|
|
archiwum
- listopad 2002 |
|
data
|
dziennikczylinocnik
|
27 listopada
środa
2002
|
|
Już
po artystycznych wrażeniach, ale wspomnienie miłe. Fotograficy
to ciekawi i sympatyczni ludzie. Miałem okazję poznać rodzinę,
której męscy przedstawiciele z zapałem uwieczniają na zdjęciach
mijający czas - już w trzecim pokoleniu. Senior rodu Leopold, Józef
P. fotografował ruiny Warszawy i powoli wracającą do życia
stolicę od 1945 roku. W swojej karierze antykwarycznej (zbierając
co się da o naszym Starym Mieście) po raz pierwszy zobaczyłem
na wernisażu "U Pana Michała" album poświęcony
Warszawie - wydany w 100 egzemplarzach ze składek pasjonatów -
ofiarodawców. Na wernisażu Pana Jerzego P. (syna) oglądaliśmy
zdjęcia z bostońskiej Starówki i naszej. Na miejscu zdjęcia
robili synowie i wnuki, a więc tradycja i pasja trwa.
Drugi wernisaż, który godzinę później odwiedziłem - to już
artystyczny wymiar w całej pełni. Pani Joanna Sierko-Filipowska
miała tam kolejny wernisaż malarstwa. Na moich stronach jest
trochę jej prac, ale wkrótce muszę to uporządkować, bo przybywają
nowe dzieła, a mam je porozrzucane w kilku miejscach. Jak Jej imię
- łagodna i ciepła, miła, uśmiechnięta i życzliwa - więc
maluje anioły i dzieci, piękne kobiety i ..piękną rudą Joannę.
Jest w tych obrazach nieco ironiczny uśmiech, jakieś romantyczno
- zalotne przesłanie, ale i niepokój i groźba z zewnętrznego
świata. Byli wszyscy - tak się zawsze pisze o wernisażach sław
i tych co sławę i powodzenie dopiero zyskują. No bo nie wypada
w pewnych kręgach - nie bywać i nie wiedzieć. Żarty, żartami,
ale lubię te anioły co w skrzydłach ziemniaki obierają, a
potem skrzydła zdejmują, aby innym oddać się uczuciom.
Na obu imprezach dyskretna wyżerka, lampka wina, kwiaty i owoce -
jak tu nie cieszyć się z takich spotkań. No może jeden taki co
pięć kawałków chleba ze smalcem degustował godzinę - miał
też powód - ile w końcu można tej szynki jeść w domu? A tu
smalec ze skwarkami, dawniej konieczność, dziś rarytas. Ale to
tez tradycja wernisaży, bo gdy kiedyś wygłodniali artyści
mieli okazję coś tam chapnąć i wypić na koszt fundatora, a
teraz nawet brzuchaci koneserzy coś darowanego pochłoną czasem
zbyt szybko. Tradycja zobowiązuje.
Miało być tylko o sztuce, ale się nie da. Życie nie takie
sztuki wyprawia jak na wernisażach pokazują. Telewizja w 1
programie nadała film o ojcu Rydzyku - szefie i właścicielu
radia "Maryja" i ...nagle wszyscy obudzili się z głębokiego
snu. Niby coś tam pisali, niby jakieś dochodzenia były, ale
niemrawo, zaraz umorzone, zapomniane. Tak więc okazało się, że
od kilku lat firma ta, co zasłania się Opatrznością - podatków
nie płaci, szmugluje forsę, fałszuje dokumenty i inne takie.
