Niebieskie migdały - część 2

                   

Oknem wyglądało
                Oknem wyglądało,
                stawało przed bramą,
                                    wracało -
                zawsze to samo...
Szło przed siebie w wiosenną rozwichrzoną słotę,
trącane parasolami czarnymi ?
a szło po to, co jest bladozielone i złote,
co pachnie jak gwoździk chiński i olbrzymi,
i co się każdemu należy.
Chodziło, szukało,
na jarmarki się pchało, na targi,
                patrzało z wieży,
                                   wracało -
Nagle znalazło w tłumie twe wargi,
                przywarło,
upadło, znieruchomiało, zamarło.

Pantofelki szklane
Pantofelki szklane
            skrami malowane
            z dwoma skrzydełkami szarańczy
                        po bokach,
            by tańczyć tak lekko, jako światło tańczy,
                        menuetowym krokiem,
by tchu nabrawszy westchnieniem głębokiem,
w oddal wzlatywać na żurawią drogę
            i siadać na obłokach
lub na zamkowej wieży chwiejnym szczycie,
            założywszy nogę na nogę.
     
                       
Pantofelki szklane,
                        skrami malowane,
                        rżnięte w błękicie,
dane mi z rąk przemądrej, doświadczonej wróżki,
            abyś ty w niebo wpatrzony,
            gwiazdami strojne złotemi,
            które mi duszę twą kradnie-
            dojrzał nad sobą moje małe nóżki
            zwieszone ku ziemi
            i przyjrzał się im dokładnie,
            myśląc, że oto nóżki twojej żony
            i jej szklane pantofelki
            zasłaniają ci wszechświat gwiaździsty i wielki.-

O kacie październiku
Ucięte złote ręce
lecą z wysokich klonów
spadają przez mgłę białą
w szarzyznę dróg, zagonów...
Czerwony kat Październik
idzie przez las przez łąki,
przez pola i przez ściernik,
i wszystko co jest życiem,
jasnością, barwą, wonią,
dojrzawszy, niszczy krwawą
katowską swoją dłonią.

-Idzie i wnet spotyka
starego robotnika,
który tak z trwogą rzecze
do złego Października:
“O kacie Październiku
patrz: kości me ułomne,
młodość mą, włosy, rozum
straciłem - gdzie? nie pomnę.
Trzęsie się we mnie serce
i chorób mam bez liku -
pozwól mi przejść spokojnie,
mój kacie Październiku!”

Ucięte złote dłonie
kładą się w krąg na drodze...
Podumał kat Październik,
ustapił się niebodze.

Wtem znów nadchodzi zdala
babusia stara, słaba,
rozpłaszcza się pod koszem
jak pod kamieniem żaba,
i mówi: “Panie kacie,
pozwól mi przejść bez krzyku,
na sprzedaż niosę jaja
i gęsi dwie w koszyku,-
spódnica stara, bura,
kaftanik na mnie siwy,
puszczaj dobrodzieju
przecieżeś mi nie krzywy!”

Ucięte złote dłonie
kładą się w krąg na drodze...
Podumał kat Październik,
ustąpił się niebodze.

Patrzy ? aż tu znów idzie
dziewucha nad dziewuchy:
spódnica jak ambona,
warkocze jak łańcuchy.

W spódnicy kwitną róże,
bławatki i paprocie ?
oczy, jak modre szkiełka,
a włos skąpany w złocie.
Pierś jak gliniany dwojak
brwi czarne jak sadza. ?
Zmęczony kat Październik
ścieżynę jej zagradza.

-“O Panie Październiku
nie zachodź ty mi drogi-
późno już, nów na niebie
białe wystawia rogi.
Puść-że mnie, panie kacie,
śpieszno mi do kochanka”.-

-“Hej! Kiedy mi zapachniał
goździk i macierzanka!”
-“Puszczaj-że, panie kacie
pięknie ci podziękuję...”
”Hej! kiedy gdzieś zakwitły
piwonie i leluje!-
Hej! kiedy krasa twoja
za bardzo mi różowa...”
- ”O panie Październiku ?
słońce się w chatach chowa,
a mnie tu na złej drodze
godziny lecą płone...”
- “Hej! kiedy mi twe serce,
twe serce za czerwone!”

