|
|
październik 2003
|
|
data
|
dziennikczylinocnik
|
31 październik
2003
czwartek
|
|
Wszyscy
lubią otrzymywać listy, ja też. Dlatego ucieszyłem się, gdy
ze stosu reklam wysypujących się z mojej skrzynki wypadła dość
gruba biała koperta. Bez okularów doczytałem się, że
Telekomunikacja Polska pisze do mnie.. Po powrocie do domu zasiadłem
wygodnie oczekując miłego pisma, dlaczego to pomimo usilnych
starań nie założono u mnie "neostrady". Niestety nie
była to odpowiedź na dręczące mnie pytania (zadane pismem własnym
16 września) tylko biling rozmów za wrzesień br. Biling czyli
wykaz połączeń telefonicznych to obecnie jeden z najbardziej
studiowanych dokumentów (np. przez Komisję Śledczą do spraw ważnych
dla Pani Begier i Błochowiak). I ja zagłębiłem się w
ten mój 6-cio stronicowy dokument, z którego chciałem dociec
jak to dzieciska kochane wydzwaniają na koszt rodziców. Oczywiście
założenie z gruntu błędne, dzieci mają co innego do roboty
albo dzwonią jakoś potajemnie, bo największym gadułą
wszechczasów zostałem w miesiącu wrześniu 2003 właśnie ja
sam. Dokument jest kompletny i rzetelny mimo braku podpisu kto
wykonał, ale czas jego analizowania daje podstawy do takiego
stwierdzenia. Wykonano bowiem ten spis połączeń 6 października
- wysłano 22 października, a dziś tj. 31 października
dostałem. Wysyłano więc 18 dni (kto to badał ciekawe?) i szedł
ten list obszerny - w mieście stołecznym Warszawie dni 9 (dziewięć).
Najwięcej połączeń miałem z Infolinią T P S.A. bo
chciałem sierota naiwna założyć usługę zwana neostradą. W
sprawie konfiguracji dostępu (PIN, ID i hasła) zacząłem dzwonić
od 11 września gdy tylko dostałem sprzęt do montowania. Już po
siódmej próbie dodzwoniłem się i rozmawiałem (konsultant się
konsultował) 20 min 37 sek. Następnego dnia 12 września szczęście
niebywałe, za pierwszym razem się udało połączyć (po raz pierwszy
i ostatni) na czas konsultowania 11 min i 16 sek. Później już
dopiero za 9-tym razem. Rekordy pobite zostały jeszcze kilka razy
i tak w dniu 22 września połączyłem się z infoliniową konsultacją
za 22 próbą, co zaowocowało czasem połączenia na 31 minut i
20 sek. Tylko 12 września miałem dłuższe połączenie bo na 38
minut i 03 sek. , ale za to dodzwoniłem się w 20 próbie. Jak
mnie podsumowano dokonałem 143 połączeń z czego 12 było
faktycznymi rozmowami, które trwały powyżej 1 minuty (!!!). I
po co ja to piszę? A po to żeby na tych ulotnych internetowych
łamach odnotować niebywały postęp (podstęp) techniczny, socjologiczny
i w ogóle magiczny. Weszliśmy bowiem w erę cyfrowej obróbki
klienta i niech nikt nie liczy, że kiedyś z jakimś urzędnikiem
Telekomunikacji stanie twarzą w twarz. Zlikwidowano właśnie pod
koniec września wszystkie Biura Obsługi Klientów tzw. BOK-i.
Zapewne po moich i innych petentów interwencjach. Teraz można reklamować
i interweniować ale do słuchawki tylko. Np. na rachunku za
telefon zwanym obecnie fakturą VAT znajdziemy informację o
numerze telefonu do INFORMACJI. Dzwonimy pod 95 76. Automatyczna
panienka powiadamia nas, że numer już jest nieaktualny, bo
wszystko załatwimy i wszystkiego się dowiemy pod numerem nowej
infolinii nr 93 93 - zwanej "błękitną linią" od
koloru oczu prezesa zapewne. Zadzwoniłem tam z powodu zawyżonego
rachunku (za SDI czyli stary dostęp do internetu). Po
przeczekaniu informacji o różnych przekierowaniach i wciśnięciu
właściwej cyferki nowy automat oznajmił ze wszyscy są zajęci
bardzo, bardzo i że czas oczekiwania wyniesie ok. 3 minut. Już
po 9 minutach zgłosiła się miła i żywa (!) panienka. No czy
to nie prościej i milej niż iść do jakiegoś biura i tam składać
podania? A jednak nasza konsultacja ograniczyła się do
odnotowania moich żalów rachunkowych i prośbie o - ..złożenie
stosownej reklamacji w Telekomunikacji i na piśmie. Nawet kod
pocztowy podano mi uprzejmie. Ot potęga postępu.
