archiwum - listopad 2002
 

      data 

                                              dziennikczylinocnik               
27 listopada
środa
2002

Już po artystycznych wrażeniach, ale wspomnienie miłe. Fotograficy to ciekawi i sympatyczni ludzie. Miałem okazję poznać rodzinę, której męscy przedstawiciele z zapałem uwieczniają na zdjęciach mijający czas - już w trzecim pokoleniu. Senior rodu Leopold, Józef P. fotografował ruiny Warszawy i powoli wracającą do życia stolicę od 1945 roku. W swojej karierze antykwarycznej (zbierając co się da o naszym Starym Mieście) po raz pierwszy zobaczyłem na wernisażu "U Pana Michała" album poświęcony Warszawie - wydany w 100 egzemplarzach ze składek pasjonatów - ofiarodawców. Na wernisażu Pana Jerzego P. (syna) oglądaliśmy zdjęcia z bostońskiej Starówki i naszej. Na miejscu zdjęcia robili synowie i wnuki, a więc tradycja i pasja trwa.
Drugi wernisaż, który godzinę później odwiedziłem - to już artystyczny wymiar w całej pełni. Pani Joanna Sierko-Filipowska miała tam kolejny wernisaż malarstwa. Na moich stronach jest trochę jej prac, ale wkrótce muszę to uporządkować, bo przybywają nowe dzieła, a mam je porozrzucane w kilku miejscach. Jak Jej imię - łagodna i ciepła, miła, uśmiechnięta i życzliwa - więc maluje anioły i dzieci, piękne kobiety i ..piękną rudą Joannę. Jest w tych obrazach nieco ironiczny uśmiech, jakieś romantyczno - zalotne przesłanie, ale i niepokój i groźba z zewnętrznego świata. Byli wszyscy - tak się zawsze pisze o wernisażach sław i tych co sławę i powodzenie dopiero zyskują. No bo nie wypada w pewnych kręgach - nie bywać i nie wiedzieć. Żarty, żartami, ale lubię te anioły co w skrzydłach ziemniaki obierają, a potem skrzydła zdejmują, aby innym oddać się uczuciom.  Na obu imprezach dyskretna wyżerka, lampka wina, kwiaty i owoce - jak tu nie cieszyć się z takich spotkań. No może jeden taki co pięć kawałków chleba ze smalcem degustował godzinę - miał też powód - ile w końcu można tej szynki jeść w domu? A tu smalec ze skwarkami, dawniej konieczność, dziś rarytas. Ale to tez tradycja wernisaży, bo gdy kiedyś wygłodniali artyści mieli okazję coś tam chapnąć i wypić na koszt fundatora, a teraz nawet brzuchaci koneserzy coś darowanego pochłoną czasem zbyt szybko. Tradycja zobowiązuje.
Miało być tylko o sztuce, ale się nie da. Życie nie takie sztuki wyprawia jak na wernisażach pokazują. Telewizja w 1 programie nadała film o ojcu Rydzyku - szefie i właścicielu radia "Maryja" i ...nagle wszyscy obudzili się z głębokiego snu. Niby coś tam pisali, niby jakieś dochodzenia były, ale niemrawo, zaraz umorzone, zapomniane. Tak więc okazało się, że od kilku lat firma ta, co zasłania się Opatrznością - podatków nie płaci, szmugluje forsę, fałszuje dokumenty i inne takie. Komentarze prasowe obfite więc nie mam co relacjonować,  pozostaje mi tylko smutna konkluzja, że wystarczy krzyczeć w niebogłosy i grozić sądem Bożym, a urząd każdy uszy po sobie położy. Prosta zagrywka na ludzkiej głupocie podniesiona do rangi walki za wiarę. Dostojny Rydzyk docenił siłę mediów (nie on pierwszy w dziejach) i choć telewizji jeszcze nie ma, filmy kręci i radio z Rosji nadaje. Tysiące ludzi zwalnia z myślenia jako jedyny bojownik za wiarę, Ojczyznę i stocznię też. Tylko rozliczać się chce ze Stwórcą nie z urzędem. Wszystkiemu winni oczywiście Żydzi i może rowerzyści też, w każdym razie spisek Polsce grozi i tu "lewicowa telewizja państwowa" (cytat) film puściła. Wieczorny komentarz pana posła Jerzego dwojga imion ... bardzo mi się podobał, bo uwagi jego dotyczyły wyłącznie: perfidii w montażu, niesmaczności w komentarzu i czegoś tam w korytarzu. A czy słusznie coś tam zachachmęcono to już nic absolutnie, bo nie było przecież dochodzenia, śledztwa, wyroku. Więc nic nie było, tylko cud jakiś. Z drugiej strony węszą niektórzy komentatorzy, że dziura w budżecie to może podatników krąg rozszerzyć? Cuda, cuda - to radio zwąchało się z sąsiadem zza wschodniej granicy o ideologii czy praktyce niezwykle odległej i kontakty ma dobre, z drugiej strony gra na nerwach i nosie hierarchii kościelnej.  Kasa, kasa - Oto, co pobudza emocje i zdolności.  
Mnie też pobudza, na moim niskopiennym poziomie. Kolejna kumulacja w Totolotka - a dopiero tydzień temu, ktoś na Woli (3 przystanki ode mnie) 8 milionów i 500 tyś wygrał. Może w moją stronę idzie to "farcicho" - zaraz jakie radio założę. Dykcję mam odpowiednią, choć nie zawsze mnie rodzina rozumie. Śpiewać każdy może jak mówi piosenka, ale nie każdy wie jak trzymać mikrofon. I tu jest ten piessssss pogrzebany. Amen.