Toczą się złote ręce,
trzęsie się brzoza łysa,
Październik ujął dziewkę
i krasę z niej wysysa.-

* * *(Gdy pochylisz nade mną...)
Gdy pochylisz nade mną twe usta pocałunkami nabrzmiałe,
usta moje ulecą jak dwa skrzydełka ze strachu białe,
krew moja się zerwie, aby uciekać daleko, daleko
i o twarz mi uderzy płonącą czerwoną rzeką.
Oczy moje, które pod wzrokiem twym słodkim się niebią,
oczy moje umrą, a powieki je cicho pogrzebią.
Pierś moja w objęciu twej ręki stopi się jakby śnieg,
i cała zniknę jak obłok, na którym za mocny wicher legł.-

Jesienne niebo
Jesienne niebo słodkie, pełne łaski
        spowite w szal kaukaski,
przez drzew bezlistnych rozszczepione pędzle
        przeciąga różową frędzlę.
I ku nadziei mej podchodzi z bliska,
        słodyczą mnie uściskaj
i na tęsknocie mej opiera dłonie
        - pachną ostatnie lewkonie.
Jesienne niebo słodkie, pełne łaski,
        zwija swój szal kaukaski
a odrzuciwszy go, staje bez ruchu
        z cekinem złotym w uchu.
-

 

Pamiątki
Niebieskie oczy, krągłe paciory,
kąpane w niebie w dawne wieczory,
leżą w komodzie, w starej szufladzie -
kurz na nie pada, warstwą się kładzie...

Pocałowania, słodkie pieszczoty,
pachnące jeszcze wonią tęsknoty,
z dala od ludzi, z dala od zgiełku,
na dnie szuflady więdną w pudełku. -

I nic już więcej, tylko dwie róże,
i jedno słowo złote i duże,
zwinięte w papier leży w ukryciu -
może się przydać jeszcze raz w życiu.

 

O biskupie fiołkowym

Był raz biskup fiołkowy,
urodzony w Niedzielę.
Chodził sobie w fioletach,
mieszkał w wiejskim kościele.

Miał usta w bladej twarzy
na kształt spalonych kłosów:
nie całował przenigdy
świętości złotych włosów.

Miał oczy chore, lśniące
sponad zgiętego nosa:
nie widział, jak się oczy
zamieniają w niebiosa.

Choć miał bijące
jak i u innych ludzi,
nie poczuł, jak Bóg w sercu
przeciąga się i budzi.

Miał jeszcze księgę starą,
pisaną mądrze z głupia:
niechaj radości zamrą -
czuwaj, duszo biskupia!

- Słucha dzwonów w południe,
później wdychał kadzidło,
patrzał w złote ołtarze -
aż mu wszystko obrzydło.

Więc był smutny i gorzki
w swym fioletowym sercu -
klękały przed nim babki
na dużym pstrym kobiercu.

Łzy mu z oczu kapały -
same płatki fiołków!
Dziwiły się z ołtarzy
grona głupich aniołków.

Był raz biskup fiołkowy,
nie wznosił nigdy czoła,
gęsto porosły fiołki
w cieniu murów kościoła.

Był raz biskup fiołkowy.
A może go nie było?
A może się to fiołkom
pod murami przyśniło.

 

Ptak
Siedzący serdecznie
u drzewa na ręku
rzuca gałąź złotą
i spada półkolem.

po czym chodzi grzecznie,
pełen pstrego wdzięku,
po ścieżce piechotą,
jak król z parasolem.

Tu gwizdnie, tam stuknie,
obrotnie ciekawy,
smukły jak wrzeciono
i jak owoc gładki. -

Wchodzi pod drzew suknie,
w liściaste rękawy,
w falbanę zieloną
między kwiatów płatki.

Wesołe stworzenie,
półgłówek bez troski,
czyni gwar ważny
pod spódnicą lipy. -

I jest jak westchnienie
i jak uśmiech boski:
"Nie jestem poważny
i lubię dowcipy".

