|
Archiwum sierpień
2002 |
|
data
|
dziennikczylinocnik
|
31 sierpnia
2002
sobota
|
|
Powinienem
zakończyć ten miesiąc optymistycznie, a ja tu marudzę,
narzekam i dostosowuję się do swoich rodaków. Bez sensu,
przecież wcale tego nie lubię. Dla jednych to sposób na życie
i widzenie świata zarazem, no bo co za honor odpowiadać - Ok.
Wszystko w porządku. Wesoło. Bardzo dobrze.
Jestem jednak taka przekora, że właśnie takie odpowiedzi stosuję
(eksperymentalnie i bezczelnie) na wszelkie zapytania - Co słychać?
Jak żyjesz?
A co mnie ma tak cieszyć? Pogoda najpierw. Dzięki temu, że lato
piękne było, szczególnie w stolicy, na brak zajęcia nie mogłem
narzekać. Klienci wspaniali i wyrozumiali, że jeszcze nie ma,
ale wkrótce... Obce języki na co dzień, nawet kilka słów
nowych złapałem.
Do szkoły jednak nie pójdę 1 września, więc mogę udawać, że
mam wieczne wagary. I jak tu się nie cieszyć?
Kolejne zezwolenie na pracę dali, jeszcze żeby ten totolotek
jakoś na mnie się skumulował. Zamiast prasy komputerowej,
czytam motoryzacyjną - no więc czas będzie może za rok, dwa,
zakupić coś do jeżdżenia na własność. Jak na razie to kusi
mnie Citroen C5, Volvo V40, Bora, Zafira, śliczny Peugeot 307 SW,
a może by tak Mercedes Vaneo. Jednak co doliczę ten silnik oszczędny
i ABS, i wspomaganie, i jeszcze trochę, to ciągle oscyluję wokół
100.000 zł. Ech pomarzyć. A w końcu może jaki 3-4 latek z
niedużym przebiegiem?
Okaże się, że na spacer pieszo, aby zrzucić lekką nadwagę
ciasteczkową (same cukiernie na tej Starówce) i z psem polatać
jakim, lekko skundlonym, a sympatycznym. Pewnie na tym się skończy.
Ale to i pogada człowiek i nawet rację mieć może, a za to uśmiechnięta
morda i machanie ogonem. A auto czym pomerda - wskaźnikiem
paliwa?
Na
zakończenie lata co trwa jeszcze, życzę temu Panu co mi brzydko
na życiorys wchodzi, żeby się nie kundlił, bo go na spacer nie
wezmę i gryźć każę. A tej Pani co z kolei mnie na spacer ciągnie,
oświadczam niechętnie, że inna dama smycz dzierży i niech tak
już zostanie. Jak w powieści - oświadczam, ze wszelkie domysły
są nie na miejscu i dotyczą osób prawie nie znanych, ze mną na
czele.
Do obszczekania we wrześniu. |
|
25 sierpnia
2002
niedziela rano
|
|
Wysoki
Sąd wydał wyrok w sprawie "nielegalnej" sprzedaży książek.
To pamiętne wydarzenie miało miejsce w piątek 23 sierpnia 2000
r w Sądzie Grodzkim. Straż Miejska złożyła wniosek o ukaranie
(wykroczenie - zajęcie pasa drogi bez wymaganego zezwolenia).
Wszystko nie byłoby takie śmieszne, gdybym sam Straży nie
zawiadomił, że w pewną niedzielę kwietnia rozpoczynam sprzedaż,
zniecierpliwiony czekaniem od stycznia na jakąkolwiek reakcję
stosownych decydentów. Wszystkie urzędy też powiadomiłem o
swojej determinacji, bo już na ten wspomniany kwiecień niektórzy
dostali zezwolenia, inni tylko cześć umów, a ja nic. Cztery dni
później wszystkie stosowne zgody i dokumenty już miałem. We
wniosku o ukaranie pominięto jakoś, że pracuję w tym samym
miejscu od 1994 roku i zawsze zezwolenia miałem. Zamiast tego
napisał strażnik Lisak przy świadku Łabędziu, że mam trudną
sytuację materialną, dzieci na utrzymaniu i tym podobne bzdury.