25 listopada
poniedziałek
2002

Dzień poniedziałkowy, a wrażeń tyle - co w kilka świąt się nie uzbiera. Dziś dwa wernisaże i na obu być muszę. Tu nie wypiję, tam nie pojem, ale trochę zdjęć zrobię dla uczczenia i ku pamięci. Wkrótce do obejrzenia będą. O 1730 pierwszy wernisaż - na Freta "U Pana Michała", znowu jakaś fotograficzna ciekawa wystawa. Tematu jeszcze nie znam, to i niespodzianka większa będzie. Druga o 1800 w Galerii Zapiecek - swoje prace wystawia moja ulubiona malarka od motyli i aniołów ...i pięknych rudych - Joanna Sierko-Filipowska. Jeszcze się wystawa nie zaczęła, a już jeden obraz sprzedany. To się nazywa talent i wzięcie. Kilka zdjęć obrazów zrobiłem - już są na moich stronach, ale oświetlenie jakieś marne miałem, z lampą też nie lubię bo odblaski wychodzą. Jedyna nadzieja, że artystka sama ma trochę zdjęć dobrej jakości, wtedy trzeba będzie popracować nad jej galerią u mnie. Z wernisażu reportaż jak zwykle w nocy, tyle co wąsiska "łobetrę" i zdjęcia nieco poprzycinam. Dwie imprezy - zdjęć wszędzie trochę trzeba zrobić i biegać od jednej do drugiej. Co do wąsów, to po prawdzie nie noszę, ale łasuch jestem stary, więc i "łobciertanie" po spożyciu jest tu na miejscu. Polecam szczególnie szarlotkę na ciepło z bitą śmietaną i lodami (!). Właśnie "U Pana Michała" serwują. Dziś może serniczek na ciepło się trafi - ach witaj sklerozo po tych cholesterolowych nadmiarach. Ale cóż tam, nie samą marchewką się żyje jak mawiają stare zające. 

