![]() |
Na potworze, z majaczeń wylęgłym rozbłysku, Mknę, kresów nienawidząc, w wieczystą swobodę, W nieskończoność, co szumiejąc, pieni mu sie w pysku, Aż nagle zwierz mój trafia na lęk, na przeszkodę I w miejscu, gdzie dla oczu kończą się błekity, Staje dęba! Wiem dobrze: tu - Bóg jest ukryty! Zastygły w zlękłym skoku nad otchłanią wiszę, Pełno w niej jego spojrzeń i głos jego słyszę: "Jam - twój kres! Czekam na cię - na swego przybłędę, A gdziekolwiek podążasz - tam ja z tobą będę!" Nie znam kresu! Mej żądzy zuchwałym przymusem Znagliłem zwierza w bezmiar, a on jednym susem Przesadził otchłań z Bogiem, jak nikłą zaporę - I znów jestem swobodny! Niebo wokół gore! Lecz w chwili, kiedym gwiezdna zachłyśnięty tonią, Dłoń w grzywie zaprzepaścił, tą zbłąkaną dłonią W grzbiecie mego zwierzęcia zmacałem kark Boga! Onże tak mię unosi w szału bezzacisze, Jakby wspólna nam była w bezpowrotność droga ? Tak, to - on! Wiem na pewno i głos jego słyszę: "Jam - twój kres! Czekam na cię - na swego przybłędę, A gdziekolwiek podążysz - tam ja z tobą będę!" Do głosu tego w niebie dusza ma nawyka, A pęd mój nie ustaje, a zwierz mój nie znika! |