Komentarze prasowe obfite więc nie mam co relacjonować,
pozostaje mi tylko smutna konkluzja, że wystarczy krzyczeć w
niebogłosy i grozić sądem Bożym, a urząd każdy uszy po sobie
położy. Prosta zagrywka na ludzkiej głupocie podniesiona do
rangi walki za wiarę. Dostojny Rydzyk docenił siłę mediów
(nie on pierwszy w dziejach) i choć telewizji jeszcze nie ma,
filmy kręci i radio z Rosji nadaje. Tysiące ludzi zwalnia z myślenia
jako jedyny bojownik za wiarę, Ojczyznę i stocznię też. Tylko
rozliczać się chce ze Stwórcą nie z urzędem. Wszystkiemu
winni oczywiście Żydzi i może rowerzyści też, w każdym razie
spisek Polsce grozi i tu "lewicowa telewizja państwowa"
(cytat) film puściła. Wieczorny komentarz pana posła Jerzego
dwojga imion ... bardzo mi się podobał, bo uwagi jego dotyczyły
wyłącznie: perfidii w montażu, niesmaczności w komentarzu i
czegoś tam w korytarzu. A czy słusznie coś tam zachachmęcono
to już nic absolutnie, bo nie było przecież dochodzenia, śledztwa,
wyroku. Więc nic nie było, tylko cud jakiś. Z drugiej strony węszą
niektórzy komentatorzy, że dziura w budżecie to może podatników
krąg rozszerzyć? Cuda, cuda - to radio zwąchało się z sąsiadem
zza wschodniej granicy o ideologii czy praktyce niezwykle odległej
i kontakty ma dobre, z drugiej strony gra na nerwach i nosie
hierarchii kościelnej. Kasa, kasa - Oto, co pobudza emocje
i zdolności.
Mnie też pobudza, na moim niskopiennym poziomie. Kolejna
kumulacja w Totolotka - a dopiero tydzień temu, ktoś na Woli (3
przystanki ode mnie) 8 milionów i 500 tyś wygrał. Może w moją
stronę idzie to "farcicho" - zaraz jakie radio założę.
Dykcję mam odpowiednią, choć nie zawsze mnie rodzina rozumie.
Śpiewać każdy może jak mówi piosenka, ale nie każdy wie jak
trzymać mikrofon. I tu jest ten piessssss pogrzebany. Amen. |
|
25 listopada
poniedziałek
2002
|
|
Dzień
poniedziałkowy, a wrażeń tyle - co w kilka świąt się nie
uzbiera. Dziś dwa wernisaże i na obu być muszę. Tu nie wypiję,
tam nie pojem, ale trochę zdjęć zrobię dla uczczenia i ku pamięci.
Wkrótce do obejrzenia będą. O 1730 pierwszy wernisaż
- na Freta "U Pana Michała", znowu jakaś fotograficzna
ciekawa wystawa. Tematu jeszcze nie znam, to i niespodzianka większa
będzie. Druga o 1800 w Galerii Zapiecek - swoje prace
wystawia moja ulubiona malarka od motyli i aniołów ...i pięknych
rudych - Joanna Sierko-Filipowska. Jeszcze się wystawa nie zaczęła,
a już jeden obraz sprzedany. To się nazywa talent i wzięcie.
Kilka zdjęć obrazów zrobiłem - już są na moich stronach, ale
oświetlenie jakieś marne miałem, z lampą też nie lubię bo
odblaski wychodzą. Jedyna nadzieja, że artystka sama ma trochę
zdjęć dobrej jakości, wtedy trzeba będzie popracować nad jej
galerią u mnie. Z wernisażu reportaż jak zwykle w nocy, tyle co
wąsiska "łobetrę" i zdjęcia nieco poprzycinam. Dwie
imprezy - zdjęć wszędzie trochę trzeba zrobić i biegać od
jednej do drugiej. Co do wąsów, to po prawdzie nie noszę, ale
łasuch jestem stary, więc i "łobciertanie" po spożyciu
jest tu na miejscu. Polecam szczególnie szarlotkę na ciepło z
bitą śmietaną i lodami (!). Właśnie "U Pana Michała"
serwują. Dziś może serniczek na ciepło się trafi - ach witaj
sklerozo po tych cholesterolowych nadmiarach. Ale cóż tam, nie
samą marchewką się żyje jak mawiają stare zające. |
|