No nie lubią mnie i koniec, po co im taki zawalidroga co nie daje
zarobić, jeszcze pewnie patrzy na "współpracę" z
innymi handlującymi. W dodatku nie zająłem żaden pas drogi, bo
akurat ten kawałek bruku staromiejskiego w 1995 roku Rada
Warszawy przeznaczyła na sprzedaż książek. Nudne to i smutne,
że codziennie dziesiątki handlarzy pracują bez jakichkolwiek opłat
i zezwoleń, ale akurat ja byłem do odstrzału. Wczoraj (sobota)
na Starym Mieście handlowano jak zwykle u wrót Katedry, na
Zapiecku, na Rynku, wzdłuż całej Świętojańskiej i na Placu
Zamkowym. Żadnego strażnika nikt na Zapiecku nie widział.
Pewnie "czeszą", ogródki piwne nad Wisłą (tak donosi
prasa), bo tam muzyka, piwo, nielegalne parkowanie itp. możliwości.
Sąd wydał wyrok - kara nagany. Faktycznie w dniu 21 kwietnia
stosownego dokumentu nie miałem. Szkodliwość społeczna
znaczna, szczególnie teraz - dokumenty ma, przestarzałe książki
ludziom wpycha, do czytania zmusza - kto to widział!
Słoneczko świeci, do pracy pędzę. Ciąg dalszy jak zwykle wkrótce...
Miłe
korespondentki i korespondentów przepraszam. Na wszystkie listy
odpowiem, wstaję jak i dziś o 6 rano, aby choć trochę napisać
przed pracą. |
|
20 sierpnia
2002
wtorek
|
|
Papież
Jan Paweł II zakończył swoją 4 pielgrzymkę do rodzinnego
kraju. Jest coś co powoduje u mnie chrypkę, jakieś wzruszenie
dziwne i serdeczne zarazem. Tak jest przy każdej prawie relacji z
odprawianej mszy czy spotkania z wiernymi. Ojciec to właściwe słowo.
Ojciec, któremu chce się powiedzieć dużo, bo może własnemu
tyle nigdy nie mogłem powiedzieć.
W "Angorze" (przegląd prasy) jakiś cytowany reportażysta
snuje dywagacje pod tytułem "Ostatnia wizyta". Oto właśnie
postrzeganie tej wielkiej osobowości w sposób powierzchowny,
telewizyjno-obrazkowy. Słowa wypowiadane przez Papieża nie są
ważne, ważne jest czy mówi wyraźnie, czy bardzo wygląda na zmęczonego,
czy choroba całkiem go już przytłacza. Wszystko co usłyszeliśmy
o miłosierdziu bożym, nie musimy odnosić do siebie, wszak to Bóg
ma być miłosierny i nam wybaczać. A my dalej róbmy swoje. Ten
sposób relacji telewizyjnej czy komentarza prasowego idealnie
pasuje do bezmyślnej papki medialnej jaką pasiemy się co dzień.
Idiota pisze i mówi, dureń słucha i zapamiętuje. A to Papież
sam zszedł z pokładu samolotu, a to przy pomocy... W ten sposób
oglądamy człowieka starego w jego walce z chorobą. A wystarczy wyłączyć
komentarz, a posłuchać co ON mówi. Choroba, czy samopoczucie
schodzą na daleki plan, bo liczy się to wielkie przesłanie, którego
sensem jest nasz wzajemny stosunek do siebie. Ludzi, narodów,
kultur.
Papież wrócił do Watykanu, my do codzienności, koniec święta.
