|
29 czerwiec
2008 |
Narzekają i płaczą, jęczą i biadolą.
Jak nie nadejdą deszcze nachalne, które zaraz coś podtopią, albo nie
dopadnie nas susza okrutna - czyli jak nie ma jakiegoś nieszczęścia, to
nie ma o czym
pisać w prasie, a i wiadomości w okienku TVP też nudne. Sytuację
ratuje szpieg wewnętrzny Pan Bolek, co go pichcą już lat kilkanaście
ze skutkiem opłakanym. Doktoratów można parę zrobić i prac naukowych
bez liku, na tym co skserowano z kopi maszynowej (bo kiedyś na
maszynach takich z klawiszami pisano). Barwnik niebieski milicyjnej
kalki
już dano wyblakł, ale jak się naukowo postarać to pod gotowe wnioski
zawsze się jakiś dowód znajdzie. A to dowód tożsamości zielony
jeszcze z literami SJ (wiadomo sjonista) sam miałem taki, a to
zeznanie woźnego, że widział jak wchodził, a nie widział jak
wyszedł. Czyli poszlaka pewna. Nawet ślady wyrwanych papierów
wskazują na to że, ..ktoś w swoją stronę coś ciągnął. Jak chłopaki w
moim wieku pamiętają, to na cała wypitą służbową gorzałę, a w
bardziej perwersyjnych środowiskach - wino, trzeba było mieć
rachunki np. za paluszki słone, ciasteczka konferencyjne czy inne
takie. A że po latach stosowania, tajemnica stała się powszechnie
znana (czyli tzw. poliszynela), to te rachunki każdy chętnie by
usunął. No i cała tajemnica papierów na Bolka, rozwikłana. Jakiś tam
zespół przesłuchujący czy piszący o swoich śledczych osiągnięciach
musiał się napić, choćby dla odkażenia, bośmy naród z gruntu uczciwy
i zawsze lepiej zalać robaka niż bawić się w politykę, choć i ta jak
widać pijana.
I na Starówce narzekają i biadolą, że
klientów mniej, że turyści jakby niechętnie i zza granicy (otwartej)
mniej się pchają jak 2, 3 lata temu. Powodów jest kilka. Jeden
wiadomo jaki - książek na Starówce nie ujrzysz prawie żadnych
(ostatni antykwariat ledwo dycha), że o sympatycznym sprzedawcy z
Zapiecka nie wspomnę. Powód drugi to taki, że już trzeci sezon mija
(Starówka jest bardziej sezonowa jak Zakopane, bo od jesieni już tam
się nie bywa), a wykopki warszawskie trwają w najlepsze. Zamknięte całe Krakowskie
Przedmieście, choć w czerwcu mieli otworzyć i dojście jakie takie -
jest, tylko od ulicy Długiej i Barbakanu czyli od tyłu niejako. Nie
każdy taki zdolny, żeby autokar pod chińską ambasadą postawić i
zwiedzać te kilka ulic na krzyż, tylko do Placu Zamkowego, bo dalej
prace trwają. Będzie pięknie i jasno, bo zamiast chodników i jezdni,
piękny jasny kamień się kładzie, co podobno tylko raz w Europie
sprawdzono w jakimś małym miasteczku niemieckim. Nasza miejska
władza kochana lubi brukowo eksperymentować więc jak kto kawę
wyleje, albo piwo, a nie daj Boże, pies nogę podniesie, to będą takie
mandaty że .. hej. W końcu kiedyś, jak już ta biel powszechnej
warszawskiej szarości nabierze, ktoś krzyknie, że król nagi i niech
siedzi na białym kamieniu skoro tak udanie go zamówił i kazał
położyć.
Tak więc aby nie narzekać jak inni -
zamiast wzniosłych treści obrazki sobie wklejam przez ostatnie
miesiące. Pracę mam teraz taką, że jak chcę sobie poleżeć, to zawsze
jakąś kanapę znajdę, a zamiast stać na rogu przemieszczam się
chętnie po kraju całym i nie tylko. Próbowałem te swoje wojaże
opisywać na stronach reklamowych noclegów w Polsce czyli
www.123noclegi.info ale
i tam nie mogę nadążyć, bo ledwo skądś wrócę, poleżę sobie chwilkę,
to znów mnie gdzieś niesie. Dziś niedziela, a ja pod jabłonią starą
w klawisze komputerka podręcznego sobie stukam, a dzięki przerwie w
podróżach to i do gazet paru udało mi się zajrzeć. Narzekają wszyscy
zgodnie na wzrost cen paliw, a w takiej Brazylii, mniej piją a
więcej zużywają. Chodzi o to że ichni samogon z trzciny cukrowej,
nie każdemu podchodzi, za to prawie połowa pojazdów na nim swobodnie
się porusza. W innym piśmie czytam list od pana skrupulatnego, który
wylicza, że litr benzyny teraz i rok temu to nawet jakby nieco
taniej, jeśli weźmiemy pod uwagę wzrost dochodów, jaki nam
skrupulatnie GUS wylicza. Każdy coś sobie tam wystrajkował, tylko ja
nie i kilkaset tysięcy innych co to na własny rachunek i bez
marudnych, a sowicie opłacanych związków zawodowych.