Szarotka
Jedni się w ogrodzie do trawnika tulą,
drudzy rosną na wspólnej grzędzie,
inni cisną doniczkę, rozpychają cebulą,
nie myśląc, co dalej będzie.
    Zaś gwiaździsta szarotka,
    biała zewnątrz, a siwa od środka,
    poszła na skalne ściany,
    na okrągłe zielone góry,
    gdzie toczą się chmury
   
   po trawie
   jak olbrzymie rozwiązłe barany.
- Otuliła się w kocie futro
i nie wiedziała, czy dziś jest dziś, czy wczoraj, czy jutro.
    Deszcz zalał żółte jej oko,
    patrzące nieciekawie,
i nie wiedziała, czy jest nisko w dole, czy wysoko.
Bóg przechodząc spojrzał na nią i smutnie, i słodko,
gdyż nie wiedział na pewno, na co się jest szarotką.

Wielki Maramba
Jest słodki jak banany
    i jak ogier gorący,
jak mgły leśne rozwiany
    jak róża pachnący.

Jako indyk wyniosły,
    jako tygrys okrutny,
jak słoń mądry i rosły
    i jak twe oczy smutny.

*** (Nigdy w oczy nie spojrzę...)
Nigdy w oczy nie spojrzę kobiecie
(w sto lat po mnie zakwitną krokusy),
nigdy w oczy nie spojrzę kobiecie
w której dusza ma chodzi po świecie.

Ja, co łzy jej zważyłam w mej piersi
(w sto lat po mnie zakwitną fijołki),
ja, co łzy jej zważyłam w mej piersi
jak nie czynią druhowie najszczersi -

ja, co jedna słuchałam cierpliwie
(w sto lat po mnie zakwitną jabłonie),
ja, co jedna słuchałam cierpliwie
i jej życia radości i dziwie -

nigdy ust jej nie dotknę ustami,
(w sto lat po mnie zakwitną jaśminy),
nigdy ust jej nie dotknę ustami,
ni jej włosów nie obleję łzami.

Melodja
Ani daleko
ani blisko
nad kołyską
białe jak mleko
słodkie gwiazdy
ciasne jak wielkie ciemne pojazdy
pełne rodziców
w dal turkoczące
nieznaną...

Jakiś naiwny księżyc czy słońce
w dziecinny wieczór czy rano...

 

Teatr
Zza czarnej portiery wysuwa się
            Dama w czerni i chustkę złotą w zębach ssie,
i głowę ciężką od czarnych myśli kołysze
            na obie czarne strony
(smutna Dama wyjąca jak pies do miesiąca,
            mącąca czarną ciszę). -
A spod zwojów jedwabiu złotego jak słońca
            blady głupiec patrzy zaczajony,
            dłoń w muszlę złożywszy nad uchem -
i trwożnie wsłuchuje się w kroki idące,
            i płaszczy się na podłodze:
bo to wkracza czarny Wuj o jednej nodze
            i staje w milczeniu głuchem...
            Nagle
            rozwiewają się portier czarne żagle,
spada oliwna lampa jak żelazna śliwa
i wbiega Radość, Radość nad wyraz szczęśliwa.
Chwyta żałobną panią za fioka czarnego,
Głupca za rękę, Wuja za połę kaftana -
tak śmieje, tak śmieje, jakby było z czego,
            dziewczyna zwariowana.

Zanurzcie mnie w Niego
Zanurzcie mnie w Niego
jakby różę w dzbanek
   
   po oczy,
  
   po czoło,
po snop włosa jasnego -
niech mnie opłynie wkoło,
niech się przeze mnie toczy
jak woda całująca
Oceanu Wielkiego.
Niech zginie noc, poranek,
blask księżyca czy słońca,
lecz niech on we mnie wnika
jak skrzypcowa muzyka -
gdy mi do serca dotrze,
        będę tym co najsłodsze,
              Nim.-

Sen straszny
Zadzwońcie przed bramą
dzwoneczkiem z Loretto!
Drzwi, okna zamykać!
Całować świętości!
            Znowu idzie to samo!
            Spójrzcie tą luneta,
            jak niebo się burzy,
            bałwani i złości!
Przez obłoków stopnie
maszerują święci!
Tam znów cień się dłuży
w Osobę z rogami!!
            Pies wyje okropnie
            latoperz się kręci,
            wpadł przez okno - Boże!
            - zmiłuj się nad nami!!
            Znowu idzie to samo!
Trąba z piasku leci!
Drży, rośnie, podniebną
wiotką kukurydzą!
            Wchodzi w ogród bramą!
            Zabierajcie dzieci!!
            Niechaj się nie patrzą -
            niechaj się obudzą!

