|
|
Lipiec 2003 |
|
data
|
dziennikczylinocnik
|
29 lipca
2003
wtorek
|
|
1758
km za mną. Wystartowałem w niedzielę 20 lipca, wróciłem dziś.
Jak to opowiedzieć w skrócie? Nie da się. Jak mnie to zmęczy
to postawię kropkę i już. Start.
20 lipca - niedziela, nie mogłem już spać skoro wyjazd via
Poznań postanowiony. O 3 rano jeszcze jakieś napoje kupowałem
na drogę, o 4 wyjazd. Do Łowicza jeszcze ciemno trochę, potem
koszmar. Jazda odcinkami: 20 - 30 km na godzinę, widoczność
prawie żadna, taka mgła. Przede mną mleko, tylko z boku jakieś
słupki widać. Co się przetrze to znowu kłęby białe na
szybie. Jakoś dotarłem do Konina. Tam hajda na autostradę. A-2
podobała mi się, choć też kawałek był w remoncie. Docisnąłem
na pustej trasie troszeczkę - tak 180 zacząłem lekko przekraczać
i dałem spokój. Przeciętnie 140-150. W Poznaniu mimo mgły byłem
o 7 rano, no i co robić? Nie wypada nikogo budzić, ulice puste,
bo też sezon urlopowy, więc spokojnie pojeździłem po mieście,
po znajomych kątach. Zgubiłem się oczywiście, ale uprzejmi
poznaniacy ze stacji Shella naprowadzili mnie na drogę ku domowi
"onemu". Na ulicy Szczęsnej ten dom i wiele szczęśliwych
dni tam jako dzieciak spędziłem. Kolesiowi serdecznemu zrobiłem
pobudkę i zaczęło się życie towarzyskie. Śniadanko z uroczą
Iwonką co u przyjaciela domowe honory czyniła, kawa super +
prysznic poranny, co trzeba więcej do szczęścia. O 11 spotkanie
z Kasią i Krysią przyjaciółkami serdecznymi od piaskownicy
jeszcze. Przyszywane kuzynki i koniec. Jak się dowiedziały, że
Kórnika poza tym pisanym z małej litery nie widziałem, że o dęby
Rogalińskie się nie oparłem - jazda na wycieczkę. W Kórniku
jezioro piękne, park i pałac, i kobiety dwie uśmiechnięte ze
mną. Stateczkiem malutkim spokojny rejs po jeziorze, potem
przerwa na napoje zimne i powrót. Jednym uchem słuchałem
historycznych objaśnień z głośnika, a cały pochłonięty
odbiorem - co tam u znajomych, w rodzinie, i całym Poznaniu, i w
okolicach. W Rogalinie długi spacer po wspaniałym parku, dąb najzdrowszy
sfotografowany, muzeum powozów i pałac też. Ostatkiem sił
dobrnąłem do stołu biesiadnego, gdzie uczta wspaniała czekała.
Miejsce warte odwiedzenia i degustacji zwie się "Dwa pokoje
z kuchnią". (Tel. 0-61 813 84 48). Można zjeść w środku
- pokoje piękne, kredensy stylowe i stare, można i na świeżym
lufcie. Sałatka serowo - warzywna na bazie "fety" z
sosem winegret (?), winaigrette (do wyboru), chłodnik jasno
fioletowy, prozaiczny schabowy, ale jaki kruchy i soczysty
zarazem. Coś wspaniałego. Ceny przystępne, ale ... można dać
się zaprosić. 10 obiadów jestem teraz winien miłym moim
towarzyszkom. Nikły rewanż to wieczorne lody na Starym Rynku w
towarzystwie koziołków. Parkowanie, jak w Warszawie. Wolne
miejsce wskazuje "pomocnik". Pomógł w końcu, więc
wracając szykuję kilka zł, a tu straż miejska prosi na bok i
dokumenty mu sprawdza. W Warszawie nie do pomyślenia, pełna
symbioza. Pijaczków wymuszających haracz za
"pilnowanie" straż stołeczna nie zauważa.