22 listopada
piątek
2002
|
|
Kiełbaska
wyborcza okazała się jakby lekko nieświeża. Stąd wiadomości
dzienne i nocne zamarły na tych stronach. Rzeczywistość
kabaretowa i zaskakująca zarazem. Bo niby śmiesznie ale i
straszno. Trybunał Konstytucyjny jednogłośnie zaliczył
projekty ustaw o abolicji podatkowej i oświadczeniach majątkowych
jako knoty legislacyjne. Nie wpłynie do kasy optymistyczna rzeka
pieniędzy, ale minister finansów i tak wesół, bo ma zaraz
rozwiązanie. Aby dziury w budżecie nie było kosmicznej (zabrakło
raptem nieco ponad miliard złotych) to weźmie się z zysku
Narodowego Banku i z akcyzy i już będzie. No i naród głupieje
bo co to za sejm i prawnicy finansowi co uchwalają ustawy z
konstytucją niezgodne, a z drugiej strony jak są te pieniądze z
zysku NBP do wzięcia, to po co mamy zachęcać do podzielenia się
kradzionym zyskiem z aparatem skarbowym. Wszystko to w dobrej
wierze, ale i tak nie wierzę (!). Jedynie wiara w kondycję
fizyczną ministra trzyma nas przy życiu, w końcu nie każdy ma
czas i ochotę na przebiegnięcie tak z rana np. 12 kilometrów. Z
drugiej strony wydaje się, że jak człowiek leży i w sufit
patrzy, to ma więcej do przemyślenia niż wtedy gdy serce mu
wali, oddech świszcze, pot czoło zrasza i wszystko trzęsie się
i skacze. Wydaje się przy tych dywagacjach
psychologiczno-sportowych, że kobiety więcej myślą, bo może
częściej widzą sufit (?).
Wstydzić się nie ma czego, parlamentarzyści nasi nawet w
StrasznymBurgu bywają. No i nareszcie ktoś wygarnął tej Unii
co to chce nas niby przyjąć, że doi nas już od lat paru, a
teraz się nie damy. Nawet jak wstąpimy to i tak im pokażemy. No
tak, wstydzić się nie ma czego, ale wołać do nieba o ratunek,
bo medycyna jest już bezradna. Lepper brzmi jak lepiej, ale nie łudźmy
się to tylko dźwiękowo-słowne wyrażenie emocji po zjedzeniu
fasolowatych, a co za tym idzie twarz myli się często z miejscem
gdzie jak pisze poeta; plecy kończą swą szlachetną nazwę.
Wczoraj podobno był dzień życzliwości, ale w telefonie usłyszałem
że mi się we łbie przewraca, bo do nie swojego klienta napisałem
list uprzejmy i podpisałem się pod nim. A nie można, bo pan
magister dyrektor jest i pani prezes też magister, a ja mam
zlecone klepać w klawisze, a nie durne odpowiedzi dawać.
Dla odprężenia rzuciłem okiem na listę gdzie niedobitki
"unitów" dyskutują , a tam życzliwości wiadra całe.
Wszystkiemu winien były premier Mazowiecki co Unie Wolności opuścił
z powodu idiotyzmów jakie kierownictwo tej partii wyprawia, że o
księżycowych sojuszach nie wspomnę. Jak się okazuje zamiast
zacząć pracę od podstaw, przywrócić właściwe miejsce
nieogolonym mechanikom czy wreszcie dać spokój mniejszościom
seksualnym - prą do władzy nawet w powiecie czy gminie, nawet w
sojuszu z ewidentną idiotą czy oszołomem. To nic - tam stołeczek
malutki, okrągły i finansowo dobrze podparty. Jakie to robi wrażenie
- każdy widzi i głosuje, a wstyd jaki, to widać - skoro pod
nazwą własną do wyborów nie poszli tylko jakąś unię samorządową
zawiązali na trochę.
Z powyższych wywodów wynika wniosek prosty. Jeśli ktoś głośno
krzyczy, obrazowo przekonuje, woła prawie pod niebiosa - wtedy wyłączamy
myślenie. Ryczy tak - widocznie rację ma. No to zgodnie podnieśmy
rączki, zagłosujmy, poprzyjmy nawet z ironicznym uśmieszkiem.
