|
|
Archiwum
- grudzień 2002 |
|
data
|
dziennikczylinocnik
|
30 grudnia
poniedziałek
2002
|
|
Rok
mija kolejny, powinno się go jakoś podsumować. Wszyscy wypełniają
media watą rozważań, gdybań rozmaitych i reminiscencji,
cokolwiek miało by to oznaczać. Jak tu optymistycznie rok podsumować,
gdy ćmi coś w gębie, a Apap-u nie mogę w szafce znaleźć. Łyknąłem
Ibuprom, ale coś czytam na tekturce, że to za miesiąc działa,
czy też przy bólach miesięcznych. No pytam się kto tak długo
wytrzyma. Najgorszy wróg dentysty pójdzie w końcu, jak mu gęba
spuchnie.
W zasadzie rok był sympatyczny. Minął właśnie w te święta
roczek od przeprowadzki z Mokotowa na Wolę. I wolę ciszę, ciepło
i starych sąsiadów, od taj głośnej ciasnoty w ostatnich
latach. Szafki jeszcze jak nowe, podłogę czasem przetrzeć
trzeba, a jak jedne drzwiczki się nie domykają, to siadam bokiem
i nie rzuca się w oczy. Sprzęty działają sprawnie, choć
karnisz z zasłonami i firankami zlatywał parokrotnie. Jakoś
wisi teraz, nawet ładnie.
Sukcesów finansowych nie było, co nie znaczy, że głód i debet
na koncie. Konto wykazuje stan zerowy, jak pogoda jesienna, co
wskazuje, że każdy dochód wiosenny w sukces na plusie się
zmieni. Obfitość stołu świątecznego, jak i degustacje
przygotowawcze przysporzyły mi 4 dodatkowych kilogramów. Przy
haniebnym (jak kiedyś mawiano) wzroście, gdy kapelusz się
dodaje, dietka zagląda mi w oczy, jak też ruch jaki większy na
piechotę.
Nauczyłem się też co nieco w roku minionym. Najpierw jazdy
samochodem na placu manewrowym, a potem w terenie. Zasmakowało mi
to tak, że synek szybko samochód stary do kasacji oddał, co
by tata nie marudził - daj pojeździć. Stary był, bo od
czerwca do października służył i się wysłużył. Nie mój był,
ale i tak szkoda. Nic to, może jaki używany kupię, wolniej i
dalej pojadę. Totolotek mnie nie rozpieszcza, ale niewielkie
trafienia, zawsze pozwalają na grę dalszą z niewielką dopłatą.
Jeden szczęśliwiec co wytypował 10 milionów, jakoś ich odebrać
nie może. Albo kupon zgubił, albo i bez niego szczęśliwy. A tu
każdy wzdycha, czemu to na mnie nie padło. A jak miało paść
skoro w Nowej Hucie nie mieszkam. Znałem tam jedną sympatyczną
Danusię o kruczych włosach, ale to już nie ten temat.
Rok towarzysko też sympatyczny, poznałem kilku ciekawych ludzi,
a i oni jakoś ze mną chcieli utrzymać kontakt. Miłe to i
znaczy, że nie wszyscy na pomnikach siedzą. Na kwiecień już się
cieszę, bo wizyta zza oceanu mnie czeka. A ile radości ze spotkań
z przyjaciółmi z lat dawnych. Tak było ciekawie, że alkohol byłby
tu nie na miejscu. Co ja piszę? Przecież to nie po polsku, ale cóż,
obcej kuchni też próbować trzeba.
Nie zakocham się tej wiosny.. jak mówi piosenka, bo właśnie z
Anią moją najstarszą córką siedzieliśmy sobie sympatycznie
nad materiałami do jej pracy dyplomowej o ???. O tym jak Jeremi
Przybora pisał piosenki dla Kabaretu Starszych Panów. Czy są
lepsze tematy? Nie znam. Podobno są teraz modne tematy o Europie.
To jakaś dziura lub tunel, gdzie się wchodzi i wychodzi, a ta
Europa właśnie ma nas wysysać, wypluwać, albo coś tam kazać.
Może każe myśleć? To będzie okropne, ale .. wesołe.