Uwaga motoryzacyjna. Światła palą się długo i wszyscy czekają
spokojnie. Ruszają dostojnie i jadą jednym rządkiem, żadnych
prób wyprzedzania, jazdy po torach itp. Ruszyłem jak to w mieście
na światłach, ale potem... pokornie wróciłem do rządku.
Wieczorem grill w Szczęsnym ogrodzie.
21
lipca rano jadę dalej - do Wolsztyna. Prawie 80 km za Poznaniem w
kierunku Zielonej Góry. Na przydrożnej stacji uczynny młodzieniec
sprawdził koła, dopompował co trzeba do właściwego ciśnienia
i zdziwił się wielce drobnym wynagrodzeniem. Wolsztyn widziałem
ostatnio 30 lat temu. Miasteczko szokujące. Kamieniczki zadbane,
pieczołowicie odnawiane i restaurowane. Na wąskich uliczkach, żadnych
papierów, śmieci czy niedopałków. Zastanawiałem się czy
chodników też nie szorują? Czy to się da przenieść dalej na
wschód? Pchamy się do Europy, a tam już dawno jest. Blisko
rynku wspaniała klimatyzowana cukiernia. Lody pyszne. Spotkanie z
Wojtkiem i Mirką - najbliższy kuzyn i jego przesympatyczna żona.
W domu stały dostęp do internetu. Żaden szok, kiedyś po prostu
nie było komputerów. Dwa jeziora w mieście, plaża z kąpieliskiem,
przystań dla łódek, park gdzie bluszcz obrasta ogromne drzewa.
Dom Turysty w remoncie, gdzie niegdyś chodziliśmy na piwo
grodziskie z sokiem malinowym. Muzeum parowozów, już tylko z
okien samochodu obejrzałem. Wieczorem na piwo do pobliskiej
kawiarenki na świeżym powietrz. Upał nadal. Wszyscy klienci się
znają, wymieniają pozdrowienia, ciekawostka taka - wszyscy po
40-tce. Taki właśnie lokalik.
22
lipca - niegdyś święto narodowe. Ja pracowicie w drogę. Start
jeszcze po ciemku, pewnie było już po 4 rano. Wojtek ostrzega na
drogę, przez lasy wolniej - zwierzyna. Niestety prawda. Mały
koziołek zakończył życie potrącony, omijam go powoli.
Przecinam kawałek województwa lubuskiego w drodze na południe,
o 7 wjeżdżam do Wrocławia. Oznakowanie średnie. Na początku
wiem dokąd jechać, potem przyczepiam się do samochodu z
rejestracją krakowską i ten krąży po ulicach ze znajomością
miasta. Okazuje się że było to dobre rozwiązanie, szybko
przejeżdżamy miasto niebieskich tramwajów. Zwyczaje drogowe jak
w Warszawie, aby szybciej do przodu, kierunkowskazy w szybkiej jeździe
mało używane. Autostrada A-4. Nie biję już rekordów szybkości,
choć odcinkami do 150. Strzałka powoli w dół, trzeba zatankować,
nie widzę żadnej stacji, w końcu skręcam z autostrady w
kierunku Strzelc Opolskich. Tam miła obsługa łącznie z myciem
omuszonych szyb i reflektorów. Wracam na autostradę, ale gdzieś
na trasie popełniam błąd, bo zamiast szukać dalszego ciągu
A-4, jadę drogą nr 4 - skusił mnie napis - Kraków. No i wlokę
się w oparach gorącego asfaltu, kurzu i tłoku na jednym pasie w
obie strony. Koszmar. Przejazd przez Kraków śpiewająco -
oznakowanie wspaniałe i przyjazne - odpowiednio wcześniej
uprzedza o skrętach. Niestety za miastem stop. Ulica Wielicka - w
przebudowie. Z trzech pasów wszyscy zjeżdżają na jeden, pół
godziny w korku. Potem trasa na Rzeszów. Uśmiecham się do
Tarnowa, gdzie czeka na mnie zaproszenie na kawę, ale nie tym
razem niestety. W Pilźnie skręcam na Jasło, droga nieco gorsza,
zaczynają się górki. Nie dojeżdżam do Jasła, bo widzę
drogowskaz - Frysztak - to już blisko celu mojej podróży. Droga
kręta tak niesłychanie, że zmęczony nieco zaczynam się zastanawiać,
czy nie kręcę się w kółko. Na szczęście po jakimś czasie znajomy
kościół na górze, potem jazda w dół jak na zjeżdżalni,
jeszcze kilka kilometrów i jestem w Strzyżowie.
