nieco, to piesek jakiś za samochodem biegnie. Pozdrowienia i ukłony serdeczne dla artystycznej Gdyni, miłego mi zawsze Poznania i wesołego Tarnowa. A co? Czasem do Pań piszę , czasem do Panów - zawsze - jeśli to ludzie serdeczni, mili i życzliwi. Buźka.

9 lipca
2003 
środa

Początek lipca mamy jak koniec września. Deszcze, ulewy i opady od początku miesiąca skutecznie wypłukują wszelkie dochody. Wiatry "nachalne" wczoraj i dziś bezwzględnie przewietrzają moje książeczki - tak, że zaczyna w niektórych liter brakować. Naród chodzi naburmuszony i "warczy" albo słowem "popularnym" się posługuje. Wszystko to wina pogody, a nie jak twierdzą znajomi i drodzy mi ludzie pióra (raczej klawiatury komputera), jest to wina pijącej lewicy. Niby dziennikarze lepiej wiedzą, że afery, gangstery, baseny i gorzała w jednym stali domu.  Dla ułatwienia dodam, ze opisy afer i pijaństw posłów i senatorów z tym związanych, znajdzie każdy w codziennej prasie. Mnie intryguje jak pije lewica, bo wszak formacjami się nie pije tylko osobnikami "onemi" - tak więc lewą jako te mańkuty, czy z dzioba prosto tak centralnie albo zwyczajnie dla większości  prawą. Z wywodu tego wynika jasno jak z artykułu o gospodarce naszej, że wiadomości o piciu "lewą" są przesadzone. I niech mi nikt nie wmawia, że nagle dopadnięto senatora na promilach. "O7" czyli Borewicz do dziś się nie zgłasza i co? Po prostu senatorowie, posłowie, mają tyle ustaw na głowie, tyle poprawek i sugestii, że aby na to trzeźwo spojrzeć - trzeba się napić. Stres rozładować, kasę przeliczyć. A zresztą kto to widział łapać posła czy senatora za kierownicą i jeszcze chuch badać. Teraz tak się stresują, że zamiast jeździć pod wpływem jak zwykle, ale bezpiecznie, jakieś stłuczki powodują niewielkie. W końcu fachowcy przez naród wybrani. 
Na marginesie wtrącę, że Renatka B. posłanko traci, bo już prawie pół cmentarza powstało żeby poświadczyć, że listy wyborcze podpisywali "duchem", bo już po zejściu. No i czy te oczy mogą kłamać, jak wrócą do masarni. Sądzę jednak, że osoby tej miary, jeśli wracają, to do pracy naukowej. Widzę tu pole szerokie do badań, ale sugerować nie śmiem. Życie samo każdemu odpowiednie korytko i "boksik" wyznacza. 
Istnieją pewne prawidłowości natury szerszej - czyli jak już wspomniałem pijemy.
Po drugie kradniemy. Najlepiej proceder walki z komuną na odcinku paliwowym opisano w dzisiejszej "Polityce". Lata całe, dziesiątki lat, tysiące ludzi zaopatrywało się w kradzioną benzynę, kartki na benzynę i rachunki za nie otrzymaną benzynę. I teraz nie ma się co dziwić cudzoziemcze drogi, że to nasza tradycja narodowa. Powszechne parowanie. Było, nie ma, bo wyparowało. Tylko rachunki się ostali.
Po trzecie aktyw. Zawsze jest tak, że ktoś musi powiedzieć temu narodowi, co dobre, lepsze i perspektywę zapewnia. Tym ktosiem zawsze był i będzie aktyw. Niby sami wybraliśmy ale nie człowieka, a listę - stąd ostatnio moda na protesty jednomandatowe. A skoro aktyw wie, kieruje i podpowiada, łatwo się męczy, byt rodzinie też chce zapewnić i stresy ma. Wtedy golnie, pojedzie i leży. Dawniej nie do pomyślenia. Widać dla aktywu żadnego szacunku już nie ma. 

Z tego czytania gazet, tylko głupoty jakie człowiekowi po głowie chodzą. Za posłami czy rządem się ogląda, zamiast miedzy pilnować. Ech, miedzo moja kochana, co jej kupić nie mogę, bo mi każe partia znajoma studia wykopkowe kończyć. Ale jest wyjście, kupię dom stary jaki, do niego ogródek, potem odrolnię, tak jak się załatwia ustawę i już mam własny i cichy park narodowy, jednoosobowy (no z rodziną pewnie). A komisja może mi skoczyć w ozime - bom już rezerwa ostateczna. Jadę, jadę za dni parę, znów na południe. Wrócę szybko jako słomiany wdowiec, co niniejszym pewną sugestię czyni. A co! Obiadu nie będzie, skarpety do kąta, nogi na klawiaturę. Ech życie, miłe i sympatyczne jest w końcu i czasem takie wesołe. Szczególnie jak jaką bratnią duszę się spotka, np. płci nieco odmiennej... Pogadać można, opowiedzieć, a nawet wyżalić się trochę na tę sytuację ogólną. Tylko co dalej? Cholera, nie mogę sobie przypomnieć, co dalej.. 