Na koniec roku okazało się, że jeden z najbogatszych (tak
ludzie myślą) chciał łapówkę, za ustawę przyjazną. Szef
Polsatu, Lew Rywin, chciał 17,5 miliona dolarów od szefa gazety
Wyborczej Adama Michnika. Ten nie dał, nagrał i wyśmiał. Co to
za suma, żeby ryzykować śmiech do końca życia. Sympatyczny
Amerykanin wygrał w totka ichniego, 10 razy tyle i to po
potraceniu podatków. A tu szef stacji telewizyjnej, kurek szuka,
zamiast rydzyki (ech, może prawdziwki) hodować. Szalenie
ciekawe to - nie bałwanienie się o jakieś tam dolary, ale reakcja
niektórych polityków, którzy nie widzą nic nagannego w łapówie
za to prawo, co Sejm uchwala. Powyżej pewnej kwoty, etyczne normy
są nieco inne zapewne. Uwłacza nam tylko fakt, że te kwoty są
tak małe. Jak o tym opowiedzieć dziecku w wieku szkolnym? Może
nie zapyta.
Minie jutro ten rok i co? Parę rzeczy zrobiłem, spotkałem kilku
uśmiechniętych ludzi, na coś może jeszcze się przydałem.
Przynajmniej tak sobie wmawiam dla optymistycznej podbudowy. A jak
tu nie być optymistą, kiedy jeszcze mnie wołają.
Drodzy Przyjaciele, radości wiele na cały NOWY ROK 2003.
|
|
26 grudnia
czwartek
2002
2 dzień Świąt
|
|
Relacja
Wigilijna bez słów zbędnych:
obecni: rodzina, dzieci troje, pies jamnikowaty.
miejsce akcji: Warszawa, Powiśle, ul. Cicha
AKCJA: opłatek, życzenia..
Stół;
ryby: węgorz wędzony, śledź po kaszubsku, śledź po tatarsku,
śledź w oleju, śledź w śmietanie, karp w galarecie, pasta
rybna, ryba smażona, ryba po grecku na ciepło.
Pierogi ruskie, pierogi z kapustą i grzybami, kluski z makiem
(rodzynki, migdały, orzechy), fasola, ziemniaki, kasza gryczana,
kapusta wigilijna, barszcz biały z grzybkami, pieczarki duszone z
cebulką, sałatka jarzynowa, kompot z suszonych owoców.
ciasta: makowiec od Stykowskich, sernik z brzoskwiniami,
szarlotka, orzechowiec w cieście piernikowym, wafel przekładany,
racuchy drożdżowe. Owoce południowe.
Prezenty.
Kolędowanie.
Taksówka > dom.
tata zapytał: - Co będzie na kolację?
WESOŁYCH ŚWIĄT |
|
19 grudnia
czwartek
2002
|
|
Już
Mikołaj z Finlandii przyjechał, a i rodzime Mikołaje brody
czeszą, kapoty w jak ktoś słusznie zaznaczył - narodowych
barwach - trzepią, wory szykują. Szał zakupów przedświątecznych
zauważyłem już w zeszłą niedzielę udając się na jarmark
"Europa" (!) na warszawskim stadionie X-lecia. Ze sportu
nic tu już nie ma, może jakie podziemne sekcje bez publiczności,
bo publika jest ale handlowa i to tak tłumna, że na koronę
stadionu przedrzeć się nie sposób. Nie biegłem tam ze zniczem
w dłoni ale z iskrą nadziej na kupno czajnika. Zwycięski odbiegłem
w te pędy unosząc zdobycz z rosyjskiego importu za całe 25 zł.
Co do Europy to przez te przerwy w pisaniu dzienników, historia
kuleć będzie. Właśnie do Europy wchodzimy po zakończeniu
negocjacji co niektóre nacje przyjmują nader sceptycznie, bo
albo już byli przed tamtą wojną i starczy, albo są
eurosceptyczni finansowo. Podstawowe pytanie ile dadzą. Bo
jak za mało dopłacą do moich orek na niwie to państwo ma dopłacić.