Z
tej krainy szczęścia zszedłem na ziemię i dla odprężenia
rozpocząłem konsultacje z moim sympatycznym Panem Leszkiem co mi
czasem samochód naprawia. Jak się okazuje wystarczy wymienić
dwa łożyska, które razem z piastami się montuje. O Piastach słyszałem
ostatnio w muzeum regionalnym wielkopolskim więc moje pytanie -
ile - okazało się całkiem nie na miejscu - tylko 480 zł za sztukę,
no i montaż... Opony już wymieniłem na zimowe wiec pogoda jak
na wiosnę i o szalikach i czapkach na razie można zapomnieć..
A tak na ogół wszyscy zdrowi tylko nie wiem czemu ugryzłem lodówkę
i kopnąłem moją wygodną kanapę.
Napiszcie coś miłego do mnie ... nawet niech to będzie na 4
litery. Zawsze jakaś miła odmiana. |
|
27 październik
2003
poniedziałek
|
|
Wycieczki
na ogół za szybko się kończą, zupełnie jak wakacje. Jeszcze
by się chciało dzień, dwa przedłużyć. Zawsze mam takie wrażenie
po powrocie do Warszawy, może lokalny patriotyzm u mnie
szwankuje. A może na wyjeździe prawie nie oglądam telewizji,
rzadko jakaś gazeta w rękę wpadnie, mniej mnie denerwują
wszelkie posiedzenia, rządy i inne takie. Oglądam to na co mam
ochotę, pogawędki nieśpieszne, zwiedzam czasem co nieco,
towarzystwo na ogół przyjazne, a czasem piękne i jak tu pędzić
do zwariowanej codzienności.
W zeszłym tygodniu udałem się do miasta ślicznego i sławnego
- do mojego Poznania. Wychowywali mnie tam trochę w dzieciństwie
- stąd sentyment pozostał na zawsze, widać więcej uśmiechów
było jak klapsów. Dzisiejszy Poznań to miasto dobrze
zorganizowane, czyste i punktualne. Najbardziej podobała mi się przejezdność
miasta. Dawne uliczki poszerzono tak, że stanowią wielkie
arterie przecinające miasto w różnych kierunkach. Są obwodnice
także, drogi szybkiego ruchu, ale i korki również, ale jakie to
korki, skoro rozładowują się same sukcesywnie i szybko.
Warszawskim nie dorównają. I to głównie z powodu bałaganu organizacyjnego
w stolicy, gdzie "wykopki" intensyfikują się na powrót
z wakacji właśnie. Komunikacja miejska w Poznaniu jeździ wg
rozkładów minutowych i wiadomo o której trzeba być na
przystanku żeby na czas dojechać. Znajome dziewczyny umawiają
się na poranne plotki jadąc w tym samym kierunku i jeszcze do
pracy zdążą. Umawiałem się z rodziną i znajomymi w różnych
punktach miasta - wszędzie jeżdżąc samochodem, a mimo to
przemieszczałem się sprawnie i szybko. Kierowcy poznańscy
bardzo sympatyczni - widząc inne niż miejscowe numery
rejestracyjne - zaczekają aż się taki wyplącze i skręci właściwie,
albo ustąpią uprzejmie, albo dadzą znak światłami grzecznie.
Główny powód mojej obecności w Poznaniu to Tour Salon 2003
czyli Targi Turystyczne. Znajoma (miła Pani poznana przez
internet!) wynajęła nam (2 osobniki płci męskiej) mieszkanie
na Osiedlu Rusa. Piętro dziesiąte, widok niezapomniany, jezioro
Malta blisko. Codziennie udawaliśmy się samochodem na parking
targowy przy ul. Matejki, a stamtąd autobus zawoził nas na teren
targów, powrót zorganizowano równie sprawnie i wygodnie. Targi
jakby mniejsze nieco niż w zeszłym roku, na oko o 1/5 stoisk.