22 listopada
piątek
2002

Kiełbaska wyborcza okazała się jakby lekko nieświeża. Stąd wiadomości dzienne i nocne zamarły na tych stronach. Rzeczywistość kabaretowa i zaskakująca zarazem. Bo niby śmiesznie ale i straszno. Trybunał Konstytucyjny jednogłośnie zaliczył projekty ustaw o abolicji podatkowej i oświadczeniach majątkowych jako knoty legislacyjne. Nie wpłynie do kasy optymistyczna rzeka pieniędzy, ale minister finansów i tak wesół, bo ma zaraz rozwiązanie. Aby dziury w budżecie nie było kosmicznej (zabrakło raptem nieco ponad miliard złotych) to weźmie się z zysku Narodowego Banku i z akcyzy i już będzie. No i naród głupieje bo co to za sejm i prawnicy finansowi co uchwalają ustawy z konstytucją niezgodne, a z drugiej strony jak są te pieniądze z zysku NBP do wzięcia, to po co mamy zachęcać do podzielenia się kradzionym zyskiem z aparatem skarbowym. Wszystko to w dobrej wierze, ale i tak nie wierzę (!). Jedynie wiara w kondycję fizyczną ministra trzyma nas przy życiu, w końcu nie każdy ma czas i ochotę na przebiegnięcie tak z rana np. 12 kilometrów. Z drugiej strony wydaje się, że jak człowiek leży i w sufit patrzy, to ma więcej do przemyślenia niż wtedy gdy serce mu wali, oddech świszcze, pot czoło zrasza i wszystko trzęsie się i skacze. Wydaje się przy tych dywagacjach psychologiczno-sportowych, że kobiety więcej myślą, bo może częściej widzą sufit (?). 
Wstydzić się nie ma czego, parlamentarzyści nasi nawet w StrasznymBurgu bywają. No i nareszcie ktoś wygarnął tej Unii co to chce nas niby przyjąć, że doi nas już od lat paru, a teraz się nie damy. Nawet jak wstąpimy to i tak im pokażemy. No tak, wstydzić się nie ma czego, ale wołać do nieba o ratunek, bo medycyna jest już bezradna. Lepper brzmi jak lepiej, ale nie łudźmy się to tylko dźwiękowo-słowne wyrażenie emocji po zjedzeniu fasolowatych, a co za tym idzie twarz myli się często z miejscem gdzie jak pisze poeta; plecy kończą swą szlachetną nazwę.
Wczoraj podobno był dzień życzliwości, ale w telefonie usłyszałem że mi się we łbie przewraca, bo do nie swojego klienta napisałem list uprzejmy i podpisałem się pod nim. A nie można, bo pan magister dyrektor jest i pani prezes też magister, a ja mam zlecone klepać w klawisze, a nie durne odpowiedzi dawać. 
Dla odprężenia rzuciłem okiem na listę gdzie niedobitki "unitów" dyskutują , a tam życzliwości wiadra całe. Wszystkiemu winien były premier Mazowiecki co Unie Wolności opuścił z powodu idiotyzmów jakie kierownictwo tej partii wyprawia, że o księżycowych sojuszach nie wspomnę. Jak się okazuje zamiast zacząć pracę od podstaw, przywrócić właściwe miejsce nieogolonym mechanikom czy wreszcie dać spokój mniejszościom seksualnym - prą do władzy nawet w powiecie czy gminie, nawet w sojuszu z ewidentną idiotą czy oszołomem. To nic - tam stołeczek malutki, okrągły i finansowo dobrze podparty. Jakie to robi wrażenie - każdy widzi i głosuje, a wstyd jaki, to widać - skoro pod nazwą własną do wyborów nie poszli tylko jakąś unię samorządową zawiązali na trochę. 
Z powyższych wywodów wynika wniosek prosty. Jeśli ktoś głośno krzyczy, obrazowo przekonuje, woła prawie pod niebiosa - wtedy wyłączamy myślenie. Ryczy tak - widocznie rację ma. No to zgodnie podnieśmy rączki, zagłosujmy, poprzyjmy nawet z ironicznym uśmieszkiem. Potem tylko głupio, wstyd jakoś i trzeba argumentować, że myśmy nie chcieli, tak wyszło, zakrzyczano nas. Ale cóż brnijmy dalej. Nawet do tej Europy. Nie jest to jednak tak do końca bezpieczne - to wchodzenie do unii. Pomijam tu kwestię dopłat do mleka, co to krowom stara Zagulina odejmie, albo do zboża, co obrońca rolnika na tory wysypie. Skupiam się wyłącznie na stołeczkach, tak ważnych przecie. Tam podobno (w tej Unii Europejskiej - fuj) jakieś kryteria, wymagania i przepisy są i o posadzeniu na byle stołek urzędniczy - decydują. No i może się okazać że ten nasz bierny, ale wierny towarzysz, czy szwagier nawet bez szkoły, ale druh serdeczny - nie przejdą. No to kto przejdzie - jakieś obce? Nie damy. Nie pozwolimy. No bo jak teraz pójść do takiego co i szkołę ma i język zna jakiś, ale obcy taki, a może jeszcze - tfu - abstynent. Urzędnik ma być nasz, nawet może być miastowy, ale musi człowieka uważać, kopertę "wźiońć" i dać te koncesje czy zezwolenie, bo obce "wezmom" te nasze "Polskie".