Tako naród rzecze. Szczegóły każdy znajdzie jeśli tylko
pragnie, a jak czyta bez zrozumienia, to znaczy że ma wadę i można
go leczyć. Nie wiem jak tu szybko się przekwalifikować, bo orać
nie umiem, kosiłem po obuwiu bardziej jak po trawie, jedynie właściwe
skupienie wykazuję przy dojeniu. Pasienie mnie rozmarza. Oziminy
zaś mnie niepokoją, bo nie wiem kiedy wykopać. Stąd na dopłaty
liczyć nie mogę, a jak znam życie to ja dopłacę, bo właśnie
coś tam plotą o nowym podatku na zdrowie, a psik!
Wracam na moje podwórko. Dwa wernisaże po kolei. Strony o każdym
już zrobione i zdjęcia też. Pierwszy w galerii Zapiecek -
Edwarda Lutczyna. Rysunki wspaniałe, teksty dowcipne, i format
chyba po raz pierwszy u Lutczyna prawie panoramiczny. Dłoń
artysty uścisnąłem, winka spróbowałem, z dziewczynami zacząłem
się zaprzyjaźniać. Znaczy że wernisaż udany, panie
inteligentne, bo pobłażliwe, a wszystko w ironiczno - rubasznej
nieco oprawie znanego rysownika.
Drugi wernisaż artysty fotografa Jerzego Kośnika odbył się w
piwnicy na Freta "U Pana Michała" i na stronach www.stare-miasto.com
daję temu wyraz. Fotograf to znany i uznany o oku wrażliwym.
Potrafi z aktora wydobyć coś, co jest jakby częścią jego
duszy, a uchwycenie "tego czegoś" właśnie nie każdemu
jest dane. Na ścianach piękne twarze, dziewczyny też piękne
przyszły, tak że same doznania estetyczne. A jak piętnie wygląda
wieczorem Stare Miasto. Chyba każde miejsce które lubimy, ma swój
urok, ale są takie gdzie się chce wracać, mimo że kiedyś
musieliśmy wyjechać. Niech na te Święta i Nowy Rok każdy ma
możliwość odwiedzenia takiego swojego kochanego miejsca. Cicho,
wiem, Panie Kaziu, ten dołeczek się nie liczy, chodzi o geografię
czy architekturę, albo wspomnienie z dzieciństwa.
Pani
Krystyna Janda obchodzi właśnie 50 urodziny, podobno - jak
prawie dowcipnie zażartował pewien artysta - dopiero po raz siódmy.
Pani Krystyno - najserdeczniejsze serdeczności od Zapiecka całego,
wszystko przed Panią, skoro daje Pani radę i tym z marmuru, i
tym z żelaza, że o literaturze "jandowej" nie wspomnę.
Pełni podziwu do stóp się ścielemy.
Skoro
jestem przed ekranem nareszcie i po przerwie pomacham znowu do
znajomych i rodziny. Pani Beatko, kłaniam się pięknie i
pozdrawiam Ursynów, tak pamiętam, moja żona też Beatka. Pani
Krysiu, nie pisałem, bo nie miałem natchnienia, a jak przyszło,
to już Pani wyszła z pracy.. Zamontowałem Gadu Gadu (do gadania
w internecie) pod nowym numerem, bo mi stary wykręciło i żadne
hasło nie pasuje. Gdzieś zapisałem to od uruchomienia, mam tu
jakieś kartki.. Dominiko serdeczności do Suwałk i Krakowa ślę
wszelkie po dwa razy - jak zwykle odtwarzam znowu książę
adresową, no miałem też na kartce. Chłopa nie pozdrawiam żadnego,
bo to przy śledziu już było i się nie sprawdziło. Jeno Yano
pozdrawiam, bo chłop to serdeczny, lubelsko-nowojorski i życie
zna i Roztocza uroki też. Ale, Pana Aleksandra też pozdrawiam i
małżonkę szanowną. Serdeczności wszelkie dla Calgary,
Wolsztyna i okolic. Honorko nie mam czasu na Kanadę, bo i u nas
ona przyjdzie, ale może nieco później. Krysi co mi uciekła z
synem (świątecznie) za ocean życzę tylu lądowań co startów.