Potem tylko głupio, wstyd jakoś i trzeba argumentować, że myśmy
nie chcieli, tak wyszło, zakrzyczano nas. Ale cóż brnijmy
dalej. Nawet do tej Europy. Nie jest to jednak tak do końca
bezpieczne - to wchodzenie do unii. Pomijam tu kwestię dopłat do
mleka, co to krowom stara Zagulina odejmie, albo do zboża, co
obrońca rolnika na tory wysypie. Skupiam się wyłącznie na stołeczkach,
tak ważnych przecie. Tam podobno (w tej Unii Europejskiej - fuj)
jakieś kryteria, wymagania i przepisy są i o posadzeniu na byle
stołek urzędniczy - decydują. No i może się okazać że ten
nasz bierny, ale wierny towarzysz, czy szwagier nawet bez szkoły,
ale druh serdeczny - nie przejdą. No to kto przejdzie - jakieś
obce? Nie damy. Nie pozwolimy. No bo jak teraz pójść do takiego
co i szkołę ma i język zna jakiś, ale obcy taki, a może
jeszcze - tfu - abstynent. Urzędnik ma być nasz, nawet może być
miastowy, ale musi człowieka uważać, kopertę "wźiońć"
i dać te koncesje czy zezwolenie, bo obce "wezmom" te
nasze "Polskie".
Kaszel
mnie męczy, a tu znów dzień bez palenia. Choć nie palę już
lat z 10, to jak tu święto obchodzić, skoro nawet babcia w
kolejce po kapustę kurzy. Na zebranie idę - pali trzech, a
reszta wdycha i wzdycha, kiedy to się skończy. Elegancki i
przystojny oraz Ty piękna i modna - na nic dezodoranty, chanel'e
i odiekałony skoro śmierdzi wasze ubranko i nie pachnie z
buzi. A już najlepiej wyglądają książeczki w domu palących.
Brązowy i tłusty osad zapewnia wieloletnią konserwację dzieł
wszelkich. No i co ja tak marudzę, za zniszczone mniej się płaci.
A w końcu paliłem prawie od 16 roku życia, więc co się
czepiam - no tak, znów propaganda z telewizora - więc koniec
marudzenia. Nie pal - umrzesz zdrowszy. (to też cytat - czy nie z
Mleczki?). |
|
11 listopada
poniedziałek
2002
|
|
Znamy
już oficjalne wyniki
wyborów na prezydentów
miast. Oczywiście skoro
Zapiecek to warszawski zakątek
- interesuje nas głównie
scena stołeczna. Zwyciężył
zgodnie z sondażami,
przewidywaniami i wbrew...
profesor Lech Kaczyński.
Statystycznie rzecz biorąc
to w II turze wyborów dał
"w kuchnie"
partnerowi popieranemu
przez SLD 3:1 (Markowi
Balickiemu). Na Kaczyńskiego
głosowało 335 262 osób,
czyli 70,54% wyborców, na
partnera oddano 140 015 głosów,
czyli 29,45%.
Frekwencja 36,4%
uprawnionych. Jeśli
wierzyć niektórym mediom
elektorat lewicy bardzo
jest zdyscyplinowany, ale
warszawiacy mimo marnej
frekwencji i tak
powiedzieli - nie -
dotychczasowej ekipie. W
telewizyjnej 3-ce słuchałem
wczoraj przez chwilę,
debaty powyborczej. Jeden
przedstawiciel Prawa i
Sprawiedliwości,
prezydent dotychczasowy,
mecenas Kalisz od
Prezydenta (nie do Kutna),
niezależny naukowiec i
pani prowadząca.
Zdegustowanie Panów
Kozaka i Kalisza wynikiem
lidera PiS-u było dosyć
widoczne, a ich zgodność
w krzywieniu się prawie
sympatyczna. Tak więc
Platforma Obywatelska (2
ostatnich prezydentów),
która dotychczas
podpierana była lewicowo
w utrzymaniu warszawskich
sterów będzie się
pewnie zastanawiać jak tu
współpracować dla
utrzymania ciągłości z
nowym partnerem. Nie wiem
dlaczego chodzi mi po głowie
fragment większej całości,
znanego poety: "złapał
kozak tatarzyna, a
tatarzyn za łeb
trzyma".
