Archiwum sierpień 2002
 

      data 

                                              dziennikczylinocnik               
31 sierpnia
2002
sobota

Powinienem zakończyć ten miesiąc optymistycznie, a ja tu marudzę, narzekam i dostosowuję się do swoich rodaków. Bez sensu, przecież wcale tego nie lubię. Dla jednych to sposób na życie i widzenie świata zarazem, no bo co za honor odpowiadać - Ok. Wszystko w porządku. Wesoło. Bardzo dobrze. 
Jestem jednak taka przekora, że właśnie takie odpowiedzi stosuję (eksperymentalnie i bezczelnie) na wszelkie zapytania - Co słychać? Jak żyjesz?
A co mnie ma tak cieszyć? Pogoda najpierw. Dzięki temu, że lato piękne było, szczególnie w stolicy, na brak zajęcia nie mogłem narzekać. Klienci wspaniali i wyrozumiali, że jeszcze nie ma, ale wkrótce... Obce języki na co dzień, nawet kilka słów nowych złapałem. 
Do szkoły jednak nie pójdę 1 września, więc mogę udawać, że mam wieczne wagary. I jak tu się nie cieszyć? 
Kolejne zezwolenie na pracę dali, jeszcze żeby ten totolotek jakoś na mnie się skumulował. Zamiast prasy komputerowej, czytam motoryzacyjną - no więc czas będzie może za rok, dwa, zakupić coś do jeżdżenia na własność. Jak na razie to kusi mnie Citroen C5, Volvo V40, Bora, Zafira, śliczny Peugeot 307 SW, a może by tak Mercedes Vaneo. Jednak co doliczę ten silnik oszczędny i ABS, i wspomaganie, i jeszcze trochę, to ciągle oscyluję wokół 100.000 zł. Ech pomarzyć. A w końcu może jaki 3-4 latek z niedużym przebiegiem?
Okaże się, że na spacer pieszo, aby zrzucić lekką nadwagę ciasteczkową (same cukiernie na tej Starówce) i z psem polatać jakim, lekko skundlonym, a sympatycznym. Pewnie na tym się skończy. Ale to i pogada człowiek i nawet rację mieć może, a za to uśmiechnięta morda i machanie ogonem. A auto czym pomerda - wskaźnikiem paliwa? 

Na zakończenie lata co trwa jeszcze, życzę temu Panu co mi brzydko na życiorys wchodzi, żeby się nie kundlił, bo go na spacer nie wezmę i gryźć każę. A tej Pani co z kolei mnie na spacer ciągnie, oświadczam niechętnie, że inna dama smycz dzierży i niech tak już zostanie. Jak w powieści - oświadczam, ze wszelkie domysły są nie na miejscu i dotyczą osób prawie nie znanych, ze mną na czele. 
Do obszczekania we wrześniu.

25 sierpnia
2002
niedziela rano

Wysoki Sąd wydał wyrok w sprawie "nielegalnej" sprzedaży książek.
To pamiętne wydarzenie miało miejsce w piątek 23 sierpnia 2000 r w Sądzie Grodzkim. Straż Miejska złożyła wniosek o ukaranie (wykroczenie - zajęcie pasa drogi bez wymaganego zezwolenia). Wszystko nie byłoby takie śmieszne, gdybym sam Straży nie zawiadomił, że w pewną niedzielę kwietnia rozpoczynam sprzedaż, zniecierpliwiony czekaniem od stycznia na jakąkolwiek reakcję stosownych decydentów. Wszystkie urzędy też powiadomiłem o swojej determinacji, bo już na ten wspomniany kwiecień niektórzy dostali zezwolenia, inni tylko cześć umów, a ja nic. Cztery dni później wszystkie stosowne zgody i dokumenty już miałem. We wniosku o ukaranie pominięto jakoś, że pracuję w tym samym miejscu od 1994 roku i zawsze zezwolenia miałem. Zamiast tego napisał strażnik Lisak przy świadku Łabędziu, że mam trudną sytuację materialną, dzieci na utrzymaniu i tym podobne bzdury. No nie lubią mnie i koniec, po co im taki zawalidroga co nie daje zarobić, jeszcze pewnie patrzy na "współpracę" z innymi handlującymi. W dodatku nie zająłem żaden pas drogi, bo akurat ten kawałek bruku staromiejskiego w 1995 roku Rada Warszawy przeznaczyła na sprzedaż książek. Nudne to i smutne, że codziennie dziesiątki handlarzy pracują bez jakichkolwiek opłat i zezwoleń, ale akurat ja byłem do odstrzału. Wczoraj (sobota) na Starym Mieście handlowano jak zwykle u wrót Katedry, na Zapiecku, na Rynku, wzdłuż całej Świętojańskiej i na Placu Zamkowym. Żadnego strażnika nikt na Zapiecku nie widział. Pewnie "czeszą", ogródki piwne nad Wisłą (tak donosi prasa), bo tam muzyka, piwo, nielegalne parkowanie itp. możliwości. 
Sąd wydał wyrok - kara nagany. Faktycznie w dniu 21 kwietnia stosownego dokumentu nie miałem. Szkodliwość społeczna znaczna, szczególnie teraz - dokumenty ma, przestarzałe książki ludziom wpycha, do czytania zmusza - kto to widział!
Słoneczko świeci, do pracy pędzę. Ciąg dalszy jak zwykle wkrótce...