Prysznic i obiad u rodziny, pierogów ruskich na szczęście nikt
mi nie liczył, ale gdy zacząłem się rozglądać za jakimś łóżeczkiem,
dziewczyny moje zaciągają mnie do samochodu i jazda do Niewodnej,
do babci Stefanii - koniec jazdy. Urlop.
W
polu zboże dojrzałe, lada dzień żniwa. Kłosy aż kłaniają
się, tak pełne ziarna. Oczywiście wieczorem telewizor gdacze,
że zbiory będą o 20 % mniejsze z powodu suszy. Kolejna bzdura
"narzekaczy", a na wsi mówią, że zbiory będą piękne,
bo padało kiedy miało, a wysuszyło też na czas.
Pola obejrzane, pszenica i owies na zdjęciach, że o lesie i
polnej drodze nie wspomnę. Czas na odwiedziny i zwiedzanie
okolicy. Artystyczne doznania właśnie w Strzyżowie, gdzie mam
przyjemność poznać ciekawą grafikę, akwarele i obrazy olejne
Bożenki Baranowskiej. W ciągu jednej godziny zdołała mi
opowiedzieć i o wrażeniach włoskich, i o tym jakie kwiaty rosną
na jej drzewach, i o grupie z którą malowała "wspólne płaszczyzny".
Nie dość, ze maluje, to jeszcze grafiką komputerową się bawi,
recenzuje podręczniki i wykłada nauczycielom jak mają dzieciom
o sztuce mówić. Wkrótce szczegóły na zapieckowych
stronach.
W Lubli niedaleko za Frysztakiem jak się na Jasło skręci, jest
XVI wieczny kościółek drewniany, gdzie proboszcz sympatyczny
wielce z zapałem pracuje i opowiada. Ksiądz Julian Bartnik ciągle
jest zajęty, bo nie tylko niebo przybliża, ale buduje dom gościnny
dla turystów, boisko dla dzieci wiejskich, ogród skalny. Zajmuje
się stolarką, pszczelarstwem (miody z Lubli), poluje - a do tego
wszystkiego jeszcze opowiada o swoich pasjach za pośrednictwem
internetu. Zajrzyjcie na www.lubla-bart.com
- szczególnie polecam galerię zdjęć, nie muszę
dodawać, że o fotografii cyfrowej też rozmawialiśmy. Wkrótce
i moje nieudolne zdjęcia stamtąd zamieszczę, dlatego pierwszeństwo
daję zacnemu i wielcy sympatycznemu księdzu. Pojechałem tam raz
jeszcze Martusi mojej piękny kościółek pokazać. Na drodze
spotkaliśmy młodego pana co skrzynkę żółtą niesie. Okazuje
się, że to gospodarz miły tych kościelnych włości, złowił właśnie
rój pszczół, który w ulu przykościelnym swój dom znajdzie.
Tyle pierwszych wrażeń.
W Warszawie normalnie, posły do kozy się szykują (tak zwano
niegdyś areszt), minister tekę chce oddać, ale nie wie którą,
rozkopali i moją ulicę, ale to się wyrówna, w banku debet do
spłacenia był, zrobi się następny - i tak się cieszę - prysznic działa,
autko dojechało. Zdjęć zrobiłem ok. 300, coś z tego
powklejam. Kiedy? Jak czas pozwoli - za chwilę. Nie dojechałem
do Inowrocławia, nie dojechałem do Rzeszowa, wybaczcie... Mam
nadzieję, że kiedyś, niedługo może znów wyruszę. |
|
19 lipca
2003
sobota
|
|
Jadę,
znowu jadę, dlatego przerwa w dzienniku do środy następnej.