A może jednak coś w nas zostanie, coś co pozwoli w drugim
dostrzec człowieka.
Zaraz ktoś doda dowcipnie - o ile to nie dotyczy kobiet. Potem może
nie dotyczyć innych. W końcu nikogo?
Marek
Kotański zginął w wypadku samochodowym. Jeden z naszych
wielkich nawiedzonych. Wielkich duchem, jak Ochojska, czy Owsiak.
Poświęcił się sprawie całym życiem, całą posiadaną energią.
Sprawie uzależnionych, odrzuconych,
chorych. Krytykowany jak reszta za to "nawiedzenie" właśnie,
choć teraz dopiero zobaczymy brak tej osobowości, załatwiacza
wszystkiego; za nas, za Rząd władzę lokalną i Partię jakąkolwiek.
No
cóż wróćmy do naszego domowego "miłosierdzia".
Gdzie więcej dołków, w które życzliwy rodak wciągnie sąsiada,
zepchnie przyjaciela czy współwyznawcę.
"Kościół Boży" w Warszawie istnieje, na Starówce
krzyczy i nawraca na jedyną prawdziwą wiarę. O tolerancji i miłosierdziu
brak danych - dla grzeszników piekło i potępienie. Kościół
katolicki - be, księża - be, słowo tylko w Biblii i gardle tego
co drze się właśnie. Ja też - be, bo sceptycznie jakoś przyglądam
się sekciarskim zapędom. Kościół to niewielki i na wyrost, bo
skoro mieści się na II piętrze jak donosi pieczątka na druczku
śmiesznym. Druczek ów to komiks jaki rozdaje się na ulicy pod
tytułem "Titanic". Oczywiście statek zaraz uderzy w górę
lodową jaką zaobserwowano po raz pierwszy na Bałtyku (!!!).
Bohaterowie w strojach z początku wieku bredzą wesoło;
- Mój Boże! Lodowa góra śmierci przed nami! - mówi
kapitan.
- Za kilka miesięcy będę tarzał się w pieniądzach - mówi
nasz bohater Zygmunt.
Sympatyczne "dymki" komiksowe to; "...Głupcze, tej
nocy zażądają duszy twojej..." , "A jak postanowione
jest ludziom raz umrzeć, a potem sąd." Sympatyczne, prawda?
Równie
sympatyczni klienci pytają znów o "Pana Pająka", a
szczególnie o "5 rozbiór Polski". To antysemickie dziełko
jak i cała twórczość autora wlewa w nas tyle miłosierdzia, że
tylko z wieńcem lecieć do Jedwabnego. Mamy już wszystkiemu
winnych, a więc to my sprawiedliwi, choć myślą nieskalani.
Jedyną latarnią radio z Torunia, co nawet w Rosji ma nadajniki.
Szokujące właśnie jest to, że przed chwilą Jan Paweł II witał
i pozdrawiał wyznawców islamu, czy judaizmu, a my tu zaraz Pająkiem
określimy swój światopogląd.
O
życzliwości na co dzień mogą powiedzieć chyba najwięcej
zmotoryzowani. Łagodni niby w domowych czy służbowych kapciach,
na szosie czy ulicy zmieniają się w demony prędkości.
Zablokować drugiego, wyskoczyć znienacka, wyprzedzić zawsze i w
każdym miejscu, "dobrym" słowem potraktować, to codzienność
samochodowo - motocyklowa. Ostatnio samotnie nocą - wybrałem się
po moje dziewczyny na wieś. Wyjechałem w kierunku Lublina o 2 w
nocy, ja 70 - 80 km/godz. (niedoświadczenie, drobna mżawka przed
Lublinem), reszta 100 - 140. Osobowe "czadu", TIR-y
gazu, a ja sygnalizuję, że zwalniam, przepuszczam i na prawo zjeżdżam.