Jedyna to dziewczyna co ją chętnie witają w USA, bo zaraz
wraca. Kasiu dopchaj się czasem do komputera, poproś dziecko,
niech mamę dopuści. Pogadamy wtedy serdecznie, bo każde spotkanie
za krótkie. Baśki obie też pozdrawiam, ale do nich napisze odrębnie,
bo właśnie adres znalazłem. Ta skleroza czasem przeszkadza, a
czasem nie.
Kapusta
kupiona, reszta w rękach Opatrzności.
Wesołych
Świąt Drodzy Przyjaciele.
PS. Jak mnie co najdzie i jak się przypomni to ... zaraz napiszę.
Mam tu gdzieś karteczkę.. |
|
4 grudnia
środa
Barbary!!!
2002
|
|
Basiom
wszystkim najlepsze życzenia i DUUUża Buźka w czarno - białe
zdjęcie od tego starego bałwana,
co właśnie ten okres w fotografii wspomina czule. Szczególne względy
tym zagranicznym i zamorskim Basiom, bo i tak mi w łeb nie dadzą
za wygłupy życzeniowe, ale to wszystko z dobrego serca i miłych
wspomnień.
Ja jako były i niedoszły górnik naftowy, też obchodzę to święto,
jak wszystkie zresztą, ze świętem lasu na czele. Jak nic nie było
do roboty, mawiało się, że to Święto Lasu, a może to święto
jest naprawdę i ja nie wiem kiedy obchodzić. Ludzie ratujcie, podpowiedzcie.
Święta Lasu nie ma, węgla za dużo, kable niepotrzebne, chorzy
nachalni, inni podatków płacić nie chcą, nadprodukcja,
redukcja - czy z tym wszystkim do Unii Europejskiej wejdziemy nie
wiadomo. Piszą tylko, że rzeźnicy nie wejdą. W sumie śmiechu
kupa, bo kiedy lada dzień mają się zakończyć negocjacje,
"posły" nasze i nie nasze kombinują, dyskutują i
spierają się, że jeszcze nie czas, że za mało dają, że za
dużo chcą. Bałwanią się ładnie, bo kampania wyborcza u nich
nigdy się nie kończy, jak praca kowboja zresztą. Sam Lepper
chichocze z trybuny, kiedy mówi - Balcerowicz musi odejść.
Czyli w zasadzie te żarciki to tylko tak sobie, żeby elektorat
wiedział że walczy, a w zasadzie liczy po cichu, że na szczęście
zostanie przegłosowany. Tragiczne bałwaństwo to już mniemanie
falistego seniora Małachowskiego, co palestyńskich morderców
porównuje do powstańców warszawskich. Wiek ma swoje prawa, ale
szukanie bohaterów wśród wysadzających w powietrze dzieciaki
na dyskotece, czy pasażerów autobusu to już głupota w stanie
czystym. Podobno wystąpienie to było stanowiskiem Unii Pracy,
albo miało być w tym czasie, ale się zbałwaniło... Rysownik
Jan Frankowski na wystawie karykatur w Zapiecku narysował byłego
(?) szefa PCK jako Jaremę Wiśniowieckiego, a w encyklopedii piszą,
że część historiografii XX w. zajęła stanowisko krytyczne
wobec tej postaci. Cześć z XXI w. też zajmie.
Lepiej
wróćmy do historii czyli wspominania jak to kiedyś człowiek piękny
i młody żył w ciężkich czasach. Czytam sobie na zmianę
Antoniego Magiera "Estetykę miasta stołecznego
Warszawy" i rocznik "Stolicy" z 1965 roku. Z jednej
strony koniec XVIII wieku, z drugiej schyłkowy okres Gomułki.
Magier pisze, ze naonczas w Warszawie zaczęto dużo przykładać
się do nauki francuskiego i dla tej przyczyny Panowie sprowadzali
Francuzów i Francuzki jako nauczycieli. Uczono też włoskiego.
Do angielskiego mało było nauczycieli, bo po "wyższych"
domach sprowadzano guwernantki angielskie, ale do innych nauk. O
księżach benonach pisze, że to gatunek dawnych jezuitów, którzy
gorliwie nabożni, szczególnie zajmowali się kobietami.
