Niebieskie migdały - część 2
|
Oknem
wyglądało Oknem wyglądało, stawało przed bramą, wracało - zawsze to samo... Szło przed siebie w wiosenną rozwichrzoną słotę, trącane parasolami czarnymi ? a szło po to, co jest bladozielone i złote, co pachnie jak gwoździk chiński i olbrzymi, i co się każdemu należy. Chodziło, szukało, na jarmarki się pchało, na targi, patrzało z wieży, wracało - Nagle znalazło w tłumie twe wargi, przywarło, upadło, znieruchomiało, zamarło. Pantofelki szklane Pantofelki szklane skrami malowane z dwoma skrzydełkami szarańczy po bokach, by tańczyć tak lekko, jako światło tańczy, menuetowym krokiem, by tchu nabrawszy westchnieniem głębokiem, w oddal wzlatywać na żurawią drogę i siadać na obłokach lub na zamkowej wieży chwiejnym szczycie, założywszy nogę na nogę. Pantofelki szklane, skrami malowane, rżnięte w błękicie, dane mi z rąk przemądrej, doświadczonej wróżki, abyś ty w niebo wpatrzony, gwiazdami strojne złotemi, które mi duszę twą kradnie- dojrzał nad sobą moje małe nóżki zwieszone ku ziemi i przyjrzał się im dokładnie, myśląc, że oto nóżki twojej żony i jej szklane pantofelki zasłaniają ci wszechświat gwiaździsty i wielki.- O kacie październiku * * *(Gdy pochylisz nade mną...) Jesienne niebo słodkie, pełne łaski spowite w szal kaukaski, przez drzew bezlistnych rozszczepione pędzle przeciąga różową frędzlę. I ku nadziei mej podchodzi z bliska, słodyczą mnie uściskaj i na tęsknocie mej opiera dłonie - pachną ostatnie lewkonie. Jesienne niebo słodkie, pełne łaski, zwija swój szal kaukaski a odrzuciwszy go, staje bez ruchu z cekinem złotym w uchu.- Pamiątki Niebieskie oczy, krągłe paciory, kąpane w niebie w dawne wieczory, leżą w komodzie, w starej szufladzie - kurz na nie pada, warstwą się kładzie... Pocałowania, słodkie pieszczoty, pachnące jeszcze wonią tęsknoty, z dala od ludzi, z dala od zgiełku, na dnie szuflady więdną w pudełku. - I nic już więcej, tylko dwie róże, i jedno słowo złote i duże, zwinięte w papier leży w ukryciu - może się przydać jeszcze raz w życiu. O biskupie fiołkowym
Miał usta w bladej twarzy
Choć miał bijące
- Słucha dzwonów w południe,
Łzy mu z oczu kapały -
Był raz biskup fiołkowy. Ptak Siedzący serdecznie u drzewa na ręku rzuca gałąź złotą i spada półkolem. po czym chodzi grzecznie, pełen pstrego wdzięku, po ścieżce piechotą, jak król z parasolem. Tu gwizdnie, tam stuknie, obrotnie ciekawy, smukły jak wrzeciono i jak owoc gładki. - Wchodzi pod drzew suknie, w liściaste rękawy, w falbanę zieloną między kwiatów płatki. Wesołe stworzenie, półgłówek bez troski, czyni gwar ważny pod spódnicą lipy. - I jest jak westchnienie i jak uśmiech boski: "Nie jestem poważny i lubię dowcipy". Szarotka Wielki Maramba *** (Nigdy w oczy nie spojrzę...) Melodja Teatr Zza czarnej portiery wysuwa się Dama w czerni i chustkę złotą w zębach ssie, i głowę ciężką od czarnych myśli kołysze na obie czarne strony (smutna Dama wyjąca jak pies do miesiąca, mącąca czarną ciszę). - A spod zwojów jedwabiu złotego jak słońca blady głupiec patrzy zaczajony, dłoń w muszlę złożywszy nad uchem - i trwożnie wsłuchuje się w kroki idące, i płaszczy się na podłodze: bo to wkracza czarny Wuj o jednej nodze i staje w milczeniu głuchem... Nagle rozwiewają się portier czarne żagle, spada oliwna lampa jak żelazna śliwa i wbiega Radość, Radość nad wyraz szczęśliwa. Chwyta żałobną panią za fioka czarnego, Głupca za rękę, Wuja za połę kaftana - tak śmieje, tak śmieje, jakby było z czego, dziewczyna zwariowana. Zanurzcie mnie w Niego Zanurzcie mnie w Niego jakby różę w dzbanek po oczy, po czoło, po snop włosa jasnego - niech mnie opłynie wkoło, niech się przeze mnie toczy jak woda całująca Oceanu Wielkiego. Niech zginie noc, poranek, blask księżyca czy słońca, lecz niech on we mnie wnika jak skrzypcowa muzyka - gdy mi do serca dotrze, będę tym co najsłodsze, Nim.