Dziwak i żółtodziób, ale widziałem też takich dwóch jeszcze
(na całej trasie do Rzeszowa), co spokojnie, bez szaleństw.. Może
nie jestem samotny taki, w swoim świeżym spojrzeniu na ...znaki
drogowe.
Miłosierdzie
i życzliwość dominujący dziś temat - dopadło i strażników
miejskich. W jedną z niedziel sierpniowych wręczali nielegalnie
handlującym ... skierowania do psychologa. Prawda że to miłe i
sympatyczne, ja nie dostąpiłem zaszczytu, widocznie stan
mojego umysłu już wyklucza jakąkolwiek pomoc. Za to wczoraj,
kiedy czarne audi potrąciło dziecko na jezdni, na Starym Rynku -
przed "Bazyliszkiem", żadnego Strażnika znaleźć nie
sposób. Pogotowie było po kilku minutach, natomiast na policję
oczekiwano tak długo, że najbardziej ciekawscy po 2 godzinach
zrezygnowali. Policja była - owszem, jak zwykle na podwórku przy
Rycerskiej 8-12. Jest tam miła ławeczka, cienia trochę,
zielono, można pogwarzyć z drugim odpoczywającym patrolem, wypić
coś zimnego. A nie słyszeliście, że napoje gazowane typu cola
niszczą ścianki żołądka? Mam nadzieję, że maluszkowi co gwałtownie
wyskoczył z restauracyjnego ogródka, prosto przed samochód -
nic się nie stało, sprawca cierpliwie czekał na spisanie. Inna
sprawa, że zezwoleń na jazdę po uliczkach staromiejskich wydaje
się na pęczki, zakazu wjazdu pozostali i tak nie respektują, a
ewentualne kontrole są wtedy jak ogłoszą "akcję".
Zakłada się wtedy 100 blokad na koła, prasa opisze i
sfotografuje ...i spokój. Do następnego wypadku. Jak by kto nie
wiedział - zezwolenia na wjazd wydaje Zespół ds. Starego Miasta
na Placu Zamkowym 10. Wymagane uzasadnienie. I tu moja prywata
wychodzi. Chciałem tylko do magazynu dojechać, i to całkiem z
boku, bo na kilka metrów w Wąski Dunaj, mnie nie dali, a innym dają
po Rynku jeździć. Ach, życie codzienne, miłosierdzie i
szacunek wzajemny niewiele mają ze sobą wspólnego.
Na
zakończenie smutnych opowieści - zacytuje pytanie jaki zadał mi
młody człowiek; - Gdzie mogę odebrać życiorys? Bo to gdzieś
tutaj na Świętojańskiej.
- Jaki życiorys? Składał Pan do jakiejś firmy? Szuka Pan
pracy?
- Nie, życiorys chce odebrać, bo mi potrzebny.
Dalej cytować nie będę, szkoda czasu - doszedłem jak Holmes
drogą dedukcji, że młodemu potrzebny akt urodzenia z Urzędu
Stanu Cywilnego na Jezuickiej. Zupełnie Radio Erewań w rodzimym
wydaniu.
Ale
są i życzliwi. Pan Zbyszek Lengren (84) znowu pyta, gdzie
kapelusz masz sprzedawco od książek, bo słońce pali. A mam. Właśnie
położyłem na ladzie na chwilę i ktoś, też życzliwy, złotówkę
wrzucił. |
|
2 sierpnia
2002
poniedziałek
|
|
O
3 w nocy obudziła mnie burza, deszcz walił o parapety. Odchodziła
i wracała prawie do 7 rano. Trudno o tej porze znaleźć ciekawy
program w telewizji, zresztą większość kanałów - bez
odbioru. W wiadomościach porannych, a szczególnie Kurierze
Warszawskim deszcz ten zakwalifikowano jako żywioł o
niespotykanych rozmiarach. Wylał potok na Służewcu co zawsze
wylewa, zalało jak zwykle tunel przy Dworcu Zachodnim, czyli stałe
fragmenty gry. Nawet dyżurny techniczny miasta, musiał uspokajać
panią spikerkę. Nuda, nie ma czym się pochwalić, a tu nagle
opad. Jest 13:30 i znowu pada i dobrze - jutro potrzebne mi jest
spokojne niebo. Nie będę latał, ale sprzedawał - w końcu
czynsz za mieszkanie też w końcu trzeba zapłacić.