Posunęli się w tej opiece jednak zbyt daleko nad płcią pobożną
skoro niewiasty te odwiedzały i klasztor. No to w 1807
"jednego poranka w zasłonionych pojazdach z miasta
wywiezieni zostali". Żadnych aluzji nie czynię, ani do
nauki angielskiego w drodze na zachód, ani do radia z Torunia w
drodze na wschód.
W Stolicy, gdzie na każdej stronie kronika
i dokonania działaczy partyjnych, a w co drugim numerze portret
wodza zapluwającego się na trybunce - też wiadomości ciekawe.
Moda na bombonierkę, jakiś twist karnawałowy na zdjęciach (był
taki taniec) dyskusja nad "Popiołami" Wajdy co narodowe
flaki wyciągnął Żeromskiemu przy pomocy napoleońskich
niedobitków. W dniu 28 stycznia 1965 r. o 2015 - cytuję:
Tv Teatr Sensacji: "Wróg jest wszędzie!" - I odc. z
serii "Stawka większa niż życie" widow. tv A Zbycha.
Program zaczynał się wtedy o 1700 i jeszcze teatr był
w piątki i poniedziałki, i program był tylko jeden. Nikt nie
marudził tylko leciał do sąsiadów na kolejny odcinek. Inną
wiadomość możemy zadedykować nowemu dyrektorowi Zarządu Dróg
Miejskich, bo staremu już nie ma po co. Jak piszą w
"Stolicy" - cytat kolejny: " Prawie 30 km dróg
przybyło w roku ubiegłym w Warszawie (1964). Ponad 40 ulic
poddano generalnym remontom." To były dopiero wykopki.
Zastanawiano się też wtedy czy bruk drewniany jaki zachował się
we fragmentach na ulicy Trembackiej nie zachować dla potomnych.
Teraz też zastawiamy się jak zachować dla potomnych Dworzec
Centralny, Trasę Łazienkowską czy ... most Siekierkowski. Dobrze
że mrozy przyszły, to już woda na nim nie stoi, mimo że nie
pada, taka jego uroda. Dla potomnych za to zachowano dziurę
(tunel, czy raczej śmietnisko) po byłych ruchomych schodach, co
w dzieciństwie dawały tyle frajdy wszystkim moim przyjezdnym
kuzynom. Kończyły bieg swój w domu Johna na Placu Zamkowym, ale
konieczne było jeszcze raz zjechać i wjechać, a jak się starzy
zagapili to jeszcze raz. |
|
2 grudnia
poniedziałek
2002
|
|
Już
zima nastała, ale mała. Choć bałwana za oknem widzę, to
surducik od soboty sczerniał mu nieco i coś mu tam anatomicznie
brakuje. Jeden Pan w telewizorze na ten nagły atak zimy (który
bywa tradycyjnie co roku) powiedział, że żadne służby nie są
w stanie w takich warunkach. Czyli zagadał jak ten zimowy grubas
co nos marchewkowy nosi. Pora roku sprzyja bałwanieniu, bo w
lecie tylko nad morzem, a teraz już wszędzie, wszędzie. Witamy,
znamy, poznajemy. Już się tak nie przebierajcie, poznamy was i
tak. A to zarządzenie jakie uchwalą, ustawę przepchną, nowe ułatwienia
i polepszenia bytu w telewizji naświetlą. Właśnie minął
listopad, co był najcieplejszy od 1968 roku. Wspominać nie ma
co, bo wtedy tłum walił na "Dziady" w kulturalnym
proteście, a teraz dziady przyszły zamieszkały i już się bałwanią
na stałe. Jeden były działacz od traktorów spod Warszawy co
kandydował z Podkarpacia, to na ten narodek podły wozi pałę
czarną co nie jest policyjną pałką choć udaje. Jeździ "Windsarem"
zamiast "Starem" i się odgraża. Wiadomo, do Europy nie
chce, a uśmiechać się nie może, bo radia z Torunia słucha i z
tego ma taki zimowy wyraz twarzy.
Zupełnie nowe bałwaństwo, to ludowa odnowa w motoryzacji.