Łatwo się uśmiechać z
politycznej nawy, ale który
Polak prawy (nie tylko
prawicowy) nie patrzy z
rozmażeniem jak twarz
onemu blednie i pewnie
"psują mu się zęby
przednie". A teraz
marsz do dentysty. Dlatego
jak mi tłumaczono, młoda
polska emigracja osiedla
się zwykle zdala od
skupisk rodaków. Stara
nadal spiskuje (zza grobu
też).
Wracając do wyborów, to
w innych miastach klęska
lewicy nie była aż tak
duża, ale tylko w
czterech wielkich miastach
bedą prezydentami członkowie
SLD.
Nie kibicuję już Unii bo
z marginesu politycznego
steruje w głąb śródziemia
szukając hobbitów
zapewne. Na jej listach
dyskusyjnych trwa dyskusja
czy pod zmieniona nazwą
dobrze było iść do
wyborów samorządowych.
Loggicznie byłoby wogóle
zmienić nazwę,
przewodniczącego i
statut, ale paru ludziom
może tak wygodnie. Choć
partyjka mała, ale
dotacje z budżetu pewnie
dostanie, no nie wiem jak
tam prawnie to wygląda i
prawdę mówiąc nie musze
wiedzieć.
A
na Starym Mieście smutno
już nie jest, nareszcie
odsłonięty Stary Rynek z
reklamowych szmat
okropnych. Na jednej lody
mango wiecznej trwałości
lizały dziewuchy, a na
drugiej młodociana
czarownica gaz z piecyka
czy lodówki wirpoola
"ciągła"
wdechem jakimś
diabelskim. A bar "U
Pana Michała" na
Freta ma wystawę
...lokomotyw. Podobno co
roku w mieście sławnym
Wolsztynie (brat mój tam
ma siedzibę, a i w jednej
kajakarce kochałem się)
w wielkopolskiej krainie,
w pierwszych dniach maja
czy czerwca stare parowozy
pod parę idą i dawne
szlaki wspominają.
Fotografowie śmiali co się
żelastwa nie boją,
uwieczniają te kolejowe
wspomnienia i co roku w
piwniczce na Freta
prezentują. Byłem i
zachwyciłem się zielonym
dymem z komina wielkiej pędzącej machiny. Szczegóły
na stronie: www.stare-miasto\u-pana-michala\pary-czar.html
. Zaklepałem się
tu politycznie, a
"Pan Tadeusz"
nagrał mi sie bez
poloneza, no i co teraz będzie?
Wstyd przed przyjacielem z
dzieciństwa, którego małżonka
z warkoczem słowiańskim
w tany rusza. Na początku
taśmy miałem "Dolinę
Issy" i przez sympatię
zadawnioną dla Anny
Dymnej nie mogłem cofnąć.
Ale jak już w jedynce
"Tadzia" puścili
to i pewnie inne stacje też
dadzą, tylko ręcznie
nagrywać trzeba, aby tych
cholernych lodów i
kuchenek gazowych nie
uwieczniać. Dziecko na
"Zemście" było
od pana Wajdy autograf ma
- no więc klasyka "rzondzi"
(pisownia jak na murze). A
i my klasycznie zamykając dzień świąteczny białogłowę
jaką, nawet bez warkocza
do łożnicy poprowadźmy -
niech się wyśpi bidula,
bo do roboty jutro, a my cóż
- pismaki - wolne ptaki.
Psa i na spacer. Jak nie
ma, to przytulić - zima
idzie. |
|
8 listopada
piątek
2002
|
|
Śnieg
za oknem przykrywa nieco
trawnik, ale i tak nie
jest to pełna kołderka.
