sierpień 2003

      data 

                                              dziennikczylinocnik               
27 sierpnia
2003
środa

Trochę ponad 900 km tym razem. Wyjazd w piątek, powrót w poniedziałek - powód - złe prognozy pogodowe w telewizji. I co? Wiadomo - telewizja kłamie. Tylko internet prawdę powie, choć nikt mu nie wierzy. Wszędzie mówili - w sobotę leje w Warszawie, a w internecie mapy meteo - czyste. Dałem się przekonać - pojechałem do  Zakopanego. Kumpel prosił - ja też chciałem znowu gdzieś pojechać, każdy pretekst do wycieczki dobry. Słynna "Zakopianka" nie taka straszna, ale tłok spory cały czas - najbardziej dała mi w kość w drodze powrotnej, bo od Szaflar jechałem w takiej ulewie, że wycieraczki na ostatnim biegu rzęziły. Zakopane zupełnie inne niż 30 lat temu, z dawnych czasów pamiętam tylko fragment Krupówek, a i tu zmiany wielkie. Mieszkaliśmy na Kasprusiach blisko "Atmy" stąd wszędzie blisko. Zdążyłem odwiedzić szkołę Kenara, Muzeum Stylu Zakopiańskiego, cmentarz Na Pęksowym Brzyzku, kościółek stary (odnowiony) i zrobić kilkanaście zdjęć (wkrótce w dziale wycieczki). Na Krupówkach tłok jak na molo w Sopocie. W kilku restauracjach kapele góralskie przygrywają, na ulicy też stary góral na skrzypkach gra, obok Ukrainki tańczą, handel czym się da. Skóry, kierpce i kapcie dla ceprów, ciupagi nawet z łańcuchami, swetry, dziesiątki stoisk z pamiątkami, połykacze ognia, malowanie akrylami, karykatury i portrety na poczekaniu. Dutków trzeba mieć ponad miarę jeśli chce się wszystkiego spróbować. Z próbowaniem oscypków ostrożnie. 90% to podróbki. Na stoiskach owcze, mieszane i kozie. 100% małych to krowie, bo przecież owce nie doją się rok cały, tylko do św. Michała. Góralka trzyma dwa dla swoich, reszta dla publiki. Spanie wspaniałe w domu z bali drewnianych, a powietrze czyste (zlikwidowano dawne kotłownie) więc rano apetyt spory. Co chałupa to kawał historii. Jeno ten Jasiek pije i nie ma żadnej rady na takiego pijanicę. Naród tu życzliwy bo i jak nie być życzliwym skoro "dutki" same po ulicy chodzą. Gospodarze mili - spanie tanie niesłychanie więc adresu nie dam.  
Kraków zakorkowany umiarkowanie - Warszawa lepsza. Wczoraj jadąc do Czerska - przez Konstancin - 20 km na godzinę. Dobrze że to blisko. A tu co? Pogoda zepsuła się - rano widzę 16 stopni na termometrze - wieje nachalnie i jak tu pracować?
W gazecie czytam, że sprawiedliwość jest surowa dla dzieci szkolnych, bo to tak ma być pedagogicznie, za to kilkunastu posłów wywija się od spotkania z sądem bez problemów. Nie będę czytał dalej, bo znów mi się chce wyjechać daleko. Jak gdzieś przeczytałem, powody do emigracji nigdy nie ustały. 
Czas do pracy, pozostały mi tylko pozdrowienia dla Pani tej miłej, której nie mogłem odwiedzić na wakacyjnej trasie. 