Kaszel mnie męczy, a tu znów dzień bez palenia. Choć nie palę już lat z 10, to jak tu święto obchodzić, skoro nawet babcia w kolejce po kapustę kurzy. Na zebranie idę - pali trzech, a reszta wdycha i wzdycha, kiedy to się skończy. Elegancki i przystojny oraz Ty piękna i modna - na nic dezodoranty, chanel'e i odiekałony skoro śmierdzi wasze ubranko i nie pachnie z buzi. A już najlepiej wyglądają książeczki w domu palących. Brązowy i tłusty osad zapewnia wieloletnią konserwację dzieł wszelkich. No i co ja tak marudzę, za zniszczone mniej się płaci. A w końcu paliłem prawie od 16 roku życia, więc co się czepiam - no tak, znów propaganda z telewizora - więc koniec marudzenia. Nie pal - umrzesz zdrowszy. (to też cytat - czy nie z Mleczki?). 

11 listopada
poniedziałek
2002

Znamy już oficjalne wyniki wyborów na prezydentów miast. Oczywiście skoro Zapiecek to warszawski zakątek - interesuje nas głównie scena stołeczna. Zwyciężył zgodnie z sondażami, przewidywaniami i wbrew... profesor Lech Kaczyński. Statystycznie rzecz biorąc to w II turze wyborów dał "w kuchnie" partnerowi popieranemu przez SLD 3:1 (Markowi Balickiemu). Na Kaczyńskiego głosowało 335 262 osób, czyli 70,54% wyborców, na partnera oddano 140 015 głosów, czyli  29,45%. Frekwencja 36,4% uprawnionych. Jeśli wierzyć niektórym mediom elektorat lewicy bardzo jest zdyscyplinowany, ale warszawiacy mimo marnej frekwencji i tak powiedzieli - nie - dotychczasowej ekipie. W telewizyjnej 3-ce słuchałem wczoraj przez chwilę, debaty powyborczej. Jeden przedstawiciel Prawa i Sprawiedliwości, prezydent dotychczasowy, mecenas Kalisz od Prezydenta (nie do Kutna), niezależny naukowiec i pani prowadząca. Zdegustowanie Panów Kozaka i Kalisza wynikiem lidera PiS-u było dosyć widoczne, a ich zgodność w krzywieniu się prawie sympatyczna. Tak więc Platforma Obywatelska (2 ostatnich prezydentów), która dotychczas podpierana była lewicowo w utrzymaniu warszawskich sterów będzie się pewnie zastanawiać jak tu współpracować dla utrzymania ciągłości z nowym partnerem. Nie wiem dlaczego chodzi mi po głowie fragment większej całości, znanego poety: "złapał kozak tatarzyna, a tatarzyn za łeb trzyma". 
Łatwo się uśmiechać z politycznej nawy, ale który Polak prawy (nie tylko prawicowy) nie patrzy z rozmażeniem jak twarz onemu blednie i pewnie "psują mu się zęby przednie". A teraz marsz do dentysty. Dlatego jak mi tłumaczono, młoda polska emigracja osiedla się zwykle zdala od skupisk rodaków. Stara nadal spiskuje (zza grobu też). 
Wracając do wyborów, to w innych miastach klęska lewicy nie była aż tak duża, ale tylko w czterech wielkich miastach bedą prezydentami członkowie SLD.
Nie kibicuję już Unii bo z marginesu politycznego steruje w głąb śródziemia szukając hobbitów zapewne. Na jej listach dyskusyjnych trwa dyskusja czy pod zmieniona nazwą dobrze było iść do wyborów samorządowych. Loggicznie byłoby wogóle zmienić nazwę, przewodniczącego i statut, ale paru ludziom może tak wygodnie. Choć partyjka mała, ale dotacje z budżetu pewnie dostanie, no nie wiem jak tam prawnie to wygląda i prawdę mówiąc nie musze wiedzieć.