Coś tam wystaje, - jakieś
szare, brudnawe nieco. Kołderka
do przykrycia osiągnięć
władz stołecznych, też
jakby przykrótka i na
kontynuację "służby
społecznej" jakby co
raz mniej to społeczeństwo
chce przyzwalać. Nie
szkolone widać i
rozbestwione takie. A to
nie dowierza, że Trasa
Siekierkowska
"cacy", a to
dziwi się (ten nasz ludek
oczywiście), że wojewódzki
strażak jakiś tunel
neguje (na szczęście
powiatowy zapewnia, że mało
kto się będzie tam dusił).
W niedzielę II tura wyborów
na prezydencko-stołeczny
stolec. No, to takie
staropolskie wyrażenie i
nie należy go wcale
kojarzyć z listą; co nam
wolno badac i leczyć dzięki
ministrowi zdrowia
powszechnego. Od zdrowia
psychicznego jest właśnie
jeden z kandydatów,
lekarz co psyche zna
fachowo, bo się uczył i
leczył (nie się leczył,
a biednych chorych) czyli
Marek Balicki.
Rekomendowany prze lewicę,
człowiek byłej prawicy,
co to stała blisko
lewicy. No i nie członek
żadnej SLD, ale popierany
i już. Na zastępcę
proponuje obecnego
prezydenta Kozaka, który
jest z Platformy
Obywatelskiej aby tzw. ciągłość
zachować, co oznacza
jednanie lewicy z prawicą.
Zobrazuje to nam krótkie
ćwiczenie ręczne. Lewa ręka
dłonią w dół, prawą
na niej grzbietem kładziemy.
Teraz mały paluszek rączki
górnej zaczepia o taki
sam dolnej łapy i potem
zaczepiamy jeden o drugi
kolejne paluszki. Teraz
trudne uwaga!! Tak złączone
grzbietami dłonie, ze
splecionymi paluszkami skręcamy
mocno w prawo i w wyniku
tej operacji kciuk prawej
dłoni wykonuje śmieszne
ruchy w małej rurce w jaką
zwinęła nam się dłoń
lewa. Dla ułatwienia
dodam, że kiedyś
operacja ta nazywała się
: "fiku miku po
drabinie i .. już
kominiarz w kominie".
Dla uproszczenia i dla
leniwych polecam ćwiczenie
skrócone tzw. "figę".
Jak się komu kojarzy to
już jego racja
osobista.
Lewica i z ortodontycznym
kościołem się brata,
skoro premier jak brat -
ojcu Jankowskiemu wsparcie
daje i koncesje na
wydobycie bursztynu załatwia.
Cel wniosły, stąd pięknych
i równych zębów zgrzytu
nie słychać, jeno pobożne
mlaskanie przy śniadanku
modlitewnym.
Ale nie dywagujmy po
wybrzeżu, a wróćmy do
czlowieka z Sopotu, co
stolicę zdobywa. Kandydat
drugi Lech Kaczyński zasłużył
się mediom i TVN, za
opieprzenie nachalnego
obywatela per:
"spieprzaj dziadu"
po ulicznej konferencji
prasowej, gdzie z ludnością
Warszawy - Pragi spotykał
się. Odnotowujemy
to wyłącznie dla
historii humoru, bo na
wynik wyborów
niedzielnych wpływ ma to
tylko dodatni. Wiemy że
kandydat da odpór i to
zdecydowany i
sprawiedliwie będzie.
Piszący te słowa ma też
skromną nadzieję, że
kilku polityków różnego
szczebla, tak sobie to weźmie
do serca, że sami odejdą
nie czekając na
sprawiedliwą ripostę.
Każdy
chciałby być piękny, młody,
zdrowy i bogaty, ale nie
każdy może być
politykiem (teoretycznie
może, tylko jak sie
dopchać) albo ministrem.
Działacze nasi jeśli już
są w końcu bogaci, to już
nie młodzi niestety
(chyba że jako młody
odziedziczy kolekcję
sztuki - tak, są przykłady).