Miłe korespondentki i korespondentów przepraszam. Na wszystkie listy odpowiem, wstaję jak i dziś o 6 rano, aby choć trochę napisać przed pracą. 

20 sierpnia
2002
wtorek

Papież Jan Paweł II zakończył swoją 4 pielgrzymkę do rodzinnego kraju. Jest coś co powoduje u mnie chrypkę, jakieś wzruszenie dziwne i serdeczne zarazem. Tak jest przy każdej prawie relacji z odprawianej mszy czy spotkania z wiernymi. Ojciec to właściwe słowo. Ojciec, któremu chce się powiedzieć dużo, bo może własnemu tyle nigdy nie mogłem powiedzieć.
W "Angorze" (przegląd prasy) jakiś cytowany reportażysta snuje dywagacje pod tytułem "Ostatnia wizyta". Oto właśnie postrzeganie tej wielkiej osobowości w sposób powierzchowny, telewizyjno-obrazkowy. Słowa wypowiadane przez Papieża nie są ważne, ważne jest czy mówi wyraźnie, czy bardzo wygląda na zmęczonego, czy choroba całkiem go już przytłacza. Wszystko co usłyszeliśmy o miłosierdziu bożym, nie musimy odnosić do siebie, wszak to Bóg ma być miłosierny i nam wybaczać. A my dalej róbmy swoje. Ten sposób relacji telewizyjnej czy komentarza prasowego idealnie pasuje do bezmyślnej papki medialnej jaką pasiemy się co dzień. Idiota pisze i mówi, dureń słucha i zapamiętuje. A to Papież sam zszedł z pokładu samolotu, a to przy pomocy... W ten sposób oglądamy człowieka starego w jego walce z chorobą. A wystarczy wyłączyć komentarz, a posłuchać co ON mówi. Choroba, czy samopoczucie schodzą na daleki plan, bo liczy się to wielkie przesłanie, którego sensem jest nasz wzajemny stosunek do siebie. Ludzi, narodów, kultur. 
Papież wrócił do Watykanu, my do codzienności, koniec święta. A może jednak coś w nas zostanie, coś co pozwoli w drugim dostrzec człowieka. 
Zaraz ktoś doda dowcipnie - o ile to nie dotyczy kobiet. Potem może nie dotyczyć innych. W końcu nikogo?

Marek Kotański zginął w wypadku samochodowym. Jeden z naszych wielkich nawiedzonych. Wielkich duchem, jak Ochojska, czy Owsiak. Poświęcił się sprawie całym życiem, całą posiadaną energią. Sprawie uzależnionych, odrzuconych, chorych. Krytykowany jak reszta za to "nawiedzenie" właśnie, choć teraz dopiero zobaczymy brak tej osobowości, załatwiacza wszystkiego; za nas, za Rząd władzę lokalną i Partię jakąkolwiek.