18 sierpnia
2003 wtorek

A może byśmy tak, jedyna,
Wpadli na dzień do Tomaszowa? Pisał tak poeta, a ja nie do Tomaszowa, a do Tarnowa.
Najpierw do Skarżyska, potem Kielc i w końcu do Tarnowa - a wszystko jeszcze w zeszły czwartek. Obawiałem się jazdy przez Radom, a tu już piękna droga i śladu po okropnie wąskim moście nie ma. W Tarnowie przewodnicy mili mimo mojego lęku przestrzeni wciągnęli mnie na wzgórze nad miastem, gdzie po hrabiach i książętach jeno mury stare. Widok przepiękny dygotem łydek nieco zakłócony. Wchodzić to wchodzić, ale zejście asekurowane wystudiowanym przykucem. Zdjęcie panoramiczne zrobione, do obejrzenia wkrótce. Tarnów piękny, jasny, czysty, a tarnowianki - dokładnie tak samo. Co robiłem zdjęcie jakiej budowli zaraz mi jakaś urodziwa dama w obiektyw wchodziła. Udało się w końcu obejrzeć i biskupie włości, i bóżnicę żydowską (a na przeciwko miły antykwariat), i cygańskie ślady, że o pięknych parkach, pomniku Bema i ulicy Wałowej nie wspomnę. Miasto rozległe, szerokie i długie - zgubiłem się kręcąc po ulicach, ale jak popatrzyłem trochę na opisy tras wylotowych, już "byłem w domu". "Taniość widzę, taniośc" - mógłbym zawołać jak w idiotycznej reklamie telefonów, a to z powodu cen wielce umiarkowanych (obiad za 20 zł w dobrej restauracji - kto to widział w Warszawie niech powie - nikt nie uwierzy). Wracając do świata fotografii muszę wspomnieć o zdjęciu jednym zupełnie przypadkowym chyba. Widać na nim spódnicę żółtą, z fragmentem przedramienia właścicielki (sympatycznej niewątpliwie) oraz zamek błyskawiczny, co na niektórych filmach szczególnie wolno się otwiera. Nóg nie widać, placów brak - tylko ta spódnica żółta. Widać aparat (automat prawie) sam sformułował myśl jaką niecną, że zamiast fragmentu ulicy uchwycił tak ważny przecież fragment przebiegającej właśnie damy. Wiadomo że gdyby spódnica była czerwona to by było Opole, bo o tym Skaldowie już śpiewali pewnie ze 30 lat temu. Teraz wiem w Tarnowie żółte czyli słoneczne i radosne. Bo i tak tłumaczyć można przypadkowego przechodnia co się na nas ślicznie wypnie. Jakoś nie miałem za złe, że mi zdjęcie takie wyszło. To samo było ostatnio w Warszawie.  Święto poczty wymyślono, pewnie dlatego, że szefa się pozbyto tej szacownej instytucji. Z tej okazji powóz pocztowy z czwórką koni po Starówce jeździł, zdjęcie robię właśnie, a tu mi inny szalony reporter przed nosem przebiega. No i na zdjęciu mam powóz cały i czwórkę koni i tego fotografa. Ale tak widać los kazał ten fragment mijającego czasu uwiecznić i niech tak zostanie. 
Powoli kończą się wakacje, znajomi królika i zaprzyjaźnieni klienci wracają. W niedzielę odwiedził mnie Jurek Besala z którym zawsze pogadać warto - bo to jakby coś po tej rozmowie zostało o czym jeszcze można mądrze pomyśleć. Dziś odwiedzili mnie Zbyszek i Danusia Nowakowie - dawny zespół "Happy End". Ich piosenkę "Jak się masz kochanie" to każdy pamięta, a jak nie to i tak mu telewizja przypomni. Wrócili do Polski ze Stanów już na stale chyba. Pewnie znów ich ususzymy. Roześmiani, szczęśliwi oboje - radość spotykać takich ludzi. Jutro wtorek, przechodzi front burzowy podobno i będzie padać albo lać nawet. Widać przyroda nawet się gniewa gdy do Urzędu Skarbowego mam zanieść podatek. Ale resztę dnia poświęcę na wklejanie zdjęć całkiem udanych z różnych rejonów naszego kraju. Jedna myśl mnie tylko męczy, czy ten zgrabny fragment przebiegającej Pani wkleić gdzie, i jeśli tak, to pod jakim pretekstem? 