Aura sprzyja czytaniu czego zresztą nie wie coraz większa grupa
rodaków, co widać po co raz mniejszej sprzedaży. Ale co się
martwić, zawsze są jeszcze narwańcy hobbiści, studenci czy
ostatni Mohikanie - czytacze. Ja też czasem czytam - właśnie w
szumie deszczu kończyłem wspomnienia Wandy Kirchmayer "Z
Jerzym na dobre i złe". Nie tylko dobrze napisane, z
uczuciem i wielkim zaangażowaniem. To także kawałek mojego życia
i moich rodziców. Matka moja mogłaby napisać pod identycznym
tytułem. Losy choć nieco odmienne, połączone więzieniem
stalinowskim, wyrzuceniem z mieszkania, Warszawy. Potem
oczekiwanie na wyrok, walka o zamianę kary śmierci ojca na dożywocie,
walka o przetrwanie. Nikt nie został skazany, za niewinnie
rozstrzelanych, nikt nie odpowiadał za Wronki, Mokotów itp.
Oczywiście nie biorę pod uwagę operetkowych sądów na niby,
gdzie kilku pionkom umarzano sprawy z powodu braku dostatecznych
dowodów, albo przedawnienia. Zresztą tradycja w komunie już
taka, że co dla idei zrobione to trudno - przepadło. Słuszna była
niby, ale się pomylono co nieco, więc jak tu sądzić gorących
wyznawców. Odniesienie do współczesności nasuwa się samo.
Tylko już bez oprawców, karcerów itp. rozrywek. Teraz wystarczy
nakraść (przepraszam popełnić błędy przy gospodarowaniu),
tylko odpowiednio dużo i tak przyjdzie nowy (stary) minister i
oddłuży odpowiednią ustawą. Długi robić, mataczyć - czyli
potwierdzać nieprawdę, tworzyć wizje nierealne i płacić, płacić
Radom, Zarządom i Naczelnym. To koledzy serdeczni nasi i szanse
zawsze na restrukturyzację dostaną i długów odpuszczenie.
Jeden warunek - w danym okresie dziejów muszą być odpowiednio słuszni
politycznie. Dzisiejsza Stołeczna Gazeta pisze o telefonach komórkowych
co radni Bemowa i innych dzielnic za darmo dostają z odpowiednim
limitem lub bez limitu. No i do kogo te biedaki tak dzwonią?
Aha!!! Do obywateli przecież, no bo gdzie, u siebie maja
interweniować? No więc obywateli dużo więc i telefon bez
limitu rozmów - rzecz piękna. Do mnie jakoś żaden radny nie
dzwonił jeszcze, widocznie problemów nie mam i troska ta zbędna.
Polak
często zadaje sobie pytanie - jak żyć? Nie wiem czy to cecha
wszystkich ludzi, ale może inne narody nie muszą tak często i głupio
pytać? A tu życie co w telewizorze pokazują - samo rozwiązania
podsuwa. Wszyscy chłopi rzucili się teraz do sprzedawania zboża.
Zresztą wcześniej to samo wyprawiali z jakimiś tam truskawkami,
jabłkami itp. w zależności od regionu i pory roku. Na jesieni
znowu rzucą się do sprzedaży ziemniaków i znowu nikt ich nie będzie
chciał. Jaka rada? Zapisać się koniecznie do partii chłopskiej
najlepiej z Grzybowskiej ulicy. Otworzyć punkt skupu i skupić to
co samemu się wyprodukowało np. na 300 hektarach, na
mniejszym poletku nie warto. No dobrze, a skąd na to sianie,
hektary i tych co zaorzą, posieją i zbiorą? Z banku - oczywiście
na preferencyjnych warunkach. Potem partyjni koledzy oddłużą i
nawet prać gotówki nie trzeba, bo z rodzimego potu przecie i
tego pola naszego polskiego.