Widać mniej reprezentacji poszczególnych regionów, a więcej
biur podróży, hoteli i pensjonatów. Wydawnictwa coraz piękniejsze,
foldery reklamowe coraz bardziej profesjonalne. Obsługa fachowa i
piękna, prezesi w brzuchatej formie jak zwykle. O wszelkich
sprawach handlowo - zawodowych należy rozmawiać w godzinach od
10 do 14. Potem może być kontakt utrudniony z uwagi na spożycie
reklamowych napojów o swojskich nazwach jak np. whisky (?), Gold
Waser, Metaxa, i wiele, wiele innych. Czysta uznawana jest za
wulgaryzm i nie stosuje się przy pracy.. Na stoisku fotelowym
Sasino k/Łeby młody człowiek z uwłosieniem równie ubogim jak
moje, zajęty był popijaniem nalewki, więc nie miał czasu w ogóle
rozmawiać, ale to był wyjątek pałacowo - konferencyjny. Po raz
pierwszy na targach prezentowały swoje propozycje muzea
regionalne. Pomysł świetny i ciekawy. Od karabinu maszynowego z
I wojny światowej, mamuta leśnego, po kolekcje lamp, renowacje
ikon itp. Miejsce na ekspozycję sienkiewiczanów też się znalazło.
Najsympatyczniejsza grupa wystawców to stowarzyszenia
agroturystyczne i poszczególni gospodarze reprezentujący swoje
wiejskie pensjonaty. Za niewielkie pieniądze można było kupić
folder z wszelkimi informacjami, miodek, wyroby rękodzieła, pamiątki
regionalne itp. Postanowili sprzedawać nie rozdawać, bo jak kto
ciekawy to tanio kupi, a jak za darmo to w kąt rzuci i weźmie
nawet jak mu to do niczego niepotrzebne. Zdjęć zrobiłem tam
sporo, kilka wybranych można będzie obejrzeć na stronach: www.123noclegi.info
albo www.noclegi-relax.com
. O formę cielesną targowiczów
(nie targowiczan!) dbały kuchnie regionalne i wybranych ośrodków.
Ja wierny kuchni wielkopolskiej jednego dnia degustowałem roladę
wieprzową na placku ziemniaczanym (niestety z dodatkiem kapusty
czerwonej, która wpłynęła rozmiękczająco na nieszczęsny
placek). Na drugi dzień była golonka z wody z dodatkami.
Deserowy rogal marciński zapakowano mi już do domu widząc z jakim
trudem wydobywam się zza stolika. Do poznańskich wrażeń
kulinarnych muszę dodać ser smażony z kminkiem, którego
niedokończone drugie pudełko dowlokłem aż do Warszawy. Tu nikt
takiego specjału nie zna i dobrze - mam poważny powód do
kolejnego wyjazdu. Byłem też w zaprzyjaźnionym domu, gdzie
raczono mnie kotletami mielonymi tej miary smakowej, że po drugim
dopiero przypomniałem sobie że trzeba zapytać czy można
jeszcze.
Samochodzik sprawdził się dobrze, nie na darmo akumulatorek
zdechł przed samym wyjazdem dając mi do zrozumienia, że zima
idzie i nowy jak znalazł. Wracałem w czasie 3 i pól godziny -
303 km czyli spokojnie raczej, TIR-ów mniej głównie rosyjskie,
ukraińskie i bułgarskie mijałem. Autostrad A-2 płatna zł 10
choć tylko 9 się należy bo część trasy tej słynnej w
remoncie. A we Wrześni zgubiłem wjazd na autostradę bo napis
schowany gdzieś pod mostem - tyle tylko narzekań na tydzień
pobytu. Kłaniam się Poznaniowi nisko, poznaniankom z radością
i podziękowaniem. |
|
15 październik
2003
|
|
Przed
chwilą od kapuśniaku oderwał mnie dzwonek do drzwi. A kto to?
Do siego roku życzy kominiarz. Od razu wysłałem dziewczyny
domowe do kręcenia guzikami, chłopak młody niech mu pokręcą.
To pierwsze życzenia noworoczne w październiku i przemyślność
tych dachowych przyjaciół mój wzbudza podziw. Nie dość że
wysoko pracują, to na nikogo z góry nie patrzą, a jest coś w
tym zawodzie co wywołuje nasz uśmiech sympatii. Drugi uśmiech sympatii
posyłam dziś chłopakom z patrolu policyjnego co Starego Miasta
pilnuje. Jadę sobie swoją białą "szczałą" jak mówi
moja poznańska sympatia (rodzinna), a tu nagle na krótkiej ulicy
co nazwa się Długa - macha do mnie lizakiem jakaś postać przez
okno granatowego poloneza. - Proszę się zatrzymać!