Z jeśli zdrowi jeszcze to
nie zawsze we wszystkich
organach. Jak nogi zdrowe
i do podskoków skore, to
"czacha dymi"
jak mówią moi młodzi
przyjaciele. Właśnie o młodych
teraz co to do startu w życie
się szykują w obietnice
polityków wierząc
umiarkowanie. Sami biorą
w swoje ręce, swój los i
jak się okazuje, to nie
jest to bardzo zdrowe, choć
niby powszechnie zalecane.
Rozmawialem niedawno z
kilkoma 20-latkami, co i
kształcą się i pracują,
by rodzinie ulżyć, a i
na życie bardziej dorosłe
mieć trochę pieniędzy i
wiedzy. O ile rodzice
pomogą, to na studia
dostać się można wszędzie
i bez wielkich
komplikacji, jeśli tylko
stać nas na czesne
odpowiednio wysokie. Im wyższe
opłaty za studia tym łatwiejsza
rozmowa kwalifikacyjna. Z
pracą podobnie - rozmowy
łatwe, przyjemne i wiele
obiecujące, a w praktyce;
praca za darmo, lub za
grosze, bez umowy,
ubezpieczenia. Jeden
wielki magiel to tzw.
"telemarketing".
Młody zachęcony ogłoszeniami
przychodzi - cieszy się,
że pracę dostaje. Po
tygodniu dowiaduje się,
że nie będą mu płacić
za godzinę pracy przy słuchawce
(zachęca do zakupu róznych
towarów telefonując do
wybranych osób), ale za
tzw. godzinę efektywną.
Oznacza to, że jesli złapał
klienta na reklamowany
towar to jest to w
zasadzie efektywny
zarobek. Po 2 tygodniach -
firma młodemu dziękuje -
za mało godzin
efektywnych. W ten sposób
jesteś na bruku, jeszcze
przed otrzymaniem umowy o
pracę. Drugi młody
przyjaciel zatrudnił się
w Pizzerii. Włoskie
placki toczył, za
obiecane 3,60 za godzinę.
Po kilku dniach pracy
dowiaduje się, że w
czwartek może przyjść
na 2 godziny, a w piątek
będzie potrzebny od 17.
Zbliża się wypłata -
dowiaduje się, że
niestety otrzyma 3 zł, 20
groszy za godzinę i to
tylko za te dni kiedy
kazano mu przyjśc do
pracy, a jeśli kazano mu
iść do domu to nie ma za
to kasy.
Młodzi czy starzy, czy w
średnim wieku, wydatki
maja, kłopoty finasowe też
i pragnienia różne, na
zakupy różne. Tu z
pomocna dłonią przychodzą
firmy udzielające pożyczek
- bez żyrantów, bez
zabezpieczenia, bez zgody
teściowej czy współmałżonka
też.
Niedawno miłem okazję
poznać dokumenty i
praktyczny sposób działania
jednego z rekinów tego pożyczkowego
rynku. Firma
"P......t" co
siedziby ma już w wielu
miastach kraju, a z
zachodu do nas przybyła,
udzieli pożyczki w domu,
na każde telefoniczne
wezwanie. Przychodzi
Pan/Pani umwę podtyka,
forsę na stół kładzie.
Spłaty, och głupstwo -
to tygodniowe niewielkie
raty - martwić się nie
trzeba.
Jak wyznał kiedyś w
wywiadzie prasowym właściciel
tej firmy, nikt nie czyta
jakie tam oprocentowanie,
bo te raty tygodniowe
tylko są ważne.
Rozważmy sprawę szczegółowo,
na przykładzie Jasia co
zamiast na skrzypcach grać,
w intersy finasowe się
wdaje. Dzwoni do firmy pożyczkowej,
pani przybywa z kasą (2
tysiące złotych), umowę
na żółtym blankiecie
wydrukowaną podpisuje i
już może iść na
koncert, kupić kilka
strun i co mu tam jeszcze
w duszy gra.
Dla ułatwienia spłat
dostaje książeczkę białą
w kratkę, gdzie wpisuje
ta sama pani co kasę
przywiozła, datę i kwotę
raty. Jakie to proste i
ludzkie, żadnych kont,
przelewów tylko osobiście
w domu z ręki do ręki.