No cóż wróćmy do naszego domowego "miłosierdzia". Gdzie więcej dołków, w które życzliwy rodak wciągnie sąsiada, zepchnie przyjaciela czy współwyznawcę.
"Kościół Boży" w Warszawie istnieje, na Starówce krzyczy i nawraca na jedyną prawdziwą wiarę. O tolerancji i miłosierdziu brak danych - dla grzeszników piekło i potępienie. Kościół katolicki - be, księża - be, słowo tylko w Biblii i gardle tego co drze się właśnie. Ja też - be, bo sceptycznie jakoś przyglądam się sekciarskim zapędom. Kościół to niewielki i na wyrost, bo skoro mieści się na II piętrze jak donosi pieczątka na druczku śmiesznym. Druczek ów to komiks jaki rozdaje się na ulicy pod tytułem "Titanic". Oczywiście statek zaraz uderzy w górę lodową jaką zaobserwowano po raz pierwszy na Bałtyku (!!!). Bohaterowie w strojach z początku wieku bredzą wesoło; 
- Mój Boże! Lodowa góra śmierci przed nami! - mówi kapitan. 
- Za kilka miesięcy będę tarzał się w pieniądzach - mówi  nasz bohater Zygmunt.
Sympatyczne "dymki" komiksowe to; "...Głupcze, tej nocy zażądają duszy twojej..." , "A jak postanowione jest ludziom raz umrzeć, a potem sąd." Sympatyczne, prawda?

Równie sympatyczni klienci pytają znów o "Pana Pająka", a szczególnie o "5 rozbiór Polski". To antysemickie dziełko jak i cała twórczość autora wlewa w nas tyle miłosierdzia, że tylko z wieńcem lecieć do Jedwabnego. Mamy już wszystkiemu winnych, a więc to my sprawiedliwi, choć myślą nieskalani. Jedyną latarnią radio z Torunia, co nawet w Rosji ma nadajniki. Szokujące właśnie jest to, że przed chwilą Jan Paweł II witał i pozdrawiał wyznawców islamu, czy judaizmu, a my tu zaraz Pająkiem określimy swój światopogląd. 

O życzliwości na co dzień mogą powiedzieć chyba najwięcej zmotoryzowani. Łagodni niby w domowych czy służbowych kapciach, na szosie czy ulicy zmieniają się w demony prędkości. Zablokować drugiego, wyskoczyć znienacka, wyprzedzić zawsze i w każdym miejscu, "dobrym" słowem potraktować, to codzienność samochodowo - motocyklowa. Ostatnio samotnie nocą - wybrałem się po moje dziewczyny na wieś. Wyjechałem w kierunku Lublina o 2 w nocy, ja 70 - 80 km/godz. (niedoświadczenie, drobna mżawka przed Lublinem), reszta 100 - 140. Osobowe "czadu", TIR-y gazu, a ja sygnalizuję, że zwalniam, przepuszczam i na prawo zjeżdżam. Dziwak i żółtodziób, ale widziałem też takich dwóch jeszcze (na całej trasie do Rzeszowa), co spokojnie, bez szaleństw.. Może nie jestem samotny taki, w swoim świeżym spojrzeniu na ...znaki drogowe.

Miłosierdzie i życzliwość dominujący dziś temat - dopadło i strażników miejskich. W jedną z niedziel sierpniowych wręczali nielegalnie handlującym ... skierowania do psychologa. Prawda że to miłe i sympatyczne, ja nie dostąpiłem zaszczytu, widocznie stan  mojego umysłu już wyklucza jakąkolwiek pomoc. Za to wczoraj, kiedy czarne audi potrąciło dziecko na jezdni, na Starym Rynku - przed "Bazyliszkiem", żadnego Strażnika znaleźć nie sposób. Pogotowie było po kilku minutach, natomiast na policję oczekiwano tak długo, że najbardziej ciekawscy po 2 godzinach zrezygnowali. Policja była - owszem, jak zwykle na podwórku przy Rycerskiej 8-12. Jest tam miła ławeczka, cienia trochę, zielono, można pogwarzyć z drugim odpoczywającym patrolem, wypić coś zimnego. A nie słyszeliście, że napoje gazowane typu cola niszczą ścianki żołądka? Mam nadzieję, że maluszkowi co gwałtownie wyskoczył z restauracyjnego ogródka, prosto przed samochód - nic się nie stało, sprawca cierpliwie czekał na spisanie. Inna sprawa, że zezwoleń na jazdę po uliczkach staromiejskich wydaje się na pęczki, zakazu wjazdu pozostali i tak nie respektują, a ewentualne kontrole są wtedy jak ogłoszą "akcję". Zakłada się wtedy 100 blokad na koła, prasa opisze i sfotografuje ...i spokój. Do następnego wypadku. Jak by kto nie wiedział - zezwolenia na wjazd wydaje Zespół ds. Starego Miasta na Placu Zamkowym 10. Wymagane uzasadnienie. I tu moja prywata wychodzi. Chciałem tylko do magazynu dojechać, i to całkiem z boku, bo na kilka metrów w Wąski Dunaj, mnie nie dali, a innym dają po Rynku jeździć. Ach, życie codzienne, miłosierdzie i szacunek wzajemny niewiele mają ze sobą wspólnego.