13 sierpnia
2003
środa

Przerwa co najmniej wakacyjna sądząc po pogodzie. A ja nie wspominam nic wcale skoro życie pędzi tak na bieżąco, codziennie i coraz szybciej. Praca i praca - raz weselej raz nudniej. Wesoło, gdy jest co policzyć wieczorem, a nudniej gdy jakieś sympatyczne "ktosie" urzędowe instruują mnie o dążeniach, zaleceniach i ogólnych trendach np. w wyglądzie stoiska książek. Gdy miałem drewniane stoły, to okazało się że już wyszły z mody, gdy kupiłem plastikowe - sam na nie nie mogę patrzeć i dlatego nakrywam je coraz to nowymi zakupami. Teraz kierunek brzmi - nakrywamy. Nakrywamy suknem zielonym (ciemno zielonym), bo takie barwy ma Zarząd od Terenów prawie zabytkowych. Czyli budujemy stół konferencyjny. Słusznie. Naradzać się trzeba, konsultować z narodem więc i sukno jak najbardziej. Zresztą pod suknem schować coś można, ukryć nieco przed wzrokiem nieuprawnionych, a nawet jakąś kopertę białą położyć. Nie dyskutuję a przystępuję do wykonania. Tylko mam sugestię małą, może zamiast sukna co nie tylko koperty ale i wodę prozaicznie ciągnie, damy skaj na ten przykład czy "innom" ceratę. Zetrzeć można, deszcze nie groźne, tylko już nie tak miękko. Pożyjemy, zobaczymy.
Dziś Święto Starówki i dużo osób pyta czyje to flagi żółto-czerwone. Nasze, gawiedzi kochana, nasze warszawskie to barwy. Bieli u nas niewiele, czystość jaka jest każdy widzi to i żółte lepiej w tym tzw. "ogóle" lepiej wygląda. O obchodach poczytacie jutro w prasie, dodam tylko, że straż miejska jak nigdy wysprzątała staromiejskie uliczki z żebraków, grajków i handlowców wszelkiej maści. Wiadomo święto i jakiś oficjał miał być też w towarzystwie oczywiście. Ale już po 18 godzinie - życie wróciło do normy, handlowcy pracowicie rozstawiają swoje stoliczki, skrzypek stroi swoje pudełko i tylko ja jedyny "legalny" w tym towarzystwie zaczynam się pakować. Szukałem dni temu parę Straży naszej Miejskiej dość intensywnie, bo i przy pomocy policji także. Nie udało się, nawet przez radio nie ściągnęli kolegów "mundurowych inaczej". A powód tej całej akcji to niefrasobliwie pozostawiony samochód w wąskim przejściu dla pieszych na ul. Rycerskiej, który skutecznie zablokował mi dojazd do magazynu. Ciągnąc na wózku 300 czy 400 kg mało śmieszne się robi kiedy kilka ulic trzeba objeżdżać bo ktoś głupio parkuje. A straży nie ma. Ależ pojawi się znowu - niech no tylko jaka akcja wyskoczy czy święto. 
Gości znamienitych i mniej znanych tabuny, spocone to towarzystwo i smutno powłóczy nogami w tym upale. Napoje po 3 zł szklanka i lody wodniste też za tyle. Nie kupować z okienka - wejdźcie do cukierni czy lodziarni. Odwiedził mnie krytyk znany, a ponieważ się dwa razy się przedstawiał już nie pamiętam jak się nazywał. Odwiedził nasz Zapiecek minister (i premier były) Cimoszewisz, pomachał mi jednak tylko z daleka, bo te borowiki (ochrona) takie wysokie, że się do mnie przepchać nie mógł. O upływie czasu jaki nam pozostaje przypomniał mi żartobliwie Zbyszek Lengren - znany rysownik i satyryk. Biedny bardzo, bo te 85 wiosen już dość mu w kość daje. Nogi mu puchną bardzo i ledwo chodzi, ale animuszu nie traci. 
Ech, co tam gadać lepiej jechać - jutro jadę na małą wycieczkę - Kielce m.in. Potem praca i praca, przynajmniej póki pogoda. Jak tylko chmura jaka najdzie - zaraz na listy wszystkie odpiszę, nowe przygody fotograficznie opowiem, bo już stosy czekają na wklejenie w zapieckowe stronice. To tyle na razie, pa. 