Wysiadam w nerwach okropnych, rachunek sumienia w takich
przypadkach galopujący i co? Nic mi nie pasuje - za co to?
Dokumenty i rozmowa krótka - Pan nie reaguje na sygnały. Jakie
sygnały myślę sobie, Miodową przejechałem na zielonym, innych
nie było. Okazuje się że mili Panowie dawali mi do zrozumienia
światłami swojego pościgowego wozu, że chcą ze mną porozmawiać.
Żadnych sygnałów nie widziałem w zaparowanej tylnej szybie,
ogrzewanie dopiero narysowało kilka linijek. Przeprosiłem uprzejmie,
jednak japoński ukłon mi nie wyszedł za bardzo, bo twarz miałem
na wysokości przyszłych orderów mojego rozmówcy. Jak się domyślam,
to wzbudziłem pewne zainteresowanie wyjeżdżając dość żwawo
ze Starego Miasta. Stąd też padło pytanie dlaczego tam jeżdżę.
No nie jeżdżę, ale okazjonalnie dotarłem na wernisaż jaki był
właśnie w zapieckowej galerii. Tak więc po okazaniu stosownej
tekturki z pieczątką, która upoważnia tam pracujących ....(i
tak dalej, i tak dalej) - zostałem pouczony o konieczności
zwracania uwagi na sygnały świetlne jakie na przykład mogę
dojrzeć w tylnej szybie także. Podziękowałem raz jeszcze -
stosunki nasze uległy pewnemu ociepleniu, a mój rozmówca zwrócił
mi wszystkie papiery mówiąc - Panie Marku - proszę pamiętać.
O tak, zapamiętałem już dobrze, bo tak prawie familiarny
stosunek do mnie, czyni mnie nie tylko lepszym na drodze, ale i na
poboczu. Od tej pory częściej spoglądam w lusterko i rozumiem nareszcie
te Panie, które niby coś tam w makijażu poprawiają - one po
prostu wiedzą jak uważać na te, no - sygnały.
Święto wielkie było wczoraj, a właściwie jubileusz Kubusia
Puchatka, który pokazał się na świecie w formie drukowanej równo
80 lat temu. Do dziś jak coś mnie przerazi to rzucam się do
ucieczki jak ten Prosiaczek kochany z krzykiem (wewnętrznym) Słoniocy!,
Słoniocy! Co do tego, że każda pora jest dobra na małe co
nieco, też zgadzam się najzupełniej i stosuję do rad
Kubusiowych. Martwi mnie tylko, kto mnie przepchnie dalej jak
gdzieś utknę. Na szczęście nie odnosi się to, do przepychania
do następnej klasy, co już czas jakiś mam za sobą. Wczoraj też
dzieci miały z głowy problemy szkolne bo obchodzono Dzień
Edukacji Narodowej inaczej zwany Dniem Nauczyciela. W dniu tym
nauczyciele nie pracują, a więc lekcji nie ma. Dzieciaki z
kluczami na szyj latają, jak już wiekowo odpowiednie do życia podwórkowego.
Młodsze tylko musza zadbać o zwolnienie rodzica z pracy (celem
zapewnienia opieki).
I kto ma święto? - prawie wszyscy. Dobrze to pomyślane.
Mój ulubiony serial już nie przynosi mi rozrywki, bo uczestnicy
tego dramatu w odcinkach grają niezmiennie te same postacie i
nikt już nic do tej sztuki nikt nie wniesie. Mam oczywiście na
myśli komisje do zbadania wszystkiego co się wiąże z łapówką
jaka Gazeta Wyborcza nie chciała dać za ustawę. Blondynki są
dociekliwe w takich szczegółach że ucho igielne na wielbłąda
czeka. Szatyni walczą jak szatany ze stroną przeciwną
partyjnie, a po tej samej stronie stołu siedzącą, bez względu
na płeć i opieszałość, bądź gonitwę myśli uczestników
wielce szanownych. Wszyscy już wszystko wiedzą stąd badanie
szczegółów, analizy dogłębne i wnioski przedwstępne. Sympatia
moja płci żeńskiej męczona było długo i bez sensu z
konfrontacją włącznie. Kto to widział kobiecie takie rzeczy
robić. Nie od dziś wiadomo, że kobieta pracująca u dobrego
pracodawcy - jest niezwykle sumienna i oddana sprawie ponad miarę.