 

Modlitwa
O pocałunku, któryś jest w niebie
razem z duszami bzu i jaśminu!
Krwi i bezsennych łąk gwiezdnych synu!
O pocałunku, któryś jest w niebie!

O treści wszystkich myśli i czynów!
O upragniony mej duszy chlebie!
Tęsknoto wichrów! Bajko jaśminów!
O pocałunku, któryś jest w niebie!

Me smutne usta zwiędną w czas krótki,
a gdy z nich barwą oddaną glebie
w amarantowe przejdzie stokrotki -
wówczas mi zagrasz twą pieśń skrzypcową,
zamkniesz mnie w obce wieczności słowo,
o pocałunku, któryś jest w niebie!!

Nieco o domowiku
Domowik, po japońsku Fukurokoju,
bardzo pożyteczny, gdy jest z zgodzie z człowiekiem.
Lubi mieć co dzień na noc w ciemnym kącie pokoju
dnem odwrócony spodek ze struclą i mlekiem.

Siedzi cicho przeważnie, z nikim się nie czubi,
kaftan sobie wyszywa paciorkami i złotem,
- a gdy szczęście chce uciec, jak to ono lubi,
to je zaraz za uszy przyprowadza z powrotem.

Ślub
                       
Zapalili gromnice,
                        zawiesili wieńce
                        u złotego ołtarza -
                        za nogi, za ręce
                        powlekli dziewicę
                        i aptekarza.
Ksiądz do nich przemówił jak zwykle po chińsku,
ze słodkim uśmiechem na ustach.
Matki śmiały się z żalu
i płakały z radości
ręce składając na biustach.
Po czym oblubienicę w przezroczystym woalu
otoczył tłum świetnych gości.
Zaś na chórze złośliwe kłaniały się z kątka
skrzydlate embriony, czerwone dzieciątka
i opędzały z gniewem raka, nowotwora,
który tu zajął miejsce jeszcze wczoraj z wieczora.

 

Historia o Kowalach
Jechał Kowal na Kowalu
jakby koral na koralu.
    Całowali się bez granic,
    grozę świata mieli za nic.
Zajechali w cienie świerka,
kędy wróbel głośno ćwierka,
    zajechali drogę kurze
    i na białym siedli murze,
wpadli w gniazdo młodych Pliszek,
którym właśnie zbrakło Liszek,
    siedli chłopcu na rękawie
    i patrzyli nań ciekawie,
zajechali ponad wodę,
weszli w nią jak krowy w szkodę
    i topili się bez żalu
    mały koral na koralu...
i ginęli bez ratunku
w nieprzerwanym pocałunku.
    - Patrząc już od dłuższej chwili,
    aniołowie zazdrościli
martwili się, i bali
że Kowale zginą w fali, -
    Zszedł więc Cherub w wielkiej chwale,
    porwał w niebo dwa Kowale.

 

Robota Anioła Stróża
Gonił cię mój stróż anioł po świecie, o mój Drogi,
biegł wciąż za tobą przez lasy, przez łany,
potrącał cię ku mnie, zapędzał cię do mnie,
ciągnął za obie ręce, spychał z prostej drogi -
o miłości coś szeptał, bredził nieprzytomnie,
pachniał jak wytężone białe nikotiany...

Siedzący noc całą przy tobie na warcie
krzyczał głosem jak trąby złote i waltornie,
to znów o łaskę twoją modlił się pokornie,
- zbawienie własne diabłom rzucał na pożarcie! -
Wreszcie ciebie ślepego, ciebie niechętnego
zawiódł przemocą do mego pokoju,
gdzie siedziałam płacząca, Pan Bóg wie dlaczego,
jak to się zdarza czasami.-
Wpuścił cię naprzód, sam został za drzwiami,
zatańczył w tryumfie taniec jakiś boski -
potem twarz zakrył szatą srebrno białą,
zamyślił się pełen troski - - -
i jęknął z przerażenia nad tym, co się stało - - -

 

Ropucha
Ropucha wyszła z trawy i siadła na ziemi,
przeciągnąwszy się z trudem przez zeschnięty patyk.
Patrzy prosto przed siebie ślepiami złotemi,
dysząca bryła ciała w jadowity batik.