Dawniej chłop szedł za koniem, orał, bronował i nie miał
czasu na głupoty. Teraz jeden taki z lekko czerwonym nosem i
czarnymi guzikami (no wiem że nie jeden, ale tak się lepiej
pisze), wziął się za przewodzenie ludowi i koni ma więcej, ale
mechanicznych. Tak się zapalił do tej motoryzacji, patrząc z
tylnego siedzenia na wysiłki służbowego kierowcy, że wziął i
wymyślił. Będziem siać rzepak, potem go przerobim
na łolej, doleje sie gorzały, co jej nikt już z domowego pędzenia
nie chciał kupować i bedzie. Co będzie? Biopaliwo. Działacz
ludowy ma już ustawy projekt gotowy, ziemię orną, a tak
kilkaset ha, [ha, ha (!)], gorzelnię przydomową i koncesję w
szufladzie. Jak wszystko pójdzie po myśli miczurinowców naszych
kochanych, to Sejm przegłosuje większością, koncesje się da
tym, co mają te warunki odpowiednie pod plantację. I nic tylko
lać nowe treści do starej benzyny. Na świecie też
podobno mieszają, ale nikt nie próbował więcej jak 2%, a u nas
dawaj 4,5%. Wiadomo jak człowiek ma krok niepewny, to albo go
noga boli, albo ma te 2,5 - 3%% (promili) w sobie. A na takim
zachodzie już by dawno pomarli, więc nie ma co porównywać.
Ford i Opel podobno nie gwarantują, że ich autka na nowej treści
lepiej pojadą, raczej gwarancyjkę się utraci. Ale oni się tak
bałwanią tylko, bo nie wiedzą, że to misja dziejowa nasza
ludowa.
Pisze do mnie bałwan jeden, że ma propozycje biznesową z samego
Konga - nazywa się col. jakiśtam. Pieniądze są w Holandii -
15,5 miliona $, a ja mam jakoś pomóc, bo on ma azyl polityczny,
czy rentę po prezydencie Kabili, co go kiedyś zabili. Pisali o
tym w gazetach, ostrzegał Pan w telewizorze, nawet w polskim
serialu tramwajarz się nabrał. Krawczyk się nazywał w tych
"Miodowych latach" i od kiedy mu żonę podmienili, to
co raz więcej krzyczy i okropnie się bałwani. Jego była żona
z telewizora, to jakaś taka przytulna kobietka była, a teraz
podobno podrzucili mu własną i już nie ma dla niego ratunku.
Ale tam. Dywagacje tu czynię, a w liście jednak propozycja
25% dla pomocnej dłoni, bo 5 % na koszty, a za resztę słuszna
walka o demokrację. Nie wiem tylko czemu pisze do mnie, a nie do
polskiej ludowej, chłopskiej i grzybowskiej partii. Razem zrobili
by to biopaliwo, napędzili oleju, gorzały i zbawili świat cały.
Kiedyś zapewniano mnie, że masło z olejem lepiej się smaruje,
a normalne szkodzi. Teraz domniemywam, że jeśli się smaruje to
mniej szkodzi. Dla
odprężenia doznanie miłe. Dziś obejrzałem film - wspomnienie
o Kabarecie Starszych Panów. Właściwie był to Jeremi Przybora
na Starym Mieście, gdzie mieszka i opowiada o utraconym
przyjacielu, ukochanej żonie i piosenkach, których już nie ma
dla kogo pisać. Od poetycznej piosenki tego wspaniałego tandemu
Wasowski-Przybora do pseudo-ludowego big bitu była przepaść.
Ale zjawiska te występowały w tym samym czasie. Muzyka nie
sterowana odnalazła swoją drogę, a kabaret poetycki zjeżdża w
dół do tej pory, albo już zjechał i zamilkł. Ironiczny i
delikatny, subtelny i inteligentny już się nie utrzyma, bo choć
mas już nie ma, to na masie największa kasa. Nie było chyba
takiego twórcy jak Ci Panowie Dwaj, co z każdej piosenki cytat w
naszej mowie - pozostawili.
Chapeau bas. Bałwany. |
|
do góry, do
góry...
|