A na Starym Mieście smutno już nie jest, nareszcie odsłonięty Stary Rynek z reklamowych szmat okropnych. Na jednej lody mango wiecznej trwałości lizały dziewuchy, a na drugiej młodociana czarownica gaz z piecyka czy lodówki wirpoola "ciągła" wdechem jakimś diabelskim. A bar "U Pana Michała" na Freta ma wystawę ...lokomotyw. Podobno co roku w mieście sławnym Wolsztynie (brat mój tam ma siedzibę, a i w jednej kajakarce kochałem się) w wielkopolskiej krainie, w pierwszych dniach maja czy czerwca stare parowozy pod parę idą i dawne szlaki wspominają. Fotografowie śmiali co się żelastwa nie boją, uwieczniają te kolejowe wspomnienia i co roku w piwniczce na Freta prezentują. Byłem i zachwyciłem się zielonym dymem z komina wielkiej pędzącej machiny. Szczegóły na stronie: www.stare-miasto\u-pana-michala\pary-czar.html . Zaklepałem się tu politycznie, a "Pan Tadeusz" nagrał mi sie bez poloneza, no i co teraz będzie? Wstyd przed przyjacielem z dzieciństwa, którego małżonka z warkoczem słowiańskim w tany rusza. Na początku taśmy miałem "Dolinę Issy" i przez sympatię zadawnioną dla Anny Dymnej nie mogłem cofnąć. Ale jak już w jedynce "Tadzia" puścili to i pewnie inne stacje też dadzą, tylko ręcznie nagrywać trzeba, aby tych cholernych lodów i kuchenek gazowych nie uwieczniać. Dziecko na "Zemście" było od pana Wajdy autograf ma - no więc klasyka "rzondzi" (pisownia jak na murze). A i my klasycznie zamykając dzień świąteczny białogłowę jaką, nawet bez warkocza do łożnicy poprowadźmy - niech się wyśpi bidula, bo do roboty jutro, a my cóż - pismaki - wolne ptaki. Psa i na spacer. Jak nie ma, to przytulić - zima idzie. 

8 listopada
piątek
2002

Śnieg za oknem przykrywa nieco trawnik, ale i tak nie jest to pełna kołderka. Coś tam wystaje, - jakieś szare, brudnawe nieco. Kołderka do przykrycia osiągnięć władz stołecznych, też jakby przykrótka i na kontynuację "służby społecznej" jakby co raz mniej to społeczeństwo chce przyzwalać. Nie szkolone widać i rozbestwione takie. A to nie dowierza, że Trasa Siekierkowska "cacy", a to dziwi się (ten nasz ludek oczywiście), że wojewódzki strażak jakiś tunel neguje (na szczęście powiatowy zapewnia, że mało kto się będzie tam dusił). W niedzielę II tura wyborów na prezydencko-stołeczny stolec. No, to takie staropolskie wyrażenie i nie należy go wcale kojarzyć z listą; co nam wolno badac i leczyć dzięki ministrowi zdrowia powszechnego. Od zdrowia psychicznego jest właśnie jeden z kandydatów, lekarz co psyche zna fachowo, bo się uczył i leczył (nie się leczył, a biednych chorych) czyli Marek Balicki. Rekomendowany prze lewicę, człowiek byłej prawicy, co to stała blisko lewicy. No i nie członek żadnej SLD, ale popierany i już. Na zastępcę proponuje obecnego prezydenta Kozaka, który jest z Platformy Obywatelskiej aby tzw. ciągłość zachować, co oznacza jednanie lewicy z prawicą. Zobrazuje to nam krótkie ćwiczenie ręczne. Lewa ręka dłonią w dół, prawą na niej grzbietem kładziemy. Teraz mały paluszek rączki górnej zaczepia o taki sam dolnej łapy i potem zaczepiamy jeden o drugi kolejne paluszki. Teraz trudne uwaga!! Tak złączone grzbietami dłonie, ze splecionymi paluszkami skręcamy mocno w prawo i w wyniku tej operacji kciuk prawej dłoni wykonuje śmieszne ruchy w małej rurce w jaką zwinęła nam się dłoń lewa. Dla ułatwienia dodam, że kiedyś operacja ta nazywała się : "fiku miku po drabinie i .. już kominiarz w kominie". Dla uproszczenia i dla leniwych polecam ćwiczenie skrócone tzw. "figę". Jak się komu kojarzy to już jego racja osobista. 
Lewica i z ortodontycznym kościołem się brata, skoro premier jak brat - ojcu Jankowskiemu wsparcie daje i koncesje na wydobycie bursztynu załatwia. Cel wniosły, stąd pięknych i równych zębów zgrzytu nie słychać, jeno pobożne mlaskanie przy śniadanku modlitewnym. 
Ale nie dywagujmy po wybrzeżu, a wróćmy do czlowieka z Sopotu, co stolicę zdobywa. Kandydat drugi Lech Kaczyński zasłużył się mediom i TVN, za opieprzenie nachalnego obywatela per: "spieprzaj dziadu" po ulicznej konferencji prasowej, gdzie z ludnością Warszawy - Pragi spotykał się.  Odnotowujemy to wyłącznie dla historii humoru, bo na wynik wyborów niedzielnych wpływ ma to tylko dodatni. Wiemy że kandydat da odpór i to zdecydowany i sprawiedliwie będzie. Piszący te słowa ma też skromną nadzieję, że kilku polityków różnego szczebla, tak sobie to weźmie do serca, że sami odejdą nie czekając na sprawiedliwą ripostę.