Zamiast narzekać lepiej podpatrywać
(panienki jak zawsze), ale czasem i życie sąsiadów, co wydają się za
górami i lasami, a potem okazuje się że blisko całkiem. Po raz
pierwszy w życiu noga moja stanęła choć na chwilę na Praskim bruku
zabytkowym, co go wcale nową modą zmieniać nie trzeba. I choć z
rodziny to moja babcia ostatnia przemierzała uliczki Praskie za
cesarza Franciszka Józefa, czas nadszedł i na mnie. Tylko dwa dni w
Pradze, a przy praskiej Starówce nasza warszawska jakby całkiem
kieszonkowa. W Pradze budynki autentyczne, a nie zrekonstruowane bez
jednego piętra, dekoracji dawnej czy bocznej pierzei. Ale inaczej z
nami się obeszła wojna i władze wszelkie choć niezapomniane. Każdy
zobaczyć może, bo to blisko i 130 km od naszej granicy, to tylko tyle
co z Warszawy za Radom kawałek. Do wspomnień Praskich pewnie jeszcze
nie raz będę wracał natomiast tu - zagadnienia drogownictwa
poruszane były, więc i dokończę. Drogi w Czechach gładkie,
autostrady szybkie, poza jedną najważniejszą D1. Spory odcinek
wydawał się z płyt sklecony jak nasza poniemiecka, co pod Wrocławiem
służyła do bicia rekordu świata na jazdę w kółko Fiatem 125p.
Trzęsionka okropna i zębów zgrzyt. Za to na Słowacji ani mru mru. O
drogach można tylko z zachwytami, bo jest ich tyle, pokrzyżowanych
różnie, że trzeba albo pilota mieć zdolnego (zatrudniłem dziecko
płaci żeńskiej), albo mieć dobry GPS, który co tydzień się
aktualizuje o Słowackie mapy. Budują jak szaleni - do tego
bezkolizyjnie. Na trasie z Pragi do przejścia granicznego w Barwinku
(czyli ponad połowa Czech i cała Słowacja w poprzek), tylko jedna
mijanka była, za to często budowano zaciekle. Obok budowy wyznacza
się przejazd, gdzie można było w kilku miejscach jechać nawet do
80/godz., a tam gdzie 40 żadna koparka, dźwig i inne takie nie
zakłócały przejazdu. Więc można budować dużo i nawet w poprzek i
jedną jezdnię nad drugą, a Ci co jadą niech sobie jadą, bez żadnych
zatrzymań. Ledwo wjechaliśmy do Krosna, stop bo pas drugi dobudowuje
się do drogi głównej; i wjazd, i wyjazd z budowy "musi" kolidować.
To zupełnie jak z tym robolem w brudnym wyplamionym waciaku, co musi
być wytytłany solidnie, bo nikt by nie uwierzył, że pracuje.
Inna obserwacja motoryzacyjna to
szaleństwo pseudo i autentycznych foto-radarów. Od Warszawy do
Wrocławia można naliczyć chyba kilkadziesiąt, z tego część tylko
udaje ze jakaś tam kamera w puszce siedzi i efekt ..prawie żaden.
Jak która działa to zwalniamy, a po minięciu gaz .. i ile fabryka dała.
A u sąsiadów tak bliskich nie widziałem żadnego foto-radaru i
przepis jest jasny w obszarze zabudowanym 60, poza 90, autostrada 130
- dla mnie wystarczy. Ale jak już jest znak ograniczenia szybkości
to wszyscy jadą tyle ile na znaku. Dlatego warto korzystać z
autostrad i nawet kupić odpowiedni znaczek na szybę. Żadnych bramek,
żadnego pobierania myta i wydawania reszty przez okno - jak to
możliwe? Widać za często latają nasi decydenci, zamiast trochę
pojeździć, jak już mają te swoje ładne służbowe samochodziki.
O dobrodziejstwach piwa czeskiego,
winach morawskich i innych cymesach może jeszcze wspomnę, bo pod
jabłonią na Podkarpaciu lepiej się myśli jak w zapędzonej Warszawie,
gdzie nie tylko ja, nie mam czasu pomyśleć ...jak tu dojść na Stare
Miasto. |