Jestem usmażony jak placek na staromiejskim bruku, bo temperatury
mieliśmy solidne. Do Niewodnej wybieram się przez Poznań,
Wolsztyn, Katowice, Kraków. Ile tego będzie razem pewnie ok.
1500 km. Taki mam kilkudniowy urlop, związany z odwiedzinami u
bliskich. Niestety nie wszystkie plany mogą być zrealizowane,
ale co się odwlecze to będzie lepiej smakować. Tak proszę
Pani. Przyjadę nawet na kawę. Wszystko zrobię by uciec przed
Komisją Śledczą, wiadomościami o nieustannej poprawie i radościami
jakich nam życie politycznych asów nie szczędzi. Nie interesuje
mnie już co Prezes Kwiatkowski, co poseł Lewandowski (owsem
macha przed nosem posłanki Beger), co ona sama i ta co to wstrzymała
się od głosu żeby było śmieszniej. Jutro jadę na inspekcję
osiągnięć ministerstwa infrastruktury (nigdy tego słowa nie
zrozumiem). Czyli będę testował drogi, paliwa i radary. Panie
ministrze niech autko wytrzyma, bo się obrażę i powiem wszystko.
Pa, kochani, zdjęć zrobię ze 200 będzie na zimowe wieczory.
Odpowiem wszystkim po powrocie, startuję o 4 rano, a jeszcze
kanty trzeba przeprasować. Achoj, przygodo. |
|
16 lipca
2003
środa
|
|
777
taki stan licznika odnotowałem po powrocie z trasy Warszawa -
Lublin - Rzeszów - Niewodna (i okolice), powrót tą samą trasą.
Tam w 4 godziny 30 minut z dwoma małymi postojami. Powrót prawie
6 godzin, postojów pewnie osiem (dzieci okropnie nudzą się i męczą
siedząc długo w jednym miejscu). W Warszawie pierwsze wiadomości
mało optymistyczne pogodowo, burze, opady i tym podobne. Na szczęście
padało tam gdzie powinno czyli u ogrodników pod Warszawą
(Rembertów), na Starym Mieście - tylko kilka kropel spadło.
Ledwo człowiek wyjedzie na chwilę, a tu bałagany takie. Samotny
młody skrzypek nawet ładnie gra, a 15 metrów od niego duet
fujarowo-gitarowy, a ja stoję na przeciwko nich i zastanawiam się
któremu w łeb dać za bezmyślność. Kakofonia dźwięków jak
przy próbie orkiestry smyczkowej. Wydarłem się tak, że na Ryku
słyszeli - poskutkowało. Rozeszli się w różne strony, nie
wadząc sobie nawzajem.
Gdyby tak w polityce było można, tylko kto krzyknie? I jak to usłyszą?
Albo taki ma powiązania albo na "cyku" i jeszcze jedzie
w świetlaną przyszłość.
Nie, nie będzie żadnej polityki.
Mile wspomnienia sympatycznych spotkań tylko.
Jeszcze nie pisałem o sobotnich pogwarkach z Jurkiem Besalą
(autor "Żółkiewskiego", i wielu dziesiątków innych
tekstów dziennikarskich). Jakoś przypadliśmy sobie do gustu, stąd
nieco filozoficzne rozważania o tym co komu w duszy gra.
Drugim sympatycznym Panem Jurkiem spotkałem się w Cieszynie
(Cieszyna to wioska w gminie Wiśniowa). Wcześniej nawiązaliśmy
kontakt dzięki internetowi. Zgadaliśmy się kiedyś o wspólnej
znajomości z Grzesiem Bialikiem, którego obrazy są na
zapieckowych stronach i o wspólnej wielkiej sympatii do
niewysokich górek i pięknych krajobrazów Pogórza Strzyżowsko-Dynowskiego.