Ale
zabrnąłem - zamiast pisać o dzielnej kobiecie, żonie żołnierza
- doszedłem do roli miastowego na roli. No właśnie, skoro czytać
nie chcą, a samo rośnie? Odpowiedź jest mi co raz bliższa. A w
końcu renta rolnicza też ma swój urok. Kup pole. Ubezpiecz się,
póki jeszcze legitymacji i prawa jazdy na motykę nie trzeba. Po
kilku klęskach (lato znienacka, zima z zaskoczenia) renta
murowana.
Wracam
na warszawskie podwórko z niechęcią, ale humorem co raz
lepszym. Odwiedził mnie sympatyczny Pan Dzielnicowy, anonsując
się wcześniej telefonicznie. Dostarczył mi wezwanie do Sądu
Grodzkiego na rozprawę w sprawie nielegalnego zajęcia pasa drogi
na sprzedaż książek. Nie znam obowiązujących procedur, ale
skoro już takie jedno miłe pisemko odebrałem na poczcie,
podpisując się na kilku drukach, to po co jeszcze jedno? Tak być
musi - policjant dzielnicowy zamiast poznawać problemy mieszkańców
chwilowo nie pijących, dubluje pocztę. Jak na razie zaangażowanie
wykazały: Straż Miejska, Poczta, Policja, a ja jeszcze nie mam
adwokata. Instrukcja na druczku dopuszcza takowego. Więc kto się
z przyjaciół podejmie obrony tego co kaganek oświaty, znicz
wiedzy i latarkę oświecenia ludowi nieść musiał? W każdym
razie ciekawie będzie i pouczająco. A wiecie dlaczego tak wyszło?
Bo jakoś z powodu, może towaru mojego - jestem poza obiegiem.
Nie wręczam, nie daję i nie odwdzięczam się. Z drugiej strony
nie dostaję, nawet dyskretnie, ani do łapy, ani w kopercie, ani
pod pozorem ciekawego opracowania, ani wdrożenia czegokolwiek. A
człowiek poza obiegiem, zwykłym przecie - wyrzutkiem jakimś
jawi się - jak ten co pryszcze ma okropne, albo chory na głowę.
Rozprawa 23 sierpnia na ul. Kocjana w 4 Wydziale Grodzkim. |
|
1 sierpnia
2002
czwartek
|
|
Kolejna
57 rocznica Powstania Warszawskiego - o 17-tej syreny wyją, życie
na minutę zatrzymane w miejscu dla uczczenia poległych. Na
Starym Rynku tylko turyści zagraniczni nieco zdziwieni, reszta
doskonale wie. Nawet zbierający na "drabinkę do nieba"
przerwali na chwilę walkę z gitarą i własnym półgłosem. W
Gazecie Wyborczej dyskusja, czy trzeba stanąć na tą minutę,
czy nie i jak kto ze sławnych i znanych widzi reakcje ludzi. Ja
uważam, że choć mamy tyle świąt zbędnych (i stąd obfitość
długich weekendów), że dzień Powstania Warszawskiego powinien
być dniem wolnym od pracy dla Warszawy. Państwowym świętem
jednego miasta.
Pojazdy jak zwykle nie uznają żadnych świąt, a właściwie ich
właściciele, którzy zaopatrzeni obficie w zezwolenia stałe na
wjazd na teren Starówki przemieszczają się bez żadnych przerw.
