W locie

Na potworze, z majaczeń wylęgłym rozbłysku,
Mknę, kresów nienawidząc, w wieczystą swobodę,
W nieskończoność, co szumiejąc, pieni mu sie w pysku,
Aż nagle zwierz mój trafia na lęk, na przeszkodę
I w miejscu, gdzie dla oczu kończą się błekity,
Staje dęba! Wiem dobrze: tu - Bóg jest ukryty!
Zastygły w zlękłym skoku nad otchłanią wiszę,
Pełno w niej jego spojrzeń i głos jego słyszę:
"Jam - twój kres! Czekam na cię - na swego przybłędę,
A gdziekolwiek podążasz - tam ja z tobą będę!"
Nie znam kresu! Mej żądzy zuchwałym przymusem
Znagliłem zwierza w bezmiar, a on jednym susem
Przesadził otchłań z Bogiem, jak nikłą zaporę -
I znów jestem swobodny! Niebo wokół gore!
Lecz w chwili, kiedym gwiezdna zachłyśnięty tonią,
Dłoń w grzywie zaprzepaścił, tą zbłąkaną dłonią
W grzbiecie mego zwierzęcia zmacałem kark Boga!
Onże tak mię unosi w szału bezzacisze,
Jakby wspólna nam była w bezpowrotność droga ?
Tak, to - on! Wiem na pewno i głos jego słyszę:
"Jam - twój kres! Czekam na cię - na swego przybłędę,
A gdziekolwiek podążysz - tam ja z tobą będę!"
Do głosu tego w niebie dusza ma nawyka,
A pęd mój nie ustaje, a zwierz mój nie znika!