- Sen straszny Zadzwońcie przed bramą dzwoneczkiem z Loretto! Drzwi, okna zamykać! Całować świętości! Znowu idzie to samo! Spójrzcie tą luneta, jak niebo się burzy, bałwani i złości! Przez obłoków stopnie maszerują święci! Tam znów cień się dłuży w Osobę z rogami!! Pies wyje okropnie latoperz się kręci, wpadł przez okno - Boże! - zmiłuj się nad nami!! Znowu idzie to samo! Trąba z piasku leci! Drży, rośnie, podniebną wiotką kukurydzą! Wchodzi w ogród bramą! Zabierajcie dzieci!! Niechaj się nie patrzą - niechaj się obudzą! Modlitwa O pocałunku, któryś jest w niebie razem z duszami bzu i jaśminu! Krwi i bezsennych łąk gwiezdnych synu! O pocałunku, któryś jest w niebie! O treści wszystkich myśli i czynów! O upragniony mej duszy chlebie! Tęsknoto wichrów! Bajko jaśminów! O pocałunku, któryś jest w niebie! Me smutne usta zwiędną w czas krótki, a gdy z nich barwą oddaną glebie w amarantowe przejdzie stokrotki - wówczas mi zagrasz twą pieśń skrzypcową, zamkniesz mnie w obce wieczności słowo, o pocałunku, któryś jest w niebie!! Nieco o domowiku Domowik, po japońsku Fukurokoju, bardzo pożyteczny, gdy jest z zgodzie z człowiekiem. Lubi mieć co dzień na noc w ciemnym kącie pokoju dnem odwrócony spodek ze struclą i mlekiem. Siedzi cicho przeważnie, z nikim się nie czubi, kaftan sobie wyszywa paciorkami i złotem, - a gdy szczęście chce uciec, jak to ono lubi, to je zaraz za uszy przyprowadza z powrotem. Ślub Historia o Kowalach Jechał Kowal na Kowalu jakby koral na koralu. Całowali się bez granic, grozę świata mieli za nic. Zajechali w cienie świerka, kędy wróbel głośno ćwierka, zajechali drogę kurze i na białym siedli murze, wpadli w gniazdo młodych Pliszek, którym właśnie zbrakło Liszek, siedli chłopcu na rękawie i patrzyli nań ciekawie, zajechali ponad wodę, weszli w nią jak krowy w szkodę i topili się bez żalu mały koral na koralu... i ginęli bez ratunku w nieprzerwanym pocałunku. - Patrząc już od dłuższej chwili, aniołowie zazdrościli martwili się, i bali że Kowale zginą w fali, - Zszedł więc Cherub w wielkiej chwale, porwał w niebo dwa Kowale. Robota Anioła Stróża Gonił cię mój stróż anioł po świecie, o mój Drogi, biegł wciąż za tobą przez lasy, przez łany, potrącał cię ku mnie, zapędzał cię do mnie, ciągnął za obie ręce, spychał z prostej drogi - o miłości coś szeptał, bredził nieprzytomnie, pachniał jak wytężone białe nikotiany... Siedzący noc całą przy tobie na warcie krzyczał głosem jak trąby złote i waltornie, to znów o łaskę twoją modlił się pokornie, - zbawienie własne diabłom rzucał na pożarcie! - Wreszcie ciebie ślepego, ciebie niechętnego zawiódł przemocą do mego pokoju, gdzie siedziałam płacząca, Pan Bóg wie dlaczego, jak to się zdarza czasami.- Wpuścił cię naprzód, sam został za drzwiami, zatańczył w tryumfie taniec jakiś boski - potem twarz zakrył szatą srebrno białą, zamyślił się pełen troski - - - i jęknął z przerażenia nad tym, co się stało - - - Ropucha Ropucha wyszła z trawy i siadła na ziemi, przeciągnąwszy się z trudem przez zeschnięty patyk. Patrzy prosto przed siebie ślepiami złotemi, dysząca bryła ciała w jadowity batik. Musztardowa w kwadraty ciemniejsze i bledsze, z bryzgiem martwego złota na każdym kwadracie, siedzi - śni, Nagle skacze wysoko w powietrze jak wiedźma rozpłaszczona na swojej łopacie. Ptaki wiosenne Erotyk Na rozrzuconych poduszkach z rajskich, jawajskich batików umieram słodko, bez żalu, umieram cicho bez krzyku.- Czas za firanką ukryty porusza skrzydłem motyla, a moje czoło znużone coraz się niżej pochyla... Wreszcie dotykam bieguna i śnieg mi taje wśród włosów, a końcem lakierka dosięgam trawy szumiących lianosów... Leżę na ciepłych krajach, na gorejącym równiku i na jedwabnych poduszkach z różnobarwnego batiku... Wyciągam ręce ku Tobie, w Twoją najsłodszą stronę i czuję na rękach gwiazdy nisko nad nami zwieszone... Ogarniam Cię splątanego w pochmurny namiot niebieski, i spada niebo z hałasem, jak belki, wiązania, deski, obrzuca nas półksiężycem, słońcem, obłoków zwojem - i tak spoczywam - okryta niebem i sercem Twojem... Błotnik Zachód słońca na zamku Wawel płonie - różowo-fiołkowo-przeźroczy. Szyby żegnają słońce, które w dół się toczy, krzyczą swój zachwyt wspólny, złocisty i ślepy, wśród mgieł słodkich jak chińskie bladobarwne krepy... Oto święto na zamku - święto pięciu minut, wśród murów z ametystu i murów z rubinu. W komnatach, gdzie zawisły różowe opary, chodzą króle, królowe, siedzi Zygmunt Stary. - Wychylają się widma w świat ze złotych okiem, nie dojrzane oślepłym od poblasku okiem. - Patrzą w barwy rozlane po niebie i wodzie i są - pogodne bielce - z całą tęczą w zgodzie. Jeden cień za filarem kryje się bez słowa - to Jadwiga, królowa pozafijołkowa, omdlewając w kąpieli barw grających społem, słucha, łodygi białe rąk wznosząc nad czołem. jak czerwień śpiewa w szczęściu, a fiolet w rozpaczy, że świat jest barwnym dźwiękiem, który nic nie znaczy... |