Historyczne spotkanie nastąpiło 13 lipca. Zwiedzaliśmy razem
fortyfikacje, a właściwie gigantyczny schron kolejowy, gdzie w
czasie wojny spotkał się Hitler z Mussolinim. Tunel gdzie mieścił
się skład długiego pociągu robi niesamowite wrażenie.
Oprowadzał nas niezwykły pasjonat fortyfikacji wszelkich - Pan
Rafał Jaworek. Ten młody człowiek (student chyba) może
godzinami opowiadać o swojej pasji do fortyfikacji wszelkich. Opowiadał
nam też o planach władz gminnych, które opiekują się tym
tunelem i udostępniają turystom. Oczywiście jak zwykle chodzi o
pieniądze, choćby potrzebne na utrzymanie całości w możliwym
stanie, czy też na wykupienie prywatnych baraków, które stoją
w ruinie, a ich cena rośnie w miarę postępu planów. Moim
zdaniem należało by w takim tunelu zorganizować jakieś
techno-party. Pogłos niesamowity, jakieś 1000 osób mogło by się
bawić np. trzy razy w ciągu sezonu. Ładna kasa by wpadła, na zewnątrz
nie słychać, a mury pancerne wytrzymają. Wkrótce reportaż na
stronach wycieczkowo-podróżniczych, muszę tylko zdjęcia
przejrzeć. Dziękuję za wakacyjna korespondencję. Jak nie
odpowiem natychmiast, to pewnie znów jadę. Nie wszędzie wpadnę
gdzie mnie serce ciągnie. Na razie plany wyłącznie rodzinne -
może odwiedzę Poznań i Wolsztyn w przyszłym tygodniu, a
stamtąd przez Katowice - autostradami do Krakowa i dalej na wieś
odpocząć przy porzeczkach, malinach i spacerach po okolicy. Po
dawce witamin polecam szczególnie kiełbaskę z Jodłowej. Taki
aromat, że gdzie jechałem wolniej nieco, to piesek jakiś za
samochodem biegnie. Pozdrowienia i ukłony serdeczne dla artystycznej
Gdyni, miłego mi zawsze Poznania i wesołego Tarnowa. A co?
Czasem do Pań piszę , czasem do Panów - zawsze - jeśli to
ludzie serdeczni, mili i życzliwi. Buźka. |
|
9 lipca
2003
środa
|
|
Początek
lipca mamy jak koniec września. Deszcze, ulewy i opady od początku
miesiąca skutecznie wypłukują wszelkie dochody. Wiatry
"nachalne" wczoraj i dziś bezwzględnie przewietrzają
moje książeczki - tak, że zaczyna w niektórych liter brakować.
Naród chodzi naburmuszony i "warczy" albo słowem
"popularnym" się posługuje. Wszystko to wina pogody, a
nie jak twierdzą znajomi i drodzy mi ludzie pióra (raczej klawiatury
komputera), jest to wina pijącej lewicy. Niby dziennikarze lepiej
wiedzą, że afery, gangstery,
baseny i gorzała w jednym stali domu. Dla ułatwienia
dodam, ze opisy afer i pijaństw posłów i senatorów z tym związanych,
znajdzie każdy w codziennej prasie. Mnie intryguje jak pije
lewica, bo wszak formacjami się nie pije tylko osobnikami "onemi"
- tak więc lewą jako te mańkuty, czy z dzioba prosto tak
centralnie albo zwyczajnie dla większości prawą. Z wywodu
tego wynika jasno jak z artykułu o gospodarce naszej, że wiadomości
o piciu "lewą" są przesadzone. I niech mi nikt nie
wmawia, że nagle dopadnięto senatora na promilach.