Każdy chciałby być piękny, młody, zdrowy i bogaty, ale nie każdy może być politykiem (teoretycznie może, tylko jak sie dopchać) albo ministrem. Działacze nasi jeśli już są w końcu bogaci, to już nie młodzi niestety (chyba że jako młody odziedziczy kolekcję sztuki - tak, są przykłady). Z jeśli zdrowi jeszcze to nie zawsze we wszystkich organach. Jak nogi zdrowe i do podskoków skore, to "czacha dymi" jak mówią moi młodzi przyjaciele. Właśnie o młodych teraz co to do startu w życie się szykują w obietnice polityków wierząc umiarkowanie. Sami biorą w swoje ręce, swój los i jak się okazuje, to nie jest to bardzo zdrowe, choć niby powszechnie zalecane. Rozmawialem niedawno z kilkoma 20-latkami, co i kształcą się i pracują, by rodzinie ulżyć, a i na życie bardziej dorosłe mieć trochę pieniędzy i wiedzy. O ile rodzice pomogą, to na studia dostać się można wszędzie i bez wielkich komplikacji, jeśli tylko stać nas na czesne odpowiednio wysokie. Im wyższe opłaty za studia tym łatwiejsza rozmowa kwalifikacyjna. Z pracą podobnie - rozmowy łatwe, przyjemne i wiele obiecujące, a w praktyce; praca za darmo, lub za grosze, bez umowy, ubezpieczenia. Jeden wielki magiel to tzw. "telemarketing". Młody zachęcony ogłoszeniami przychodzi - cieszy się, że pracę dostaje. Po tygodniu dowiaduje się, że nie będą mu płacić za godzinę pracy przy słuchawce (zachęca do zakupu róznych towarów telefonując do wybranych osób), ale za tzw. godzinę efektywną. Oznacza to, że jesli złapał klienta na reklamowany towar to jest to w zasadzie efektywny zarobek. Po 2 tygodniach - firma młodemu dziękuje - za mało godzin efektywnych. W ten sposób jesteś na bruku, jeszcze przed otrzymaniem umowy o pracę. Drugi młody przyjaciel zatrudnił się w Pizzerii. Włoskie placki toczył, za obiecane 3,60 za godzinę. Po kilku dniach pracy dowiaduje się, że w czwartek może przyjść na 2 godziny, a w piątek będzie potrzebny od 17. Zbliża się wypłata - dowiaduje się, że niestety otrzyma 3 zł, 20 groszy za godzinę i to tylko za te dni kiedy kazano mu przyjśc do pracy, a jeśli kazano mu iść do domu to nie ma za to kasy. 
Młodzi czy starzy, czy w średnim wieku, wydatki maja, kłopoty finasowe też i pragnienia różne, na zakupy różne. Tu z pomocna dłonią przychodzą firmy udzielające pożyczek - bez żyrantów, bez zabezpieczenia, bez zgody teściowej czy współmałżonka też.
Niedawno miłem okazję poznać dokumenty i praktyczny sposób działania jednego z rekinów tego pożyczkowego rynku. Firma "P......t" co siedziby ma już w wielu miastach kraju, a z zachodu do nas przybyła, udzieli pożyczki w domu, na każde telefoniczne wezwanie. Przychodzi Pan/Pani umwę podtyka, forsę na stół kładzie. Spłaty, och głupstwo - to tygodniowe niewielkie raty - martwić się nie trzeba.
Jak wyznał kiedyś w wywiadzie prasowym właściciel tej firmy, nikt nie czyta jakie tam oprocentowanie, bo te raty tygodniowe tylko są ważne.
Rozważmy sprawę szczegółowo, na przykładzie Jasia co zamiast na skrzypcach grać, w intersy finasowe się wdaje. Dzwoni do firmy pożyczkowej, pani przybywa z kasą (2 tysiące złotych), umowę na żółtym blankiecie wydrukowaną podpisuje i już może iść na koncert, kupić kilka strun i co mu tam jeszcze w duszy gra.