3 lipca
2003
czwartek

W zeszły czwartek pisałem coś tam sobie w dzienniku-nocniku, a to już było niestety w zeszłym miesiącu. Czas pędzi coraz szybciej, co jak się okazuje wcale nie jest takie odkrywcze. Wielu rówieśników moich ma podobne odczucia, choć nadal twierdzę, że dzieci szybciej się starzeją co po nich widać i słychać, i czuć. Dziecko jedno starsze właśnie rano chrapie nieco, a ja się bezsensownie zastanawiam, czy to żywiec, czy też okocim. Jak stary sam wlewał to myślał, że to jasne zdroje piękną wonią zniewalające wszystkich wokół. Zresztą co tu gadać. Lepiej posłuchać, choć też "chadko". Komisja znana nam z telewizora protokół końcowy zaczyna, a nad odrębnymi zdaniami zastanawia się co drugi poseł. Pani minister Waniek obserwując to wszystko, brwi tak w górę uniosła, że kosmetyczka pomyślała że tak ma być i dorysowała piękne jaskółcze skrzydła. Krytyka prasowa niepotrzebnie czepiała się turkusowych kostiumów pani minister, bo teraz była w granatowym i ...dominujaco-poważny styl mniej mi odpowiada. 
Premiera odbyła się kolejna naszego premiera na Zjeździe partii, co z lewej do Centrum podobno skręca, ale nie za bardzo, bo niektóre członki wiszą i łódkę tę "chamują".
W każdym razie radości było tam wiele, nawet podatek liniowy podchwycono i upuszczono, jak to zwykle bywa, gdy zapomni się po co podrzucamy tego czy onego.
Zjazd nie wiem czemu taki radosny skoro tego samego Pana wybierają i akceptują, i popierają co chwilę. To radosny powinien być ten nasz gospodarz, a On zatroskany. Wszak zjazd jak sama nazwa wskazuje to coś co w dół prowadzi. Niby wygodnie się jedzie, czasem nawet radośnie, ale jak sobie człowiek pomyśli, że potem wspinać się trzeba, to na humorze traci. Nie widziałem niestety czy sztandar wprowadzano, czy wyprowadzano potem, bo zawsze cieszą mnie takie obrzędy. Czasem same mogą zastąpić każdą wiarę w cokolwiek. Ale to już filozofia, a życie..
Życie w kratkę, jak pogoda. W zasadzie ma padać, ale wieje i czasem nawet słonko wyjdzie. Więc czasem pracuję, a czasem nie, co mnie szczególnie nie bawi, bo znów widzę jak na telewizorze małżonka jakieś rachunki układa. Pewnie lubi jak równo leżą.
Dziś pracowałem, a ostatnio ze 4 dni temu. Siedzę sobie, czytam właśnie kalendarium życia Juliana Tuwima i gdy byłem przy jego wyjeździe do Rumunii w 1939 ptak jakiś nadleciał i zostawił mi prezent nagły, a sprośny. Na szczęście przy nodze trzymam flaszkę czystej (Nałęczowianki) i łapę nieszczęsną przemyłem szybko i ze skrzywieniem mięśni twarzy wyraźnym. Niby wdepnąć to szczęście, ale złapać w locie i to lewą ręką to jak kominiarz i zakonnica na białym koniu razem. W totolotka oczywiście trafiłem tylko pierwszą cyfrę, a więc jak mówi przysłowie - as na warcie g.. w karcie. No i się sprawdziło. Zastanawiałem się też czy to nie znak z góry, aby w cudzych życiorysach się nie grzebać. Stanowczo tylko jazda daleka jest w stanie wydobyć mnie z tych smutnych rozważań.  Warszawa pustawa, dojechać wszędzie można, korków brak. A więc jest już powód do radości. Przydało by się parę dni pracowitych, że o "sprzedażnych" nie wspomnę. Za 9 dni następny wyjazd - zawożę dziewczyny do babci, ale zaraz wracam odstawiając szwagierkę z powrotem - no i jak tu się zatrzymać i podwieźć jaką niebogę. A czasem widzę takie bidule jak na skraju lasu z sinymi nogami (pewnie od kucania przy zbieraniu jagód), czekają na możliwość odjazdu z tych lasów ciemnych i mokrych. Przynajmniej zagrożenie pożarowe mniejsze. Ja tam i tu - nie palę. Palę się czasem, ale już bardziej dla zasady...

do góry, do góry... 


Strona główna    Zapiecek    Antykwariat   Galeria Zapiecek  Przyjaciele książek   Dziennik
Stare Miasto   Rynek    Plac Zamkowy    Pomniki
Artyści: Wiesława Kwiatkowska,     Grzegorz Bialik,    Joanna Sierko,
Poeci: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska,    Bolesław Leśmian