A jak jeszcze znajduje uznanie i podziw to tylko JEJ powierzać
zadania. A jeszcze te nogi.. marzenie licealisty w dowolnym wieku.
Pani minister - będzie mi brakować tych spotkań, ale może
znowu nakręcą jakiś serial i wejdzie Pani w pełnej krasie, nie
ze stertą segregatorów, ale z elegancką torebką.
Telewizora też już nie włączam wcale, albo z wyraźną niechęcią,
bo budżet się wali, a sympatia do rządu spada i spada. A kto w
Polsce kiedyś jakiś rząd kochał? Wiadomo w powszechnym
mniemaniu, że tylko nieliczni dostaną te rządowe posady i tylko
nieliczni zasiądą w Sejmie. Tak więc cały naród wyjątkowo
zgodnie tym swoim wybrańcom zazdrości i ledwo wybranych już za
kratami widzi. Normalne to ludzie jak każde - mawia pewna dama -
ale inszych tak po kieszeniach nie macajom. Więc afer dostatek,
bo niewinne dziecię już przy porodzie w łapę dać musi, bo się
pępowiną udusi. I do śmierci tak czyni każdy, kto nie chce pod
byle płotem, bez badania słuchawką leżeć. Nie dotyczy to
tylko górników dołowych, bo oni tylko sztygarowi.
Tak wiec morał mi taki wyszedł w ten październikowy wieczór,
ze dajmy kominiarzowi grosz jaki, bo tylko on jeszcze nam szczęście
przynieść może i to nie tylko w totku ale i w innych sprawach.
Mam tu na myśli uczucia wzniosłe i tzw. wyższe, do których
wszelkie wzdychania też się zaliczają. Jesień sprzyja
kontaktom bliskim, skoro chłodniej z dnia na dzień i cieplejszym
spojrzeniom, bo wcześniej zmrok zapada. Przytulmy do serca zatem
dziś Teresy i Jadzie, bo to ich święto, a na co dzień i bez
obchodów Tą która wie i czeka. Aby do wiosny. |
|
5 październik
2003
|
|
Październik
muszę zacząć wiadomością smutną - zmarł człowiek bliski,
serdeczny i wesoły. Odszedł na zawsze przyjaciel książek,
satyryk, publicysta, rysownik przede wszystkim - Zbigniew
Lengren. Przyjaźniliśmy się serdecznie choć okazjonalnie. Mieszkał
niedaleko na ulicy Piwnej i co go biedne nogi poniosły w stronę
Rynku - zawsze starał się przejść obok, zawsze też opowiedział
jakiś żart - często nie do powtórzenia - bo zawiązany z
sytuacją, chwilą, spotkaną osobą. Dożył 84 lat - wiek piękny
dla 50-cio latka, ale dla człowieka z jego umysłem, humorem i
werwą - ledwo pożyłem trochę mógłby powiedzieć. Jego słowa
ostatnie, kiedy nogi spuchnięte już go dobrze nie niosły, a
laska jakże wstrętna i zbędna mu się wydawała - to: " Wołają
mnie tam na górę.."
Zapamiętany niesłusznie - głównie jako autor żartów
rysunkowych związanych z "Przekrojem" o przygodach
profesora Filutka. Amator dobrych trunków, koniaki rozpoznawał bezbłędnie.
Już nie zaskoczy nas dowcipną puentą czy żartem trafnym.
Będzie tylko smutniej i szarzej bez Pana - Panie Zbyszku.
Piszę
o zdarzeniach wrześniowych jeszcze bo uciekłem od szarej
warszawskiej rzeczywistości pomagać przyjacielowi w zdobywaniu
reklam dla internetowego informatora turystycznego, który czasem
pomagam mu prowadzić. Samochodzik mój dzielny pokonał ok. 1600
km od poniedziałku do piątku, co daje niezłą średnią dzienną
- nie do uzyskania podczas kręcenia się po mieście. Największe
wrażenie zrobiła na mnie jazda w ulewnym deszczu - autostradą.
Dopiero przy prędkości 150-160 km/godz. nikt mi już nie zalewał
szyb i nie zmuszał do jazdy w wodnym tunelu. No i widoczność
lepsza, ale nie polecam - emocje są spore. Ciekawostka taka, że
po deszczu tworzą się kałuże, a myślałem że na autostradzie
gładź jak na stole bilardowym. Przejazd przez takie oczko małe
gwarantuje utratę przyczepności co daje miły efekt chłodzenia
na plecach.. Też nie polecam.