Dla ułatwienia spłat dostaje książeczkę białą w kratkę, gdzie wpisuje ta sama pani co kasę przywiozła, datę i kwotę raty. Jakie to proste i ludzkie, żadnych kont, przelewów tylko osobiście w domu z ręki do ręki. 
Jasio dostał 2.000 zł, całkowity koszt pożyczki 1.315 zł, czyli całość zadłużenia w dniu otrzymania: 3.315 zł, rata tygodniowa 85 zł a rat będzie 39. Proste i logiczne prawda?
Jest tam dziwny skrót z gwiazdką RRSP - gwiazdka odsyła nas do wyjaśnienia: rzeczywista roczna stopa procentowa. A wynosi ta stopa 321,5 %. To nie płaskostopie jednak, oj nie. 
W umowie jest też odwołanie się do regulaminu pożyczek, z którym (jak oświadcza podpisem pożyczkobiorca) zapoznał się i otrzymał do stosowania. Jaś nie doczytał, nie otrzymał, dostał tylko numer komórkowy Pani, co po raty przychodzi. Raz miał, raz nie miał na tę ratę, w końcu zagrał - jak to skrzypek na uczuciach rodzinnych i dostał na spłatę przedwczesną. Rodzina miała wątpliwości czy można wpłacić Pani do ręki, tylko na parafkę w białej książeczce, więc uzgodnili, że do kasy firmy pożyczkowej wpłacą. Niestety konta nie ma, a jeśli jest to tajne, bo numeru nikt nie poda. Można wpłacić w kasie. Ok. Poszła mama, poszedł Jasiu. Kasy nie ma, ale pani przy biurku przyjmuje i do szuflady wrzuca. Jest jeden chudy i stary, jest mała i też nie młoda, no i nasi bohaterowie. Wszyscy coś do tej szuflady mają. Mama nieśmiało zapytała, czy spłacajac całość z odsetkami - dostaniemy jakieś pokwitowanie? Jeśli Pani chce, bo odnotowuje się przecież w książęczce. Chciała. Wystawiono dowód KP (dowód wpłaty) z datą, pieczęcią główną firmy i podpisem przyjmującej (niewyraźnym). Na dokumencie nie ma żadnej pieczątki imiennej kasjerki, czy księgowej, dokument ten też nie ma żadnego numeru. Jak się mama dowiedziała, to raz na tydzień nadaje się numery dokumentom, a tak to nie trzeba. Pieczątki nie będzie, bo imiennych pracownicy nie mają, tylko kierowniczaka działu. Ta kierownicza, dama miła, poradziła żeby dokument ten kasowy (?) sobie wsadzić w .. buty, ale jednak pieczątkę ze swoim nazwiskiem przystawiła - tylko w książeczce spłat, a na dokumencie nie, pewnie zakaz mają. Teoretycznie spłata całej pożyczonej sumy mogła by być mniejsza, bo pomniejszona o odsetki przedwcześnie spłacone, ale nikt tego nie może policzyć, bo to liczy system ok. 2 tygodni. Kasa też nie wypłaci, tylko Pani na prywatnym spotkaniu w domu tego, co pożyczki mu się zachciało, o ile sytem uzna to za stosowne. 
Mama Jasiowa kształcona, to o ustawie, o rachunkowości coś zaczęła, a to o dokumentach księgowych, ale dała spokój, bo zrozumienia w oczach przedstawicieli firmy nie dostrzegla, jeno naganę i niechęć. 
Jak więc widać pożyczanie jest sztuką trudną, niezbadaną i może szkodzić młodym, starym i średnim.  Co poradzić? Ucz się i pracuj, a na polityka wnet wyrośniesz, bierz tylko z życia przykłady, co na każym płocie i w telewizorze podają. Jeśli i tak zostaniesz uczciwym człowiekiem, zmień choć płeć, wyznanie lub współmałżonka, bo będą cię wytykać palcami. 

do góry, do góry... 


Strona główna    Zapiecek    Antykwariat   Galeria Zapiecek  Przyjaciele książek   Dziennik
Stare Miasto   Rynek    Plac Zamkowy    Pomniki
Artyści: Wiesława Kwiatkowska,     Grzegorz Bialik,    Joanna Sierko,
Poeci: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska,    Bolesław Leśmian