Na zakończenie smutnych opowieści - zacytuje pytanie jaki zadał mi młody człowiek; - Gdzie mogę odebrać życiorys? Bo to gdzieś tutaj na Świętojańskiej.
- Jaki życiorys? Składał Pan do jakiejś firmy? Szuka Pan pracy?
- Nie, życiorys chce odebrać, bo mi potrzebny.
Dalej cytować nie będę, szkoda czasu - doszedłem jak Holmes drogą dedukcji, że młodemu potrzebny akt urodzenia z Urzędu Stanu Cywilnego na Jezuickiej. Zupełnie Radio Erewań w rodzimym wydaniu.

Ale są i życzliwi. Pan Zbyszek Lengren (84) znowu pyta, gdzie kapelusz masz sprzedawco od książek, bo słońce pali. A mam. Właśnie położyłem na ladzie na chwilę i ktoś, też życzliwy, złotówkę wrzucił.

2 sierpnia
2002
poniedziałek

O 3 w nocy obudziła mnie burza, deszcz walił o parapety. Odchodziła i wracała prawie do 7 rano. Trudno o tej porze znaleźć ciekawy program w telewizji, zresztą większość kanałów - bez odbioru. W wiadomościach porannych, a szczególnie Kurierze Warszawskim deszcz ten zakwalifikowano jako żywioł o niespotykanych rozmiarach. Wylał potok na Służewcu co zawsze wylewa, zalało jak zwykle tunel przy Dworcu Zachodnim, czyli stałe fragmenty gry. Nawet dyżurny techniczny miasta, musiał uspokajać panią spikerkę. Nuda, nie ma czym się pochwalić, a tu nagle opad. Jest 13:30 i znowu pada i dobrze - jutro potrzebne mi jest spokojne niebo. Nie będę latał, ale sprzedawał - w końcu czynsz za mieszkanie też w końcu trzeba zapłacić. 
Aura sprzyja czytaniu czego zresztą nie wie coraz większa grupa rodaków, co widać po co raz mniejszej sprzedaży. Ale co się martwić, zawsze są jeszcze narwańcy hobbiści, studenci czy ostatni Mohikanie - czytacze. Ja też czasem czytam - właśnie w szumie deszczu kończyłem wspomnienia Wandy Kirchmayer "Z Jerzym na dobre i złe". Nie tylko dobrze napisane, z uczuciem i wielkim zaangażowaniem. To także kawałek mojego życia i moich rodziców. Matka moja mogłaby napisać pod identycznym tytułem. Losy choć nieco odmienne, połączone więzieniem stalinowskim, wyrzuceniem z mieszkania, Warszawy. Potem oczekiwanie na wyrok, walka o zamianę kary śmierci ojca na dożywocie, walka o przetrwanie. Nikt nie został skazany, za niewinnie rozstrzelanych, nikt nie odpowiadał za Wronki, Mokotów itp. Oczywiście nie biorę pod uwagę operetkowych sądów na niby, gdzie kilku pionkom umarzano sprawy z powodu braku dostatecznych dowodów, albo przedawnienia. Zresztą tradycja w komunie już taka, że co dla idei zrobione to trudno - przepadło. Słuszna była niby, ale się pomylono co nieco, więc jak tu sądzić gorących wyznawców. Odniesienie do współczesności nasuwa się samo. Tylko już bez oprawców, karcerów itp. rozrywek. Teraz wystarczy nakraść (przepraszam popełnić błędy przy gospodarowaniu), tylko odpowiednio dużo i tak przyjdzie nowy (stary) minister i oddłuży odpowiednią ustawą. Długi robić, mataczyć - czyli potwierdzać nieprawdę, tworzyć wizje nierealne i płacić, płacić Radom, Zarządom i Naczelnym. To koledzy serdeczni nasi i szanse zawsze na restrukturyzację dostaną i długów odpuszczenie. Jeden warunek - w danym okresie dziejów muszą być odpowiednio słuszni politycznie. Dzisiejsza Stołeczna Gazeta pisze o telefonach komórkowych co radni Bemowa i innych dzielnic za darmo dostają z odpowiednim limitem lub bez limitu. No i do kogo te biedaki tak dzwonią? Aha!!! Do obywateli przecież, no bo gdzie, u siebie maja interweniować? No więc obywateli dużo więc i telefon bez limitu rozmów - rzecz piękna. Do mnie jakoś żaden radny nie dzwonił jeszcze, widocznie problemów nie mam i troska ta zbędna.