Polecam za to wakacje, wagary czy jak kto woli krótki wypad do
znanych i wydeptanych kurortów czy miejscowości - w okresie poza
sezonem wszelkim - letnim czy zimowym. Październik jeśli nie
leje lub koniec września wydaje się terminem najbardziej
odpowiednim. W pensjonatach, pokojach, studiach i apartamentach można
przebierać do woli. Negocjacje wszelkie cenowe są na poziomie żartobliwym
- czyli hydrologicznym - jako dolna strefa stanów niskich. To
samo dotyczy restauracji, knajp wszelkich czy dawców żywienia
jakichkolwiek. Jeśli spotkamy jakąś cenę sezonową - wystarczy
zwrócić uwagę na niestosowność takiej propozycji i wszystko
cieszy już podniebienie i kieszeń. Kręciłem się głównie po
wszelkich dróżkach Zakopanego, Białki Tatrzańskiej i Bukowiny.
Na zakopiańskich Krupówkach widać turystów kilkunastu
zaledwie, a wystarczy w bok nieco odskoczyć by cieszyć cię
wolnością samotnego zdobywcy wszelkich pagórków czy wzniesień.
O wyższych partiach gór nie wspominam, bo badania te prowadziłem
wyłącznie w ciemności z uwagi na wrodzony lęk przestrzeni. Przyjaciel
zaproponował wizytę na jazzowym koncercie na Kalatówkach gdzie
trzeba było wleźć od Kuźnic, całe szczęście że nasz
gospodarz (góral z Białki) dysponował zezwoleniem na wjazd do
samej kolejki. Niestety dalej już pieszo. Po kilkunastu metrach
okazało się że wcale nie jest chłodno i że pomysł zabrania
latarki do świecenia w bagażniku był zbawienny. Kocham lud góralski
szczerze od kiedy Jasiek rzykł do Hanki, że górolska muzyko to
nie jezd. Dzięki temu zepsuliśmy wieczór tylko jednemu panu,
sami zadowoleni wracając z myślą, że synkopy w młodzieżowym
wykonaniu to nie nasza specjalność, a z góry to nawet lepiej się
idzie.
W Zakopanem, i wszelkich podgórskich okolicach słychać jeno
stukot i warkot - tak pracują cieśle przygotowując nowe
pensjonaty i rozbudowując stare. Widziałem z jaką wprawą posługują
się teraz miejscowi fachowcy tnąc drewno piłami mechanicznymi,
a nie guzdrząc się piłami czy innym ręcznym narzędziem. Wkrótce
nowy sezon - zimowy - pokoje już zamówione (w większości) - wszystko
wliczy się w cenę pobytu.
Zdjęć zrobiłem ponad 160 - coś tam na strony turystyczne się
wybierze i tylko jedna miła buzia (przepraszam dwie) - młodej
gospodyni od Chowańców (studiuje na UJ) i Pani recepcjonistki w
"Hyrnym". Reszta to pokoje, stropy drewniane, więźby
dachowe, kominki, schody, stołówki, łazienki i ubikacje lśniące.
Same takie nudziarstwa do zachęty dla przybywających. Skarpety
pod Gubałówką po 5 zł., skrzynka na skarby z kluczykiem 20.-,
deser owocowy z bitą śmietaną 4 zł, Wz-tka też 4 zł, ale wielkość
małego tortu. Benzyna tańsza nieco na trasie niż po miastach, a
i z ochotą ciśnienie w oponach zmierzą.
W sobotę czyli wczoraj ambitnie udałem się do pracy i cóż
widzę - na warszawskiej Starówce- tłumy mniejsze niż na ryneczku niedawno widzianego
powiatowego miasteczka. Na padanie zbierało się powoli, a i tak
mnie deszcz zaskoczył. Jedyny zadowolony z mokrej roboty, to
sprzedawca kaczek pływających, któremu deszcz nie przeszkadza.
Biedny tylko cały dzień musi kręcić i nakręcać te kaczory żeby
w plastikowym pojemniku żwawo machały skrzydłami czy płetwami
(co tam które ma za napęd). Przychodzi taki biedny sprzedawca do
domu, a żona mówi - tylko nie kręć! |
|
do góry, do
góry...
|