Musztardowa w kwadraty ciemniejsze i bledsze,
z bryzgiem martwego złota na każdym kwadracie,
siedzi - śni, Nagle skacze wysoko w powietrze
jak wiedźma rozpłaszczona na swojej łopacie.

Ptaki wiosenne
Ptaszek na sztachecie
sąsiedniego ogrodu
piłuje szklaną piłą
piosenkę żałosną.-

Przed chwilą grał na flecie
z melodyjnego lodu,
lecz słońce flet stopiło
i w kroplach rozniosło. -

Tam, znów inny, wyżej,
uparcie jak chińczyk
kiwający głową
trzęsie dzwonkiem ze szkła.-

Krokusy rosną chyże,
w kolorowej słodyczy,
jakby na ziemię płową
cała tęcza zeszła. -

Trawa wzrasta nagle
jak ciągnięta ręką,
pachną niewidne kwiaty,
powietrzne balsamity,

a kos w czarnem gardle
toczy nutkę piękną,
zaczerpniętą przed laty
w studni Meluzyny.
-

 

Erotyk
Na rozrzuconych poduszkach z rajskich, jawajskich batików
umieram słodko, bez żalu, umieram cicho bez krzyku.-
Czas za firanką ukryty porusza skrzydłem motyla,
a moje czoło znużone coraz się niżej pochyla...
Wreszcie dotykam bieguna i śnieg mi taje wśród włosów,
a końcem lakierka dosięgam trawy szumiących lianosów...
Leżę na ciepłych krajach, na gorejącym równiku
i na jedwabnych poduszkach z różnobarwnego batiku...
Wyciągam ręce ku Tobie, w Twoją najsłodszą stronę
i czuję na rękach gwiazdy nisko nad nami zwieszone...
Ogarniam Cię splątanego w pochmurny namiot niebieski,
i spada niebo z hałasem, jak belki, wiązania, deski,
obrzuca nas półksiężycem, słońcem, obłoków zwojem -
i tak spoczywam - okryta niebem i sercem Twojem.
..

Błotnik
Po stalowem, polewanem błocie,
pełnem nieba, drzew i kamieni,
niby wichrem popędzane kwiecie,
wachlarzami wiewając strusiemi,

balownice na zabawę biegły,
aby na śmierć zatańczyć tęsknotę,
i gubiły paciorki i perły,
i wracały się po nie z powrotem.

Biegły zwinne i rozwiane w tańcu,
w pantofelkach różowych i białych,
? a wśród błota na srebrnym gościńcu
Błotnik leżał i ziewał nieduży.

Podniósł na nie wzrok okrągły, sowi,
i lecące w nieskończonym walcu
chwytał głupio za jedwabne nogi
zostawiając na nich ślady palców...

 

Zachód słońca na zamku
Wawel płonie - różowo-fiołkowo-przeźroczy.
Szyby żegnają słońce, które w dół się toczy,

krzyczą swój zachwyt wspólny, złocisty i ślepy,
wśród mgieł słodkich jak chińskie bladobarwne krepy...

Oto święto na zamku - święto pięciu minut,
wśród murów z ametystu i murów z rubinu.

W komnatach, gdzie zawisły różowe opary,
chodzą króle, królowe, siedzi Zygmunt Stary. -

Wychylają się widma w świat ze złotych okiem,
nie dojrzane oślepłym od poblasku okiem.

- Patrzą w barwy rozlane po niebie i wodzie
i są - pogodne bielce - z całą tęczą w zgodzie.

Jeden cień za filarem kryje się bez słowa -
to Jadwiga, królowa pozafijołkowa,

omdlewając w kąpieli barw grających społem,
słucha, łodygi białe rąk wznosząc nad czołem.

jak czerwień śpiewa w szczęściu, a fiolet w rozpaczy,
że świat jest barwnym dźwiękiem, który nic nie znaczy...