Polak często zadaje sobie pytanie - jak żyć? Nie wiem czy to cecha wszystkich ludzi, ale może inne narody nie muszą tak często i głupio pytać? A tu życie co w telewizorze pokazują - samo rozwiązania podsuwa. Wszyscy chłopi rzucili się teraz do sprzedawania zboża. Zresztą wcześniej to samo wyprawiali z jakimiś tam truskawkami, jabłkami itp. w zależności od regionu i pory roku. Na jesieni znowu rzucą się do sprzedaży ziemniaków i znowu nikt ich nie będzie chciał. Jaka rada? Zapisać się koniecznie do partii chłopskiej najlepiej z Grzybowskiej ulicy. Otworzyć punkt skupu i skupić to co samemu się wyprodukowało np. na 300 hektarach,  na mniejszym poletku nie warto. No dobrze, a skąd na to sianie, hektary i tych co zaorzą, posieją i zbiorą? Z banku - oczywiście na preferencyjnych warunkach. Potem partyjni koledzy oddłużą i nawet prać gotówki nie trzeba, bo z rodzimego potu przecie i tego pola naszego polskiego. 

Ale zabrnąłem - zamiast pisać o dzielnej kobiecie, żonie żołnierza - doszedłem do roli miastowego na roli. No właśnie, skoro czytać nie chcą, a samo rośnie? Odpowiedź jest mi co raz bliższa. A w końcu renta rolnicza też ma swój urok. Kup pole. Ubezpiecz się, póki jeszcze legitymacji i prawa jazdy na motykę nie trzeba. Po kilku klęskach (lato znienacka, zima z zaskoczenia) renta murowana.

Wracam na warszawskie podwórko z niechęcią, ale humorem co raz lepszym. Odwiedził mnie sympatyczny Pan Dzielnicowy, anonsując się wcześniej telefonicznie. Dostarczył mi wezwanie do Sądu Grodzkiego na rozprawę w sprawie nielegalnego zajęcia pasa drogi na sprzedaż książek. Nie znam obowiązujących procedur, ale skoro już takie jedno miłe pisemko odebrałem na poczcie, podpisując się na kilku drukach, to po co jeszcze jedno? Tak być musi - policjant dzielnicowy zamiast poznawać problemy mieszkańców chwilowo nie pijących, dubluje pocztę. Jak na razie zaangażowanie wykazały: Straż Miejska, Poczta, Policja, a ja jeszcze nie mam adwokata. Instrukcja na druczku dopuszcza takowego. Więc kto się z przyjaciół podejmie obrony tego co kaganek oświaty, znicz wiedzy i latarkę oświecenia ludowi nieść musiał? W każdym razie ciekawie będzie i pouczająco. A wiecie dlaczego tak wyszło? Bo jakoś z powodu, może towaru mojego - jestem poza obiegiem. Nie wręczam, nie daję i nie odwdzięczam się. Z drugiej strony nie dostaję, nawet dyskretnie, ani do łapy, ani w kopercie, ani pod pozorem ciekawego opracowania, ani wdrożenia czegokolwiek. A człowiek poza obiegiem, zwykłym przecie - wyrzutkiem jakimś jawi się - jak ten co pryszcze ma okropne, albo chory na głowę. Rozprawa 23 sierpnia na ul. Kocjana w 4 Wydziale Grodzkim. 