Jasio dostał 2.000 zł,
całkowity koszt pożyczki
1.315 zł, czyli całość
zadłużenia w dniu
otrzymania: 3.315 zł,
rata tygodniowa 85 zł a
rat będzie 39. Proste i
logiczne prawda?
Jest tam dziwny skrót z
gwiazdką RRSP - gwiazdka
odsyła nas do wyjaśnienia:
rzeczywista roczna stopa
procentowa. A wynosi ta
stopa 321,5 %. To nie płaskostopie
jednak, oj nie.
W umowie jest też odwołanie
się do regulaminu pożyczek,
z którym (jak oświadcza
podpisem pożyczkobiorca)
zapoznał się i otrzymał
do stosowania. Jaś nie
doczytał, nie otrzymał,
dostał tylko numer komórkowy
Pani, co po raty
przychodzi. Raz miał, raz
nie miał na tę ratę, w
końcu zagrał - jak to
skrzypek na uczuciach
rodzinnych i dostał na spłatę
przedwczesną. Rodzina miała
wątpliwości czy można
wpłacić Pani do ręki,
tylko na parafkę w białej
książeczce, więc
uzgodnili, że do kasy
firmy pożyczkowej wpłacą.
Niestety konta nie ma, a
jeśli jest to tajne, bo
numeru nikt nie poda. Można
wpłacić w kasie. Ok.
Poszła mama, poszedł
Jasiu. Kasy nie ma, ale
pani przy biurku przyjmuje
i do szuflady wrzuca. Jest
jeden chudy i stary, jest
mała i też nie młoda,
no i nasi bohaterowie.
Wszyscy coś do tej
szuflady mają. Mama nieśmiało
zapytała, czy spłacajac
całość z odsetkami -
dostaniemy jakieś
pokwitowanie? Jeśli Pani
chce, bo odnotowuje się
przecież w książęczce.
Chciała. Wystawiono dowód
KP (dowód wpłaty) z datą,
pieczęcią główną
firmy i podpisem przyjmującej
(niewyraźnym). Na
dokumencie nie ma żadnej
pieczątki imiennej
kasjerki, czy księgowej,
dokument ten też nie ma
żadnego numeru. Jak się
mama dowiedziała, to raz
na tydzień nadaje się
numery dokumentom, a tak
to nie trzeba. Pieczątki
nie będzie, bo imiennych
pracownicy nie mają,
tylko kierowniczaka działu.
Ta kierownicza, dama miła,
poradziła żeby dokument
ten kasowy (?) sobie
wsadzić w .. buty, ale
jednak pieczątkę ze
swoim nazwiskiem przystawiła
- tylko w książeczce spłat,
a na dokumencie nie,
pewnie zakaz mają.
Teoretycznie spłata całej
pożyczonej sumy mogła by
być mniejsza, bo
pomniejszona o odsetki
przedwcześnie spłacone,
ale nikt tego nie może
policzyć, bo to liczy
system ok. 2 tygodni. Kasa
też nie wypłaci, tylko
Pani na prywatnym
spotkaniu w domu tego, co
pożyczki mu się zachciało,
o ile sytem uzna to za
stosowne.
Mama Jasiowa kształcona,
to o ustawie, o rachunkowości
coś zaczęła, a to o
dokumentach księgowych,
ale dała spokój, bo
zrozumienia w oczach
przedstawicieli firmy nie
dostrzegla, jeno naganę i
niechęć.
Jak więc widać pożyczanie
jest sztuką trudną,
niezbadaną i może
szkodzić młodym, starym
i średnim. Co
poradzić? Ucz się i
pracuj, a na polityka wnet
wyrośniesz, bierz tylko z
życia przykłady, co na
każym płocie i w
telewizorze podają. Jeśli
i tak zostaniesz uczciwym
człowiekiem, zmień choć
płeć, wyznanie lub współmałżonka,
bo będą cię wytykać
palcami.
|
|
do góry, do
góry...
|