"O7" czyli Borewicz do dziś się nie zgłasza i co? Po
prostu senatorowie, posłowie, mają tyle ustaw na głowie, tyle
poprawek i sugestii, że aby na to trzeźwo spojrzeć - trzeba się
napić. Stres rozładować, kasę przeliczyć. A zresztą kto to
widział łapać posła czy senatora za kierownicą i jeszcze
chuch badać. Teraz tak się stresują, że zamiast jeździć pod
wpływem jak zwykle, ale bezpiecznie, jakieś stłuczki powodują
niewielkie. W końcu fachowcy przez naród wybrani.
Na marginesie wtrącę, że Renatka B. posłanko traci, bo już
prawie pół cmentarza powstało żeby poświadczyć, że listy
wyborcze podpisywali "duchem", bo już po zejściu. No i
czy te oczy mogą kłamać, jak wrócą do masarni. Sądzę
jednak, że osoby tej miary, jeśli wracają, to do pracy
naukowej. Widzę tu pole szerokie do badań, ale sugerować nie śmiem.
Życie samo każdemu odpowiednie korytko i "boksik"
wyznacza.
Istnieją pewne prawidłowości natury szerszej - czyli jak już
wspomniałem pijemy.
Po drugie kradniemy. Najlepiej proceder walki z komuną na odcinku
paliwowym opisano w dzisiejszej "Polityce". Lata całe,
dziesiątki lat, tysiące ludzi zaopatrywało się w kradzioną
benzynę, kartki na benzynę i rachunki za nie otrzymaną benzynę.
I teraz nie ma się co dziwić cudzoziemcze drogi, że to nasza
tradycja narodowa. Powszechne parowanie. Było, nie ma, bo
wyparowało. Tylko rachunki się ostali.
Po trzecie aktyw. Zawsze jest tak, że ktoś musi powiedzieć temu
narodowi, co dobre, lepsze i perspektywę zapewnia. Tym ktosiem
zawsze był i będzie aktyw. Niby sami wybraliśmy ale nie człowieka,
a listę - stąd ostatnio moda na protesty jednomandatowe. A skoro
aktyw wie, kieruje i podpowiada, łatwo się męczy, byt rodzinie
też chce zapewnić i stresy ma. Wtedy golnie, pojedzie i leży.
Dawniej nie do pomyślenia. Widać dla aktywu żadnego szacunku już
nie ma.
Z
tego czytania gazet, tylko głupoty jakie człowiekowi po głowie chodzą.
Za posłami czy rządem się ogląda, zamiast miedzy pilnować.
Ech, miedzo moja kochana, co jej kupić nie mogę, bo mi każe
partia znajoma studia wykopkowe kończyć. Ale jest wyjście, kupię
dom stary jaki, do niego ogródek, potem odrolnię, tak jak się
załatwia ustawę i już mam własny i cichy park narodowy, jednoosobowy
(no z rodziną pewnie). A komisja może mi skoczyć w ozime - bom
już rezerwa ostateczna. Jadę, jadę za dni parę, znów na południe.
Wrócę szybko jako słomiany wdowiec, co niniejszym pewną
sugestię czyni. A co! Obiadu nie będzie, skarpety do kąta, nogi
na klawiaturę. Ech życie, miłe i sympatyczne jest w końcu i
czasem takie wesołe. Szczególnie jak jaką bratnią duszę się
spotka, np. płci nieco odmiennej... Pogadać można, opowiedzieć,
a nawet wyżalić się trochę na tę sytuację ogólną. Tylko co
dalej? Cholera, nie mogę sobie przypomnieć, co dalej.. |
|
3 lipca
2003
czwartek
|
|
W
zeszły czwartek pisałem coś tam sobie w dzienniku-nocniku, a to już
było niestety w zeszłym miesiącu. Czas pędzi coraz szybciej, co
jak się okazuje wcale nie jest takie odkrywcze. Wielu rówieśników
moich ma podobne odczucia, choć nadal twierdzę, że dzieci
szybciej się starzeją co po nich widać i słychać, i czuć.