2 sierpnia
2003 
sobota

Wczoraj minęła 59 rocznica Powstania Warszawskiego; obchody, koncerty, msze i apele. Może nawet większe te obchody niż w latach ubiegłych, ale jakoś głupio. Na Starym Mieście syren nie włączono. Zawsze o 17 wszyscy (prawie) przerywali pracę, wychodzili przed sklepy i stali tę minutę w milczeniu, popatrując czasem kto ten patriotyczny odruch lekceważy. A wczoraj słychać było gdzieś z daleka jakieś ciche huczenie, ale musiałem specjalnie uważać w okolicy 17 aby to usłyszeć. Rosyjska zagłuszarka znowu w akcji (harmonia), krzyki - obarzanki świeże, pańska skórka, do tego włoska wycieczka i nikt się nie zatrzymał. Po chwili z sąsiednich sklepów i galerii wyszły znajome panie i pytają co z ta syreną, bo nic nie było. Żenada jak mawia znajoma Żaneta, głupio i szkoda. Tak mało jest chwil w których jakoś tam jesteśmy razem choć na chwilę. Nie będę już pisał o szacunku dla poległych i tych co ich już coraz mniej. Znów mnie taka refleksja nachodzi, że lepiej zrobić 5 koncertów z dużym budżetem, jak postawić jakiegoś ciecia na dachu przy syrenie. Albo tego co tylko właściwy guzik przyciśnie. W końcu z kosztów powstają wynagrodzenia, tantiemy i honoraria, a z wycia syreny co?

Upały sakramenckie spożycie wody dochodzi do 2 litrów dziennie i tylko myślą wracam do tych kilku dni wspaniałych bo spędzonych poza Warszawą (opis w lipcowym odcinku). Praca codziennie, obiadek koło 20:30 tak, że czasu na nic nie ma. Zdjęć do wklejenia na zapieckowe strony sporo, ale jeszcze chwilę. W te upalne i pracowite dni kiedy bardziej chodzi się w kółko, jak obsługuje spoconych klientów - jedyną pociechą kilka listów miłych i czasem rozmowa jak mnie kto złapie przy komputerze, przed wieczornym padnięciem. 
Dla odprężenia podaję otrzymaną wczoraj instrukcję do barometru, czyli sposób odczytu barometru ze sznurkiem i gwoździem:
- sznurek suchy - pogodnie,
- sznurek mokry - deszczowo,
- sznurek ukośnie - wiatr,
- sznurek poziomo - halny,
- sznurek zapętlony - trąba powietrzna,
- sznurek ledwo widoczny - mgła,
- sznurek biały - śnieżyca,
- sznurek sztywny - mróz,
- gwóźdź dzwoni - grad,
- gwóźdź iskrzy - burza,
- brak sznurka - był złodziej.
Autorzy pochodzą z Lubania, a nadesłała Krysia. Dziękuję.

do góry, do góry... 


Strona główna    Zapiecek    Antykwariat   Galeria Zapiecek  Przyjaciele książek   Dziennik
Stare Miasto   Rynek    Plac Zamkowy    Pomniki
Artyści: Wiesława Kwiatkowska,     Grzegorz Bialik,    Joanna Sierko,
Poeci: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska,    Bolesław Leśmian