1 sierpnia
2002
czwartek

Kolejna 57 rocznica Powstania Warszawskiego - o 17-tej syreny wyją, życie na minutę zatrzymane w miejscu dla uczczenia poległych. Na Starym Rynku tylko turyści zagraniczni nieco zdziwieni, reszta doskonale wie. Nawet zbierający na "drabinkę do nieba" przerwali na chwilę walkę z gitarą i własnym półgłosem. W Gazecie Wyborczej dyskusja, czy trzeba stanąć na tą minutę, czy nie i jak kto ze sławnych i znanych widzi reakcje ludzi. Ja uważam, że choć mamy tyle świąt zbędnych (i stąd obfitość długich weekendów), że dzień Powstania Warszawskiego powinien być dniem wolnym od pracy dla Warszawy. Państwowym świętem jednego miasta.
Pojazdy jak zwykle nie uznają żadnych świąt, a właściwie ich właściciele, którzy zaopatrzeni obficie w zezwolenia stałe na wjazd na teren Starówki przemieszczają się bez żadnych przerw. Wystąpiłem miesiąc temu do stosownej komórki urzędu miasta o zgodę na dojazd do magazynu, który mam na Rycerskiej. Po miesiącu pani p.o. kierownika Zespołu do Spraw odpowiedziała mi, że nie przysługuje mi takowe, bo mogę sobie stanąć na Podwalu, a jak będę miał dużo do wwiezienia to mogę wystąpić o jednorazową zgodę. Śmieszne jest to nieco, bo zwracałem się o wjazd na teren Starówki tylko na głębokość 20 metrów, bo tyle oddalona jest ta moja Rycerska od Wąskiego Dunaju. W dodatku motywowałem bezkolizyjnością i sporadycznością dowozu. Z kolei przed moim stoiskiem przemykają dziesiątki wozów, limuzyn i samochodów dostawczych w ilości gigantycznej. Okazuje się, że nawet większość ma zezwolenia bo tyle ich wydano. Przykładowo firma sprzedaje coś tam (piszę tak dla zakamuflowania) - samochód dostawczy dowozi co rano, pozostałe 3 wozy osobowe wożą już tylko udziałowców i właścicieli tej firmy. W sumie 4 zezwolenia i to jest ok.  

Ledwo wróciłem z 3 dniowego urlopu, a już "ważny" telefon od dzielnicowego. Czy taki i taki zamieszkuje pod podanym w piśmie adresem? Zamieszkuje. Wezwanie do Sądu Grodzkiego dostał? Dostał. A nawet potwierdził to na 2 różnych dokumentach podpisem zwykłym i drugim - czytelnym. Ale to nie wystarczy. No to proszę powiedzieć kiedy może dostarczyć dzielnicowy to samo wezwanie? Po co? Bo tak trzeba. Policja zadaje sobie trud (pewnie zobowiązana przepisami) do zawiadomienie mnie po 20 tej (bo pracuję do 19-tej) osobiście przez Pana Dzielnicowego, że mam się stawić na rozprawę gdzie zostanę właściwie ukarany za sprzedaż książek. Pisałem o tym w lipcu. A więc cały aparat ruszył, jak u Szwejka, a my i tak to ładnie opiszemy, jak to się pięknie bałwanią.

Po raz pierwszy w życiu przejechałem ok. 400 km jednorazowo odwożąc moje dziewczyny na wypoczynek do Babci. Najtrudniejszy egzamin z jazdy pod stromą górę - polną drogą z koleinami od wozów i ciągników zdałem przed koleżanką małżonką. Cha! Nic nie wiedziała, że szwagier poradził jak jechać zaczepiając kołami o trawkę, tak aby chronić tłumik przed urwaniem. No i udało się. Cóż może być wspanialszego dla mieszczucha od spokojnego gdakania kilku kurek, mruczenia kota, czy szumu pobliskiego lasu. Do tego degustacja kaszanki, salcesonu, pasztetu, boczusiu kruchego z ogóreczkiem kwaszonym dla zaostrzenia apetytu. Że o kiełbasce nie wspomnę.  W trzy dni przytyłem na tych degustacjach babcinych 2 kilo, na szczęście upały sakramenckie wypocą ze mnie te niecne zapały i kulinarne uniesienia. 
Dla urozmaicenia pobytu w podkarpackim województwie, zwiedziliśmy zamek w Odrzykoniu, skałki "Prządki", Iwonicz i okoliczne trasy z przepięknymi widokami. Ach mieć domek jaki tam na wzgórzu!! I stamtąd stukać sobie filozoficznie do reszty świata, zamiast opisywać jakieś nudne przepychanki urzędnicze.  Zrobiłem ok. 150 zdjęć z tego kilka pokażę na mojej stronie podróżniczej. Dobranoc. Za gorąco by dalej stukać, choć jest 22:54, na termometrze, w głębokim już cieniu - 27 stopni ciepła.

do góry, do góry... 


Strona główna    Zapiecek    Antykwariat   Galeria Zapiecek  Przyjaciele książek   Dziennik
Stare Miasto   Rynek    Plac Zamkowy    Pomniki
Artyści: Wiesława Kwiatkowska,     Grzegorz Bialik,    Joanna Sierko,
Poeci: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska,    Bolesław Leśmian