Dziecko jedno starsze właśnie rano chrapie nieco, a ja się
bezsensownie zastanawiam, czy to żywiec, czy też okocim. Jak
stary sam wlewał to myślał, że to jasne zdroje piękną wonią
zniewalające wszystkich wokół. Zresztą co tu gadać. Lepiej
posłuchać, choć też "chadko". Komisja znana nam z
telewizora protokół końcowy zaczyna, a nad odrębnymi zdaniami
zastanawia się co drugi poseł. Pani minister Waniek obserwując
to wszystko, brwi tak w górę uniosła, że kosmetyczka pomyślała
że tak ma być i dorysowała piękne jaskółcze skrzydła.
Krytyka prasowa niepotrzebnie czepiała się turkusowych kostiumów
pani minister, bo teraz była w granatowym i ...dominujaco-poważny
styl mniej mi odpowiada.
Premiera odbyła się kolejna naszego premiera na Zjeździe
partii, co z lewej do Centrum podobno skręca, ale nie za bardzo,
bo niektóre członki wiszą i łódkę tę "chamują".
W każdym razie radości było tam wiele, nawet podatek liniowy
podchwycono i upuszczono, jak to zwykle bywa, gdy zapomni się po
co podrzucamy tego czy onego.
Zjazd nie wiem czemu taki radosny skoro tego samego Pana wybierają
i akceptują, i popierają co chwilę. To radosny powinien być
ten nasz gospodarz, a On zatroskany. Wszak zjazd jak sama nazwa
wskazuje to coś co w dół prowadzi. Niby wygodnie się jedzie,
czasem nawet radośnie, ale jak sobie człowiek pomyśli, że
potem wspinać się trzeba, to na humorze traci. Nie widziałem
niestety czy sztandar wprowadzano, czy wyprowadzano potem, bo
zawsze cieszą mnie takie obrzędy. Czasem same mogą zastąpić
każdą wiarę w cokolwiek. Ale to już filozofia, a życie..
Życie w kratkę, jak pogoda. W zasadzie ma padać, ale wieje i
czasem nawet słonko wyjdzie. Więc czasem pracuję, a czasem nie,
co mnie szczególnie nie bawi, bo znów widzę jak na telewizorze
małżonka jakieś rachunki układa. Pewnie lubi jak równo leżą.
Dziś pracowałem, a ostatnio ze 4 dni temu. Siedzę sobie, czytam
właśnie kalendarium życia Juliana Tuwima i gdy byłem przy jego
wyjeździe do Rumunii w 1939 ptak jakiś nadleciał i zostawił mi
prezent nagły, a sprośny. Na szczęście przy nodze trzymam
flaszkę czystej (Nałęczowianki) i łapę nieszczęsną przemyłem
szybko i ze skrzywieniem mięśni twarzy wyraźnym. Niby wdepnąć
to szczęście, ale złapać w locie i to lewą ręką to jak
kominiarz i zakonnica na białym koniu razem. W totolotka oczywiście
trafiłem tylko pierwszą cyfrę, a więc jak mówi przysłowie -
as na warcie g.. w karcie. No i się sprawdziło. Zastanawiałem
się też czy to nie znak z góry, aby w cudzych życiorysach się
nie grzebać. Stanowczo tylko jazda daleka jest w stanie wydobyć
mnie z tych smutnych rozważań. Warszawa pustawa, dojechać
wszędzie można, korków brak. A więc jest już powód do radości.
Przydało by się parę dni pracowitych, że o "sprzedażnych"
nie wspomnę. Za 9 dni następny wyjazd - zawożę dziewczyny do
babci, ale zaraz wracam odstawiając szwagierkę z powrotem - no i
jak tu się zatrzymać i podwieźć jaką niebogę. A czasem widzę
takie bidule jak na skraju lasu z sinymi nogami (pewnie od kucania
przy zbieraniu jagód), czekają na możliwość odjazdu z tych
lasów ciemnych i mokrych. Przynajmniej zagrożenie pożarowe
mniejsze. Ja tam i tu - nie palę. Palę się czasem, ale już
bardziej dla zasady... |
|
do góry, do
góry...
|