Wystąpiłem miesiąc temu do stosownej komórki urzędu miasta o zgodę
na dojazd do magazynu, który mam na Rycerskiej. Po miesiącu pani
p.o. kierownika Zespołu do Spraw odpowiedziała mi, że nie przysługuje
mi takowe, bo mogę sobie stanąć na Podwalu, a jak będę miał
dużo do wwiezienia to mogę wystąpić o jednorazową zgodę. Śmieszne
jest to nieco, bo zwracałem się o wjazd na teren Starówki tylko
na głębokość 20 metrów, bo tyle oddalona jest ta moja
Rycerska od Wąskiego Dunaju. W dodatku motywowałem bezkolizyjnością
i sporadycznością dowozu. Z kolei przed moim stoiskiem przemykają
dziesiątki wozów, limuzyn i samochodów dostawczych w ilości
gigantycznej. Okazuje się, że nawet większość ma zezwolenia
bo tyle ich wydano. Przykładowo firma sprzedaje coś tam (piszę
tak dla zakamuflowania) - samochód dostawczy dowozi co rano,
pozostałe 3 wozy osobowe wożą już tylko udziałowców i właścicieli
tej firmy. W sumie 4 zezwolenia i to jest ok.
Ledwo
wróciłem z 3 dniowego urlopu, a już "ważny" telefon
od dzielnicowego. Czy taki i taki zamieszkuje pod podanym w piśmie
adresem? Zamieszkuje. Wezwanie do Sądu Grodzkiego dostał? Dostał.
A nawet potwierdził to na 2 różnych dokumentach podpisem zwykłym
i drugim - czytelnym. Ale to nie wystarczy. No to proszę
powiedzieć kiedy może dostarczyć dzielnicowy to samo wezwanie?
Po co? Bo tak trzeba. Policja zadaje sobie trud (pewnie zobowiązana
przepisami) do zawiadomienie mnie po 20 tej (bo pracuję do
19-tej) osobiście przez Pana Dzielnicowego, że mam się stawić
na rozprawę gdzie zostanę właściwie ukarany za sprzedaż książek.
Pisałem o tym w lipcu. A więc cały aparat ruszył, jak u
Szwejka, a my i tak to ładnie opiszemy, jak to się pięknie bałwanią.
Po
raz pierwszy w życiu przejechałem ok. 400 km jednorazowo odwożąc
moje dziewczyny na wypoczynek do Babci. Najtrudniejszy egzamin z
jazdy pod stromą górę - polną drogą z koleinami od wozów i
ciągników zdałem przed koleżanką małżonką. Cha! Nic nie wiedziała,
że szwagier poradził jak jechać zaczepiając kołami o trawkę,
tak aby chronić tłumik przed urwaniem. No i udało się. Cóż
może być wspanialszego dla mieszczucha od spokojnego gdakania
kilku kurek, mruczenia kota, czy szumu pobliskiego lasu. Do tego
degustacja kaszanki, salcesonu, pasztetu, boczusiu kruchego z ogóreczkiem
kwaszonym dla zaostrzenia apetytu. Że o kiełbasce nie wspomnę.
W trzy dni przytyłem na tych degustacjach babcinych 2 kilo, na
szczęście upały sakramenckie wypocą ze mnie te niecne zapały
i kulinarne uniesienia.
Dla urozmaicenia pobytu w podkarpackim województwie, zwiedziliśmy
zamek w Odrzykoniu, skałki "Prządki", Iwonicz i
okoliczne trasy z przepięknymi widokami. Ach mieć domek jaki tam
na wzgórzu!! I stamtąd stukać sobie filozoficznie do reszty świata,
zamiast opisywać jakieś nudne przepychanki urzędnicze.
Zrobiłem ok. 150 zdjęć z tego kilka pokażę na mojej stronie
podróżniczej. Dobranoc. Za gorąco by dalej stukać, choć jest
22:54, na termometrze, w głębokim już cieniu - 27 stopni ciepła. |
|
do góry, do
góry...
|